3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Na skraju Strefy. Tom 1

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Na skraju Strefy. Tom 1
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Seria Fabryczna Zona

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Karta redakcyjna

Okładka


Seria Fabryczna Zona:


Michał Gołkowski – Ołowiany świt

Michał Gołkowski – Drugi Brzeg

Michał Gołkowski – Droga donikąd

Michał Gołkowski – Sztywny

Wiktor Noczkin – Ślepa plama

Wiktor Noczkin – Czerep mutanta

Wiktor Noczkin – Łańcuch pokarmowy

Krzysztof Haladyn – Na skraju Strefy. Tom 1


Andriej Lewicki – Łowca z Lasu

Wiktor Noczkin – Wektor zagrożenia


Bartek Biedrzycki – Kompleks 7215

Bartek Biedrzycki – Stacja Nowy Świat

Dominika Węcławek – Upadła świątynia


Paweł Kornew – Lodowa Cytadela

Jan Waletow – Ziemia Niczyja

Moim Rodzicom

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


To ja znalazłem starego lejtnanta.

Właściwie nie był taki stary, chyba nie miał jeszcze czterdziestu lat, ale to był nasz „stary” lejtnant. Leżał z głową na obdrapanym, przypalonym papierosami biurku w swojej kwaterze, a wokół jego skroni powiększała się kałuża krwi. W popielniczce dymił niedopałek własnoręcznie skręconego papierosa z marnego tytoniu, a obok stała szklanka i opróżniona do połowy butelka wódki Chrienowuszka[1].

Najbardziej absurdalną myślą, jaka przeszła mi wtedy przez głowę, było stwierdzenie, że Artiom mimo młodego wieku na skroniach miał widoczne ślady siwizny. Dziura w głowie była jakby na drugim planie.


Wiedziałem, że moim obowiązkiem jako podoficera dyżurnego jest poinformowanie dowództwa. Jeszcze raz się rozejrzałem. Całe wyposażenie stanowiły: biurko, dwa krzesła, szafka na akta oraz szafa pancerna. Wszystkie sprzęty były stare, poznaczone odpryskami farby jak śladami po ospie. Po prostu biuro komandira dyscyplinarnoj roty[2] na skraju Zony. Gówniane miejsce do umierania, o ile jakiekolwiek inne może być do tego lepsze...

Zamiast wyjść, usiadłem na krześle naprzeciw trupa i nalałem sobie wódki do jego szklanki. Ze ściany z wyblakłego portretu spoglądał na mnie poważnym wzrokiem Pan Prezydent. Obok pożółkły plakat przedstawiający żołnierza zabijającego bagnetem zmutowanego psa zagrzewał mnie do walki: „Broniąc granic Strefy, bronisz wszystkich obywateli Ojczyzny”. Uniosłem szklankę w niemym geście pozdrowienia i wypiłem jednym haustem. Poczułem się zagrzany do walki jak cholera. Przez chwilę rozważałem nalanie sobie drugiej kolejki, ale stwierdziłem, że potrzebuję jasnego umysłu podczas rozmowy z dowództwem. Urżnąć się zawsze jeszcze zdążę.


Wyszedłem z kwatery i głęboko zaciągnąłem się mroźnym wieczornym powietrzem. Żeby zadzwonić do dowództwa, musiałem przeciąć obóz na ukos i dojść do radiostacji. Obóz – szumne określenie. Nasza kompania karna, zlokalizowana już za Kordonem, ale jeszcze nie w Zonie, liczy niecałe sto dusz, głównie zdegradowanych sierżantów[3], dowodzonych przez zdegradowanych oficerów. Siedem niskich budynków koszarowych, nieduża kwatera dowodzenia, obskurny lazaret, radiostacja i kantyna. Wszystko to otoczone czterometrowym murem zwieńczonym drutem kolczastym, skupione wokół niewielkiego placu, w czasie każdego deszczu zmieniającego się w grzęzawisko.

Dziś, idąc przez plac, nie zapadałem się po kostki – była jeszcze wczesna wiosna i lekki przymrozek ściął błoto. Szedłem szybko i nie reagowałem na pozdrowienia żołnierzy skupionych w rozsianych tu i ówdzie niewielkich grupkach. Powiadomić dowództwo, powtarzałem sobie w myślach, potem niech się dzieje, co chce. Nawet nie jestem tu najstarszy stopniem.

