SprzedawcaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sprzedawca
Sprzedawca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Sprzedawca
Audio
Sprzedawca
Audiobook
39,99  29,59 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Wiesławowi Papszonowi, szefowi Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw, nie tylko śmierdziało z ust. W zasadzie cały śmierdział. Papierosami, zbyt rzadko zmienianymi ciuchami, starością. Śmierdział dekompozycyjnym stylem życia, który sprowadzał się do apatycznego oczekiwania na emeryturę.

Jak większość starych policjantów, naczelnik nie lubił zmian. A obszerny raport, który kilka godzin temu złożyła na jego biurku Maria Falk, zdecydowanie zwiastował zmiany. I to raczej na gorsze.

– Jesteście pewni? – zapytał Papszon zachrypniętym głosem.

– Tak – odpowiedziała Maria, a Oleg na potwierdzenie pokiwał głową.

– Cztery kobiety uprowadzone przez tego samego człowieka. W taki sam sposób. Z tego samego miasta. – Papszon pokręcił głową. – Jeśli to wyjdzie na jaw, ludzie nie zostawią na nas suchej nitki.

– Nie mamy wyjścia – stwierdziła Maria. – Bez świadków daleko nie zajedziemy. Mamy za mało informacji, żeby prowadzić śledztwo w ciszy. Poza tym zdjęcia tych dziewczyn krążą w sieci. Oleg był pierwszy, ale niewykluczone, że niedługo ktoś inny połączy kropki. Dobrze by było, gdybyśmy wyszli na tych, którzy ostrzegają opinię publiczną, a nie próbują coś przed nią zataić. Zwłaszcza że nic nie wskazuje na to, aby na czterech porwaniach miało się zakończyć.

Naczelnik przejechał dłonią po pomarszczonym czole. Następnie sięgnął po leżącą na biurku zapalniczkę. Zaczął nią stukać w blat.

– Co wiecie o sprawcy? – zapytał.

– Niewiele. Ale wydaje nam się, że znamy jego modus operandi.

Maria zerknęła na Olega. Wydawał się zaskoczony wywołaniem do odpowiedzi. W większości ich wspólnych przedsięwzięć był milczącym świadkiem, którego rola sprowadzała się do notowania, przytaczania liczb i kiwania głową.

– W dniu porwania każda z uprowadzonych prawdopodobnie przebywała nad Wisłą – powiedział. – Świadczą o tym relacje koleżanek, dane lokalizacyjne oraz transakcje płatnicze. Przypuszczamy, że sprawca dopadał je podczas imprez nad rzeką. Dosypywał im coś do drinków, a potem zaciągał do zaparkowanego nieopodal samochodu.

– I nikt nie zauważył niczego podejrzanego? – zdziwił się Papszon.

– Nad Wisłą roi się od naprutych lasek – wyjaśniła Maria. – Człowiek, którego szukamy, musiałby się zachowywać agresywnie, prowadząc dziewczynę do auta, bo inaczej nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Poza tym żadna z tych spraw nie została dotąd wystarczająco dobrze nagłośniona. Być może są ludzie, którzy coś widzieli, ale najpierw musimy odświeżyć im pamięć.

– Kurwa – zaklął naczelnik. – Zgłoszą się tysiące wariatów.

– Nie mamy wyboru.

Papszon otworzył raport. Popatrzył na zdjęcia ułożone jedno obok drugiego. Cztery uprowadzone dziewczyny przypominały na nich siostry. Niedoskonałe kopie tych samych stylów życia.

– Dlaczego wybiera akurat takie panny?

– Bo mu się podobają – odparła Maria. – To dwudziestoparoletnie blondynki. Atrakcyjne. Bystre. Pracowite. Rozrywkowe. Przyjechały do Warszawy z małych miejscowości. Łączą studia z pracą. W dodatku każda z nich jest singielką.

– Z całą pewnością nie są przypadkowymi ofiarami – odezwał się Oleg. – Musiał obserwować te dziewczyny od dłuższego czasu. Poznał ich zwyczaje. Dowiedział się, skąd pochodzą, gdzie pracują, jak imprezują. Uprowadził je, bo miał w tym jakiś cel.

– Jaki?

– To trzeba ustalić – stwierdziła Maria.

Papszon, rytmicznie stukając zapalniczką, wpatrywał się w swoją podopieczną. W jego oczach gniew mieszał się z zawodem. Zupełnie inaczej wyobrażał sobie oczekiwanie na emeryturę.

– Muszę poinformować o tym szefostwo – oznajmił. – Jeśli dostanę zielone światło, utworzę kilkudziesięcioosobowy zespół, który zajmie się poszukiwaniami seryjnego porywacza. – Wypuścił ze świstem powietrze. – Zrobi się głośno i kurewsko nieprzyjemnie.

Maria wzruszyła ramionami.

