SprzedawcaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sprzedawca
Sprzedawca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Sprzedawca
Audio
Sprzedawca
Audiobook
39,99  29,59 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zuch dziewczyna.

– Jaki on jest? – zapytała.

– Solski? – Zastanowiłem się przez chwilę. – Zasadniczy. Konkretny. Bystry. Wzbudza respekt.

– Mógłbyś pracować pod kimś takim?

– Nie wiem. Do tej pory pracowałem wyłącznie pod idiotami. To oczywiście ma pewne minusy, ale jest stosunkowo proste.

– Powiedział, co konkretnie miałbyś robić?

– Chce, żebym został jego prawą ręką. Zakładam, że potrzebuje kogoś, kto będzie kwestionował jego pomysły.

– Albo wręcz przeciwnie. Może potrzebuje bystrego gościa, który będzie subtelnie lizał go po jajach, a potem zgrabnie sprzedawał innym jego wizje.

Lubiłem spotykać się z Karoliną. Była jedną z niewielu osób, z którymi dobrze mi się rozmawiało. Właściwie o wszystkim. Ale głównie o biznesie. Nie miała doświadczenia tych wszystkich gogusiów z McKinseya, Baina czy BCG. Nie potrafiła szyć ładnych prezentacji i stawiać tabelek w Excelu. Nie mówiła językiem dzieciaków wykształconych na London School of Economics czy University College London – choć kilku takich ściągnęła do swojego zespołu. Ale znała się na ludziach. Miała intuicję, która jest niezbędna do względnie bezpiecznego pływania w odmętach biznesu. I dlatego nie bałem się konsultować z nią decyzji.

A poza tym dobrze jest mieć kogoś takiego u boku. Pamiętacie, jak mówiłem, że ludzie ze szczytu najchętniej spotykają się z celebrytkami, znanymi dziennikarkami albo kontrowersyjnymi dziedziczkami fortun? Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, kiedy osiągniesz sukces, chcesz się zadawać z ludźmi, którzy są na tym samym poziomie co ty. Z biznesmenami, politykami lub sportowcami, których powodzenie zawodowe wywindowało na irracjonalnie wysoki poziom pewności siebie. Z ludźmi napędzającymi się wiarą, że są w stanie podbić świat. A po drugie, tego typu kobiety są świadectwem statusu. I to najważniejszym z możliwych. Są jak porsche, ferrari i lambo skumulowane w jednej gigantycznej maszynie. Jak rolex i patek philippe na jednym nadgarstku. Jak przedłużenie fiuta.

Dlatego trzeba się z nimi spotykać w takich miejscach jak to: w zlokalizowanej w sercu Warszawy restauracji, której francuski szef stara się o gwiazdkę Michelin. Z ultranowoczesnym industrialnym wnętrzem, zaprojektowanym przez jakiegoś designerskiego fafarafę. Z wymuskanymi kelnerami, którzy z murzyńską służalczością nadskakują klientom.

– Co tak śmierdzi? – spytała ponownie Karolina.

– Może to z zewnątrz? – zasugerowałem, wskazując brodą drzwi wejściowe.

Oczywiście doskonale wiedziałem, co to za zapach. Środki dezynfekcyjne. Po spotkaniu z Chemikiem starannie wymyłem swoje podwarszawskie mieszkanie. Wyszorowałem całą piwnicę. Każdy najdrobniejszy kąt. Każdy mebel, obok którego niosłem Renatę i którego przypadkiem mogła dotknąć. A na koniec unurzałem w chemii swoje ciuchy. Wszystkie, w których Renata mnie widziała. Uznałem, że będzie to lepsze rozwiązanie, niż gdybym miał je spalić na jakimś odludziu.

– Co robisz jutro? – zapytała.

– Spotykam się ze znajomymi.

– Z tymi debilami?

Uśmiechnąłem się.

– Znam tych debili od dwudziestu lat. Potrzebuję ich.

– W jakim celu? Do łechtania ego? Do zabawy w dobroczyńcę?

– Słyszałaś o czymś takim jak koleżeństwo? Albo przyjaźń?

– Przecież to nie są twoi przyjaciele. Gówno cię obchodzi, co u nich słychać. Chcesz tylko, żeby mieli świadomość, jak wspaniale sobie radzisz.

– Do tego wystarczy trochę poguglować.

– Poświęcasz im piątkowe wieczory, a dla mnie masz tylko to. – Zerknęła z pogardą na maszerującego po sali kelnera. – Dwie kolacje w miesiącu w jakichś szpanerskich restauracjach. Ja też umiem się bawić. Potrafię być dobrym kompanem na imprezie.

– Nie wątpię.

