TransTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trans
Trans
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Trans
Trans
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

Przypisy końcowe

Redakcja: Mirosław Grabowski

Korekta: Anna Brzezińska

Opieka redakcyjna: Ewelina Węgrzyn

Projekt okładki: Magda Kuc

Zdjęcia na okładce: Michal Ludwiczak / Shutterstock, TIM ROBINSON / Arcangel

Copyright © Krzysztof Domaradzki 2018

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-095-1


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla rodziców. Dziękuję za to, jacy jesteście i kim dzięki Wam się stałem.

Prolog

– Co dla pana?

– Paliwo z czwórki. Oraz kawa. Duża. Czarna.

Uśmiechnął się do sprzedawcy na stacji benzynowej. Niezbyt wylewnie. Tak jak uśmiechają się ludzie, którzy nie chcą dokładać sobie problemów już o siódmej rano. Wyciągnął z portfela stuzłotowy banknot. Nigdy nie używał karty. I nie tankował do pełna. Płacenie gotówką za zakupy warte ponad dwieście złotych mogłoby zostać uznane za dziwne. A on nie chciał wyjść na dziwaka. Nie chciał, żeby ktokolwiek go zapamiętał. Pragnął być jak duch. Nawet jeśli przy jego gabarytach wydawało się to niemożliwe.

– I jeszcze to.

Sięgnął po snickersa i położył go na ladzie. Coś zwyczajnego, pomyślał. Trywialnego. Ludzkiego. Bezużytecznego.

Obserwował, jak sprzedawca skanuje baton, patrzy na kwotę, która wyświetliła się na monitorze, i flegmatycznie wydaje resztę. Zgarnął z lady snickersa oraz pieniądze, po czym podszedł do ekspresu. Wyciągnął plastikowy kubek i wybrał rodzaj kawy. Ziewnął, czekając, aż maszyna wypluje napój. Zastanawiał się, czy da się po nim poznać, że od kilkunastu godzin jest na nogach. Że kiedy inni spali albo bili się z myślami w łóżku, on ciężko pracował. Dopieszczał swoje dzieło. Prostował to, co słaby, podatny na demoralizujące wpływy umysł wykrzywił. Skrzętnie porządkował wynaturzoną rzeczywistość.

Wsłuchując się w terkot ekspresu, rozejrzał się na boki. Następnie wyciągnął zdjęcie. Było niewyraźne. Zrobione przy słabym świetle. Bez błysku. Naturalne. Przedstawiało półnagą kobietę. Nie wyglądała na niewiniątko. Raczej na owoc grzechu. Niepohamowania. Skurwienia. Los kobiety ze zdjęcia był przykrą konsekwencją braku wiedzy, że każdy ma do odegrania odgórnie wyznaczoną rolę. A także przykładem tego, co się dzieje z człowiekiem, który przeciwstawia się woli Boga.

– Pańska kawa – powiedział mężczyzna, który nagle wyrósł obok, z brudnym palcem wycelowanym prosto w ekspres.

– Przepraszam. Zagapiłem się.

Zabrał kubek z tacy, jednocześnie chowając fotografię do kieszeni.

– Ciężki poranek, co?

Pokiwał głową. Facet, który go zaczepił, również. Miał na sobie poprzecierane dżinsy i nabitą ćwiekami ramoneskę. Proste siwe włosy wyszczuplały jego szczurzą twarz. Przypominał harleyowca albo podstarzałego członka punkrockowej kapeli. Nafaszerowanego jakimś pobudzającym ścierwem, które zmuszało go do nieustannego szczerzenia przeżartych próchnicą zębów.

– U mnie też – powiedział. – A to dopiero połowa tygodnia.

Harleyowiec stał na szeroko rozstawionych nogach, z rękoma splecionymi na klatce piersiowej. Gapił się to na niego, to na ekspres. Denerwował go. Wolałby, żeby na niego nie patrzył. Żeby skupił się na tej cholernej maszynie. Żeby nie próbował wciągnąć go w interakcję. Miał ochotę chlusnąć mu kawą w twarz. Rzucić się na niego. Usiąść na tej wątłej klacie i wbić jego pusty łeb w posadzkę. A potem okładać go tak długo, aż połamane kości twarzy zaczną chrzęścić pod palcami.

Zamiast tego oszczędnie się uśmiechnął i wcisnął plastikową pokrywkę na kubek.

– Miłego dnia – powiedział, po czym ruszył do wyjścia.

