Ten czas.Wiersze zebrane

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Redaktor wydania

Michał Nalewski

Projekt okładki

Michał Poniedzielski

Zdjęcie na okładce

© Muzeum Literatury/East News

Korekta

Zofia Firek

ISBN 978-83-8123-839-7

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

WIERSZE DATOWANE

NOKTURN

Hiacynty ćmią dusznym zapachem;

po zachodzie czerwonawe słońce

pada smugą – krwawozłotym łachem

i zaplata pustych myśli końce...

Wtem ulica wpadła do pokoju,

rozedrgana rozgrzanym wieczorem,

w kolorowym wieczornym swym stroju

zapaliła złotem cichą porę.

Zgasł na szyldzie neonowy konik,

kwietny zapach miodem w gardle drapie

i z różowej gałązki jabłoni

posypały się płatki na papier.

1938, I

DNO

Patrz!

Jest tylko dno głębokie i sine,

mdławoduszne niebieską flegmą,

jest tylko śmierć i jej barwny rynek

nakrapiany czerwonym kitem

ukwiałów.

Patrz!

Jest tylko las skręcony sieci

wodorostów uwikłanych chustą;

Bóg głębiny perłami ukwiecił –

pęcherzami powietrza – pustą

przestrzeń.

Patrz!

Jest tylko spląt korali krzewu,

marynarzy rozsypane kości

i czerń wody od sinego gniewu

w kolorowy malowana pościg –

ryb szybkość!

II.38

DESZCZ NA MORZU

Na klawiszach fal grają

krople deszczu

w sonacie;

w płacz się mokry stapiają,

na klawiszach fal grają.

Chorał dźwięczy na morzu

nawałnicą,

pian naciek

zatopieniem fal grozi

w perło-wodnej sonacie.

Dyszy morze pochmurnie,

krople sieką

w zatracie,

coraz mocniej i górniej

w wodnej pieśni...

...sonacie...

II.38

PRZEMYTNICY

Łomotem wysapów

rozświstem maszyn

przyszklony słońcem

dach się przestraszył

po szynach stali

szczekały koła

śpiewały klaskiem

w chodników połach

stoop!!!

po kostkach brukiem

mgła się rozwleka

hamulce skrzypią

wysiłkiem pracy

świst ostrą igłą –

– mózg szyje bólem

wielka maszyna –

– stalowy kacyk

uchch!...

po kostkach bruku szelestem ciszy

żółtawobiała mgła się rozwleka

po kostkach bruku płaczą klaskotem

w ciszy pustynnej

kroki człowieka

halt!!!

z watowanych mgłą i deszczem palt

patrzą się oczy

ręce

głowy

walizki

w duszącej parze

głowy i twarze, ręce i twarze

. . . . . . .

a krople na palce spływają i lśnią...

no proszę!

walizki

pokazać

są!

są!

. . . . . . .

no...

. . . . . . .

i tylko

mgła się żółtawobiała rozwleka

po kostkach bruku...

kroki człowieka...

III.38

NARTY

Pozłotą słońca oślepiona,

pozłotą słońca śnieżno gładka

płaszczyzna wielka w szybkich spadkach

bujała nas na swych ramionach.

I bezszelestny puch, pył biały

pod słońce sypał się w przestrzeni.

Świst się stopylnie w krople zmienił

w płatkach od słońca rozgorzałych.

A pieśnią nam huczały w głowie

zaparty dech i pęd bezsłowie,

i wiatru śmiech,

a w piersi parła głąb otchłani

przepastnej; znad gór białej grani

nawisłych strzech.

IV.38

WIOSNA

Liście skłębione słońcem

w okno zielenią się pchają,

liście wytrysłe smugami

drzew wiosennego raju.

Słońce się tarza po murach

krwawiące plamą cegieł;

park – zieleniasta góra

w niebo

alei szeregiem

wystrzelił.

13.V.38

* * *

Spójrz!

tam się niebo kończy,

noc nie spełźnie dalej

rozszklonymi piersiami

w czernistej bezfali.

