Selfie ze stolememTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



ROZDZIAŁ I


w którym jeszcze niewiele się dzieje,

na szczęście rozdział jest krótki

Stolemy prowadzą nocny tryb życia. Dzień przesypiają w jaskiniach, na barłogach z siana i zebranych jesienią liści. Taki barłóg potrafi zająć pół przeznaczonej na sypialnię jaskini. Leżą na nim wszystkie stolemy naraz, często jeden na drugim. Z tego powodu trącają się przez sen, nikomu jednak to nie przeszkadza. Porządny kuksaniec w bok daje stolemom poczucie bezpieczeństwa, zwłaszcza najmłodszym.

Stolemy nigdy nie śpią na wznak. Są na to za duże i za ciężkie. Gdyby któryś zasnął w tej niebezpiecznej pozycji, wielki jęzor mógłby zatkać mu gardło, co groziłoby uduszeniem. Wyjątkiem są niemowlęta, które z oczywistych powodów nie mają jeszcze sił na zmianę pozycji. Ale nie kończy się to dla nich źle, ponieważ są małe – ważą najwyżej tyle, co źrebak.

Warto może zatrzymać się w tym miejscu i wspomnieć, że niemowlęta stolemów bez przerwy pokwikują przez sen – i to w zadziwiająco melodyjnym rytmie. W dodatku często przebudzają się i nie dają spać rodzicom. Takie zachowanie świadczy o ich dobrym zdrowiu. Jeśli zdarzy się, że niemowlę śpi cichutko, natychmiast budzi to niepokój dorosłych, którzy przygotowują odpowiedni zestaw ziół i naparów, leczący tę groźną niedyspozycję.

Dość jednak o stolemowych niemowlętach. To nie one są bohaterami niniejszej opowieści. Wspominam o nich jedynie dla porządku, żeby ktoś nie pomyślał, że stolemy biorą się nie wiadomo skąd. Nie. One, podobnie jak ludzie, rodzą się, dorastają i żyją najlepiej, jak potrafią.

ROZDZIAŁ II


w którym Stolko nie może zasnąć

Choć słońce już wzeszło i zapadł ponury słoneczny dzień, Stolko nie mógł zasnąć.

Od kiedy wrócił z tatą z Kaszubskiego Lasu, dręczyła go pewna myśl. Miał nadzieję, że gdy położy się spać, myśl ta zniknie, ulotni się, jak inne wrażenia minionej nocy.

Tak się jednak nie stało.

– Stolko! – usłyszał zaspany głos mamy. – Wszystko w porządku?

– Tak – odparł markotnie Stolko.

– To dlaczego nie śpisz?

– Myślę.

– Teraz? W dzień każdy porządny stolem śpi.

– No właśnie – powiedział Stolko. – Gdzie są te inne stolemy? Nigdy nie widziałem żadnego prócz ciebie, taty i babci. Czy one w ogóle istnieją?

– Hmmm… – odparła mama, na dobre już rozbudzona. – Jak by ci to powiedzieć… Może lepiej zapytaj tatę.

– Tato, czy na świecie istnieją inne stolemy, oprócz naszej rodziny?


– Hmmm… – mruknął tata, przekręcając się na drugi bok. – Najlepiej zapytaj o to babcię.

– Babciu… – zaczął Stolko.

– Tak. Wszystko słyszę. Wcale nie jestem taka stara, jak niektórzy myślą. Oczywiście, że istnieją inne stolemy. Ale mieszkają daleko. Tak daleko, że właściwie nie wiadomo, gdzie to jest.

Stolko zastanawiał się przez chwilę.

– Jak dorosnę, odnajdę je – postanowił.

Odpowiedziało mu potrójne chrapanie, mlaskanie i pochrząkiwanie. Wszyscy zdążyli już zasnąć. Stolemom wystarczy policzyć do pięciu, żeby zasnęły na dobre.

– Odnajdę inne stolemy! – wrzasnął na całe gardło Stolko.

Ocknęła się tylko mama.

– Zgoda – wymamrotała. – Ale teraz już śpij.

Stolko westchnął.

– Łatwo powiedzieć. Jak tylko zamknę oczy, od razu same mi się otwierają.

– Wiedziałam, że tak będzie – zniecierpliwiła się mama. – Wiedziałam od chwili, gdy wyszło na jaw, że tata pokazał ci skały w Kaszubskim Lesie. Słyszysz, tato? Nie powinieneś mu pokazywać tych skał!

Tata Stolka zachrapał tak głośno, że z góry posypał się pył.