Stanął przed budynkiem. Poprawił szalik pod szyją i naciągnął czapkę. Rozejrzał się. Na stacji kręciło się kilka osób: tankujących samochody, szorujących szyby albo zatopionych w telefonach. Ich obecność nie robiła na nim większego wrażenia. Ale kiedyś było inaczej. Dawniej bywał oszalały z podniecenia. Nie potrafił zapanować nad dygotem ciała. Był zahukanym, przestraszonym, pełnym wątpliwości młodym człowiekiem, który jeszcze nie rozumiał swojej roli. Dopiero zaczynał się domyślać, że został stworzony do czegoś innego niż większość ludzi. Czegoś bardziej wymagającego od przeciętnego żywota. Wówczas jeszcze nie wiedział, że jest poplecznikiem Boga. Jego prawą ręką. Wyjątkowym ziemskim reprezentantem.

Tym, który karze.

Z czasem nauczył się ukrywać prawdę o sobie w zdawkowych uśmiechach, skinieniach, półsłówkach. Chować ją w tych wszystkich dialogach, w których korzył się przed ludźmi – także tymi, którzy nie zasługiwali na szacunek. Czasem żałował, że nie może się nikomu pochwalić swoją wyjątkową rolą. Że wolno mu tylko zostawiać małe ślady. Ledwo widoczne stemple, które traktował jak mikroświadectwa bożego namaszczenia.

Popatrzył na samochody. Jego wzrok zatrzymał się na aucie stojącym obok jego ubłoconej landary. Czerwona alfa romeo spider. Sportowy kabriolet. Lanserska fura. Dla facetów lubiących się wywyższać. Zakochanych w sobie. Uwielbiających eksponować swoją wyimaginowaną wyjątkowość. I wyimaginowanego wielkiego fiuta. Samochód dla mężczyzn, których nienawidził. Takich jak ten pajac przy ekspresie.

Zanurkował do kieszeni i wyciągnął zdjęcie. Westchnął. Nie chciał się z nim rozstawać. Ale byłoby mu żal, gdyby nie zostało zauważone. Wetknął je za wycieraczki alfy, a następnie wsiadł do swojego samochodu. Uruchomił silnik.

 

Wiedział, co się za chwilę wydarzy. Widział oczami wyobraźni, jak właściciel lanserskiej fury sięga po zdjęcie, biorąc je za kolejną upierdliwą ulotkę reklamującą burdel albo panienkę na telefon. Jak z mieszanką podniecenia i wstydu przygląda się kobiecie z zamazaną twarzą, sfotografowanej na obrzydliwym różowym tle. Sądzi, że to kolejna bezwartościowa, strawiona, zużyta dziwka, która wybrała nietypowy i niezbyt udany sposób wdzięczenia się do obiektywu.

Wiedział, że kierowca alfy ma prawo tak o niej myśleć. Chciał, żeby tak było. Właśnie dlatego umieścił na zdjęciu numer telefonu i fikcyjną nazwę agencji, w której kobieta mogłaby pracować.

Gdyby tylko była dziwką.

I gdyby tylko żyła.

1
Sierpień

Dwoje policjantów gapiło się na komisarza Tomka Kawęckiego jak na rzadki okaz zwierzęcia: nie w pełni znany i z całą pewnością nieudomowiony. Trudno było im uwierzyć, że siedzący przed nimi facet jeszcze nie wyleciał ze służby. Że ktoś taki przez kilka ostatnich miesięcy poruszał się z bronią po mieście. I że jakimś cudem nikogo w tym czasie nie zabił.

Podinspektor Łukasz Filipski poprawił luźne okulary, które notorycznie zsuwały mu się z nosa, i odłożył notatnik na stół. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej.

– Coś nie tak z pańską kawą? – zapytał.

Kawęcki długo wpatrywał się w zawartość kubka. Następnie przesunął go wzdłuż krawędzi drewnianego stołu, zostawiając na nim mokrą smugę. Podrapał się po rzadkim zaroście, nierówno obrastającym jego obrzękłą twarz, i strząsnął kosmyk przetłuszczonych włosów, który wpadał mu do oczu. Ciężko sapnął i podniósł wzrok na policjantów.

– Poza tym, że trudno to coś nazwać kawą, wszystko jest w porządku – wychrypiał.

Filipski pochylił się nad stołem.

– Czy pan jest pijany?

– Być może.

– „Być może”?