Tam się niebo już kończy,

zaczyna się trwoga,

tam...

błądziliśmy kiedyś

w mlecznogwiezdnych drogach,

tam...

pędziliśmy kiedyś

(płacz krwi w sercu palił),

pamiętasz?

tamśmy życie

ze śmiercią zdradzali...

19.V.38

RYTM

Hej!...

rozświstem rozłożyste

płaskociny...

rozstukane w śpiewne granie

światłoszyny...

Po wyboczach rozklekocie

huk maszyny,

po wyboczach...

po wyboczach...

stukopłocie...

. . . . . . .

krople w szyby

. . . . . . .

deszczem cały świat nam ociek[ł]

i rozświstem rozłożyste

płaskociny,

i jeziora, co wypełzły tam przy drodze,

i na szybie rozmazane w krąg sośniny,

kroplogradem rozśpiewało

się podzwonie;

pociąg z pola skośnie spełzał

mokrym błoniem,

coraz szybciej

nad rzek szarych rwące rynny

kwadratami, kwadratami

biją w oczy

śwwist...

rozświstem

rozłożyste

płaskociny...

V.38

LATO W MIEŚCIE

Matowe liście przez firanki.

Serca matowe kurzem miasta.

Po nocach z murem – swym kochankiem,

smutek się w formach podwórz zastał.

Usta zdyszane hukiem biegu

chłoną spylone w stal powietrze;

znak równych ulic rąk – szeregów

ostrzami, świstów płyną miecze.

Zmęczone drzewa klęczą w pyle;

przymknęły szare powiek liście;

tramwaj rozprute brzuchy alej

czerwoną smugą zszywa krwiście.

Liście od kurzu pokłębione

rozbite na czerwonym murze...

. . . . . . .

i nogi bolą tłokiem ulic...

i usta tylko...

dławią kurzem...

7.VI.38

ELEGIA II

Cień Twój na drzwiach przykuty białym światłem lampy

kołysze się cichutko w takt łez, co szeleszczą,

i płynie łukiem długim w ciszy nieskończoność.

Cienie, Twe ręce jasne od świetlności pieszcząc,

mówią o tym, co przeszło i co czeka jeszcze...

Nie szukaj słów w milczeniu moim duszośpiewnym,

nie przebieraj palcami dni zmarłych korali

rozsypanych w pamięci w kolorowe słońca...

nie patrz...

blask słów jak pióra barwiste się spalił,

jak skrzydła błękitnawych ptaków wyobraźni.

Słowa dawne przepadły w nieskończoną przepaść,

słowa nowe dymami się plączą po ziemi...

nie patrz...

żeby w noc ciemną kamieniami nie paść,

słuchaj, słowa szeleszczą:

nie patrz... nie mów... nie myśl...

VII.38

KIEDY PRZYJDZIESZ

Wiem, że przyjdziesz, noc będzie rozgrzana,

duszna ciszą i płomieniem bzowym;

kwiaty wiosny niosąc na kolanach

spłyniesz ciszą i ciszą mnie zgubisz...

Może przyjdziesz w rozkrzyczane rano,

strzelisz gwiazdą w słoneczniany spokój,

strzelisz sercem w duszę słońcem zlaną

w niespodzianym, dziwnym jakimś roku.

Może będzie deszcz o szyby dzwonił,

na falistym morzu ukojeniem,

może powiesz mi, co walka z życiem,

może powiesz mi, co jest cierpienie.

Może będzie deszcz o szyby dzwonił,

światło będzie piorunem się wiło

(w dali kroki zdyszanej pogoni).

Wiem, że przyjdziesz, wiem, że powiesz:

Miłość...

VII.38

DLA ZUZY

Róże nad ranem się perlą rozkwitem,

płaczą radości rosami ku ciepłu;

słowa na słońca promieniach uwite

pieśnią śpiewają na wargach zakrzepłą.

Usta na płatkach przelękłe klękając

krzyczą radością w głęboką czerwoność,

słowom ufają i barwom ufają,

płoną słowami i barwami płoną

. . . . . . .