– Tato! – ryknęła mama, która bardzo nie lubiła, gdy ktoś nie odpowiadał na jej pytania, a jeszcze bardziej, kiedy coś sypało się z sufitu. – Tato, mówię do ciebie!

Jedną łapą – a była to łapa gruba jak konar drzewa i owłosiona jak szczotka – mama złapała tatę za nogę. Drugą łapą podrapała go w pietę. Ten sposób na natychmiastowe obudzenie kogoś jest sprawdzony i stuprocentowo pewny. Działa zresztą nie tylko na stolemy.

– Tak? – zapytał tata głosem zupełnie trzeźwym, choć trochę zdziwionym.

– Mówię, że niepotrzebnie pokazałeś Stolkowi skały.

– Ach, stolemowe skały – zorientował się tata. – Cóż, kiedyś musiał je zobaczyć. Jest już duży. Ja w jego wieku… – Tata nagle zamyślił się.

– Co ty w moim wieku, tato? – przerwał rozmyślania rodzica Stolko.

– Nie bałem się niczego. A już na pewno nie jakichś głupich skał.

– Ja też nie boję się głupich skał – sprostował urażony Stolko. – Jestem tylko pod wrażeniem.

– Pod wrażeniem czego?

– Tego, że skała, która miała kształt stolema, wydawała się podobna do mnie.

– A do kogo miałaby być podobna, skoro miała taki kształt? – zauważyła nie bez racji babcia.

– Chodzi o to, że była mniej więcej mojego wzrostu. Pomyślałem, że może kiedyś też była dzieckiem.

– To możliwe – zgodził się tata. – Dlatego wciąż ci powtarzamy, że przed świtem zawsze musisz być w domu.

– Tak, wiem. – Stolko niechętnie wyrecytował regułkę, którą wpajano mu od czasu, kiedy tylko nauczył się chodzić:

– Powracaj przed świtem

z porannym wietrzykiem,

bo słońce za karę

przemieni cię w skałę.

– Zgadza się. Bardzo dobrze – pochwalił pamięć Stolka tata.

– A kości w środku? – zainteresował się nagle Stolko.

– Co, kości?

– Każdy ma kości. Czy one też zamieniają się w skałę?

– Tego nie wiem – przyznał się tata. – Chyba tak.

Stolko pociągnął nosem.

– Mały stolem – rzekł z żalem. – Taki jak ja.

– Nie taki jak ty – odezwała się mama. – Ty zawsze zdążysz schować się przed wschodzącym słońcem.

– Tamten stolem nie zdążył – szepnął Stolko. – Szkoda. Gdyby mu się udało, miałbym kolegę. A tak – jestem sam.

Mama spojrzała na tatę z wyrzutem.

Co za pomysł, żeby dzieciakowi pokazywać stolemowe skały? – mówiły jej uroczo przekrwione oczy, a ponieważ w jaskini było zupełnie ciemno, tata widział je doskonale. Zawstydzony zakopał się w sianie po same uszy.

W rzeczy samej, niezłe to były uszy. Kiedyś, gdy tata Stolka zdrzemnął się w lesie, pewien królik pomylił jedno z nich ze swoją norą.

ROZDZIAŁ III


w którym Stolko najpierw się nudzi, a potem już nie. Oj, nie!

Następnej nocy Stolko bardzo się nudził. Chodził po jaskini, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Z powodu dobrej pogody mama nie pozwalała mu wyjść na dwór. Na nic zdały się protesty.

– Nie ma mowy. Jest ciepło i bezwietrznie. Jeszcze się rozchorujesz!

Znudzony Stolko wałęsał się po licznych odgałęzieniach swojego jaskiniowego domu, na wpół zagłębionego w ziemi. Wszystkie tunele i pomniejsze groty znał na pamięć. A co to za przyjemność zwiedzać coś, co zna się na pamięć? Nie cieszyły go nawet pająki, które ostatnio rozmnożyły się nadzwyczaj licznie.

Od czasu do czasu z nadzieją zaglądał do groty z otworem w sklepieniu, pełniącej funkcję komina wentylacyjnego. Przez otwór widać było niebo. Niestety, za każdym razem Stolko widział to samo: noc pozostawała jasna i rozgwieżdżona. Ani śladu chmur.

Żeby chociaż marna mżawka!

Nic z tego.

Mógł jedynie wspominać czasy przymrozków, śnieżyc i silnych wiatrów, kiedy wychodził na dwór tyle razy, ile tylko chciał. W taką pogodę nawet babcia opuszczała jaskinię, żeby ochłodzić na mrozie swoje stare kości.

– Mam tego dość! – powiedział wreszcie. – Przecież jeśli tak dalej pójdzie, umrę z nudów!