– Być może już dawno powinno.

* * *

Róg Chałubińskiego i Jerozolimskich. Przede mną Dworzec Centralny, garstka żuli i koślawy żagiel na Złotej. Po prawej Marriott i sznur samochodów próbujących dostać się na Marszałkowską. Po lewej wiadukt ze swoimi masywnymi filarami. Zewsząd naciera lipcowy żar, topiąc asfalt, tępiąc myśli i pochłaniając energię niczym piekielne monstrum.

Uchyliłem okno, żeby wsłuchać się w rzężenie silników, szmer dziesiątków nerwowych rozmów, rumor tramwajów i stukot szpilek. Kakofonia dźwięków ciężko tyrającego miasta. Sięgnąłem po telefon i przełączyłem utwór. Wcisnąłem słuchawki głębiej do uszu i podkręciłem głośność. Nagle zaryczał Little Richard. Long Tall Sally. Dwie minuty jazdy bez trzymanki. Jak w jakimś pieprzonym helikopterze zawieszonym ponad dżunglą. Betonową dżunglą. Najdzikszą ze wszystkich. Ze stworami, o których nawet Stanowi Winstonowi się nie śniło.

Minęły równo dwa tygodnie od pewnego poniedziałkowego poranka, kiedy to wparowałem do gabinetu Skody i oznajmiłem, że dzięki mojej błyskotliwości zarobi kilka milionów więcej. Że znalazłem (w rzeczywistości zrobił to Adam, mój analityk) trzy spółki, które powinniśmy przejąć. Że każda z nich jest warta więcej od tych piździdełek wskazanych przez Przydupasa. I że na pierwszy rzut oka wszystkie wydają się poza naszym zasięgiem. Ale ja wiem, jak je przejąć, mieszcząc się w budżecie wyznaczonym przez gogusiów z Londynu. Musi mi tylko zaufać.

I zaufał.

Mimo protestów Przydupasa, który usilnie próbował dowieść, że to samobójcza misja, Skoda zgodził się, żebym zaczął robić podchody pod te firmy. Sam. Bez niego, bez Przydupasa, bez wynajętych fagasów, którzy mieliby mi patrzeć na ręce. Zupełnie niezależnie. Po swojemu.

Zacząłem od zdobycia numerów właścicieli tych biznesów. Każdemu z nich wysłałem identyczną wiadomość:

Dzień dobry, nazywam się Kacper Berger, jestem wiceprezesem spółki Cloud. Chciałbym kupić Pańską firmę. Proszę o kontakt.

Taka bezczelność jest niezbędna, ponieważ niezbicie dowodzi pewności siebie. A żaden człowiek sukcesu nie chce użerać się z płochliwymi siusiumajtkami – ma ich pod dostatkiem w swoim otoczeniu. Ale przede wszystkim tak sformułowana wiadomość, wysłana do paru tłustych miśków, inicjuje pewne zjawisko. Sprawia, że w świat niesie się wieść, iż brytyjski gigant zamierza połknąć któregoś ze swoich maluczkich lokalnych konkurentów. I że jest cholernie zdeterminowany.

To pierwszy z kilku kroków, które powinienem zrobić. W kolejnym muszę zasiać w świadomości tych przedsiębiorców pogląd, że sprzedaż biznesu Cloudowi to najlepsze rozwiązanie, na jakie mogą się zdecydować. Jedyne, które uchroni ich biznes na konsolidującym się rynku. Muszę sprawić, aby ta myśl rozprzestrzeniła się niczym wirus. I to taki, na który jeszcze nie wymyślono antidotum.

Wytypowałem do przejęcia niepubliczne biznesy rodzinne. Założone przez ludzi urodzonych w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, którzy biznesu uczyli się jeszcze za komuny. Należące do twardych, nieustępliwych, uznających wyłącznie jedynowładztwo skurwysynów, gotowych zrobić absolutnie wszystko, żeby uratować swoją firmę. Swoją krwawicę. Swoje dziecko. W tym także sprzedać biznes, jeżeli nic innego im nie pozostanie.

A ja musiałem ich przekonać, że tak w istocie jest.

Spośród moich trzech kandydatów tylko jeden wydawał mi się naprawdę atrakcyjny – ten, który nie odpowiedział na esemesa. Nazywał się Józef Rolnicki. Dwadzieścia sześć lat temu zaczął budować firmę Rolkom. Najpierw, jak Roman Kluska, składał komputery z części sprowadzanych z Azji. Jednak szybko zrozumiał, że software is eating the world, więc przerzucił się na produkcję oprogramowania. Nieźle to wykombinował, bo zamiast tworzyć drogie systemy informatyczne dla korporacji, które zwykle stołują się u gigantów pokroju Microsoftu, Oracle czy Salesforce, skupił się na polskich firmach produkcyjnych i samorządach. Dzięki temu zbudował firmę wartą około miliarda złotych, wdrapał się na listę najbogatszych i żył jak pączek w maśle.