Szybko zastanowiłem się, kogo w pierwszej kolejności powinienem poinformować o moim makabrycznym odkryciu. Kurlew, nasz oficer medyczny. Po śmierci dowódcy ten cały bajzel spocznie na jego barkach. Skierowałem się do jego kwatery, przylegającej do lazaretu. Najpierw uprzejmie zapukałem, potem załomotałem, ale odpowiedziała mi tylko cisza. Mając świadomość, że sytuacja jest poważna, złapałem za klamkę, lecz drzwi okazały się zamknięte. Przez chwilę zdawało mi się, że słyszę za nimi jakiś ruch, ale hałas się nie powtórzył. Zajrzałem jeszcze przez drzwi lazaretu, mając nadzieję, że odnajdę tam Kurlewa. Cuchnące środkami do dezynfekcji wnętrze polowego szpitala było prawie puste. Niewielka lampka świeciła się tylko przy jednym łóżku, pod okryciem zobaczyłem zarys sylwetki jakiegoś rannego żołnierza. Ani śladu lekarza.

Znałem zamiłowanie Kurlewa do mocnych trunków (wiedział o nim każdy w naszym obozie), ale byłem pewien, że nie znajdę go w kantynie. Konował pił solidnie, najczęściej w samotności. Wyglądało na to, że zaszył się gdzieś z butelką i nieprędko go znajdę. Świetnie, obowiązek telefonicznego powiadomienia dowództwa właśnie spadł na mnie.

Wasia, pryszczaty, może dwudziestoletni radiotelegrafista, podniósł na mnie zmęczone oczy. Ożywił się dopiero, gdy powiedziałem, że ma mnie połączyć z dowództwem.

– Z kim konkretnie? – zapytał, unosząc brwi.

– Konkretnie z majorem Diasłowem.

– Mam go obudzić? – zdziwił się łącznościowiec.

– Myślisz, że już śpi? – Pora była jeszcze dość wczesna.

– Nie wiem, o której chodzi spać major – odparł pryszczaty. – Mogę połączyć z oficerem dyżurnym.

Ta rozmowa powoli zaczynała mi działać na nerwy. Potarłem skronie, czując zbliżający się ból głowy. Cholerny Kurlew, nigdy go nie ma, gdy jest potrzebny.

– Coś się stało? – zapytał radiotelegrafista.

– Nie twój interes. Dzwoń!

Kiedy radiotelegrafiści Wasia i jego odpowiednik znajdujący się po drugiej stronie drutu (sądząc po głosie, równie młody i pewnie równie pryszczaty) wymienili regulaminowe uprzejmości, okazało się, że nie mogę rozmawiać z majorem.

– Tu oficer dyżurny. Bezpośrednio z majorem Diasłowem mogę połączyć tylko dowódcę waszego obozu, lejtnanta Artioma Alaksandrowycza – zatrzeszczała słuchawka.

Kończyła mi się cierpliwość, a na dodatek zaczynała mnie boleć głowa. Rozkazałem Wasi wyjść, a sam usiadłem na jego miejscu.

– Posłuchaj, chłopie, mówi sierżant Dmitrij Petrenka. Artioma Alaksandrowycza już z majorem nie połączysz, bo w tej chwili nasz lejtnant wykrwawia się spokojnie na swoje biurko po śmiertelnym zatruciu ołowiem kaliber dziewięć milimetrów. – Wziąłem głęboki wdech i kontynuowałem, zanim zdążył mi przerwać: – Możesz też spokojnie uznać, że w tej chwili nie ma tu nikogo wyższego stopniem ode mnie. Jednego z naszych dwóch młodszych lejtnantów coś zżarło na patrolu ze trzy miesiące temu, a drugi jest najpewniej w sztok pijany. Budź majora! – ostatnie słowa praktycznie wykrzyczałem.

Zużywszy wszystkie pokłady perswazji i retoryki, o które nawet się nie podejrzewałem, po prostu zwiesiłem głowę w słuchawkach i czekałem. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Kiedy byłem już pewny, że pryszczaty łącznościowiec majora przerwał połączenie, usłyszałem mocny, męski głos:

– Mówi major Diasłow. Meldujcie, sierżancie.

Opowiedziałem mu dokładnie o tym, jak znalazłem naszego starego lejtnanta. Nie była to długa opowieść. Ot, był człowiek, teraz nie ma. Znaczy jest, ale martwy. Potem nastąpiło krótkie telefoniczne przesłuchanie.

 

– Co robiliście w kwaterze dowodzenia?

– Przyszedłem złożyć ostatnie raporty od oficera medycznego, plan najbliższych patroli, raport naukowy – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– Gdzie są teraz te dokumenty?

– W teczce, mam ją przy sobie. – Zabrałem ją odruchowo ze sobą. Pewnie dlatego, że nie chciałem zostawić jej na zakrwawionym biurku albo po prostu przez roztargnienie spowodowane widokiem mózgu dowódcy w stanie półpłynnym.

