SprzedawcaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sprzedawca
Sprzedawca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Sprzedawca
Audio
Sprzedawca
Audiobook
39,99  29,59 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi. Imperium Solskiego funkcjonowało w bardzo klarowny sposób. To on, jako szef rady nadzorczej Solski Holding, sprawował realną władzę nad spółkami, które zbudował. Pod nim był prezes holdingu, który bardziej pełnił funkcję rzecznika prasowego niż prawdziwego lidera biznesu, oraz szefowie poszczególnych spółek. Solski motywował swoich najważniejszych ludzi siedmiocyfrowymi rocznymi pensjami, w znacznej mierze uzależnionymi od wyników, oraz niewielkimi pakietami udziałów w poszczególnych biznesach, co przy skali jego działalności oznaczało wirtualne miliony. Zbudował armię robotów – wykształconych na najlepszych polskich, brytyjskich i amerykańskich uczelniach, mających doświadczenie z banków inwestycyjnych w londyńskim City, zapierdalających siedem dni w tygodniu po szesnaście godzin na dobę – która sprawnie zarządzała jego imperium. Nawet w czasie plagi kryzysów.

Dziwne, że zapragnął, aby kontrolę nad tym wszystkim przejął trzydziestosześcioletni sprzedawca. Bardzo dziwne.

– Dlaczego akurat ja? – zapytałem. – Na rynku jest wielu bardziej doświadczonych menedżerów. Ludzi, którzy prowadzili wielkie rodzinne biznesy, którzy pomagali Kulczykowi czy Solorzowi. Dlaczego chcesz sięgnąć po faceta, który choćby z racji wieku będzie musiał wykonać ogromną pracę, aby zdobyć autorytet wśród twoich ludzi?

– Uważasz, że nie podołasz wyzwaniu?

– Tego nie powiedziałem.

– Wystarczy, że o tym pomyślałeś. Ale to dobrze. Nie szukam oszołoma, który wierzy, że wszystko w życiu przychodzi łatwo. Potrzebuję kogoś podobnego do mnie. Kogoś, kto prowadzi biznes, żeby móc realizować to, na czym najbardziej mu zależy.

– To znaczy?

– Domyśl się.

Znów ten niepokojący uśmiech. Czy on wie coś, o czym nie powinien wiedzieć?

Nagle poczułem palącą potrzebę, żeby ponownie odezwać się do Chemika. Żeby dokończyć to, co zacząłem. Żeby posprzątać swoją kuwetę.

– Ze mną będziesz miał nieograniczone możliwości – powiedział Solski. – Zapewnię ci ochronę i praktycznie nieskończenie wysokie środki.

W tym momencie przestałem być pewny, o czym rozmawiamy. Przełknąłem głośno ślinę i wciągnąłem na twarz głupkowaty uśmiech.

– Twój szef pewnie już wie o naszej rozmowie. Powiedz mu, że rozważasz moją ofertę. W przeciwnym wypadku ci nie uwierzy. I zapewnij go, że pomożesz mu z tym przejęciem.

Skąd on to wie?

– Sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie – kontynuował. – Potraktuj to jako zadanie rekrutacyjne.

Kiedy wyszedłem z jego biura, kręciło mi się w głowie. Nie wiedziałem, dlaczego wybrał akurat mnie. Nie wiedziałem, dlaczego odstawił tę szopkę z bentleyem pod Warsaw Spire. Nie wiedziałem, jak mógł się dowiedzieć o tym przejęciu i co go łączy ze Skodą. Nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim sądzić i czy powinienem się go obawiać.

Wiedziałem jedno: że muszę skontaktować się z Chemikiem.

* * *

Europeizację Warszawy najdobitniej widać w nocnych klubach. Dawniej wejść do lokali strzegli łysi faceci w czarnych koszulkach opinających nienaturalnie spuchnięte bicepsy; często tak naspidowani, że strach było koło nich przejść, żeby nie załapać się na niekontrolowaną erupcję agresji. Teraz zastąpili ich łysi faceci w garniturach. Znający podstawy angielskiego. Względnie kulturalni. Względnie uprzejmi. I względnie wyluzowani, co zawdzięczali głównie temu, że byli względnie mniej naćpani. A na pewno inaczej.