Osiągnął to wszystko, praktycznie nie wychylając się z Łodzi. I dlatego teraz właśnie tam jechałem.

Spojrzałem w lusterko wsteczne. Miałem lekko kręcone włosy sięgające ramion i staranny kilkudniowy zarost. Założyłem okulary od Prady, jednorzędową marynarkę perfekcyjnie skrojoną przez mojego krawca oraz tag heuera za dwadzieścia pięć patyków. Wyglądałem jak miliony monet. Jak jeden wielki srebrnik wybity w mennicy odrażającej neokolonialistycznej korporacji, która zasadziła się na majątek szanowanego polskiego przedsiębiorcy. Wyglądałem dokładnie tak jak trzeba, żeby doszczętnie wkurwić Rolnickiego.

– We gonna have some fun tonight! – wykrzyczałem, skręcając w Jerozolimskie. Zjechałem na pusty buspas i wdepnąłem pedał do podłogi. Za godzinę z okładem powinienem być na miejscu.

Józef Rolnicki myślał, że jest cwany. Że jeśli wsadzi mnie do sali z zepsutą klimą, każe czekać na siebie dwie godziny w towarzystwie irytującego asystenta, a po wszystkim okaże się niekomunikatywnym bucem, to odechce mi się rozmawiać z nim o czymkolwiek – a zwłaszcza o przejęciu jego firmy. Ale kilku rzeczy nie wiedział. Po pierwsze, że dwie godziny w duchocie to dla mnie pryszcz. Po drugie, że potrafię się izolować od jazgotliwego bełkotu głupich ludzi. A po trzecie, że mam cholernie grubą skórę i jestem cholernie zdeterminowany.

Kiedy w końcu Rolnicki pofatygował się do tej nory, przyprowadził ze sobą mały dwór: kolejnego asystenta (ten wydawał się bardziej rozgarnięty), jednego z wiceprezesów (zapewne w funkcji doradcy) oraz prawnika (na wszelki wypadek). Przywitał się ze mną raczej oschle.

– Podobno moi ludzie przekazali, że nie ma pan po co przyjeżdżać do Łodzi – powiedział.

– Nie usłyszałem tego od pana – odparłem, posyłając bucowi oszczędny uśmiech. – A pan nie usłyszał, co mam do zaproponowania.

– Bo w ogóle mnie to nie interesuje.

 

Rolnicki był o pół głowy niższy od najniższego faceta w pomieszczeniu. Miał na sobie przyduży, solidnie znoszony garnitur. Nie zależało mu na tym, by wyglądać dobrze, o czym świadczył nie tylko jego strój, ale również wąsy rodem z lat osiemdziesiątych. Ta aparycja i styl mogły być mylące. Rolnicki nie zaliczał się bowiem do typowych straganiarzy, którzy nauczyli się handlu na saksach, a potem w wyzwolonej Polsce zostali królami tanich butów, supermarketów albo węży ogrodowych. Właściciel Rolkomu był informatykiem. Ba, doktorem informatyki. Po kilkunastu latach pracy na Politechnice Łódzkiej wyciągnął z uczelni najzdolniejszych studentów i założył firmę. Kilku dawnych podopiecznych zostało nawet mniejszościowymi udziałowcami w jego biznesie. Dopiero po jakimś czasie, kiedy już do niczego nie byli mu potrzebni, zaczął się ich pozbywać. Aż w końcu został sam. No, prawie sam. W zarządzie i radzie nadzorczej spółki oprócz paru nieźle opłacanych menedżerów zasiadają także jego żona, córka i zięć. Jak w modelowej firmie rodzinnej.

Mimo swojej inteligencji właściciel Rolkomu był typem chciwego kutasiny, któremu lata sukcesów wykrzywiły percepcję. Uważał, że może się bez końca mocować z konkurentami, niezależnie od tego, czy po drugiej stronie stoją przedsiębiorcy, którzy razem z nim startowali w biznesie, czy wymuskani menedżerowie z międzynarodowych korpo. Nie bał się absolutnie niczego. I wierzył, że co jak co, ale wydymać to się nie da. Nikomu. Nigdy.

– Oprowadzi mnie pan? – spytałem, celując palcem w drzwi.

Podwładni Rolnickiego wydawali się przerażeni moją propozycją. Ale on tylko lekko przekrzywił głowę. I albo mi się zdawało, albo nieznacznie się uśmiechnął.

– Zapraszam – odparł.

Wiedziałem, że nie odmówi. Ludzie jego pokroju nie odmawiają w takich sytuacjach. Duma im nie pozwala. Muszą się pochwalić tym, co osiągnęli. To silniejsze od nich. Taki atawistyczny odruch. Pozostałość po spasionych feudałach, którzy oprowadzali swoich równie ulanych koleżków po rozległych włościach.