Wizja śmierci z nudów działała na niego nadzwyczaj przygnębiająco. Ani myślał umierać tak młodo, a już zwłaszcza z nudów, która to śmierć – jak raptem zdał sobie sprawę – należy do najbardziej okrutnych.

– Mamo! – krzyknął w mrok korytarza. – Zmartwiłabyś się, gdybym umarł z nudów?

– Bardzo – rzuciła mama w roztargnieniu. Była zajęta przygotowywaniem obiadu. Zasmażała dżdżownice w liściach łopianu i nagle zdała sobie sprawę, że suszone chrząszcze, niezbędna przyprawa, właśnie się skończyły.

– No właśnie – rzekł Stolko do siebie. – Mama bardzo by się zmartwiła. W dodatku do końca życia miałaby wyrzuty sumienia, że nie puściła mnie na dwór i dlatego umarłem. Nie mogę do tego dopuścić. Nie mogę myśleć tylko o sobie, ale również o rodzicach. Dlatego…

Popatrzył w stronę kuchni, znów na komin.

– Dlatego muszę działać!

Wszedł do komina i spojrzał w górę. Wysoko. Trzeba by ze trzech dorosłych stolemów, ustawionych jeden na drugim, żeby tam sięgnąć. A takich jak on – pewnie z siedmiu.

Trudno.

Wziął głęboki oddech i rozpoczął wspinaczkę. Wbrew obawom, okazało się to całkiem łatwe. Napotykał mnóstwo wyłomów, które mógł chwycić łapami, a potem oprzeć na nich stopy. Żałował, że wcześniej nie wpadł na tak prosty pomysł. Był to nawet lepszy sposób na opuszczenie jaskini niż zwyczajne wychodzenie przez drzwi. Nie wspominając już o tym, że pozwalał uniknąć śmierci z nudów.

 

Kiedy Stolko zbliżył się do wyjścia z komina, zauważył, że jest tu zimniej niż na dole. Nie tak zimno, jak by się chciało, ale zimniej. Może więc z pogodą nie jest aż tak dobrze? – pomyślał z nadzieją.

Wystawił głowę z komina i zadrżał.

Na dworze było jasno!

Przerażony Stolko wtulił głowę w ramiona. Jak to? Czyżby nastał już dzień? Zacisnął powieki. Był przekonany, że „słońce za karę, przemieni go w skałę”.

Będę jak te kamienne stolemy w Kaszubskim Lesie – pomyślał zrozpaczony, czekając na tę straszną chwilę.

Czekał…

I czekał…

I czekał…

Aż wreszcie miał dość tego czekania.

Ostrożnie otworzył oczy. Nad sobą ujrzał księżyc, okrągły jak piłka, a wokół gwiazdy, skrzące się na granatowym niebie – to dlatego było tak jasno! Widok owszem, ponury, od blasku księżyca łzawiły oczy, ale przecież od czegoś takiego się nie umiera!

Podniesiony na duchu młody stolem wygramolił się z komina. Otrzepał się z kurzu. Zlizał smakowitą pajęczynę z łap i innych części ciała, do których zdołał sięgnąć językiem, a potem rozejrzał się po okolicy.

Nie był to wesoły widok. Pogoda okazała się paskudnie dobra, jak mówiła mama. Wypadałoby wrócić do jaskini, ale…

Skoro już się z tej jaskini wyszło, to czy opłaca się tak od razu wracać…?

Zwłaszcza że nieopodal Kaszubski Las kusił mrokiem i szumem starych drzew.


Kaszubski Las, nazywany również Lasem Stolemów, jest stary, gęsty i mroczny. Można tu spotkać powalone drzewa, omszałe i spróchniałe, spod których wychodzą różne robale. Robale są na ogół małe, ale niektóre z nich bywają wielkości pięści. Wokół słychać trzeszczenie pni. Tu i ówdzie stuknie gałąź, a może i nie gałąź. Nie wiadomo co. Od czasu do czasu pohukuje sowa. A może i nie sowa? Też nie wiadomo co. W ogóle jest tu bardzo miło. To dlatego Stolko tak lubił przychodzić do Kaszubskiego Lasu.


Powałęsał się trochę po lesie. Znalazł jagody, które zjadł ze smakiem. Potem zakąsił garścią ruchliwych robali, które biegały po spróchniałym pniaku – wybierał te najmniejsze, gdyż duże na ogół okazywały się twarde i gorzkie. Po posiłku poczuł się zmęczony, więc kiedy w leśnej przesiece natknął się na kałużę, nie potrafił się jej oprzeć.

Zabłocone kałuże mają tę zaletę, że kiedy się w nich położyć, są znacznie wygodniejsze od tych zwykłych, czystych. Błotko jest miękkie jak najlepszy materac.