Maria i Oleg przyglądali się takiemu elegantowi, który zdrapywał pęcherze z nasterydowanego łapska, popijając napój białkowy i cierpliwie czekając na wieczorną szychtę. Chwilę wcześniej powiedział policjantom, aby usiedli w loży, a on zadzwoni po menedżera. Klub nazywał się Promenada (czyli tak jak wszystkie tego typu lokale) i mieścił się na Poznańskiej (czyli tam gdzie wszystkie lokale o podobnych nazwach). Składał się z kilku poziomów połączonych ze sobą wąskimi schodami, trzech sal tanecznych i kilkunastu lóż – zakątków, które z reguły zajmują chłopcy bawiący się na kawalerskim, dziewczyny świętujące panieński albo chłopcy i dziewczyny niemający lepszego pomysłu na przepuszczenie pieniędzy w weekend.

– Mogę cię o coś zapytać? – odezwał się Oleg.

– Śmiało.

Maria siedziała przy barierkach, spoglądając z góry na kwadratowego ochroniarza i kwadratową salę taneczną, wyobrażając sobie, jak wypełnia ją pijana młodzież. Nie mogła dostrzec zakłopotania na twarzy Olega, próbującego wykrztusić pytanie, które od dawna chodziło mu po głowie.

– Jesteś lesbijką?

Odwróciła się w jego stronę.

– Sam na to wpadłeś czy ktoś ci powiedział?

– Wydedukowałem to.

– Z czego?

– No wiesz. Z twojego sposobu bycia. Z tego, że pracujesz w policji. Poza tym nosisz się dość… męsko.

Zaśmiała się.

– Nie jestem.

– Serio?

– Mam męża. Od dwudziestu lat. Nazywa się Piotr Łatwy. To dlatego nie przyjęłam jego nazwiska.

– Nie nosisz obrączki.

– Ostrożność zawodowa.

Oleg wyjątkowo wolno procesował te informacje. Musiał być mocno przekonany do swojej teorii.

– Macie dzieci? – zapytał. I żeby usprawiedliwić wścibstwo, dodał: – Ja mam dwoje. Igora i Darię. Trzynaście i jedenaście lat. Straszne urwisy.

– Nie mamy – powiedziała Maria. – Próbowaliśmy. Ale okazało się, że nie mogę mieć dzieci. Słyszałeś o zespole policystycznych jajników? PCOS?

Oleg pokręcił głową.

– To rodzaj zaburzeń hormonalnych. Kobiety mają problemy z miesiączkowaniem, przybierają na wadze i obsypuje je trądzik. A przede wszystkim często nie są w stanie zajść w ciążę. Po długotrwałej terapii udało mi się wygrać z PCOS, ale nie zdołałam pozbyć się wszystkich kłopotów. W tym tego najważniejszego.

– Przykro mi.

– Rozważaliśmy adopcję, ale w końcu uznaliśmy, że jest nam dobrze tak, jak jest.

Przyglądając się Marii, Oleg zrozumiał, że nie powiedziała mu całej prawdy. I wcale nie miał jej tego za złe.

– Rzadko zdarzają nam się klienci o tej porze.

Ich rozważania przerwał rozweselony, mniej więcej trzydziestopięcioletni facet, który błyskawicznie wdrapywał się po schodach.

Menedżerowie klubów także się zmienili. Dawniej wyglądali tak, jakby się wyrwali z wiejskiej potupai albo z Kac Vegas. Razili pstrokacizną, złotymi bransoletkami i żelem, który litrami wylewali na łeb. Teraz niewiele się różnią od pracowników banków czy firm doradczych. Białe koszule, mokasyny, niezłe, a przynajmniej nieźle wyglądające zegarki. Pozwalają sobie tylko na ciut większą ekstrawagancję: kolorowe buty i rozpięty górny guzik koszuli. I na ciut więcej żelu.