– Nie myśl, że chodzi mi o ciebie. – Uśmiechnęła się złośliwie. – Żyjemy w społeczeństwie, w którym nadal występują ogromne dysproporcje płciowe. Faceci tacy jak ty mogą łazić po klubach, wyrywać panienki, polewać je szampanem i gzić się z nimi w pokojach hotelowych. Nikogo to nie rusza. Nikt nie widzi w tym niczego skandalicznego. Ale gdybym ja choć raz zrobiła coś takiego, zostałabym wyklęta. Zmieszana z błotem. Zwyzywana od kurew. Taki incydent prawdopodobnie zniszczyłby mnie i moją firmę. Dlatego jeśli mam ochotę poimprezować, powinnam to robić z tobą. Przynajmniej dopóki będziemy uchodzić za parę.

Westchnąłem. Spodziewałem się, że prędzej czy później do tego dojdzie. Młode kobiety – Karolina dopiero zbliżała się do trzydziestki – mają to do siebie, że szybko się nudzą zastanym układem. A nasz był na tyle niestabilny, że byle pierdnięcie mogło go zburzyć.

– Nie rób tego – powiedziałem. – Nie zachowuj się tak. Nie pasuje do ciebie ten pełen pretensji ton. Ani uskarżanie się na swój los. Dobrze wiedziałaś, na co się piszesz.

– Nie wiedziałam. Nikt nie wiedział. Ty też nie. Nie miałeś pojęcia, jak ta relacja się rozwinie. Ale z jakiegoś powodu uznałeś, że najlepiej będzie uwalić ją w zarodku.

Wzruszyłem ramionami.

– Nie chcę się z tobą kłócić. A na pewno nie tutaj i nie dzisiaj. Zjedzmy przegrzebki, dopijmy wino i wyjdźmy stąd uśmiechnięci od ucha do ucha. Jak dwoje kochających się ludzi. Okej?

Karolina opróżniła kieliszek i głośno odstawiła go na stół. Przełknęła wino, jakby połykała gówno.

– Co tu tak, kurwa, śmierdzi? – warknęła. – Zaraz się porzygam.

Uśmiechnąłem się. Czasem dobrze jest mieć katar. A najlepiej katar społeczny.

5

Z pewnością kojarzycie hasło „sprzedaj mi ten długopis”. Mogliście o nim czytać, mogliście słyszeć, ale najpewniej widzieliście, jak w Wilku z Wall Street wypowiada je Leonardo DiCaprio, który kilkanaście minut wcześniej czołgał się do białego ferrari po przedawkowaniu metakwalonu. Według niektórych sprzedawców jest to świetne ćwiczenie rekrutacyjne, pozwalające sprawdzić umiejętności potencjalnego handlowca. Dla innych to bzdurna próba, która o niczym nie świadczy. A dla mnie? Uważam, że to wdzięczna zabaweczka, i chętnie urozmaicam nią swoje występy.

– Jestem producentem bram garażowych – powiedziałem, kładąc laptopa na kolanach faceta w pinglach. – Sprzedaj mi to oprogramowanie.

Odsunąłem się na kilka metrów. Przeszedłem się wzdłuż tablicy magnetycznej. Wyjrzałem przez rolety na parking. Wszystko po to, aby dać gościowi kilka sekund na przeczytanie opisu softu. I kilka następnych, żeby wyobraził sobie, jak się produkuje bramy garażowe. W końcu ponownie się zbliżyłem. Z rękoma splecionymi na piersi oparłem się o kant biurka.

– To czołowy system ERP na rynku – zaczął okularnik, zerkając to na mnie, to na ekran. Znacznie dłużej i intensywniej na ekran. – Pomaga przedsiębiorstwom zarządzać wyrobami, podzespołami czy półfabrykatami. Dzięki niemu uprości pan procesy produkcyjne i łatwiej będzie mógł kontrolować jakość pracy maszyn. Poza tym…

Facet dalej się produkował, ale ja już słyszałem tylko bla, bla, bla. Ten system bla, bla, bla… Umożliwia integrację z bla, bla, bla… Świetnie współpracuje z bla, bla, bla… Bełkot. Bezmyślnie skserowany z bezmyślnego opisu, nabazgranego dla producenta przez jakiegoś bezmyślnego tłuka z działu sprzedaży, marketingu albo chuj wie skąd.

Kiedy facet się nieudolnie produkował, wyjąłem wibrujący telefon. Dostałem wiadomość.

Skończyłem.