– Czy jesteście pewni, że to było samobójstwo?

– Raczej tak. W kwaterze nie było śladów walki, lejtnant Alaksandrowycz siedział, nigdzie nie ma dziur po kulach.

– Z wyjątkiem jego głowy? – dopytywał się major.

– Z wyjątkiem głowy.

– Petrenka, zanotujcie moje rozkazy. Teczkę z dokumentami zaniesiecie do kwatery dowodzenia. W samej kwaterze nic nie ruszać, nie zabierać ciała. Możecie otworzyć okno, żeby się tam nie zaśmierdło do przyjazdu śledczych. Pod drzwiami postawicie trzech ludzi, mają nikogo nie wpuszczać. Na zewnątrz pod oknem dwóch. W ciągu dwóch dni zjawi się ekipa dochodzeniowa i wasz nowy dowódca, kapitan. Zadbajcie też o wygodną kwaterę dla niej. Zrozumieliście?

– Zrozumiałem.

Zrozumiałem aż za dużo. Przez kilka dni będzie tu istny dom wariatów. Do tego przysyłają kapitana, czyli wysoką szarżę, podczas gdy dotąd mieliśmy tu tylko lejtnanta i raz młodszego lejtnanta, który koniecznie chciał sobie obejrzeć Zonę i już na drugim patrolu wlazł w anomalię – zresztą i tak nikt go nie lubił. Teraz kapitan, do tego baba, która pewnie w życiu na oczy mutanta nie widziała. Będzie młyn.

– Kto w obozie jest teraz najstarszy stopniem? – zastanawiał się chwilę Diasłow. – A tak, małodszy lejtenant[4] Kurlew, wasz oficer medyczny, ten stary alkonawt[5]. To znaczy, że do przyjazdu moich ludzi będziecie mieli obóz na głowie. Powodzenia, sierżancie. – Trzask odkładanej słuchawki oznaczał definitywne zakończenie rozmowy.

Świetnie, czyli zanim zacznie się młyn z dochodzeniem i nowym dowództwem, ja nieoficjalnie odpowiadam za ten burdel. Świetnie. Zaczynałem żałować, że w kwaterze lejtnanta nie nalałem sobie tej drugiej kolejki.


Ponownie skierowałem się do lazaretu, w którego przybudówce rezydował nasz oficer medyczny. Miałem nadzieję, że może już wrócił. Jeśli znów go nie zastanę, wypełnię rozkazy majora, a potem jeszcze raz łapiducha poszukam. Idąc, zastanawiałem się, jak to wszystko rozegrać, żeby nie narobić jeszcze większego zamieszania. Na razie nikt o niczym nie wiedział, ale to musiało się niedługo zmienić. Problem polegał głównie na tym, aby nie dopuścić do rozprężenia i zbyt wielu kłopotów przed przyjazdem tej nowej kapitan. Potem to wszystko już nie będzie moim problemem.

Niestety, odległość między budynkiem radiostacji a kwaterą Kurlewa była zbyt mała, żebym zdążył wymyślić cokolwiek konkretnego. Kiedy ponownie nikt nie odpowiedział na moje uprzejme łomotanie do drzwi, znów postanowiłem spróbować wpuścić się sam. Sądziłem, że rezultat będzie taki jak poprzednio, ale ku mojemu zaskoczeniu klamka ustąpiła. Wchodząc do środka, spodziewałem się ujrzeć medyka w czułych objęciach kolejnej już dziś flaszki lub śpiącego przy stole ciężkim snem doświadczonego pijaka, lecz kwatera przy lazarecie wydawała się zupełnie pusta.

– Lejtnancie Kurlew?! – Pod skłębioną na łóżku pościelą coś się poruszyło.

Podszedłem do wyrka i zacząłem przetrząsać jego zawartość. Kurlewa wprawdzie nie znalazłem, dowiedziałem się za to, co dziś wieczorem robiła jedna z młodziutkich pielęgniarek. Gdy odkryłem kołdrę, nie wydawała się nawet specjalnie zawstydzona. Spojrzała na mnie tylko zaspanymi oczami (nie pamiętam, jakiego koloru, sam patrzyłem nieco niżej) i zasłoniła się jedną ręką, ale jakoś tak bez przekonania.

– Rodzice zawsze mi mówili: „Ucz się, synku, na lekarza”, ale człowiek młody był, głupi – westchnąłem sam do siebie. – Nie wiesz może, gdzie jest Kurlew?

– Wyszedł, pewnie do szpitala. Oddawaj kołdrę. – W jej głosie znów zabrakło przekonania, ale nie miałem czasu się teraz nad tym zastanawiać.