– Pewnie rzadko zdarzają się też tacy klienci – rzuciła Maria, witając się z menedżerem. – Komisarz Maria Falk, a to starszy aspirant Oleg Gusiew.

– Ksawery Grochowski. Wcale nie tak rzadko. – Facet posłał policjantom szeroki uśmiech, klasnął w dłonie i przysiadł się do nich w loży. – W czym mogę pomóc?

– Szukamy tej dziewczyny. – Maria położyła zdjęcie na szklanym stoliku. – Nazywa się Renata Jaroszewicz. Wiemy, że często bywała w pańskim klubie.

Ksawery popatrzył na zdjęcie. Potrząsnął głową.

– Mamy tu takich na pęczki. Każdego dnia przychodzi inny pakiet. Przyjeżdżają spod Warszawy, ze wsi, z innych miast. To popularny lokal.

– Czyli nie kojarzy pan tej dziewczyny?

– Możliwe, że ją widziałem, ale absolutnie nie zapadła mi w pamięć. Zapamiętuję tylko ładniejsze od niej. Albo skąpiej ubrane.

Spojrzał na Olega, licząc na jego aprobatę, ale jej nie znalazł. Seksizm najwyraźniej nie był ulubionym hobby Ukraińca.

– Przypuszczamy, że była tu kilka dni temu – powiedziała Maria. – W piątek albo sobotę. Zauważyliśmy, że ma pan tu niezły monitoring. Możemy obejrzeć nagrania z weekendu?

– Pewnie. Z reguły trzymamy je do dwóch tygodni. To kulturalny klub, ale niektórym zdarza się przesadzić z alkoholem, a wtedy musimy skrócić im zabawę. Potem mają pretensje, grożą sądami i domagają się dowodów, a wtedy chętnie im pokazujemy, jak się zbydlęcili. Może to ich czegoś nauczy. A może nie. – Wzruszył ramionami. – Tak czy inaczej, poproszę szefa ochrony, żeby zebrał dla was nagrania.

– Będziemy zobowiązani.

Ksawery postukał palcem w zdjęcie.

– Co jej się stało?

– Od kilku dni nie ma z nią kontaktu. Próbujemy ją odnaleźć.

– Co podejrzewacie? Że ktoś ją przydybał w Promenadzie, a potem porwał?

– To jedna z hipotez, które sprawdzamy.

– W takim razie możecie ją wykluczyć. Uczuliłem moich chłopców – skinął brodą na mięśniaka na dole – żeby zwracali szczególną uwagę na typów wyprowadzających stąd nawalone panny. Nie zgłosili żadnego incydentu, więc zakładam, że do niczego takiego nie doszło.

– Może coś przeoczyli.

– Może. Sami to ocenicie.

– Jeśli Renata lubiła przychodzić do Promenady, to jakie jeszcze lokale mogła odwiedzać?

– Pyta pani o naszą konkurencję?

Maria skinęła głową.

– W zasadzie jest nią cała Poznańska. Nie jesteśmy ani najdroższym, ani najtańszym klubem w okolicy. Gramy dość urozmaiconą muzykę, więc przyciągamy różnych klientów. Trudno wskazać jedno miejsce, które mogłaby wybrać zamiast Promenady. Zresztą i tak latem naszym głównym rywalem jest Wisła.

– Wisła?

– Bulwary, barki, lokale przy plażach, miejscówki obok mostów. Ludzie robią tam bifory, a potem wbijają na Poznańską. Upijają się w plenerze, żeby nie musieć wydawać kasy u nas. Często są już tak zabetonowani, że nawet tu nie docierają. Na waszym miejscu zacząłbym poszukiwania właśnie tam. Od tygodnia mamy koło trzydziestu stopni, więc nad rzekę walą tłumy. Poza tym… – zawahał się. – Zresztą nieważne. Nie powinienem tego mówić.

– Skoro już pan zaczął, to proszę dokończyć.

Ksawery popatrzył na policjantów, a potem uciekł wzrokiem w głąb lokalu.