– Prawdopodobnie. Nie badałem się alkomatem, więc nie mogę tego stwierdzić z całą stanowczością. Ale jeszcze wczoraj wieczorem byłem nieźle nawalony.

Filipski zacisnął usta. Odwrócił się do siedzącej na sąsiednim krześle komisarz Anny Stelmach. Choć pracowali ze sobą od kilku miesięcy i widywali się niemal codziennie, wciąż go onieśmielała. Była od niego wyższa, szczuplejsza i lepiej ubrana. Jego tanie, znoszone garnitury wyglądały jak łachmany na tle idealnie skrojonych garsonek przybyłej ze stolicy paniusi, która równie dobrze mogłaby robić karierę w modelingu. A do tego była niesamowicie opanowana. Przypominała mu stereotypową Skandynawkę. Jasnowłosą, bystrą i oziębłą sukę, do której strach się odezwać.

Policjantka intensywnie wpatrywała się w Kawęckiego, jakby chciała wypalić wzrokiem dziurę w jego twarzy. W końcu spojrzała na Filipskiego. Nieznacznie skinęła głową.

– W normalnych okolicznościach byśmy z panem w ogóle nie rozmawiali – oznajmił Filipski. – Ale ze względu na dynamikę wydarzeń nie możemy czekać, aż pan wytrzeźwieje.

– I dobrze – odparł Kawęcki. – Moglibyście się nie doczekać.

Rozpiął ostatni guzik wymiętej białej koszuli i osunął się na oparcie krzesła. Patrzył na policjantów obojętnym, znudzonym wzrokiem. Jedną dłoń trzymał na stole, drugą na zapadniętym brzuchu. Z jego prawej skroni spływała strużka potu. Nie zareagował, gdy skapnęła na szyję i popłynęła dalej.

Na zewnątrz było około trzydziestu stopni. Parno. Kolejny dzień upałów przeplatanych ulewami i gwałtownymi wyładowaniami elektrycznymi. Raj dla fotografów, którzy wdrapywali się na najwyższe piętra łódzkich wieżowców, aby uchwycić druzgocące piękno armagedonu przetaczającego się przez miasto, utrwalić na zdjęciach dziesiątki powykrzywianych piorunów strzelających w przypadkowych kierunkach. I piekło dla pijaków, którzy mieli ochotę zapaść się pod ziemię. Zniknąć. Umrzeć. Wyparować wraz z alkoholem wydostającym się z ich porów.

– Zebraliśmy sporo informacji na temat pana życia zawodowego. Łącznie kilkaset stron dokumentów i notatek. – Filipski położył dłoń na swoich zapiskach. – Mimo to muszę przyznać, że wciąż jest pan dla nas zagadką. Puszką, którą ciężko otworzyć. Zupełnie jakby ludzie, z którymi pan pracuje, bali się to zrobić. Jesteśmy tu po to, żeby ich wyręczyć. Żeby się dowiedzieć, z kim właściwie mają do czynienia. Oczywiście może pan nam to utrudniać. Ale gdybym znalazł się w pana położeniu, tobym tego nie robił.

Łukasz Filipski uśmiechnął się kwaśno, ponownie poprawiając zsuwające się okulary. Podniósł jedną z leżących przed nim kartek i przeskanował ją wzrokiem. W tym czasie Anna Stelmach zdążyła napić się kawy, otworzyć notatnik i włączyć umocowaną na długim stojaku kamerę, której obiektyw był skierowany wprost na Kawęckiego.

– Jest dwudziesty ósmy sierpnia dwa tysiące osiemnastego roku, godzina dziewiąta dwadzieścia pięć. Rozpoczyna się przesłuchanie komisarza Tomasza Kawęckiego z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Przesłuchanie prowadzą komisarz Anna Stelmach z Biura Spraw Wewnętrznych w Warszawie i podinspektor Łukasz Filipski z łódzkiego wydziału Biura Spraw Wewnętrznych. Celem przesłuchania jest wyjaśnienie, czy komisarz Kawęcki dopuścił się przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków, zniszczenia dokumentacji służbowej oraz narażenia cywilów na utratę zdrowia lub życia. – Filipski spojrzał uważnie na Kawęckiego. – Inaczej mówiąc, chcemy wyjaśnić, czy istnieją uzasadnione powody do zawieszenia pana w czynnościach służbowych. Albo do zwolnienia z pracy. Albo złożenia zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Czy okoliczności przesłuchania są dla pana jasne?