Oddałem kołdrę dotychczasowej użytkowniczce, obszedłem budynek dookoła i wszedłem do części szpitalnej.

Nasz lazaret nie sprawia zbyt pozytywnego wrażenia. W żadnym szpitalu nie jest przyjemnie, zwłaszcza wojskowym, ale białoruski szpital wojskowy obozu karnego na skraju Strefy to klasa sama w sobie. Żelazne łóżka polowe, pospawane byle jak z kątowników, obciągnięte brezentem, kroplówki wiszące na powyginanych wieszakach, odrapane ściany i stary rozsypujący się sprzęt. Do tego jest jeszcze ten charakterystyczny zapach. Ostra chemiczna woń środków dezynfekujących, mających zamaskować zapach krwi, gnijących tkanek i strachu. Chyba każdy szpital w końcu przesiąka takim smrodem. Tego wieczora w lazarecie prawie wszystkie łóżka były puste. Zwykle zapełniają się zaraz po każdym dłuższym patrolu, a od ostatniego dalszego wypadu minęło już sporo czasu.

Kurlewa znalazłem przy jednym z posłań w głębi sali. Leżał na nim młody radawy[6], którego lewa noga kończyła się paskudnie jątrzącym się kikutem tuż powyżej kolana. Chłopak był nieprzytomny, a lekarz zapisywał coś w jego karcie.

– Będę mu musiał amputować resztę tej cholernej nogi – powiedział, gdy mnie zobaczył. W jego oddechu wyraźnie czuć było alkohol, ale wyglądał na trzeźwego. Pewnie ta pielęgniareczka znalazła mu ciekawsze zajęcie od picia.

– Co mu się stało? – zapytałem, starając się nie patrzeć na paskudny kikut.

– Wylazł za mur, połaził, aż wlazł w barszcz Sosnowskiego. Wszędzie indziej na świecie powodują bolesne oparzenia skóry, ale jak zwykle w Strefie jest ciekawiej. – Lekarz uśmiechnął się nie wiedzieć czemu. – Zanim mi go tu przynieśli, zżarło mu całą łydkę do kości. Amputowałem pod kolanem, ale to gówno się nie poddaje.

– Jak to: wylazł – zdziwiłem się. – Tak po prostu?

– Strażnicy pewnie go wypuścili, żeby skoczył po samogon do wsi. Widać pomylił kierunki.

Mimo woli spojrzałem na chłopaka. Widziałem już wiele istnień pochłoniętych przez Zonę, ale czegoś takiego jeszcze nigdy. Trzeba będzie uważniej patrzeć pod nogi.

– Lejtnancie, jeśli nie ma pan żadnego pilnego przypadku, proszę, żeby poszedł pan ze mną – zwróciłem się oficjalnie do Kurlewa.

– Coś się stało?

– Trzeba stwierdzić zgon.

– Czyj, jeśli wolno spytać?

– Lejtnanta Artioma Alaksandrowycza.

Kurlew spojrzał na mnie zdziwiony, ale nic nie powiedział. Skinął tylko głową, wstrzyknął do kroplówki jednonogiego żołnierza jakąś mętną substancję, podregulował przepływ płynu i wyszedł wraz ze mną z lazaretu. Pomyślałem, że mam szczęście, że jest w miarę trzeźwy, inaczej cała sprawa byłaby znacznie trudniejsza.

Gdy szliśmy przez powoli zamierający obóz do kwatery dowodzenia, pokrótce wyjaśniłem mu sytuację. Opowiedziałem o tym, jak znalazłem Artioma, o telefonie do dowództwa, zaleceniach Diasłowa i planowanym przyjeździe jakiejś kapitan i śledczych. Pominąłem jedynie fakt, że major nazwał go starym moczymordą. Kurlew nie wydawał się tym wszystkim za bardzo przejęty. Zresztą nie powinno mnie to dziwić, był w wojsku na tyle długo, że obchodziło go już chyba tylko chlanie i pielęgniarki, takie jak ta w jego kwaterze.

– Niezły burdel się zrobił, Dima – stwierdził tylko. – Dlaczego nie przyszedłeś najpierw do mnie?

– Chciałem...

– Zresztą chuj z tym – przerwał mi w pół słowa. – Dobrze, że to ty musiałeś użerać się z Diasłowem.

Doszliśmy do biura lejtnanta. Przepuściłem Kurlewa w drzwiach, jako starszego stopniem, i wszedłem za nim. Lekarz rozejrzał się po pokoju i podszedł do biurka, na którym stygł już powoli mózg naszego dowódcy. Nie zwracając szczególnej uwagi na zwłoki, nalał sobie chrienowuszki i tak, jak ja wcześniej, jednym haustem wychylił pół szklanki.