To, co zobaczyłem, z grubsza zgadzało się z wyobrażeniem, jakie miałem na temat Rolkomu, i z danymi, które wyczytałem z raportów finansowych. Rolnicki upchnął prawie tysiąc pięćset osób w dwóch czterokondygnacyjnych budynkach, schludnych, ale raczej spartańsko urządzonych. Nie było tu nieuzasadnionego przepychu. Większość osób pracowała w pojemnych open space’ach. Na biurkach dominowały komputery Della, a nie iMaki czy MacBooki. W kuchniach nie było darmowego żarcia ani nawet owoców, a wyposażenie chillout roomu ograniczało się do stołu pingpongowego i hamaka.

– Tutaj przychodzi się pracować, a nie do zabawy – stwierdził Rolnicki, jak gdyby słyszał moje myśli. – Prowadzę rejestr, kto i w jakim stopniu korzysta z tego pomieszczenia. Jeżeli któryś z pracowników pojawia się tu zbyt często, to go zwalniam. A także jego przełożonego.

– Dość drastycznie – zauważyłem. – Ludzie o tym wiedzą?

Spojrzał na mnie jak na debila.

– Może jestem nieco staromodny, ale nie zamierzam płacić leserom ani menedżerom, którzy nie potrafią ich upilnować. To nie jest organizacja charytatywna.

Żeby obejść cały teren, potrzebowaliśmy około trzydziestu minut. Pewnie poszłoby szybciej, gdyby Rolnicki nie czuł nieodpartej pokusy, aby wypowiedzieć się na temat każdej części kompleksu. Gdyby nie opowiadał o planach rozbudowy, kosztach kolejnych projektów, administracyjnych trudach, z jakimi musi się mierzyć. Popełnił pierwszy duży błąd, ponieważ był ze mną szczery. A powinien albo sztucznie dewaluować firmę, zniechęcając nas do inwestycji, albo wychwalać ją pod niebiosa, aby napompować jej wartość.

Kiedy wróciliśmy do nieklimatyzowanej klitki, Rolnicki poprosił swoich giermków, aby zostawili nas samych. Nie spodobał im się ten pomysł, ale nie ośmielili się zaprotestować. Kiedy wyszli, Rolnicki stanął obok podłużnego stołu, splótł ręce na piersi i zmierzył mnie od stóp do głów. Nie proponował, bym usiadł, więc zakładał, że rozmowa potrwa tylko chwilę. Nie uśmiechał się, więc zakładał, że nie będzie miło.

– Wiem, po co pan przyjechał – oznajmił.

– Nie ukrywam swoich intencji.

– Znam pańskiego szefa. To kretyn. Typowy Brytol, który gówno o nas wie, ale uważa Polaków za ludzi niższej kategorii. – Trzeba przyznać, że całkiem trafnie scharakteryzował Skodę. – Wysłał pana, ponieważ nie ma pojęcia, jak prowadzić rozmowy z ludźmi takimi jak ja. W głębi duszy się boi, że jego wyobrażenie jest nieprawdziwe. Że może się zbłaźnić. Wyjść na głupszego od nas.

– W tej kwestii się zgadzamy.

– To tchórz – warknął, mając na myśli Skodę, choć poczułem się tak, jakby mówił o mnie. – Zarządzanie międzynarodową korporacją, która ma gigantyczną przewagę kapitałową nad lokalnymi rywalami, jest dowodem braku jaj i lenistwa. Pański szef chodzi na skróty, ponieważ nigdy nie starczyło mu odwagi, pracowitości i woli walki, żeby spróbować sił w prawdziwej przedsiębiorczości.

– Znów w pełni się z panem zgadzam.

– Wie pan, dlaczego zgodziłem się na spacer po firmie?

Bo jesteś nadętym bucem? Bo lubisz się popisywać? Bo pieniędzmi nadrabiasz niedobory w spodniach? Bardzo mnie korciło, żeby przysrać Rolnickiemu, ale to nie był dobry moment. Na to jeszcze przyjdzie czas.

– Savoir-vivre – odpowiedziałem. – Klasa nie pozwoliła panu postąpić inaczej.

Rolnicki pokręcił głową.

– Chciałem, żeby pan w pełni zrozumiał, co osiągnąłem. Wszystko, co pan widzi, zbudowałem samodzielnie. Tymi rękoma. – Pretensjonalnie wyciągnął przed siebie łapska. – To efekt ćwierć wieku kieratu. Wyrzeczeń. Poświęcenia życia rodzinnego. Rezygnacji z urlopu. – Zamilkł, żeby zaczerpnąć powietrza. – Kupiłem kiedyś jacht, bo chciałem popływać po Karaibach. Wie pan, ile wysp zobaczyłem? Ani jednej. Ile dni faktycznie wypoczywałem? Zero. Cały rejs spędziłem pod pokładem, wisząc na telefonie i grzebiąc w komputerze.