Kawęcki kiwnął głową.

– Proszę odpowiedzieć.

– Jak słońce.

– A zatem zaczynajmy. Najpierw chcielibyśmy zweryfikować kilka informacji dotyczących pana i pańskiej historii zawodowej. – Filipski zerknął na przygotowaną wcześniej listę pytań. – Czy to prawda, że cierpi pan na zespół Aspergera?

– Nie mam pojęcia – odparł Kawęcki po dłuższym namyśle. – Kiedy byłem dzieckiem, rzeczywiście pojawiło się takie podejrzenie. Ale lekarz nie potrafił postawić jednoznacznej diagnozy.

– Nikt pana później nie badał?

– Moi rodzice doszli do wniosku, że nie przeszkadza im życie w niewiedzy.

– A panu?

Kawęcki wzruszył ramionami.

– Najwyraźniej niedaleko pada jabłko od jabłoni.

– Czy to prawda, że ma pan świetną pamięć? Podobno zapamiętuje pan niemal wszystko, co usłyszy.

– Tylko jeśli mi na tym zależy. I gdy jestem w formie.

– Czy zabił pan kiedyś człowieka?

– Tak.

– W jakich okolicznościach?

– Na służbie. Osiem lat temu zastrzeliłem przestępcę, który otworzył ogień do mnie i do mojego partnera.

– Tym partnerem był nadkomisarz Mariusz Szczebiot, który później został pańskim przełożonym?

– Tak.

– Czy panowie są przyjaciółmi?

– Nie. Nigdy nie byliśmy. I raczej już nimi nie zostaniemy.

– Czy ma pan problem z alkoholem?

Kawęcki ścisnął usta i wciągnął policzki, przez co jego wymizerowana twarz wydała się jeszcze chudsza. Rozejrzał się po surowym wnętrzu pomieszczenia, które bardziej przypominało graciarnię niż pokój przesłuchań; ściany zasłaniały całe rzędy szafek i regałów, na których stały pokryte kurzem monitory, akcesoria biurowe i mnóstwo segregatorów. Przekrzywił się na krześle i wyciągnął z kieszeni dżinsów paczkę papierosów.

– Tu nie wolno palić – powiedział Filipski.

Kawęcki włożył szluga do ust. Zapalił. Wypuścił dym nad głowę. Uśmiechnął się do policjantów, a następnie bezradnie rozłożył ręce.

– Zdaje się, że czujnik dymu nie zadziałał.

Filipski zatrzymał nagranie. Podniósł się z krzesła i podszedł do dwóch niewysokich i wyraźnie więdnących storczyków, jedynych kwiatów, jakie uchowały się w pomieszczeniu. Wyciągnął podstawkę spod doniczki i postawił ją przed Kawęckim. Potem otworzył okno na oścież. Do pomieszczenia wlał się pomruk ulicy oraz gwałtowny wiatr, który pozrzucał dokumenty ze stołu. Kawęcki schylił się po jeden z wydruków. Przyjrzał mu się uważnie, a następnie oddał kartkę Annie Stelmach, nieustannie gromiącej go wzrokiem.

Kiedy Filipski mocował się z oknem, które szalejąca wichura próbowała wepchnąć do środka, powarkiwania silników samochodowych zastąpił stukot deszczu rozbijającego się o parapet. Nad miastem zawisły ciemne chmury. Momentalnie pociemniało. Pojawił się pierwszy błysk, a kilka sekund później nastąpił grzmot. Rozpoczął się kolejny armagedon.

– To metafora życia – powiedział Kawęcki, strzepując popiół na podstawkę.

– Co takiego? – spytał Filipski.

– Pogoda. Jakkolwiek pięknie by było, w każdej chwili może się zrobić ciemno. I nigdy nie wiadomo, kiedy to nastąpi.

Kawęcki zaczął miarowo stukać zapalniczką o blat. Z każdym uderzeniem coraz głośniej. Filipski ponownie usiadł przy stole i energicznie wsunął okulary na czoło, jakby chciał nimi zasłonić rozrastające się zakola.

– Może pan się jeszcze nie zorientował, ale przebywanie w tym pokoju nie sprawia nam przyjemności. Wręcz przeciwnie. A jeżeli będzie się pan zgrywać, prawdopodobnie nie wyjdziemy stąd do wieczora. Wolelibyśmy tego uniknąć.

Nie przerywając stukania, Kawęcki wydmuchnął dym kącikiem ust. Potem przeniósł wzrok na policjantów.