– Trup, zdecydowanie – stwierdził krótko, wskazując na Alaksandrowycza.

– To wszystko?

– Nie, Dim, jeśli cię to uspokoi, sprawdzę mu puls – powiedział, przykładając palce do szyi Artioma.

Stał tak przez kilka sekund, po czym nagle spojrzał na mnie z przerażeniem.

– On... on...

– Co?!

– A nie, jednak nie żyje – roześmiał się głośno. – W chuja lecę z tobą. Dim, przecież ma mózg rozbryzgany na pół pokoju!

– Durne żarty – fuknąłem.

– Daj spokój, opłakać go jeszcze zdążymy, jak przyjedzie nowa szefowa. Masz jakiś pomysł, czemu to zrobił?

– Żadnego. Chociaż... może po prostu znudziło mu się życie w dupie świata i dowodzenie bandą degeneratów – stwierdziłem gorzko.

– Nie przesadzaj, Dim, w białoruskim wojsku nie jest tak źle – powiedział Kurlew, nalewając sobie kolejną porcję wódki. – Strefa to może nieco nietypowe miejsce, taki trochę inny ekosystem, a nasz obóz to nie kompania honorowa, ale da się żyć.

– W sumie racja. – Nie było sensu się kłócić.

– Wezmę sobie tę flaszkę. – Kurlew zabrał ze stołu butelkę. – Jest znacznie lepsza od medycznego spirytusu, a ja jestem tu teraz najstarszy stopniem. Wykonaj wszystkie rozkazy majora Diasłowa. Zameldujesz się u mnie rano, powiedzmy o dziewiątej. Pytania?

– Nie, obywatelu młodszy lejtnancie – powiedziałem regulaminowo.

Pewnie, że nie mam pytań. On pójdzie sobie popić i poruchać tę młodą pielęgniareczkę, a na mnie spadnie cała robota. Świetnie.

Obrzuciłem jeszcze raz spojrzeniem kwaterę Alaksandrowycza. Myślałem nad tym, co mogło go skłonić do tak drastycznego kroku, ale poza postępującą depresją wywołaną plakatem propagandowym na ścianie nic nie przychodziło mi do głowy.

Kurlew miał zasadniczo rację, w naszym obozie nie jest tak źle. Dziewczyny są raczej chętne, jakaś flaszka zawsze się znajdzie, żratwa[7] też w sumie niezła. Czego chcieć więcej, jeśli się wie, że można zginąć na najbliższym patrolu? No można jeszcze chcieć nie zginąć na najbliższym patrolu. Lejtnantowi Artiomowi Alaksandrowyczowi najwyraźniej odechciało się wszystkiego. Trudno, jego sprawa.

Miałem już wychodzić, kiedy zorientowałem się, że cały czas trzymam w ręce teczkę z dokumentami. Przypomniałem sobie, że to właśnie jej dotyczył pierwszy rozkaz majora, ale Kurlew zupełnie nie zwrócił na nią uwagi. Klucz do kasy tkwił w zamku. Włożyłem teczkę do sejfu, po czym przekręciłem klucz i zabrałem go ze sobą. Otworzyłem okno i wyszedłem z biura.

Major rozkazał też postawić strażników przy drzwiach i oknie. Mógłbym właściwie na chybił trafił wybrać kilku szeregowców plączących się po obozie, ale postanowiłem załatwić to w nieco bardziej cywilizowany sposób.

Mimo późnego wieczora, a może właśnie z tego powodu, kantyna była prawie pełna. Większość tych, którzy nie mieli służby, przesiadywała właśnie tutaj. Nasza stołowaja to wesołe miejsce, zawsze można przyjść, pogadać czy pograć w karty. Oficjalnie alkohol można tu dostać tylko przy okazji świąt państwowych, ale na wiele spraw przymyka się oko. Służba w miejscu, gdzie jutro może cię zabić mutant bez nazwy, nagła emisja czy głupi chwast, rządzi się swoimi prawami. Gdyby dowódcy chcieli utrzymać tu rygory, jak w innych „normalnych” kompaniach, szybko mieliby epidemię zatruć ołowiem podobnych do tego, które zabiło lejtnanta.

Było już dość późno, więc towarzystwo przy stolikach bawiło się w najlepsze. Nieliczne dziewczyny w lekko rozpiętych mundurach siedziały chłopakom na kolanach, co chwilę z któregoś kąta sali przez ogólny gwar przebijał się głośny śmiech. W zasnutym dymem pomieszczeniu odszukałem wzrokiem kaprała[8] Witalija Afranowycza. Znałem go jeszcze, zanim obu nas przenieśli do Strefy. Właściwie, gdybyśmy się nie znali, może żaden z nas by tu nie trafił... Przecisnąłem się do stolika, przy którym siedział w towarzystwie dwóch ogolonych na zero, masywnych szeregowców. W kantynie zwykle nie przywiązywaliśmy większej wagi do rangi, zwłaszcza że w całym obozie nie było nikogo naprawdę wysokiego stopniem.