Korciło mnie, by przerwać tę tyradę, ponieważ wiedziałem, że tacy ludzie nienawidzą, kiedy się im przerywa. Ale jeszcze bardziej wkurwia ich to, kiedy ma się gdzieś, co mają do powiedzenia. Pozwoliłem więc patrzeć Rolnickiemu na moją irytująco rozweseloną gębę.

– Było już kilku takich, którzy próbowali kupić moją firmę. Wszystkich ich spuściłem na drzewo, bo ten biznes nie jest na sprzedaż. Za żadną cenę. Bez względu na sytuację na rynku. Bez względu na to, ilu takich chłystków mi tutaj przyślą. – Machnął na mnie ręką, jakbym był nic niewartym śmieciem. To dobrze. Będąc niedocenianym, mogę zdziałać więcej. – Nie odpisałem na pańską wiadomość, bo nie jestem zainteresowany sprzedażą. I nie będę nią zainteresowany jutro ani pojutrze. Koniec kropka. Chciałby pan się czegoś jeszcze dowiedzieć?

Potrząsnąłem głową.

– Nie powiedział pan niczego zaskakującego. Spodziewałem się szorstkiego wstępu do negocjacji.

Rolnicki podrapał się po policzku, jakby nie wiedział, co zrobić z rękoma. Tak naprawdę wiedział, ale uznał, że jebnięcie mnie w twarz będzie zbyt nieeleganckie. Nawet jak na niego.

– W takim razie może już pan spierdalać – burknął. – Powiedziałbym, że następnym razem nie będę taki miły, ale żadnego następnego razu nie będzie.

W momencie gdy wylądowałem za bramą wjazdową do Rolkomu, pewnie wiele osób by uznało, że negocjacje zakończyły się fiaskiem. Ale to naprawdę był dopiero początek. Wiedziałem bowiem coś, o czym Rolnicki nie miał pojęcia. Być może był naiwny. Być może nie zauważał oczywistych przesłanek, bo znajdował się zbyt blisko problemu. Być może zaślepiała go pycha. Ale ja wiedziałem, że jedynowładztwo w Rolkomie to stan, który odpowiada wyłącznie jemu. I który nie będzie trwać wiecznie.

Wystarczyło, że dzień przed naszym spotkaniem spojrzałem na zdjęcie jego żony. Danuty. Zmęczonej pięćdziesięciolatki, która całe życie spędziła w cieniu męża. I która nawet pozując do zdjęć, nie potrafiła ukryć swojej frustracji.

To ona była jokerem w mojej talii.

Po powrocie z Łodzi zajrzałem jeszcze do biura. Przed siedemnastą zaczęło się tam wyludniać. Najpierw zniknęli ci, którzy zamiast pracować, od paru godzin gapili się na zegar, czekając, aż nadejdzie pora wyjścia z roboty – a że byli niecierpliwi i skrajnie znudzeni, urwali się kilka minut przed czasem. Potem zniknęli apologeci korporacyjnych wartości, każdego dnia oddający firmie pełne osiem godzin. Po nich zaczęli się ulatniać bezmyślni wysiadywacze dupogodzin, a także ci, którzy przychodzą do roboty później, bo rano muszą odstawić bachory do przedszkola. Na koniec z budynku wylała się cała reszta: spóźnialscy, leniwe śpiochy, świeżo upieczeni menedżerowie, dziwacy oraz ojcowie, którzy wolą siedzieć w korpo niż zajmować się gówniakami.

Nie wiem, do jakiej kategorii zaliczała się ta laska ze szkolenia, ale zauważyłem ją, gdy koło osiemnastej poszedłem do kuchni po kawę – szóstą lub siódmą tego dnia. Siedziała przy jednym z kwadratowych stolików. Dłubała w jakiejś prezentacji. Nie zauważyła mnie, kiedy przemknąłem kilka metrów dalej, machając do niej ręką. A przynajmniej tak mi się zdawało.

– To było świetne.

Odwróciłem się, zanim ekspres wypluł moją kawę, i zobaczyłem, że stoi tuż za mną. I że wbija we mnie wzrok. I że się uśmiecha. I że górny guzik jej bluzki jest nęcąco rozpięty.

– Co masz na myśli? – spytałem.

– Twoje szkolenie.

– Tak ci się tylko wydaje.

– To nie było pierwsze szkolenie sprzedażowe, w którym uczestniczyłam.

– Wiem. Widziałem.

– Długo się tym zajmujesz?

– Mam wrażenie, że całe życie. – Posłałem jej skąpy uśmiech, po czym włożyłem drewniane mieszadło do kawy i zacząłem w niej bełtać. Dziwne, ponieważ nie słodzę. I raczej nie daję się onieśmielać kobietom. – Od dwunastu lat uczę ludzi nawijać makaron na uszy. No big deal.