Została wysłana z jakiegoś dziwacznego numeru, ale wiedziałem, że pochodzi od Chemika. Była w jego stylu: tak lapidarna, jak to tylko możliwe. Cała operacja zajęła mu około czternastu godzin. Byłem cholernie ciekawy, jak pozbywa się zwłok, ale przede wszystkim w jaki sposób udaje mu się utrzymać swoją profesję w tajemnicy. Przecież nawet na tym jego zadupiu kręcą się jacyś ludzie: kierowcy ciężarówek, budowlańcy, pracownicy zakładów produkcyjnych. Ktoś powinien widzieć, że co jakiś czas przywozi do swojej nory duże zafoliowane przedmioty, które już nigdy jej nie opuszczają. Ktoś powinien zauważyć dym unoszący się nad jego barakiem – zupełnie jak w Breaking Bad. Ktoś powinien wreszcie zainteresować się tym nerdem. I niewykluczone, że prędzej czy później ktoś to zrobi. Dlatego dobrze by było, gdybym wymyślił dla niego jakąś alternatywę, ale na razie nie zamierzałem wybrzydzać. Znalezienie Chemika traktowałem jak niekończącą się Gwiazdkę.

– Dzięki temu narzędziu może pan…

– Stop! – przerwałem okularnikowi i zerknąłem na zegarek. – Dwie minuty. Tyle czasu straciłeś na mówienie o rzeczach, które kompletnie mnie nie interesują. Ale przyjmijmy, że jeszcze się nie wściekłem i nie wyrzuciłem cię za drzwi. Kontynuuj.

Facet przez kilka sekund bezmyślnie się na mnie gapił, po czym ponownie otworzył gębę.

– To zupełnie unikatowy soft, który umożliwi panu analizę potrzeb materiałowych, zarządzanie zleceniami czy…

Bla, bla, bla. Nie załapał. I pewnie już nie załapie.

Kiedyś miałem więcej radochy ze szkolenia takich ciołków. Czułem się jak trener trzecioligowej drużyny, próbujący wydobyć z tłumu nieudaczników choćby jednego, który potrafi prosto kopnąć piłkę. Jak czarodziej zmieniający brzydkie kaczątka w księżniczki. Ale od pewnego czasu nie sprawiało mi to żadnej frajdy. To dlatego zacząłem szukać okazji inwestycyjnych. Dlatego umówiłem się na spotkanie ze Skodą, zbajerowałem go i na świetnych warunkach wkręciłem się do zarządu Clouda. Dlatego chciałem poprowadzić to przejęcie, które mogło mi przynieść kilka baniek premii. I wreszcie dlatego bardzo chciałem pracować u boku Solskiego. Nawet jeśli miałbym być tylko jego giermkiem.

– Wystarczy. – Podszedłem do faceta i odebrałem mu komputer. – Spotkanie dobiegło końca. Możesz wyjść.

Okularnik potrzebował paru sekund, żeby przyjąć ten komunikat. Kiedy wreszcie dotarło do niego, że przegrał, wysłałem mu kolejny.

– Proszę wyjść. – Wskazałem palcem drzwi. – Teraz. Zabierasz czas pozostałym uczestnikom szkolenia.

 

– Co zrobiłem nie tak? – zapytał.

– Wszystko. Szczegóły usłyszysz od kolegów. A teraz chciałbym, żebyś wyszedł.

Ludzie zawsze myślą, że żartuję. Że po paru sekundach krępującej ciszy wszystko odkręcę. Ale nawet jeśli delikwent radzi sobie zupełnie przyzwoicie jak na skalę swojej mierności, nie mogę tego powiedzieć. Zepsułbym cały show.

– Czekamy.

Okularnik w końcu pojął, że to nie jest dowcip. Sięgnął po opartą o krzesło teczkę i pospiesznie, ponaglany współczująco-drwiącymi spojrzeniami kolegów, opuścił salę. Wtedy wróciłem na podwyższenie i odłożyłem laptopa na biurko.

– Klienta nie interesuje wasz produkt – powiedziałem. – Gówno go obchodzą jego parametry, funkcjonalności czy technologie, na których został zbudowany. Interesuje go wyłącznie to, ile dzięki temu śmiesznemu człowieczkowi w garniturku, który próbuje mu coś ożenić, jest w stanie zarobić. Dlatego musicie mu czym prędzej uświadomić, jakie ma potrzeby. Musi zrozumieć w mig, że dzięki waszemu produktowi zdoła przyspieszyć proces produkcyjny albo zapobiec kradzieżom w firmie. Że dzięki temu będzie mógł monitorować pracę swoich leniwych pracowników. Że pozwoli mu to zmniejszyć zatrudnienie o dwadzieścia procent. I pod żadnym pozorem nie wolno wam używać tych wszystkich durnych określeń, które znajdują się na opisach produktów. W dziewięćdziesięciu kilku procentach nie będziecie rozmawiać z profesorami, tylko z ludźmi, którzy ledwo oderwali się od cepa.

Roześmiali się. Już dawno przestało mnie dziwić, że nieopierzeni sprzedawcy natrząsają się z samych siebie, nie mając o tym bladego pojęcia.