– Dim, siadaj z nami! – krzyknął wesoło Witalik, widząc, że zmierzam w ich stronę. – Dziś świętujemy!

– Wit, musimy pogadać!

– Jasne, siadaj, znajdzie się szklanka, znajdzie i koleżanka! – roześmiał się mój kumpel.

 

– Małodszy siarżant Afranowycz, to sprawa służbowa, tylko dla waszych uszu. Wychodzimy! – wydałem rozkaz nieco głośniej, niż zamierzałem. Przy kilku okolicznych stolikach obróciły się ku nam ciekawskie głowy. Miałem już coraz bardziej dosyć tego wieczoru, bolała mnie głowa i chciałem się przespać. Witalij wstał, spojrzał na mnie i stwierdził:

– Tak toczno!

Za to właśnie lubiłem Wita, wiedział, kiedy kończą się żarty. Gdy wychodziliśmy na zewnątrz, już nikt na nas nie patrzył, wszyscy zajęli się swoimi sprawami. Stanęliśmy za rogiem kantyny, zapaliliśmy obaj i dopiero wtedy zapytał:

– Co jest?

W krótkich słowach opisałem mu całą sytuację. Wyjaśniłem również, że do przyjazdu kapitan wszystko jest właściwie na mojej głowie.

– Chujowa sprawa – skomentował krótko.

– Liczyłem na nieco większą elokwencję, Witaliju Afranowyczu. Wybierzesz pięciu dyskretnych ludzi, postawisz dwóch pod drzwiami i trzech pod oknem. Nie, czekaj, odwrotnie. Trzech pod drzwiami, dwóch pod oknem.

Wit tylko kiwał głową, spokojnie paląc papierosa.

– Co, jak będą zadawać pytania?

– Powiesz im, co się stało, i rozkażesz nic nie mówić. Rano ktoś ich zmieni. – Zgasiłem niedopałek pod butem. – Ja poprowadzę jutrzejszy apel poranny, Kurlew jest najstarszy stopniem, ale będzie odsypiać kaca.

– Ta, widziałem tego jego cycatego, rudego „kaca”! – roześmiał się Wit. – Sam bym ją chętnie odespał. Dobra, zajmę się wszystkim.

– Dzięki. Jak dobrze pójdzie, za dzień czy dwa to już nie będzie mój ani twój problem – stwierdziłem, dodając w duchu „mam nadzieję”.

Witalij poszedł oddelegować ludzi do pilnowania, a ja powlokłem się w końcu do swojej kwatery. Jednym z niewielu plusów mojego stopnia jest fakt, że z nikim nie dzielę tej klitki dwa na trzy metry. Zdjąłem mundur i położyłem się z zamiarem przemyślenia na spokojnie ostatnich wydarzeń, jednak moje myśli wciąż płynęły w innym kierunku.

Nie mogłem zrozumieć, dlaczego lejtnant to zrobił. Przecież on nawet nie musiał chodzić na patrole w głąb Strefy. Właściwie nie musiał się narażać. Nasz obóz stał w odległości dwóch kilometrów od umownej granicy Zony. Oznaczało to, że emisje nie sięgały bliżej niż jakieś cztery kilometry od muru (a przy granicy mogły co najwyżej napędzić stracha), anomalie też raczej w tym pasie nie występowały. Czasem zaplątał się jakiś mutant, ale nic specjalnie groźnego – ot, pseudopies, co zgubił stado, albo chory mięsak. Dlatego nie potrafiłem zrozumieć lejtnanta. Obóz to miejsce bezpieczne, Artiom był w nim najwyższy stopniem, dowództwo raczej się nie wtrącało, nic tylko żołd brać i buchat‘[9]. Pogrążony w tych rozmyślaniach zasnąłem.


Ciche pikanie zegarka wyrwało mnie z lekkiego i pozbawionego marzeń snu. Piąta rano. Cóż, ja i Kurlew mieliśmy zupełnie inne podejście do określenia „z samego rana”. Obudziłem się w znacznie lepszej formie i w o niebo lepszym nastroju. Z tym, co mnie dziś czeka, poradzę sobie bez większych problemów, a za dzień czy dwa będę mógł wrócić do dawnej rutyny. Szybko złapałem ręcznik i poszedłem pod natryski. O tej porze w obozowej łazience jest jeszcze pusto (i nie brakuje ciepłej wody), wziąłem więc długi, orzeźwiający prysznic. Po powrocie do kwatery wyczyściłem buty i mundur. Dziś przyda mi się cały autorytet przed kompanią.