– To zacznijcie w końcu pytać o to, po co mnie tutaj ściągnęliście.

Filipski zerknął na Stelmach, która wciąż wpatrywała się w Kawęckiego, a potem na jej notatnik. Nie zapisała w nim ani jednego słowa. Podinspektor poluzował krawat. Pochylił się nad stołem i ponownie włączył kamerę.

– Co pan robił dwudziestego pierwszego marca?

Pięć miesięcy wcześniej

Samochód gwałtownie zatrzymał się na poboczu. Tomek Kawęcki zaczął obmacywać drzwi, nerwowo szukając klamki. W końcu udało mu się je otworzyć. Wychylił się najdalej, jak potrafił, i wyrzucił treść żołądka na krawężnik. Po kilku głośnych seriach wymiotów, kompletnie wyczerpany, osunął się na fotel.

– Zamknij, kurwa, te drzwi! – warknął taksówkarz i odwrócił się w stronę Witolda Ptaka. – Jeśli się okaże, że zarzygał mi tapicerkę…

– Przepraszam za kolegę – wtrącił się Witold. – Cierpi na chorobę lokomocyjną.

– Chyba filipińską. Capi od was jak z gorzelni. Wynocha!

– Jeśli dowiezie nas pan na miejsce, zapłacimy podwójnie za kurs. I za ewentualne pranie tapicerki.

Taksówkarz przez dobre kilka sekund zastanawiał się nad ofertą. W końcu głośno westchnął, zaklął pod nosem i odwrócił się w stronę kierownicy. Zanim włączył się do ruchu, podkręcił radio. Jakby ciężkimi basami chciał pogruchotać zbolałe łby dwóch nagrzanych typów, którzy zasmradzali mu samochód.

Kawęcki wytarł rękawem twarz. Przez chwilę patrzył na swoje drżące dłonie. Czuł posmak wymiocin w ustach. I kolejną falę mdłości, która przetaczała się przez jego organizm. Nie miał wątpliwości, że wyrzucona na pobocze seria nie była ostatnią tego dnia.

– Lepiej ci? – zapytał Witold, przekrzykując radio.

Kawęcki z wysiłkiem przekrzywił głowę. Witold, wyższy od niego o piętnaście centymetrów, z nienaturalnie długim nosem i twarzą pooraną bruzdami, jedną dłoń trzymał na pomarszczonym czole, a drugą majstrował przy opakowaniu tabletek przeciwbólowych. W końcu wyciągnął dwie kapsułki i włożył je do ust. Skrzywił się, jakby próbował połknąć gówno. Przypominał niedźwiedzia, który wpadł we wnyki. Zaraz po tym, jak opróżnił beczkę wódy.

– Miesiąc – powiedział Kawęcki.

– Może pan ściszyć to badziewie? – spytał Witold, zaciskając swoją wielką dłoń na zagłówku kierowcy. Zadziałało. – Co powiedziałeś?

– Prawie miesiąc nie piłem. Zapomniałem już, jak bolesne są powroty.

– To po co wracasz?

Dobre pytanie, pomyślał Kawęcki. Nie potrafił udzielić na nie uniwersalnej odpowiedzi, która sprawdzałaby się w każdym przypadku. Nie sądził, żeby taka istniała.

– Nie wiem – szepnął. – Mogę ci powiedzieć, dlaczego wróciłem wczoraj.

Akurat tego nie musiał wyjaśniać. Kiedy poprzedniego wieczoru wylądowali w mieszkaniu Witolda, mieli za sobą kilkadziesiąt godzin bezowocnej pracy. Nie zdołali ustalić, co się stało z Magdą Giętką, ich koleżanką z Wydziału Kryminalnego, która zaginęła kilka dni wcześniej. Wszystko wskazywało na to, że została uprowadzona ze swojego samochodu stojącego tuż przed jej blokiem – policjanci zastali na miejscu zniszczony zamek, uszkodzony fotel i ślady chloroformu. Od jej porwania minęło ponad sto dwadzieścia godzin, więc ze statystycznego punktu widzenia sytuacja wydawała się prosta. Jeżeli do tego czasu Magda nie dała znaku życia, nikt jej nie widział, a porywacze nie zażądali za nią okupu, prawdopodobnie była już martwa.

 

A to wystarczający powód, żeby się zalać.