Róże w uścisku na chwilę zamarły,

w niebach zwątpienia błysk się wężem wił;

myśli nadzieją, lęk zaciskał gardłem,

cisza...

i tylko kapią krople krwi...

[VIII.1938]

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

SZCZĘŚLIWE DROGI

Motto:

Czyż nie umiem rozróżnić marzeń od pamięci?

(Mickiewicz)

[Warszawa. Dn. 15. IX. 1938 r.


To dla Ciebie.

To jest nasza miłość; krótkie szczęście i długie godziny marzeń. Tu marzenie moje, wieczne marzenie o Tobie, odtwarzają (jakże mizernie!) Szczęście z Tobą.

Masz oto naszą piękną Wyspę Szczęścia, nasze Wielkie Dni, których nie zapomnę nigdy.

 

Każdy wiersz jest jednym momentem, który znamy tak dobrze i który oboje kochamy.

Ty jedna na całym świecie zrozumiesz te wiersze najlepiej, bo jesteś moim natchnieniem.

Krzysztof]


Pieśń o szczęściu

Dziś rano cały świat kupiłem,

gwiazdy i słońce, morze, las,

i serca, lądy i rzek żyły,

Ciebie i siebie, przestrzeń, czas.

Dziś rano cały świat kupiłem.

za jedno serce cały świat,

nad gwiazdy szczęściem się wybiłem,

nad czas i morskie głębie lat...

Gorące morza sercem płyną –

– pozłocie nieprzebytych sław,

gdzieś rzeki nocy mnie wyminą

w głębokich morzach złotych traw.

Chcę czerwień zerwać z kwiatów polnych,

czerwienią nocy spalić krew,

jak piersi nieba chcę być wolny,

w chmury się wbić w koronach drzew.

I

Cisza jest mdła, spokojna, nabrzmiała od słońca

i niedzielnie odświętna w lazurowym morzu.

Las zielenią się puszy na nieba błękicie,

żywy wiatrem, ubrany w pstry, liściasty kożuch.

Morze ciszą wypełzło w błękitny horyzont,

palmy lękiem przyklękły na leśnych wygłosach,

wygłodzone na skwarze, szukające wody.

Gdzieś na chmurach się perli srebrna błyskiem rosa.

Wyjdź na słońca promieniach w białosrebme rano,

na głębokie doliny wielką pieśń zaśpiewaj.

Spójrz! daleko pod słońcem, nad zielonym brzegiem,

po zielonych błękitach płynie biała mewa.

Morzem w nocy

Noc się ciszą kołysze, zmęczona wzruszeniem,

woda pachnie księżycem wśród dygów błyszczących,

nieskończone, bez ciała, śródfaliste drżenie

i cień nocy sinawy po wodzie się pnący.

Szczęście pałce rozdzwania drżące miękkim pulsem,

myśli czernią zakrzepłe na błyskach dygocą,

serce tętnem uderza w wielkiej piersi nieba.

W głąb rozczerni i szczęścia płyniesz ze mną nocą.

Deszcz

Wyogromnił się szumny

pryzmatami wody,

rozpłakany, rozdrgany,

pryskający chłodem.

Pogryzł morze tafliste

w kryształowe kręgi,

poszył przestrzeń szarawo

bezkresnym zasięgiem.

W łasy wperlił się światłem,

łopocący siłą.

Opowiadał bez ładu

szepliwie, zawiło...

Cisnął garścią do wody

dukatami srebra;

poszedł głębią do lasu,

o schronisko żebrał.

Do Twych włosów się wcisnął

brylantami tęczy

i srebrzystą purpurą

usta Ci uwieńczył

Twoje wargi spłoszone

drżą wy lękiem jeszcze.

Czemu, moja kochana,

zdradziłaś mnie z deszczem?

Po deszczu

Niebo ostrym błękitem prostuje ramiona,

wymęczone po deszczu, łukiem się wygina

i otwarte mdło oczy na ziemię obraca.

Pociąg słońca zahuczał w lśniących ścieżki szynach.