Witalija znalazłem w kantynie, niespiesznie pochłaniającego śniadanie. Podoficerów nie obowiązywały ustalone godziny posiłków, więc często jedliśmy śniadanie zaraz po otwarciu kuchni, jeszcze przed porannym apelem. Podkrążone oczy i zmęczona twarz zdradzały, że nie położył się wczoraj tak grzecznie jak ja.

– Moi ludzie stoją na warcie, przed chwilą sprawdzałem – powiedział, zanim zdążyłem go o to zapytać.

– Nie było problemów?

– Nie, w nocy nic się nie działo. Musisz tylko szybko znaleźć dla nich zmianę, bo stali całą noc.

– Twoja troska jest naprawdę ujmująca. Po apelu ktoś ich zmieni.

Dzień zapowiadał się słoneczny i w miarę ciepły. Ślady nocnego przymrozku zaczęły już znikać, a od strony Strefy wiał lekki, pozbawiony zapachu wiaterek. Punktualnie o siódmej stanąłem naprzeciwko niemal całej białoruskiej kompanii karnej na skraju Strefy. Na placu prawie setka żołnierzy stała prawie na baczność. Wziąłem głęboki wdech, wystąpiłem naprzód i zacząłem mówić.

– Smirna![10] Czołem, żołnierze!

– Czołem... – odpowiedzieli smętnym chórem.

– Wczoraj w godzinach wieczornych dowódca tego obozu lejtnant Artiom Alaksandrowycz poległ podczas pełnienia obowiązków służbowych. – Wyraźnie widziałem, jak na twarzach w pierwszych rzędach maluje się najpierw zaskoczenie, a potem ciekawość. – Przyczyny jego śmierci ustali ekipa śledczych, którzy przyjadą tu w ciągu dwóch dni razem z nową panią kapitan. Do tego czasu dowództwo nad obozem obejmuje młodszy lejtnant Kurlew, który z racji pełnienia również obowiązków oficera medycznego powierzył mi nadzór nad częścią spraw administracyjnych.

Zrobiłem krótką przerwę, żeby zdążyli przetrawić informacje. W końcu nawet na tym zadupiu niecodziennie ginie dowódca. Wielu z nich zapewne zastanawiało się, jak umarł, ale nie zamierzałem zaspokajać ich ciekawości. Miałem nadzieję, że zapowiedziany przyjazd pani kapitan da im temat do plotek. Teraz nadszedł czas na lepsze wiadomości.

– Wszystkie zaplanowane patrole zostają odwołane. – Niemal słyszałem westchnienie ulgi co najmniej kilkunastu żołnierzy. – Zamiast tego wszyscy, którzy nie mają wyznaczonych obowiązków, zgłoszą się do swoich dowódców dziś o ósmej trzydzieści i otrzymają zadania w obozie. Wolna![11] Rozejść się!

Po apelu ogólnym zwołałem w jednym z budynków koszarowych naradę niższych rangą podoficerów. Przekazałem im więcej szczegółów na temat wczorajszych wydarzeń, nie pomijając prawdopodobnej przyczyny śmierci dowódcy. W ramach formalności zakazałem im rozpowszechniania tej informacji, chociaż byłem pewien, że do wieczora cały obóz będzie wiedział wszystko ze szczegółami. Cóż, nie mój problem. Poleciłem również regularnie zmieniać wartowników przy kwaterze dowodzenia i doprowadzić obóz do porządku przed przyjazdem nowego kamroty[12]. Wszyscy wyglądali na zadowolonych z tego, że w najbliższych dniach nie będą musieli ruszać się za mur.

Mimo wczesnej pory Kurlewa zastałem nie w jego kwaterze, ale w lazarecie. Pochylał się nad łóżkiem młodego szeregowca bez nogi, którego widziałem wczoraj. Asystowała mu ta sama pielęgniarka, z której poprzedniego wieczora ściągnąłem kołdrę. Chłopak był przytomny, choć otumaniony lekami. Jego szklisty wzrok wędrował gdzieś po suficie.

– Chłopcze, będę ci musiał amputować resztę nogi – mówił Kurlew spokojnym głosem. – Infekcja się nie poddaje, jeśli tego nie zrobię, umrzesz w ciągu kilku dni.

Dwie duże łzy spłynęły wolno po policzkach pacjenta.

– Muszę to zrobić tutaj, żebyś mógł wrócić do domu. Nie wypuszczą cię ze Strefy w takim stanie, żebyś nie zawlókł nic na Dużą Ziemię. Po jakiego chuja wyłaziłeś za ten mur – pokręcił głową lekarz.