– Wasz kolega nic nie wie o sprzedaży i nie zna się na ludziach. A do tego okazał się strasznym ignorantem. Nie zabroniłem mu rozmawiać z klientem, a mimo to nawet nie zapytał, jak duża jest moja firma. Ile osób zatrudniam. Co to za bramy. Jak wygląda proces technologiczny. Czy mam już jakieś oprogramowania wspierające produkcję. Zamiast poprowadzić sprzedaż, zafundował nam marnej jakości prelekcję.

Schyliłem się do komputera i odpaliłem stronę kolejnego dostawcy oprogramowania. Zerknąłem na jego listę klientów. Skupiłem się na nazwie, która przykuła mój wzrok. Przeczytałem jednozdaniowy opis firmy, wróciłem do strony z charakterystyką produktu i odwróciłem się do audytorium.

– Kto następny? – zapytałem.

To ważny moment. Osoba, która zgłasza się pierwsza, zwykle jest dupkiem o przerośniętym ego i marnych umiejętnościach, pragnącym za wszelką cenę udowodnić, że ma dłuższego, niż się wszystkim wydaje. Choć zdarzają się wyjątki.

Takie jak ona. Blondynka w czerwonej kiecce i wysokich szpilkach. Z ponadstandardowo głębokim dekoltem, który eksponował konkretne cyce. Uśmiechnięta, ale nieepatująca sztuczną pewnością siebie.

Wprost idealna.

Kiedy do niej podszedłem, opuściła rękę, a ja z największą przyjemnością położyłem jej laptop na kolanach.

– Jestem szefem zaopatrzenia w firmie, która wytwarza maszyny dla górnictwa. Sprzedaj mi to oprogramowanie.

* * *

Nikt tak naprawdę nie wie, gdzie to się zaczęło, ale wszyscy twierdzą, że w Google. Piłkarzyki, stoły do ping-ponga albo bilardu, hamaki, konsole do gier, zjeżdżalnie, place zabaw, pokoje drzemek. A do tego fikuśne krzesła, darmowe żarcie i zabawne nazwy sal. Od dłuższego czasu firmy prześcigają się w wymyślaniu udogodnień biurowych, dzięki którym rekrutują dwudziestoparoletnich naiwniaków. I są w tym coraz lepsze.

Korzystając z dobrodziejstw kuchni jednej z takich nowoczesnych korporacji, Oleg i Maria czekali na szefową Renaty. I zarazem szefową HR w polskim oddziale firmy Dangill, jednego z największych amerykańskich koncernów spożywczych, który produkuje faszerowane chemią ciastka, pomaga wywalać dziesiątki milionów ton plastiku do mórz i wyzyskuje kraje Azji Południowo-Wschodniej. Klasyka. Policjanci mieli za sobą mrukliwy poranek. Rozmawiali tyle, ile musieli, żeby ustalić plan działania. Nic ponadto. Oleg nie potrafił się jednak kłócić, dlatego podszedł do Marii, która gimnastykowała się z ekspresem. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, pomógł jej zamocować kolbę, a ona podziękowała mu oszczędnym uśmiechem.

– Czternaście kilometrów – oznajmił Oleg.

– Co? – spytała Maria, przebijając się przez powarkujący ekspres.

– Czternaście kilometrów. Tyle wczoraj przeszliśmy. Osiem po lewej stronie Wisły i sześć po prawej. Przynajmniej tak twierdzi moja apka. Mam zakwasy jak po joggingu.

Maria wyjęła kubek z maszyny. Pociągnęła kilka nerwowych łyków, podrażniając podniebienie.

– Mój ojciec mawia, że dopóki coś cię boli, to znaczy, że żyjesz – powiedział Oleg.

Czekał na jakąś reakcję Marii. Jakąkolwiek. Ale ta niczym go nie uraczyła. Nie wiedząc, jak ją podejść, w końcu wykrztusił to, co zamierzał powiedzieć, kiedy po raz pierwszy tego dnia zobaczył Marię.

– Sorry za wczoraj.

Maria wzięła parę następnych mikrołyków, robiąc sobie parę następnych mikroran.

– To ja przepraszam – odparła po chwili. – Za to, że się wściekłam. I potraktowałam cię z buta.

– Zdarza się.

Policjantka potrząsnęła głową.

– Nawet gdybym miała dobry powód, nie powinnam tak się zachować.

Wyciągnęła do Olega dłoń. Poczuła ulgę, kiedy przyjął przeprosiny i odpowiedział jej uśmiechem. Cieszyła się, że na tym się skończyło. Że nie próbowali się wgryźć, co tak naprawdę stało za jej wczorajszym wybuchem. Bo gdyby to zrobili, mogłoby się okazać, że Marii wcale nie zirytowało lenistwo Olega. Wściekła się, ponieważ miał do czego wracać. Spokojny dom, żona, dzieci. Dzieci, kurwa. Nie potrafiła przeboleć tego, że nie może założyć rodziny. Niepłodność rzutowała na jakość jej pracy. Bardziej, niż była gotowa przyznać.