Kolejny poznali kilkanaście minut temu, kiedy Witolda obudził telefon od szefa. Powiedział mu, że prawdopodobnie znaleźli Magdę. A właściwie to, co z niej zostało.

– To ona? – zapytał Kawęcki, nie otwierając oczu. Jego poharatana głowa luźno zwisała z tułowia, jakby była do niego przymocowana sprężyną.

– Nie wiem.

– A co wiesz?

– Że to może być ona. I że jest cholernie nieprzyjemnie.

Kawęcki w końcu odważył się otworzyć oczy i spojrzał na surowy krajobraz rozciągający się za oknem. Na ogołocone z liści drzewa, między którymi ziała pustka. Krzewy dopiero zaczynające obrastać zielenią. Las Łagiewnicki, który tak naprawdę jeszcze nie był lasem, tylko zbieraniną badyli na odludziu.

Tomek wiedział, co to znaczy, że jest cholernie nieprzyjemnie.

Mariusz Szczebiot drapał się obiema rękoma po głowie, jakby się zmagał z wyjątkowo upierdliwą wszawicą. Przestał, kiedy się zorientował, że skupia na sobie spojrzenia kilku techników kryminalistyki i policjantów. I gdy uświadomił sobie, że naczelnik Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi nie może wyglądać i zachowywać się jak troglodyta. Niezależnie od tego, co przed chwilą zobaczył.

– Poczekajcie – powiedział.

– Na co? – zapytała Beata Tarka.

Szefowa zespołu techników przyglądała się Szczebiotowi z lekko przekrzywioną głową. Miała na sobie jednorazowy strój ochronny. Składały się na niego rękawiczki i ochraniacze na buty, biały kombinezon z kapturem oraz maska, którą opuściła, żeby zapalić papierosa. Wyglądała w nim jak dziwoląg. Choć i tak lepiej niż w swoim codziennym, pozbawionym wyrazu ubraniu, które tylko uwydatniało jej zaniedbany wygląd, ziemistą cerę i zblazowaną twarz.

– Chcę, żeby to zobaczyli, zanim ją odetniecie – wyjaśnił Szczebiot.

Po raz ostatni zerknął na zwłoki. Następnie podniósł kołnierz płaszcza, żeby przynajmniej częściowo osłonić twarz przed zacinającym wiatrem, i zaczął się wycofywać do samochodu.

Wieść o tym, że prawdopodobnie znaleźli ciało policjantki, szybko się rozeszła. Na miejscu zbrodni zdążył się zebrać tłumek policjantów i techników. Jedni przeczesywali podłoże, szukając na nim śladów krwi, butów czy opon, wszystkiego, co w jakikolwiek sposób mogło wiązać się z zabójstwem. Inni wraz z policyjnymi psami szwendali się po lesie, wyglądając jakichkolwiek tropów. A niektórzy po prostu stali jak wryci i bezmyślnie gapili się na zwłoki, jakby sprawiało im to perwersyjną przyjemność.

Szczebiot przedzierał się przez las, przydeptując wyglansowanymi butami gałęzie, które podczas zimy nie zdołały utrzymać się na drzewach. Nigdzie nie było widać wydeptanych ścieżek. Na miejsce zbrodni nie prowadziła żadna droga, którą dałoby się swobodnie przejechać. Żeby tam dotrzeć z oddalonej o kilkaset metrów asfaltowej szosy, trzeba było się przebić przez błoto i chaszcze.

Jeżeli zrobił to w nocy, musiał dobrze znać to miejsce, pomyślał Szczebiot.

Zanim doczłapał do swojego samochodu, zobaczył Artura Waliszewskiego, który postanowił wyjść mu naprzeciw. Trafił do jego zespołu po przepracowaniu niemal dziesięciu lat w obyczajówce. Długo irytował Szczebiota. Był pyskatym trzydziestoparoletnim gnojkiem, przeświadczonym o swojej świetności i stale posługującym się językiem dziwek oraz alfonsów. Szczebiot miał wrażenie, że Artur koncentruje się głównie na tym, żeby dobrze wyglądać. Miał go za płytkiego playboya, pozoranta, jakich w policji jest na pęczki. Ale w ostatnim czasie facet, który wydawał mu się piątym kołem u wozu, zaczął wyrastać na najbardziej wartościowego śledczego w zespole. Nie była to jednak jego zasługa.

– Przyjechali – powiedział Artur.

– Gdzie oni są?