– Artefakty... chciałem zebrać... pradać[13]... – chłopak mówił cicho z zamkniętymi oczami. Spod powiek powoli płynęły mu łzy. – Nie chcę tak... kaleka... lepiej zabijcie...

Odszedłem od łóżka. Zaczynałem rozumieć, dlaczego Kurlew tyle pił. Durny szczeniak, artefaktów chciał szukać. Tworów Zony o cudownych właściwościach, które zbierają stalkerzy w głębi Strefy. Problem tylko w tym, że rodzą się one w anomaliach, a w pobliżu obozu ich nie ma. Chłopak o tym nie wiedział i zapłacił najwyższą cenę.

Wyszedłem przed lazaret i zapaliłem papierosa. Kurlew dołączył do mnie po kilku minutach.

– Lejtnancie, póki chłopak jest przytomny, trzeba dowiedzieć się, gdzie był, żebyśmy mogli wytępić ten barszcz – odezwałem się pierwszy.

– Zapytam. Jak apel?

– Dobrze. Myślę, że uda się utrzymać dyscyplinę przez te kilka dni do przyjazdu nowej ekipy.

Jak się później okazało, nie musieliśmy czekać nawet tak długo.


Szabaszniki[14] przyjechali jeszcze tego samego dnia około południa. Tak pogardliwie nazywaliśmy oddziały budujące obozy, mury czy zasieki w okolicy Strefy. Było ich około trzydziestu. Dowodził nimi praparszczyk[15] Chruszczenka, mniej więcej czterdziestoletni facet, wyglądający jakby nigdy nie musiał strzelać nigdzie poza strzelnicą. Lekko przy kości, ręce nawykłe raczej do łopaty niż karabinu, mówił wyłącznie po rosyjsku. Na mocy rozkazu z góry przejął dowodzenie od Kurlewa, a ja odetchnąłem z ulgą. Niech się teraz martwi o ten cały bajzel do przyjazdu tej nowej kapitan. Moje nadzieje na usunięcie się w cień i odpoczynek okazały się jednak płonne. Chruszczenka krótko po przyjeździe zjawił się w mojej kwaterze.

– Sierżant Dmitrij Petrenka? – bardziej stwierdził, niż zapytał.

– Tak jest! – odpowiedziałem, stając regulaminowo na baczność.

– Spocznij. Przejmuję dowodzenie nad obozem. Lejtnanta Kurlewa już poinformowałem. Rozpoczynamy szeroko zakrojone prace budowlane na terenie tego obozu – przeszedł od razu do rzeczy. – Jednostka zostanie znacznie powiększona, będzie nowa kazarma[16] i laboratorium naukowe. Przyda mi się wasza pomoc podczas wstępnego etapu planowania. To standardowa procedura, jesteście w Strefie dość długo, będziecie doradzać w kwestiach bezpieczeństwa przy budowie nowych obiektów.

– Za pozwoleniem, właściwie nie jesteśmy w Zonie, tylko tuż za jej granicą, na Dużej Ziemi.

– Nie obchodzą mnie te wasze geograficzne niuanse, Petrenka. Stawicie się przy południowej bramie zaraz po apelu o czternastej. Jasno?

– Czemu właśnie teraz armia zdecydowała się na rozbudowę obozu kompanii karnej przy Strefie? Więzienia znów są przepełnione?

– Nie próbujcie być dowcipni, Petrenka, nie wychodzi to wam. Ja nie pytam dlaczego, buduję, co mi każą. Reszty dowiecie się w swoim czasie. – Chruszczenka odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Dowiem się albo i nie, jak to w wojsku. Zresztą mniej pytasz, dłużej żyjesz, mniej wiesz, to cię krócej przesłuchują.

Apel był krótki. Chorąży budowlaniec przedstawił się, objął formalnie dowodzenie i zapowiedział dużo pracy przy rozbudowie obozu. Żołnierze byli zadowoleni, bo to oznaczało dalsze wstrzymanie patroli, chociaż pewnie wielu z nich stawiało sobie podobne pytania do tego, które ja zadałem Chruszczence. Zaraz po apelu udałem się pod południową bramę, gdzie miałem zaczekać na naszego nowego dowódcę.

Południowa brama wychodzi na stronę Strefy. Jest specjalnie wzmocniona, a po obu jej stronach mur jest wyższy i zakończony wieżyczkami strzelniczymi. Moim zdaniem to nadmiar ostrożności, w tej odległości od granicy Zony czasem tylko trafia się zbłąkany mutant, a i to zwykle niezbyt duży.