Po paru minutach przyszła do nich szefowa Renaty. Przedstawiła się jako Zofia Chodkowska. Żeby uchodzić za profesjonalną i ponętną menedżerkę, wystroiła się w szarą garsonkę i wysokie szpilki. Jednak przez rzucającą się w oczy nadwagę oraz fakt, że miała metr pięćdziesiąt w kapeluszu, wyglądała komicznie. Jak napakowany pingwin. Zaprowadziła policjantów do niewielkiej sali konferencyjnej, oznajmiła, że ma dla nich jedynie kilka minut, ponieważ czeka ją „call z centrali”, i od razu przeszła do konkretów.

– Renata pracuje u nas od lutego. A właściwie pracowała. Nie wyobrażam sobie, żeby po tym niespodziewanym zniknięciu wróciła do firmy.

– Podejrzewamy, że mogła zostać uprowadzona – stwierdziła Maria, mając nadzieję, że skruszy ten karakanowaty mur z Excela, deadline’ów i kejpiajów. Ale Chodkowska wyglądała na niewzruszoną. – Jak się odnajdywała w firmie?

– Całkiem nieźle. Szybko się wdrożyła. Po dwóch miesiącach stała się jednym z moich najlepszych pracowników. Dlatego tak bardzo się wkurzyłam, kiedy zniknęła.

– Na czym polegała jej praca?

– Na początku nie robiła niczego skomplikowanego. Przygotowywała umowy i rozliczała czas pracy. Obsługiwała proste procesy kadrowe. Całkiem nieźle sobie radziła, więc zaczęłam ją wdrażać w trudniejsze zadania, ze współprowadzeniem projektów rekrutacyjnych włącznie. W tym tygodniu miałam przenieść Renatę do zespołu zajmującego się tworzeniem systemów motywacyjnych.

– Miała kontakt z ludźmi spoza firmy?

– Minimalny. Była bierną uczestniczką kilku rekrutacji.

– A w firmie? Dobrze się dogadywała z kolegami?

– Raczej z koleżankami. Koledzy ją drażnili.

– Jak to?

Chodkowska westchnęła, po czym zerknęła na telefon. Kejpiaje wzywały.

– W HR-ach pracują głównie kobiety. Z reguły młode. Przeważnie dość ładne. Przypuszczam, że to główny powód, dla którego faceci całymi grupami przychodzą do naszego działu. Myślą, że wystarczy zarabiać dziesięć koła miesięcznie i zapuścić brodę, żeby być najbardziej pożądanym towarem w mieście. A co gorsza, wiele dziewczyn pozwala im w to wierzyć. Lubią być adorowane.

– Renata była jedną z nich?

– Nie. – Chodkowska ponownie zerknęła na wyświetlacz. – Renata bardzo stanowczo dawała do zrozumienia, że nie jest zainteresowana absztyfikantami. A przez to ci byli jeszcze bardziej nachalni. Traktowali ją jak trudny do zdobycia cel.

Policjanci popatrzyli po sobie.

– Będziemy musieli porozmawiać z ludźmi z pani firmy – powiedziała Maria.

Chodkowska kiwnęła głową i wstała od stołu. Nawet jeśli nie podobała jej się ta zapowiedź, była zachwycona tym, że rozmowa dobiegła końca.

– Poproszę asystentkę, aby zorganizowała dla państwa jakąś salkę i pomogła wszystko skoordynować – powiedziała. – Mam tylko jedną prośbę.

– Tak?

– Nie męczcie ich zbyt długo. Przez okres urlopowy mamy poważne braki kadrowe. Każda dziewczyna musi pracować za dwie. I każdy kwadrans przerwy sporo nas kosztuje.

Odprowadzając wzrokiem ten zdehumanizowany rachunek zysków i strat, Maria zebrała do kupy wszystkie fakty dotyczące Renaty. Zdolna studentka, która odnalazła się w korporacji. Atrakcyjna i ciesząca się zainteresowaniem kolegów. Nieustannie podrywana przez upierdliwców. Sporo imprezująca. Straumatyzowana niedawnym rozstaniem z facetem. Krótko mówiąc: wymarzona ofiara drapieżcy schylającego się po nisko wiszące owoce.

Oczywiście ja bym siebie tak nie określił. Ale dla uproszczenia przyjmijmy, że Maria miała rację.

* * *

Właśnie rozpamiętywałem miłe chwile spędzone z Renulką, kiedy do mojego gabinetu zapukał Skoda. Wyglądał na niezdrowo podekscytowanego.

– Zajęty? – spytał i zanim zdążyłem się odezwać, dodał: – Wpadnij do mnie na chwilę.

Leniwie podniosłem się z fotela. Zawiesiłem wzrok na oknie, aby przypomnieć sobie i jemu, że choć teoretycznie nie jestem pierwszy w kolejności dziobania, to mam najlepszy widok z okna w całej firmie. Dopiero potem ruszyłem za Skodą.