– Jeśli wasz porywacz ma trochę oleju w głowie, to na pewno nie próbowałby uprowadzić tej panny z klubu. Ochroniarze, monitoring, ruchliwa ulica – to wszystko sprawia, że ludzie mogą się tutaj czuć całkiem bezpiecznie. Ale Wisła to inna bajka. Tam ludzie zapominają, że są w centrum wielkiego miasta. Tam najczęściej puszczają im hamulce.

 

* * *

Poznałem Chemika na spotkaniu z założycielami firmy, w którą chciałem zainwestować jako anioł biznesu. Nazywała się BioLabs czy jakoś tak. Nie miała laboratorium, pracowników ani pieniędzy, ale zamierzała wynaleźć i sprzedać całą masę rewolucyjnych suplementów diety: na zespół drętwiejących rąk, swędzenie krocza i tym podobne urojone problemy.

Chemik był mózgowcem w dwuosobowym zespole założycielskim. Gościem od wynalazków. Wiedział, jak wytwarzać cały ten chłam. Jego cwany partner miał sprzedawać towar komu tylko się da: aptekom, hurtowniom leków, przychodniom, drogeriom, a nawet szpitalom.

Pomysł może i niezły, ale od początku bardziej niż tą firmą interesowałem się Chemikiem. To kompletny nerd. Długie przetłuszczone włosy, czarna koszulka, bojówki w kolorze khaki, glany. Sądzę, że ma przynajmniej kilka identycznych kompletów, ponieważ w żadnym innym stroju go nie widziałem.

Jest małomówny. W trakcie półtoragodzinnego spotkania odezwał się trzy razy. Literalnie trzy. I każda z jego wypowiedzi przykuła moją uwagę. Raz wspomniał o filmach gore, raz o eutanazji, a raz o Josefie Mengele.

Nie pytajcie, jak te tematy wypłynęły podczas rozmowy o inwestycji. Przebieg takich spotkań bywa bardzo niecodzienny.

Z tego farmaceutycznego start-upu oczywiście nic nie wyszło. Któregoś dnia zadzwonił do mnie cwaniak – z jakiegoś powodu był święcie przekonany, że zainwestuję w ten projekt – i oznajmił, że Chemik go wystawił. Że jednak nie chce robić suplementów na ból dupy. Postanowiłem wykorzystać okazję. Powiedziałem cwaniaczkowi, że przekonam Chemika do zmiany decyzji. Musi mi tylko o nim opowiedzieć. I dać jego numer.

W ten sposób zostaliśmy z Chemikiem partnerami. Tak, to chyba najtrafniejsze określenie.

Skontaktowałem się z nim po spotkaniu z Solskim. Umówiliśmy się, że zgarnę go po pracy. Sprzed Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Bo Chemik, choć wydaje się to nieprawdopodobne, jest doktorem i pracuje ze studentami. Sprzedaje im wiedzę na temat patofizjologii, neurofizjologii, patomorfologii i paru innych dziedzin, których nazwy nic mi nie mówią.

Pojechałem na Wspólną i wsiadłem do jednego z moich meroli. Miałem do wyboru AMG oraz E w wersji kombi. Wybrałem tego drugiego – nie potrzebowałem limuzyny, tylko samochód, który będzie duży, niezawodny i nierzucający się w oczy. Kwadrans później zaparkowałem na Trojdena, jakieś pięćdziesiąt metrów od wjazdu na parking przy uniwerku. Ledwo zdążyłem wyłączyć silnik, gdy zobaczyłem w lusterku Chemika. Człapał w stronę auta, lekko przygarbiony i ze skwaszoną miną. Przypominał trolla, który po latach spędzonych w jaskini po raz pierwszy zetknął się ze słońcem. Miał na sobie czarną koszulkę, bojówki i glany. Jakżeby inaczej!

– Cieszę się, że cię widzę – stwierdziłem na powitanie, żeby sprawić mu przyjemność. Chociaż szczerze wątpię, żeby takie wstawki robiły na nim jakiekolwiek wrażenie.