Nie musiał mu tego wyjaśniać. Powietrze rozerwał nieprzyjemny charkot, który po chwili przerodził się w kaszel. Po drugiej stronie ulicy, tyłem do nich, stał zgięty wpół Tomek Kawęcki. Wymiotował. Towarzyszył mu Witold Ptak, który łapczywie pił napój energetyczny. Wyglądali jak Flip i Flap siłą wepchnięci do filmu klasy B.

Szczebiot spojrzał na zegarek. Minęły prawie dwie godziny, odkąd po raz pierwszy próbował się z nimi skontaktować. Ale widząc, w jakiej są formie, uznał, że i tak musiał się zdarzyć cud, skoro tu dotarli.

– To ona? – zapytał Witold, wyręczając Kawęckiego, który wyczerpany rzyganiem opierał się plecami o drzewo.

– Trudno powiedzieć – odparł Szczebiot. – Chodźcie. Technicy są już nieźle wkurwieni. Zresztą nie tylko oni.

Szczebiot popatrzył na policjantów, ale z ich zapijaczonych mord nie był w stanie wyczytać, czy zrozumieli aluzję.

W milczeniu ruszyli w głąb lasu. Patrzyli pod nogi, próbując wychwycić jak najwięcej szczegółów, które mogłyby się przydać podczas śledztwa. Na czoło czteroosobowej grupy wysunęli się Artur i Witold. Szczebiot zwolnił i zrównał krok z człapiącym z tyłu Kawęckim. Uważnie mu się przypatrywał.

Kawęcki wyglądał jak siedem nieszczęść. Zbyt obszerna kurtka zwisała z jego patykowatego ciała, a zmarnowaną twarz szpeciły blizny i zadrapania. Zamiast charakterystycznej rozczochranej czupryny miał niemal łysą glacę, na której znajdowało się kilka amatorsko założonych szwów. Po dwóch bójkach w ciągu niespełna miesiąca bardziej przypominał nędznego boksera niż policjanta.

Za pierwszym razem oberwał od niezidentyfikowanych sprawców, prawdopodobnie zajmujących się nielegalnym handlem agresywnymi psami. Dorwali go w Lesie Łagiewnickim – zaledwie kilka kilometrów od miejsca, w którym się teraz znajdowali – kiedy próbował się czegoś o nich dowiedzieć. Do drugiej jatki doszło w jego własnym mieszkaniu. Napadła go para zbirów, która z jakiegoś powodu postanowiła wyrządzić mu krzywdę.

Tyle udało się Szczebiotowi dowiedzieć z analizy dwóch miejsc zdarzenia oraz pobieżnej relacji Kawęckiego, w której roiło się od luk. Nie mieli świadków mogących potwierdzić jego wersję wydarzeń. Żadnych dowodów jednoznacznie wskazujących, że mówi prawdę. Sprawcy pobicia w lesie uciekli, natomiast para przygłupów, która po starciu z Kawęckim trafiła do szpitala, na razie nie chciała z nikim rozmawiać. A już na pewno nie z policją.

Wymarzony scenariusz dla kogoś, kto próbuje coś zatuszować, pomyślał Szczebiot.

Po kilku minutach topornego przedzierania się przez las policjanci wyszli na polanę, którą zamiast trawy i roślin pokrywała ubita ziemia. Zatrzymali się. Kilkadziesiąt metrów dalej nerwowo krzątała się grupa ludzi.

– Jeśli masz znowu rzygać, to lepiej zrób to tutaj – powiedział Szczebiot do Kawęckiego. – Już dość najadłem się za ciebie wstydu.

Komisarz nie skomentował jego słów. Zamiast tego ruszył przed siebie, jak gdyby wygrzebał skądś dodatkową energię.

Ciało znajdowało się na końcu polany. Kiedy policjanci zbliżali się do niego, czuli się tak, jakby podchodzili do eksponatu muzealnego. Zwłoki wisiały mniej więcej trzy metry nad ziemią. Były przecięte na pół. Zabójca obwiązał obie części ciała liną i przymocował do dwóch grubych gałęzi.

– Jezu – westchnął Witold.

Tylko dzięki nagiemu ciału dało się na pierwszy rzut oka rozpoznać płeć ofiary. Kobieta miała bowiem zmasakrowaną twarz. Zabójca wydłubał jej oczy i wybił zęby. Na wystających z policzków kościach zwisały skrawki skóry.

– Kto znalazł zwłoki? – zapytał Witold.