– Zdecydowałeś się? – zapytał zaraz po tym, gdy weszliśmy do jego gabinetu.

– Tak – odpowiedziałem, siadając na skórzanej kanapie. – Wchodzę w to. Kupmy sobie firmę.

Skoda prawie odleciał ze szczęścia. Przez moment bałem się, że mnie uściska. Albo ucałuje. Albo… nieważne. W dalszym ciągu był niezdrowo podjarany, a ja nie potrafiłem wyczuć, o co mu właściwie chodzi.

– W takim razie została nam do ustalenia jeszcze jedna rzecz. – Skoda rozsiadł się po drugiej stronie szklanego stołu i poprawił mankiety koszuli. – Czy nie masz nic przeciwko temu, żebyśmy powiększyli nasz zespół akwizycyjny?

Tego się obawiałem. Choć owinąłem sobie Skodę wokół palca, czułem, że nie darzy mnie stuprocentowym zaufaniem. Liczyłem się z tym, że będzie chciał wpuścić do zespołu jeszcze jedną osobę. Tylko dlaczego tak się z tym czaił?

– Pewnie, że nie – odparłem. – Im więcej, tym weselej.

I tym mniej kasy dla każdego z nas, pomyślałem.

– Wspaniale.

Skoda wyjął telefon. Zadzwonił. Poprosił rozmówcę, aby do nas dołączył. Przez następne kilka sekund głupkowato się do mnie szczerzył, jakby planował mnie zgwałcić na śpiocha. A ja, czując, jak narasta we mnie frustracja, wsłuchiwałem się w szuranie butów na korytarzu. Nie podobał mi się ten odgłos. I nie podobało mi się to, ile kroków naliczyłem, nim rozległo się kurtuazyjne pukanie w otwarte drzwi.

– Na szczęście nie muszę was sobie przedstawiać.

Z wymuszonym uśmiechem gapiłem się na Przydupasa. W ciągu minuty byłbym w stanie wymienić z pięćdziesiąt osób, które lepiej nadawały się do tej roli.

Przydupas przytargał ze sobą nie tylko źle skrojony garnitur, ale również folder, który wypchał dokumentami. Przysiadł się do mnie i położył go na stole.

– Krystian zrobił analizę spółek, które firmy doradcze zarekomendowały nam do przejęcia – wyjaśnił Skoda. – Stworzył bardziej skonkretyzowaną i urealnioną listę potencjalnych akwizycji.

– Tak naprawdę w grę wchodzą tylko trzy firmy – stwierdził Przydupas, otwierając swój zadbany folderek, w którym trzymał starannie prowadzoną dokumentację. – Future Soft, NetServices oraz Maktronics. Pozostałe spółki są za małe, nie dają nam efektu synergii albo nie mieszczą się w budżecie.

Rozdał nam po zestawie spiętych zszywaczem kartek, na których zgromadził szczegółowe dane na temat każdej z wymienionych firm: charakterystykę ich produktów, wyniki finansowe z ostatnich pięciu lat, strukturę akcjonariatu, sylwetki udziałowców. Było jasne, że nie przeczytamy tego w ciągu paru sekund, więc chodziło mu wyłącznie o to, żeby się popisać. Jak tylko usłyszał o przejęciu, musiał kazać swoim ludziom rzucić wszystko w cholerę i zebrać te pieprzone dane, aby zaimponować prezesowi na tyle, by ten przygarnął go do zespołu.

– Znakomita robota – powiedział Skoda. – Co o tym sądzisz?

Spojrzał na mnie, kiedy udawałem, że wczytuję się w analizę Przydupasa. W rzeczywistości myślałem wyłącznie o tym, jak upupić tego nadgorliwego gnojka.

– Ciekawe. – Rzuciłem Przydupasowi przelotne spojrzenie. – Kłopot w tym, że w dwa dni nie da się znaleźć firmy, którą chce się przejąć za kilkaset milionów złotych.

 

Przydupas uśmiechnął się pod nosem, ale jego oczy płonęły nienawiścią. Do mnie. Do tego, co sobą reprezentuję. Do fajnego świata, którego jestem częścią, a do którego on nigdy się nie dostanie.

– Przecież właśnie to zrobiłem – stwierdził, wskazując palcem papiery. – Z najwyższą starannością przeanalizowałem te firmy. Dobrze to przemyślałem.

– Zapomniałeś o najważniejszej składowej całego procesu: relacjach międzyludzkich.

Przydupas pokręcił głową. Zagiąłem go, ale mimo to twardo obstawał przy swoim.

– Nie znajdziesz lepszych celów akwizycyjnych – powiedział.

– Znajdę.

– Wątpię.

– Chcesz się założyć?