– Opowiedz o niej. – Chemik wyjął paczkę papierosów i zapalił.

Musicie wiedzieć, że to niereformowalny gość. Pomaga mi, ale robi to na swoich warunkach. Każe mi się wozić i dopasowywać do jego terminów. Ma gdzieś zakaz palenia w furze. Nie interesuje go, czego od niego oczekuję – sam definiuje moje oczekiwania. A na dodatek zawsze muszę się z nim zgadzać.

Ciężko się współpracuje z ludźmi, dla których kasa ma drugorzędne znaczenie, ponieważ nie da się nimi sterować. Ale mimo to i tak mam wrażenie, że Chemika zesłała mi opatrzność. Jest jak bombonierka, w której cukierki nigdy się nie kończą, choć nie zawsze smakują tak, jak byśmy to sobie zamarzyli.

– Studiowała na Uniwersytecie Warszawskim i pracowała w korporacji jako specjalistka do spraw HR. Pochodzi z Łowicza. Trzy dni temu została uznana za zaginioną. Nazywa się…

– Nie chcę tego wiedzieć – przerwał mi Chemik. – Kiedy zniknęła?

– W miniony piątek.

– Ktoś was widział?

– Mnóstwo osób. A właściwie mnóstwo pijanych i naćpanych młodych ludzi, którzy pewnie nie zwrócili uwagi na laskę słaniającą się u boku nieźle wyglądającego faceta.

– Czy policja może powiązać ją z pozostałymi?

– Nie. – Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Maria i Oleg zagięli na mnie parol.

– Wymiary?

– Sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, niespełna sześćdziesiąt kilogramów wagi. Podobna do poprzedniczek.

Albo mi się zdawało, albo Chemik lekko się uśmiechnął. Z reguły był zimny jak lód i sztywny jak kutas na imprezach u Hugh Hefnera, ale czasem zdradzał oznaki człowieczeństwa. To były te mikromomenty, w których nabierałem pewności, że się rozumiemy. Że zawarliśmy niewerbalne porozumienie ponad podziałami.

– Wspominałeś, że przedawkowała.

– Tak przypuszczam. To jedyne logiczne wytłumaczenie tego, co się stało.

Chemik przez kilka sekund wpatrywał się w przednią szybę. Potem zamknął oczy. Wziął głęboki wdech, jakby medytował.

– Będzie cię to kosztować trzydzieści tysięcy złotych – oznajmił.

Tym razem ja westchnąłem. Za to, co miał zrobić, były to śmieszne pieniądze. Ale nie chciałem, żeby o tym wiedział.

– Okej – powiedziałem, wypuszczając powietrze.

– Zawieź mnie do niej.

Poczułem niewypowiedzianą ulgę. Wprawdzie Chemik jeszcze nigdy mi nie odmówił, ale ze względu na jego nieludzki sposób bycia zawsze się obawiam, że kiedyś to zrobi. W końcu facet szybko się nudzi.

Uruchomiłem silnik i włączyłem się do ruchu. Ruszyliśmy w stronę Mordoru, z którego planowaliśmy przedostać się do Konstancina.

Pewnie jesteście ciekawi, co ktoś taki jak ja robi z kimś takim jak Chemik. Dlaczego we wczesne czwartkowe popołudnie wiozę go do domu, w którym leży martwa kobieta. Co ten przedziwny ludek może wskórać, skoro wszyscy doskonale wiemy, że na ożywianiu trupów znała się jedynie Mary Shelley. I to tylko w swoich gotyckich powieściach.

Otóż Chemik jest najdoskonalszym zabezpieczeniem mojego hobby.

Znacie takie powiedzenie: „Nie ma ciała, nie ma zbrodni”?

4

Facet nazywa się Santiago Meza López. Wygląda jak typowy Meksykaniec: ciemne włosy, krępy, z wąsem. Nazywano go El Pozolero. Czyli robiący zupę. Czyli po prostu kucharz.