Światło wprysło barwiście w banieczki kropliste,

rozpyliło się w drzewach słonecznie plamistych,

poplamiło gorącem poparzone liście –

– zapisane powietrzem, nieskończone listy.

Ścieżki pełzną zmoknięte pod korzenie drzewa,

tęcze miękkim szelestem morze nieba pieszczą...

chodźmy zerwać rys srebra z dygotu gałązek,

przyjąć komunię szczęścia kropelkami deszczu...

Modlitwa

Spiż pęka płuc niebieskich od oddechu głębią,

niebo jest nieskończone nade mną ogromne,

w piersiach noszę przepastny ocean przestworów,

morza płyną nade mną słodko-nieprzytomne...

Szczęście spływa granatem po mgławic wyłogach

i ja tylko...

Modlę się Tobą do Boga...

AD ARISTUM FUSCUM

(tłum. z Horatiusa: „ODY”)

Fuscu! Człek czysty, przez zbrodnie nie sklęty

nie musi nosić mauryjskich pocisków,

nie trzeba jemu cięciwy napiętej

ni mieczów świstu...

Czy to pustynią droga niebezpieczna,

czy niegościnnym Kaukazem górzystym,

czy gdzie głęboka rzeka rwie bajeczna

Hydaspes szklisty.

Tak mnie, gdy spotkał wilk w sabińskim lesie,

gdy za daleko zaszedłem śpiewając,

potwór, co borem łup swój krwawy niesie

w lesistym kraju,

uciekł; o takim ogromnym potworze

nie słychać ani w iubijskiej pustyni,

ani w dębowych drzew daurijskim borze,

co ciemnią słynie.

Połóż mnie w piaskach, gdzie żadnego pola

nie ma i chłodu nie daje ni chwila,

gdzie kamień pęka w pozsychanych rolach

i noc się schyla...

Połóż, gdzie ziemia się skwarem pokryła,

gdzie piasek pali, gdzie piekieł gorąco,

kochać cię będę, o Lalage miła,

słodką, śmiejącą...

wczesna jesień

CZEKANIE NA NIKOGO

Pod obojętną czernią alej

myśli wieczorem granatowe,

zakute w gwiazd ćwiekowej

stali płyną przez noc kopanym rowem.

Ścieżki księżycem wylęknione

biegają w starych drzew zacieniu

i noce cierpną gorzko-słone,

skute w parkowych krat więzieniu.

A niebo piersi chce prostować

ugięte pod ciężarem ciszy,

wysoko w czerni płyną słowa

w nie wymówiony, głosem wiszar.

Oczy przestrzenią zapłakane,

wbite w głąb nieba nadaremnie,

gwiazdy w tłum liści zaplątane

drżą coraz ciemniej, ciemniej, ciemniej...

23.IX.38

ZŁODZIEJ

Noc łopotem przybiegła nad miasto

trzepocząca po gardle skrzydłami,

w zmatowiałych pryzmatach powietrza

asfalt światłem latami się łamie.

Usta głodem przelękłe klękają,

już zasłabłe męką niepokoju,

na szkle wystaw noc się głębią zsiadła,

ręce latarń w żółtym świetle stoją.

i noc...

chleb zza wystaw uśmiecha się piekłem

(niedojrzałe myśli w mózgu mdlące),

syte ciszą wystawowe szyby

mdłą uśmiechem, aż w gardle parzącym.

Palce biegną, niespokojne lękiem

(nerwoświatłem migają gdzieś szyby),

chcę coś mówić, a myśli głód skręca,

serce pulsem chce z nocy się wybić.

Chcę coś krzyknąć, a usta zamknięte,

chcę w noc uciec, a domy mnie gniotą,

tylko szyby jedzeniem nabrzmiałe

zagryzają mi usta niemotą

ręce są już nie moje, zdrętwiałe,

zbuntowane czerwienią od mrozu,

biegną, krzyczą purpurą jak walka,

rwą na strzępy myśli ścięte grozą...

szyba – ...

pękła niespodzianym krzykiem,

szkło wyprysło rakietami w ciemnie...

uciekały ulice gdzieś, nocą

puste śmiechem, biegnące beze mnie...