Miałem wyciągnąć rękę – albo by przyjąć zakład, albo żeby zmasakrować Przydupasowi gębę – ale wtedy Skoda klasnął w dłonie. Zaśmiał się sztucznie, próbując rozładować napięcie.

– Panowie, mój błąd – powiedział. – Źle to rozegrałem. Powinienem najpierw ustalić, że obaj w to wchodzicie, a potem dać wam czas na poszukiwania. Przełóżmy tę rozmowę na poniedziałek, okej?

Dobry menedżer w tym momencie powinien się zorientować, że nic z tego nie będzie. Że ludzie, którzy mieli tworzyć jego wymarzoną watahę, nie są w stanie ze sobą współpracować. Że to ostatni moment, w którym może się wycofać, nim rozpocznie się wewnątrzfirmowa wojenka. Ale Skoda nie był dobrym menedżerem. Zamiast nas powstrzymać, przyniósł ekierki do mierzenia fiutów.

– Tak zróbmy – powiedziałem i zerwałem się z kanapy. – Dajcie znać, o której wam pasuje. Wpiszę spotkanie do grafiku.

Pożegnałem się i wyszedłem na korytarz. Zmierzając do swojego gabinetu, myślałem o tym, jak zniszczyć tego chuderlawego skurwysyna. Miałem zamiar zetrzeć go w pył. Jeszcze nie wiedziałem jak ani kiedy, ale byłem pewien, że mi się to uda. Zawsze się udawało.

Machina ruszyła. I ani mi się śniło, żeby ją zatrzymać.

Kwadrans później siedziałem w taksówce, kierując się w stronę Mordoru. Kazałem taryfiarzowi zamknąć mordę i wyłączyć disco polo, po czym wyjąłem iPhone’a. Napisałem wiadomość. Potem następną. I jeszcze jedną. A gdy wstukiwałem czwartą, przyszła wiadomość zwrotna. Dokładnie taka, jaką chciałem przeczytać.

Po mniej więcej półgodzinie jazdy wysiadłem pod jednym z biurowców na Domaniewskiej. Wstukałem kolejnego esemesa i schowałem się w kawiarni wbudowanej w niezbyt urodziwy szklany budynek, typowy owoc wieloletnich mokrych snów deweloperów i zachodnich korpo. Zamówiłem podwójne espresso. Rozsiadłem się w wygodnym fotelu przy oknie. Wbiłem wzrok w gromadkę Chińczyków, którzy radośnie gaworząc, podążali w stronę swojej ziemi obiecanej. Czyli do przeciwległego biurowca.

Mój gość zjawił się po jakichś pięciu minutach. Zamówił kanapkę z szynką i serem oraz świeżo wyciskany sok pomarańczowy. Następnie podszedł do mojego stolika i odłożył żarcie na blat. Przywitaliśmy się serdecznym miśkiem.

– Jak zwykle – powiedział Adam, uwalniając się z uścisku.

– Co jak zwykle?

– W gorącej wodzie kąpany. Nie mogłeś zaczekać do poniedziałku?

– Pomyśl o tym jak o sraczce. Zwlekałbyś cały weekend?

– Skorzystałbym z najbliższego kibla.

– I to właśnie zrobiłem. Bez urazy.

Adam machnął ręką. Nawet jeśli nie miał ochoty się ze mną widywać, zadbałem o to, żeby nasze spotkania były dla niego bardzo opłacalne. Dzięki temu mógł wiele znieść. Od niewyszukanych żartów po niewyszukane propozycje.

– Nie pogniewasz się, jeżeli będę jadł? – zapytał. – Nie miałem nic w ustach od rana.

– Trudno w to uwierzyć – rzuciłem, żeby rozbroić napięcie, które niewątpliwie musiał poczuć po otrzymaniu trzech dziwnych wiadomości zakończonych wykrzyknikami. No i żeby dokuczyć swojemu ulubionemu gejowi. – Musisz coś dla mnie zrobić.

Schyliłem się do opartej o fotel teczki. Wyjąłem zestaw kartek, który dostałem od Przydupasa.

– Co to jest? – zapytał z pełną gębą Adam.

– Lista potencjalnych akwizycji Clouda. Centrala dała nam zielone światło na przejęcie. A w zasadzie prikaz. Mamy wzmocnić naszą pozycję w regionie, a to jedyny sposób, żeby to zrobić szybko.

– Jaki macie budżet?

– Teoretycznie miliard złotych.

– Nieźle. A praktycznie?

– Praktycznie nie może to być żadna z tych firm. – Przesunąłem papiery w jego stronę.

W tym miejscu powinienem wspomnieć, że ten facet z kiepską fryzurą, wystrojony w najnudniejszy sztruksowy garnitur, jaki jesteście w stanie sobie wyobrazić, i biorący zdecydowanie zbyt duże kęsy, to czystej krwi geniusz. Gdyby żył w Stanach, pewnie zostałby prawą ręką Warrena Buffetta albo Carla Icahna. Ale że urodził się w Polsce, był tylko szefem domu maklerskiego jednego z największych banków w regionie. Co jak na trzydziestotrzylatka i tak jest niezłym osiągnięciem.