– A jednak jesteś w tym lepszy od innych.

– Kwestia wprawy. Program, który z wami przerabiam, zaserwowałem już kilkudziesięciu grupom.

– Alicja. – Wyciągnęła rękę. Albo mnie nie słuchała, albo ekspresowo procesowała moje słowa i wyprzedzała wypadki. Tak czy inaczej, uścisnąłem jej dłoń. Silną. Żylastą. Należącą do kogoś, kto uprawia sport. Albo tańczy na rurze. – Pracuję w dziale komunikacji. Chętnie dowiem się czegoś więcej na temat twoich technik.

– Możemy wyskoczyć na kawę – zaproponowałem, a potem ponownie spojrzałem w swój kubek. – Lepszą od tej.

– Z przyjemnością.

Oddaliła się do komputera, a ja dalej memłałem kawopodobną breję. Niezwykła dziewczyna. Śmiała i bezpośrednia. Ładna i efektowna. Młoda. Mógłbym się w niej zakochać.

Kiedy wróciłem do gabinetu, zamknąłem drzwi na klucz, mimo że nasz korporacyjny kodeks kategorycznie tego zabraniał. Na szczęście nie siedziałem w jednej z tych oszklonych klatek jedynie stwarzających ułudę prywatności, lecz w tradycyjnym biurze. Z normalnymi ścianami, normalnymi drewnianymi drzwiami, normalnymi roletami, które mogłem opuścić, jeśli nie chciałem, żeby ktoś mnie podglądał.

Miałem jeszcze kilka spraw do ogarnięcia, ale w tym momencie myślałem tylko o jednym.

Pewnie nieraz słyszeliście, że od walenia konia jeszcze nikt nie umarł. To nieprawda. Od walenia konia ciągle ktoś umiera, w Niemczech nawet około stu osób rocznie. Większość ginie wskutek asfiksji autoerotycznej, czyli podduszania się w trakcie masturbacji celem spotęgowania doznań. Czyli od trzepania z pętlą zaciśniętą na szyi. Czyli podczas desperackich prób osiągnięcia satysfakcji, gdy konwencjonalne metody z różnych powodów zawodzą.

Na co dzień nie noszę krawatów. Co nie znaczy, że ich nie używam.

Wyjąłem jeden i podjechałem na krześle do szafy. Rozsunąłem marynarki na bok. Przywiązałem krawat do metalowej belki. Następnie się odwróciłem, przełożyłem go przez głowę i zacisnąłem na szyi najciaśniej jak to możliwe. Idealnie. Mogłem wreszcie rozpiąć spodnie.

Ledwo zacząłem trzepać, kiedy rozdzwonił się mój telefon. Spojrzałem na biurko. Janek. Znajomy z czasów studiów. Gamoń, który zamiast zarabiać sensowne pieniądze jako analityk albo konsultant, wymyślił, że zostanie dziennikarzem ekonomicznym. Był nawet niezły w te klocki. Dostał kilka branżowych nagród, biznesmeni szanowali go i chętnie udzielali mu wywiadów. Ale mając na uwadze jego potencjał i zarobki w mediach, powinien dostać antynagrodę za wybór drogi zawodowej.

No i musiałem podjąć decyzję. Fiut czy Janek. Janek czy fiut. Janek. Fiut. Janek. Fiut.

Ciekawość zwyciężyła z chucią. Wyplątałem się ze swojej misternej konstrukcji i odebrałem telefon.

– Nie przeszkadzam? – przywitał się Janek.

Przeszkadzasz jak jasny chuj, pomyślałem.

– Skąd. Co słychać?

– Wszystko dobrze. To znaczy niedobrze. Mam coraz więcej roboty i coraz mniej pieniędzy. Korelacja z dupy. Ale taki już urok mojej branży.

– Po co dzwonisz? – Chciałem czym prędzej zakończyć tę rozmowę.

 

– Bo usłyszałem ciekawą plotkę. Właściwie dwie plotki. Obie dotyczą ciebie.

– Zamieniam się w słuch.

– Podobno wpadłeś w oko pewnemu przedsiębiorcy. I podobno już zaczął zaloty.

Ciekawe, skąd się dowiedział. Nie przypuszczam, żeby Solski łaził po mieście i rozpowiadał takie rzeczy. Zwłaszcza że jeszcze nic nie było przesądzone.

– Potwierdzasz? – spytał Janek.

– Co takiego?

– Że jeden z tłustych misiów próbuje ściągnąć cię do drużyny?

– Wiesz, że nawet gdyby tak było, nie mógłbym się do tego przyznać. Nie zadawaj mi takich pytań.

– Sorry, taka robota.