Nie był jednak zwyczajnym garkotłukiem. Santiago przez wiele lat pracował dla Teodora Garcii Simentala, jednego z najbardziej prominentnych gangsterów kartelu Tijuana. Zajmował się tak zwanym ługowaniem. Wystrojony w gumowe rękawice i maskę przeciwgazową, rozpuszczał wodorotlenek sodu w beczce wody. Podgrzewał roztwór do temperatury wrzenia. Następnie zalewał nim doły wykopane na opuszczonej działce w okolicach Tijuany, aby rozpuścić zalegające w nich trupy. Któregoś razu meksykańscy śledczy wydobyli z takiej dziury ponad szesnaście tysięcy litrów materiału genetycznego i około dwustu kilogramów ludzkich kości.

Metoda El Pozolero nie była doskonała. Ciała czasem rozpuszczały się całą dobę. W dodatku nie pozbywał się ich w całości, a jedynie uniemożliwiał identyfikację zwłok. Za każdym razem ten biedny człowiek musiał pozbawiać ofiary zębów i zakopywać je na jakimś odludziu.

Przypuszczam, że Chemik miał na to inny sposób. Bardziej efektywny. Ale wolałem o nim nie wiedzieć.

– Poradzisz sobie? – zapytałem.

Chemik stał na korytarzu mojej przestronnej piwnicy i przez otwarte drzwi patrzył na leżące w kącie pomieszczenia zwłoki. Wolno pokiwał głową.

– Czego potrzebujesz?

– Folii stretch.

– Tylko tyle?

– Wszystko mam na miejscu.

– Jesteś pewien? Bo jeżeli miałoby ci czegoś zabraknąć…

Uciszył mnie samym spojrzeniem. Był pewien.

Ceniłem go za szczerość i zdecydowanie, ale najbardziej imponowała mi jego niezawodność. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby odmówił. Żeby marudził. Żeby nie dowiózł obiecanego wyniku. Był wysokiej klasy specjalistą, który kupił moją wizję współpracy wraz ze wszystkimi jej przyległościami.

Przyniosłem kilka rolek folii i zaczęliśmy owijać zwłoki, żeby nie zostawić śladów w samochodzie.

– Mogę cię o coś zapytać?

Popatrzył na mnie wymownie. Nie lubił rozmawiać w trakcie pracy. Nie lubił się rozpraszać. Ale nawet taki odludek jak on musiał czuć pewien dyskomfort po paru minutach foliowania zwłok w absolutnej ciszy. Dlatego po długim namyśle kiwnął głową.

– Oglądałeś kiedyś Pulp Fiction? – spytałem.

– Dawno temu.

– Jest tam bardzo charakterystyczna postać. Pan Wolf. Gra go Harvey Keitel. Kojarzysz?

– Człowiek, który rozwiązuje problemy.

– Zgadza się. A pamiętasz, jak się pan Wolf zachowywał? Jaki miał sposób bycia?

Chemik potrząsnął głową.

– Był autorytarny i dosadny. Mówił szybko, myślał szybko i działał szybko. Rozstawiał ludzi po kątach. I to nie pierwszych lepszych chłystków, tylko Julesa i Vincenta, dwóch wstrętnych skurwysynów, którzy chwilę wcześniej niechcący rozwalili komuś łeb. W ciągu paru minut pan Wolf dawał uniwersalną lekcję przywództwa i działania w sytuacjach kryzysowych. Często o nim wspominam na swoich szkoleniach.

– Dlaczego mi o tym mówisz?

– Trochę go przypominasz. Ty też rozwiązujesz problemy. Jestem ciekaw, czy tak jak pan Wolf masz wyrobioną markę. Czy ludzie z miasta wiedzą, że warto się z tobą skontaktować, kiedy mają tego typu problem. – Wskazałem brodą ciało. – Jestem ciekaw, czy masz wielu klientów takich jak ja. I czy lubisz swoją robotę.

Chemik na moment przestał owijać zwłoki. Zapatrzył się w podłogę.

– Lubię – odparł oschle.

Również przerwałem pracę. Popatrzyłem na niego.

– Napijesz się czegoś? Może kawy? Pan Wolf pił słodką z dużą ilością śmietanki.