Kiedy wyobrażacie sobie analityka giełdowego, pewnie staje wam przed oczami rozgorączkowany facet w białej koszuli z podwiniętymi rękawami, z telefonem przyklejonym do ucha, stosem gazet ekonomicznych na biurku i dziesiątkami wykresów na trzech dwudziestocalowych monitorach. Prawie wszystko się zgadza. Z tą różnicą, że Adam nie czytał prasy, do nikogo nie wydzwaniał i był oazą spokoju. I z jakiegoś powodu nigdy nie podwijał rękawów.

Poznaliśmy się w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Kiedy kończyłem studia, Adam dopiero zaczynał. Ale od początku było o nim głośno. Wieść o jego talencie szybko się rozeszła i już po paru miesiącach nauki zaczęły o niego walczyć czołowe instytucje finansowe: od PKO BP po McKinseya. Już jako dziewiętnastolatek był specem od analizy technicznej. A do tego miał w małym palcu polski rynek IT, zupełnie jakby starzy zamiast puszczać mu bajki, faszerowali go raportami kwartalnymi Asseco i Comarchu. Doskonale znał firmy, ich produkty, udziały rynkowe, właścicieli. Wiedział absurdalnie dużo. A w kolejnych latach tylko pogłębiał wiedzę, co owocowało kolejnymi trafnymi rekomendacjami giełdowymi i nagrodami – w tym dla najlepszego analityka roku.

Aż żal patrzeć, że człowiek o takim potencjale intelektualnym zajął się takim nudziarstwem. Gdyby znalazł sobie przebojowego wspólnika, mógłby podbić świat. Oczywiście proponowałem mu kiedyś wspólny biznes – nie wiedząc nawet, czym on miałby być. Ale Adam kategorycznie odmówił. Woli całymi dniami kiblować przy biurku, słuchać oratoriów Bacha i dłubać w raportach.

Jak na tak bystrego gościa jest zadziwiającą pierdołą życiową.

– Wygląda to całkiem sensownie – stwierdził. – W czym problem?

– Muszę przekonać prezesa, że przejęcie każdej z tych spółek byłoby dużym błędem – wyjaśniłem. – I znaleźć lepszych kandydatów.

– Dlaczego?

– Nieważne. Po prostu muszę to zrobić. A nikt nie zna polskiego rynku IT tak dobrze jak ty.

Adam napił się soku, a następnie wytarł serwetką usta. Uśmiechnął się. Lubi, jak łechcę jego ego. Zresztą kto nie lubi.

– Mogę wskazać kilka niezłych spółek – powiedział. – Ale wszystkie są warte więcej, niż wynosi wasz budżet.

– Świetnie. Takich właśnie szukam.

– Na pewno wiesz, na co się porywasz? To bardzo poważne biznesy.

– Tym lepiej.

– Założone przez doświadczonych przedsiębiorców, którzy nienawidzą korporacji. I którzy wiedzą, że można je wydoić.

– Nie będą negocjować z korporacją, tylko ze mną.

Adam odstawił sok, parokrotnie cmoknął i przejechał językiem po zębach.

– Czego konkretnie potrzebujesz?

– Wykazu firm, które warto przejąć. Wraz z solidnym uzasadnieniem.

– Na kiedy?

– Na teraz. W poniedziałek muszę przedstawić swoje rekomendacje.

Adam potrząsnął głową.

– Takie rzeczy zajmują tygodnie. Nie potrzebujesz analityka, tylko narwanego bankiera inwestycyjnego.

– Nie znam żadnego, któremu mógłbym zaufać.

Aby nie musieć się mierzyć z moim świdrującym spojrzeniem, Adam ponownie zerknął na listę od Przydupasa.

– Czasem przeraża mnie twoja ambicja – stwierdził. – Boję się, że kiedyś cię przerośnie. Albo sprawi, że zrobisz coś głupiego.

Już za późno, pomyślałem.

– Czekam na maila w niedzielę wieczorem – powiedziałem, wstając od stołu.

– A jeśli nie zdążę?

– Zdążysz.

Adam za bardzo bał się konsekwencji, żeby zawieść moje oczekiwania.

* * *

– Co to ma być? – zapytała Maria, celując w butelkę Olega. – Nie zaprasza się ludzi na piwo, kiedy samemu nie zamierza się pić.

Ukrainiec zastygł z napojem w ustach. Nadął policzki, jakby nie był pewien, co zrobić z łykiem bezalkoholowego piwa. Kiedy go w końcu przełknął, poczuł się tak, jakby wrzucił granat w gardło.