Kiedy tak sobie w tej kałuży leżał, zadowolony i uśmiechnięty, na chwilę zamknął oczy. Było mu tak dobrze…

…zimno…

…i śmierdząco…

…że zupełnie zapomniał… zapomniał…

– Zaraz – mruknął niewyraźnie Stolko. – O czym to ja właściwie zapomniałem?


Tyle tylko zdążył wymruczeć i zasnął.

Śniło mu się, że sobie przypomniał to, o czym przedtem, zanim zasnął, zapomniał:

– Nie powinienem spać w lesie! – karcił sam siebie we śnie. – Muszę obudzić się, nim wzejdzie słońce. Bo wtedy…

– Wtedy słońce zamieni cię w kamień – odezwał się jakiś tajemniczy złowrogi głos, jeden z tych, które odzywają się tylko w złych snach. – Uuuuu!

Stolko natychmiast obudził się i zerwał na równe nogi.

Co to? Ktoś naprawdę krzyczał, czy tylko mu się to śniło?

– Uuuuu! – rozległo się ponownie. – Uuuuu!

Głos był cienki, piskliwy. I brzmiał najprawdziwiej w świecie.

– Kto tam? – zawołał odważnie Stolko.

Zawodzenie ucichło natychmiast.

Młody stolem wytężył wzrok. Zarośla przy kałuży były wyjątkowo gęste. Poczuł się niepewnie. Nie, żeby się bał. Nie tak łatwo wystraszyć stolema, ale…

– Może lepiej wracać do domu?


Nasłuchiwał. Cisza.

– Przecież to był płacz! – zdał sobie nagle sprawę. – Tam ktoś płacze! Może jakiś mały stolem, który zabłądził w lesie?

Trudno wyobrazić sobie, żeby stolem mógł zabłądzić w lesie, ale jeśli to jakiś obcy…?

Serce w piersi Stolka zabiło żywiej. Czyż od dawna nie marzył, że kiedyś spotka kogoś w swoim wieku?

– Hej! Czy jest tam może jakiś stolem?! – zawołał.

Cisza. Nikt nie odpowiadał.

Nie pozostawało nic innego, jak pójść i sprawdzić. Takiej szansy nie wolno zaprzepaścić!


Stolko stąpał najciszej, jak mógł. Nagle usłyszał urywany oddech, dobiegający zza kępy jeżyn. Ostrożnie okrążył zarośla i znalazł się w dobrze znanym sobie miejscu. Nigdy by o nim nie zapomniał – to właśnie tutaj tata pokazał mu skałę, która wyglądała jak dziecko stolema.

W głowie zaniepokojonego Stolka pojawiła się straszliwa myśl. Czyżby kamienny stolem ożył!?

W jednej chwili włosy na jego głowie stanęły dęba. Jeśli miał rację, to wcale nie chciał oglądać tego, co mogło wyłonić się z pradawnej skały. Nie potwora, który… który…

Stolko sam nie wiedział, co taki potwór mógłby zrobić, ale na pewno nic dobrego!

Najchętniej uciekłby teraz do rodzinnej jaskini, ale nie mógł. Jego nogi stały się raptem ciężkie, jakby – o nie! tylko nie to! – zamieniły się w kamień! Zrozpaczony rozglądał się panicznie na boki.

Nagle ją dostrzegł. Skałę w kształcie niedorosłego stolema. Stała na swoim miejscu, oświetlona blaskiem księżyca. Wyglądała na tak samo popękaną i omszałą jak zawsze. I – co najważniejsze – pozostawała nieruchoma. W żadnym razie nie sprawiała wrażenia żywej.

Stolko rozluźnił się. Opuścił ramiona. Nie było żadnego potwora.

Spróbował poruszyć nogami. Udało się. Wykonał krok w tył, potem jeszcze jeden. Zerknął podejrzliwie na kamiennego stolema. Ruszy się?

Kamienny stolem ani drgnął.

Zapłacze?

Nie zapłakał.

I niech tak zostanie. Lepiej niech każdy chodzi swoimi drogami. Stolemowa skała niech sobie stoi w lesie, a on wróci do domu.

– To nie ty płakałeś, prawda? – zapytał na wszelki wypadek.

Głaz milczał jak głaz.

Wtem coś zaszeleściło. Stolko z niedowierzaniem wytrzeszczył oczy. Zza kamiennego stolema wyłonił się cień…

I nagle:

– Uuuuu…

Tego było już za wiele.

– Aaaaa! – wrzasnął Stolko.

Uciekał, jakby goniło go stado głodnych wilków.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?