Janek bywał upierdliwy, ale to w gruncie rzeczy równy gość. Nie próbował wyciągać ode mnie insiderskich informacji. Nie zawracał dupy, jeśli wiedział, że jestem zarobiony. Nie publikował tego, co mówiłem mu w zaufaniu. Pomógł mi w promocji, kiedy chciałem zostać najbardziej znanym trenerem sprzedaży w Polsce. Czasem dzwonił, żeby zapytać o ruchy kadrowe w korporacjach albo na rynku finansowym. Czasem chciał zweryfikować jakąś informację. A czasem, mam wrażenie, dzwonił wyłącznie po to, żeby sobie popitolić. Uwielbiał pitolić. Międlił jęzorem jak pojebany.

– A ta druga plotka? – zapytałem.

– Dotyczy twojej firmy. Podobno dostałeś nowe zadanie.

– Możesz być bardziej konkretny?

– Wszyscy wiedzą, że Cloud rozgląda się za okazjami inwestycyjnymi. W branży huczy od plotek, że szykujecie się do akwizycji. Podobno masz załatwić jakiś gruby deal.

– Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Ale skoro branża tak mówi, to może coś w tym jest.

– Kogo przejmujecie?

– Chcemy zwiększyć naszą obecność w Polsce. Organiczny wzrost jest fajny, ale tylko do pewnego momentu. My już ten moment osiągnęliśmy i dalsze podążanie tą ścieżką wyglądałoby jak dreptanina w miejscu. Dlatego szukamy firmy, która pomoże nam urosnąć i zwiększyć udziały w rynku.

– Future Soft?

– Nie wiem.

– NetServices?

– Nie mogę powiedzieć.

– Maktronics?

– Czy ty, kurwa, nie rozumiesz, co się do ciebie mówi?

– Sorry. Gdybym nie był dociekliwy, tobym dalej przerabiał depesze papowskie. Dobra, nie zawracam więcej dupy. Uszyję coś z tego, co powiedziałeś, i podrzucę ci do autoryzacji.

– Chyba cię popierdoliło.

– Stary, muszę coś mieć z tej rozmowy. Jakiś cytat. Deklarację. Cokolwiek.

– Napisz, co chcesz, ale nawet nie próbuj mnie pod tym podpisywać. I nie przyznawaj się nikomu, że ze mną rozmawiałeś.

Rozłączyłem się. Spojrzałem w dół. W głosie Janka było coś tak męczącego, że pewnie potrafiło uśmiercić nawet najtwardszy wzwód. A mój do takich nie należał.

Nie zdołałem wrócić do swojego miłego zajęcia, ponieważ telefon ponownie się rozdzwonił. Tym razem to był Skoda, więc powinienem odebrać. Trudno. Co ma wisieć, nie utonie. A co jest martwe, nie może umrzeć, lecz odradza się twardsze i silniejsze1.

Jest pewien zjawiskowo piękny prostokąt ulic w Warszawie. Tworzą go Emilii Plater (od zachodu), Nowogrodzka (od północy), Poznańska (od wschodu) i Wspólna (od południa). Na jego terenie można znaleźć kilka knajp, siedziby mniejszych i większych firm, zadbany skwer, modny teatr, a nawet kościół. A także legendarny warszawski pigalak. Podobno działa od końca drugiej wojny światowej. Aż dziw, że jeszcze nie został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Nieprzypadkowo zamieszkałem akurat tam. Lubię taką… subkulturę. Lubię być zaczepiany przez te wszystkie puszczalskie zdziry, które czują się królowymi nocy. Lubię się z nimi droczyć. Lubię słuchać, jakie stosują sztuczki, żeby zwabić klienta. Większość z nich bije na łeb sprzedawców, z którymi użeram się na co dzień. Kilka z nich mógłbym wziąć na staż. A najlepszej nawet przekazać prowadzenie moich szkoleń.

Kiedy taksówkarz wysadził mnie pod domem, podszedłem na róg Wspólnej i Emilii Plater, żeby zagadać do jednej z dziwek. Eufemistycznie mówiąc, nie była szczególnie urodziwa. Mogła nie mieć jeszcze trzydziestki, ale pod grubą warstwą tapety ukrywała się stara, zniszczona i permanentnie zmęczona twarz (niedziwne, uprawiała zawód podwyższonego ryzyka, jak górnik, saper czy poławiacz krabów). Ale na szczęście była w moim typie: niezła figura, duże cycki, blond włosy. Farbowane, ale zawsze coś.

– Chcesz się zabawić, przystojniaku? – zapytała, kiedy się zbliżyłem. Ta akurat nie była mistrzynią sprzedaży.

– Przydałoby mi się towarzystwo – odparłem. – Mam do zagospodarowania kilka godzin. Nie chcę ich spędzić samotnie.

– Dobrze trafiłeś, przystojniaku.