Jesień 38

DNI. III

Wieczór jest pusty jak wielkie mieszkanie,

z którego meble nocą wywieziono

i w którym został zepsuty fortepian

grający błędną fugę nieskończoną.

Pod kopułami odartych drzew z ciała

huczy lęk, nocą wywiany ze strychów

niepokój wpływa przez otwarte usta

i lęk szaleje nieskończenie cicho.

Przed dom zjeżony dachami z pajęczyn

zajechał pusty, wydęty karawan

chmur napęczniałych ciemnością i pustką;

(w szafach zawisła wypłowiała sława).

Śmierć rozłożona, szarawa i słaba

na katafalkach domów przygniecionych

sklepieniem nocy upadłym na ziemię;

(wloką się w zmierzchu przygłuszone dzwony).

Ciężar powietrza zgęstniałego miodem –

– woskową wonią świec umierających –

spada powoli funebryczny oddech –

– wieczór zszarzałą jesienią gorący.

Kwiaty cierpiące, mdlące usychaniem

słabną i mrokiem nalane się chylą

i męka schnie wśród kwiatów wpółumarłych,

tam, gdzie jest życie nieskończoną chwilą.

5.X.38

NOKTURN

Gorzko pachną samotną jesienią

te wieczory bez Ciebie umarłe,

kiedy marzę zaplątany w jesień,

kiedy serce mnie dławi pod gardłem.

Kiedy liście żółtawym odblaskiem

spełzną na dół na ściśnięte pięście,

w mgłach daleko zagubiona radość,

w mgłach daleko zagubione szczęście.

Potem noce mnie ciszą umęczą,

myśli spali błyskawicą drżenie,

potem serce mi wydrze przymarłe

jesień w wieczór spłakany wspomnieniem.

6.X.38

ARS POETICA

Wiersz jest we mnie zły, obcy, zły i nienawistny,

i pali moje noce gorejącym ogniem,

idzie przeze mnie tłumny, rozkrzyczany sobą

jak pochód ulicami niosący pochodnie.

Wiersz jest zły, nienawistny, chce rozerwać formę

(jak to ciężko zakuwać wolnego w kajdany),

chociaż wydrę go z głębi palącego wnętrze,

nigdy całkiem nie będę jego władczym panem.

Z krzykiem szarpie się, męczy, aż strzeli wołaniem,

potem stanie się obcy, przyjaciel niedoszły,

stanie w progu zamarzłym, płonącym, stworzony,

i pójdzie w mróz wieczorów tam, gdzie inne poszły.

jesień 38 r.

POWRÓT II

Noc znowu przychodząca nabrzmiała od mgieł;

bruk zwilgły nakrywa mdławiejąca wata

i tłusta, rozpylona, srebrnoszara biel

rozewrze się szeroko na kamiennych matach...

Latarnie – mdli pielgrzymi wypędzeni w noc,

konduktami długimi przechodzą chodnikiem;

drga stłumiona, matowa, poplątana czerń,

nalana w szklanki ulic jak zmącony likier...

Dalekie doki murów pełzną w szarym śnie;

po neonowych światłach szumią białym pyłem –

– szarzejące obłoki kolorowej mgły...

Noc przegniła wilgocią nakłębia zawiłe,

nieodgadłe krzyżówki już odeszłych dni,

które plączą się męką nad myślą zmęczoną,

zatopioną szarzyzną w bezobraze sny...

. . . . . . .

. . . . . . .

Życie zsiada się w ustach nocą gorzko-słoną...

. . . . . . .

Odpływają pociągi noc prujące szumem...

(obudzone sekundy narastają w świst).

Dziś ręce trzymające śliskość mgły wśród palców

załomocą do ciemnych parterowych drzwi...

. . . . . . .

16.X.38

WIECZÓR NA POŁUDNIU

Znużone wieczory odpoczywają na matach morza

(o, złoto sypane garściami ponad zielone gaje!),

drżą czarne cyprysy nocą opite jak słodkim winem,

słaniają się tłuste jak pająki nad omdlałym krajem.