– Trzydziestoośmioletnia mieszkanka Radogoszcza, niejaka Natalia Szulc – odparł Szczebiot, zerkając do notesu. – A w zasadzie jej bokser. Szulc wyszła z domu, żeby pobiegać z psem. Wróciła z niezłą traumą.

– Dlaczego uważacie, że to może być Magda?

– Przeczesaliśmy teren. Kilkaset metrów stąd natrafiliśmy na kobiece ubranie: koszulkę i majtki. Jeszcze nie wiemy, czy należały do Magdy, ale rozmiar na to wskazuje.

– Nie znaleźliście przy nich żadnych dokumentów?

– Nie.

Kawęcki i Witold zbliżyli się do zwłok na tyle, na ile pozwolili im na to technicy.

– To się wydarzyło tutaj? – zapytał Witold.

– Masz co do tego jakieś wątpliwości? – odpowiedziała pytaniem Beata Tarka i wskazała palcem kałużę krwi.

– Czas zgonu?

– Między północą a trzecią w nocy.

– Jak to zrobił?

– Siekierą albo tasakiem. Wygląda na to, że była przywiązana do gałęzi, kiedy ją przepoławiał. Potem wspiął się na drabinę i przywiązał dolną część ciała.

– Na drabinę?

– Najprawdopodobniej.

Witold spojrzał pod nogi.

– A gdy już to zrobił, przekopał ziemię, żeby zatrzeć ślady – wyjaśniła Tarka.

– Po co? Bał się, że dojdziemy do niego po śladach drabiny?

Tarka wzruszyła ramionami.

– To już wy musicie ustalić.

Witold zerknął na Kawęckiego, który hipnotycznie wpatrywał się w zmasakrowane zwłoki, jakby był w stanie coś z nich wyczytać. W jego oczach widać było przerażenie. I coś jeszcze. Coś, czego Witold nie potrafił nazwać. Albo podświadomie nie chciał.

– Chcielibyśmy dokończyć to, co zaczęliśmy – oznajmiła Tarka. – Jeśli się jeszcze nie napatrzyliście, będziecie musieli zadowolić się zdjęciami.

Chwilę później technicy wrócili do pracy. Rozstawili wokół kałuży krwi trzy składane drabiny i zaczęli się na nie wdrapywać.

Zanim przecięli liny, na których wisiało ciało, Kawęcki po raz ostatni spojrzał na zwłoki. Poczuł w ustach gorzki smak. Pochylił się i oparł dłonie na kolanach. Sądził, że ponownie zwymiotuje, ale mdłości nagle ustąpiły. Odczekał kilka sekund i się wyprostował. Zanurkował do kieszeni spodni. Wyciągnął z niej pustą paczkę papierosów. Zaklął.

Dzień nie mógł się zacząć gorzej.

Po południu rozpętało się piekło.

Wiadomość o tym, że w Lesie Łagiewnickim znaleziono ciało funkcjonariuszki, którą policja już kilka dni temu uznała za zaginioną – choć nie raczyła się podzielić tą informacją z opinią publiczną – błyskawicznie wyciekła do mediów. Zanim odbyła się pierwsza odprawa poświęcona wstrząsającemu zabójstwu, w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Łodzi rozdzwonił się telefon, a do jej siedziby zjechał tabun reporterów. Sądząc po pojawiających się w internecie informacjach, dziennikarze zdawali się wiedzieć o sprawie więcej niż zaangażowani w śledztwo policjanci, dopiero czekający na wieści z laboratorium kryminalistycznego.

Kilkadziesiąt osób – głównie niższych rangą funkcjonariuszy – zaangażowano do pilnowania, aby nikt niepowołany nie dostał się na miejsce zbrodni, gdzie wciąż pracowali policjanci i technicy. Drugie tyle zebrało się w sali konferencyjnej. Krótką odprawę poprowadził Mariusz Szczebiot. Choć jak zwykle był skrajnie zestresowany publicznym wystąpieniem, nie popełnił żadnego błędu, który miałby mu się śnić po nocach. Wiedząc, jakie mogą być konsekwencje dzielenia się szczegółami dotyczącymi zbrodni z taką dużą grupą ludzi, naczelnik Wydziału Kryminalnego nie powiedział na spotkaniu nic odkrywczego. W zasadzie tylko uformował tymczasową grupę operacyjną, która miała zająć się sprawą. Nie próbował tłumaczyć jej członkom, kogo, gdzie ani w jaki sposób mają szukać.