Uśmiechała się do mnie, a jednocześnie niepewnie zerkała na boki. Jakby się bała, że za moment przydybie nas policja. Jakby jeszcze nie skumała, że psy olewają tę miejscówkę ciepłym moczem.

– Mieszkam na rogu – powiedziałem. – Jeśli się dobrze spiszesz, być może nie będzie to nasz ostatni wspólny wieczór.

– Masz kasę, przystojniaku?

– Więcej, niż możesz sobie wyobrazić.

Zaśmiała się.

– Sorry, ale już nieraz słyszałam taki tekst. Pokaż kasę, misiu, albo nici z zabawy.

Westchnąłem. Wygrzebałem z kieszeni portfel i wyjąłem dwustuzłotowy banknot (z różnych powodów zawsze mam przy sobie gotówkę). Złożyłem go na pół, a następnie zrobiłem krok w stronę dziwki. Powoli, jakbym operował nożem albo grał w jengę, wsunąłem jej banknot między cycki. Chyba to polubiła, bo nagle zaczęła się na mnie gapić maślanym wzrokiem.

– Mam na imię…

– Nie obchodzi mnie to – nie dałem jej dokończyć. – Będę na ciebie mówił Renia.

– Renia?

– Zdrobnienie od Renaty.

– Niech będzie. A zatem mam na imię Renia, przystojniaku.

Poszliśmy do mnie. Zabroniłem Reni zdejmować szpilki i zaprowadziłem ją do salonu, który wcale nie przypominał bawialni młodego milionera. Miałem tam wygodną kanapę, szklany stół, regał z książkami, barek, czterdziestocalowy telewizor, wieżę z dwoma subwooferami oraz kilka kwiatków, o które troszczyła się ukraińska sprzątaczka. Nic więcej. Żadnych egzotycznych rzeźb, drogich obrazów, cudów elektroniki. Ot, zwyczajny salon gościa z wyższej klasy średniej.

Otworzyłem barek i wyciągnąłem pierwszą z brzegu butelkę whisky. Wydobyłem też papierośnicę, w której trzymałem jointy – o ich skręcenie również poprosiłem Ukrainkę. Uchyliłem okno i zapaliłem. Wziąłem kilka machów, po czym przekazałem blanta rozwalonej na kanapie dziwce.

– Ładne mieszkanie – powiedziała, przytrzymując dym w płucach. – Twoje czy wynajmujesz?

– A jakie to ma znaczenie?

Wypuściła chmurę i wzruszyła ramionami.

– Żadne. Pytam z ciekawości.

– Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

– Lepsze znane piekło od nieznanego nieba.

Zastanawiałem się przez chwilę nad jej słowami, a następnie wlałem whisky do szklanki. Podałem jej szkło.

– Nie pijesz? – zdziwiła się, widząc, że zakręcam butelkę.

– Tylko w piątki.

– Dlaczego?

– Zadajesz za dużo pytań. Napij się.

Renia patrzyła na mnie nieufnie. W końcu oddała mi skręta i powąchała alkohol.

– Dlaczego tak ci na tym zależy? – spytała.

– Lubię, gdy dziewczyny są podpite.

Wymownie uniosła brwi, choć oczywiście był to tylko teatr. Musiała widywać większe dziwactwa.

– Zapłacę ci pięćset złotych, jeżeli spełnisz trzy warunki. – Zaciągnąłem się jointem i odłożyłem go do popielniczki. Sięgnąłem po portfel. Wyjąłem kilka banknotów i wsunąłem je pod butelkę. – Po pierwsze, masz się nie uśmiechać. Nienawidzę nieszczerych flirciarskich uśmiechów. Bezbłędnie rozpoznaję fałsz, więc nawet nie próbuj się szczerzyć. Po drugie, masz się czym pochwalić, więc zadbaj o to, żebym przez cały czas widział twoje cycki. I żeby były w ciągłym ruchu. Ale nie jak dzwony, nad którymi Quasimodo stracił kontrolę. Masz to robić z gracją. Jak gwiazda porno, która rozumie, co podnieca onanistów. Kumasz?

Kiwnęła głową.

– A po trzecie?

– Dowiesz się później. – Wycelowałem palcem w ścianę. – Podejdź do wieży i włącz radio. Ustaw jakąś muzykę.

– Jaką?

– Taką, przy której lubisz tańczyć.

Dziwka wyzerowała drinka i odstawiła szklankę. Zwlekła się z kanapy i podeszła do wieży. Wybrała jakąś komercyjną stację, w której niezbyt utalentowana Amerykanka śpiewała o chłopcach, randkach, miłości i innych bzdetach. Koszmar. Ale to nie mnie miało się podobać. Renia nad czymś się przez chwilę zastanawiała, ale w końcu się odwróciła i zaczęła tańczyć. Czy raczej podrygiwać w rytm gównianej muzyki.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?