Drży ciepło tkaniną półwidzialną na szybach wieczoru

(o, słodkie ciepło chwil umierających w mórz kołysaniu,

słodkie ciepło ramion zalewających zapachem światy!).

Zaczajone gwiazdy czyhające (ukryte za granią)

na koniec słońca i wytryśnięcie w przestrzenie srebrem,

na noc gęstą jak miód, zalewającą oczy i usta...

Rozwleka się wieczór cichy, niewysłowiony grób myśli.

Przytomność ucieka w nakłębione porty horyzontów,

zostaje sam wieczór, pełen zagadek, a jednak cichy...

38, jesień

IV. DNI

Jestem sam, ja i puste dni zmierzchem brunatne

jak liście poskręcane jesienią w agonii.

Dni z szelestu wysnute, z nocy bez majaczeń,

zwarzone cichym skrzypem kłamanej ironii.

. . . . . . .

A może dni te skłamał ktoś, tępy przechodzień

plugawiący różowe odblaski i słowa,

i może kłamstwo spadnie szarzejącą nocą,

dni się zjawią zielenią i powiedzą: prowadź.

Skry sypną purpurowe z marzących obłoków

i szczęście białym koniem zatętni pode mną,

i powiem: naprzód, szczęście! Dni szeregiem runą

przez noc pachnącą bzami i gęstością ciemną.

Wolność napłynie w usta purpurowym krzykiem,

zieleń pogryzie szare, daltoniczne noce.

Pełność, jędrność i wolność powstawania będzie

nie nadgryzionym myślą, słodkawym owocem

 

i wtedy szczęście biczem gwiezdnym zatnę

. . . . . . .

teraz jestem ja i te puste dni brunatne...

jesień 38 r.

SONET – MORZE

Noc się w morzu zatapia na ciemną żałobę –

kiry czernią zaleją dawności odpryski

odbijane nad ranem w gładzi zimno-śliskiej

i pochylą się ciemnią nad byłości grobem.

Porty wgryzą się światłem w półumarłą wodę,

roześmieją się nocą po pustych ulicach

i miasto w głąb, aż do dna światła chce przemycać,

jak ja, obrazy szczęścia opryskane chłodem.

Morze czarne i barwne! słoneczne i dumne!

załamane twe ręce horyzontów mglistych

w rozpaczy zamgławionej, jak w płaczu znad trumny.

Żegnaj, morze! w perłowych koronkach błękitne,

morze, morze kwitnące bielą w kwiatach czystych,

i ja tak pewno kiedyś powrotem zakwitnę...

jesień 38 r.

CHORE MYŚLI

Są takie zjawy dalekie, odległe

(kartki wydarte z dziecięctwa i wspomnień),

w snach gdzieś powstały i teraz nadbiegły,

żeby się w ciszę wgryźć i wrócić do mnie...

Są takie zjawy dalekie i znane,

które wracają w jaźni odrodzone,

które wracają (i wierzę w nie święcie),

w zmierzchu srebrzysty uwikłane więcierz...

. . . . . . .

Dni wymyślone w półciemnych pokojach

(drżą ciemną krepą firanki wiejące)

i w szarym pyle zgęstniałego kurzu

tarza się ciemne, zmierzchające słońce...

Pokój jest stary, cichy, staroświecki

(wiszą portrety jakichś znanych twarzy,

na których widok serce w piersi tłucze

i których oczy wrzątkiem serce parzą).

Cicho brzęczące stare fortepiany

grają dostojnie, cicho i powoli,

a po portretach w ścianę wprasowanych

łzy kapią szare... łzami serce boli...

Pod wieczór świece się palą w lichtarzach,

żółte jak tego dnia (którego? nie wiem)

i ręce, noce witające bledzią,

brodzą po kurzu nieustannym siewie.

Potem przychodzi długi cień po ścianie,

w starym cylindrze gość nieokreślony,

przyjdzie znów bębnić noc na fortepianie

i wstawiać kwiaty japońskie w wazony.

jesień 38 r.