Chciałem go rozluźnić. Rozbawić. Sprawić, żeby się uśmiechnął, a przynajmniej ściągnął z gęby tę posągową minę. Ale Chemik ani myślał spełnić moich zachcianek.

– Nie piję kawy – burknął. – I nie jestem jak pan Wolf.

I tyle. Nic więcej już nie powiedział. Nie mówił, nie wzdychał, nie wydawał żadnych odgłosów. Pracował jak pieprzona maszyna do owijania zwłok.

Chemik nie miał charyzmy pana Wolfa. Nie działał na masową skalę jak El Pozolero. Ale był dokładnie takim człowiekiem, jakiego w podobnych chwilach potrzebowałem. Był moim Aniołem Stróżem.

Do tej pory trzykrotnie korzystałem z jego usług. Za pierwszym razem pozwolił mi jedynie przetransportować zwłoki na drugi koniec miasta – ma niewielką działkę w przemysłowej części Włoch, schowaną przed cywilizacją za torami kolejowymi, centrami handlowymi i wielkimi magazynami. Zaparkowałem na tyłach niewielkiego baraku, otworzyłem bagażnik, a on zajął się resztą. Za drugim razem wyglądało to podobnie. Ale przy kolejnej okazji powiedział, abym pomógł mu przenieść ciało do jednego z dwóch budynków. Gdy tylko to zrobiłem, wyprowadził mnie za drzwi i odprawił do domu.

Przy czwartej okazji sam pozwoliłem sobie na więcej. Czułem, że możemy nieco zacieśnić znajomość, skoro organizujemy akcję za dnia, pozorując wywożenie mebli. Dlatego gdy wnieśliśmy ciało do środka, momentalnie klapnąłem na krześle, udając, że muszę odsapnąć. Chemik zmierzył mnie surowym spojrzeniem, ale nie odezwał się słowem.

– Nie potrzebujesz pomocy? – zapytałem.

– Pracuję w pojedynkę.

– Mam na myśli przygotowanie ciała. Rozpakowanie, ułożenie na stole, takie tam.

– Pracuję w pojedynkę – powtórzył.

Słysząc jego podenerwowany ton, na wszelki wypadek uniosłem dłonie w obronnym geście. Cholera wie, jak ktoś taki może zareagować. A nuż jego zwoje splączą się na tyle niefortunnie, że zamiast mi pomóc, obedrze mnie ze skóry i wywiesi przed domem. Albo nafaszeruje mnie jakimś świństwem, aby sprawdzić możliwości ludzkiego organizmu. Albo… zresztą nieważne. Po prostu lepiej go nie wkurwiać.

Chemik wyszedł na zewnątrz i po chwili zniknął w sąsiednim budynku. Wykorzystałem ten moment, aby rozejrzeć się po izbie. Kwadratowe pomieszczenie, cuchnące jak męska szatnia, miało zakratowane okno. Przy nim stały biurko z laptopem, kosz na śmieci wypełniony opakowaniami po czipsach, batonach i chińskich zupkach, a także krzesło, na którym siedziałem. Do przeciwległej ściany przylegała solidnie zużyta kanapa. Był jeszcze niewielki stolik, na którym zmieściły się mikrofalówka oraz czajnik. I to tyle. Żadnych gadżetów, pamiątek, dupereli. Chemik nie potrzebuje wiele do szczęścia.

Domyślam się, co robi ze zwłokami. Jestem niemal pewien, że wkłada je do wanny (albo dołu), zalewa jakimś osobliwym roztworem (albo kwasem) i czeka, aż się rozpuszczą. Następnie pozbywa się resztek. Mam nadzieję, że robi tylko tyle. Że w jego wykonaniu pozbywanie się zwłok sprowadza się wyłącznie do usuwania skutków zbrodni. Że wszystko odbywa się zgodnie z instrukcją, którą każdy w wyobraźni przypisuje do tej usługi. Ale mając na uwadze, że Chemik spędza ze zwłokami sporo czasu w samotności, że niechętnie opowiada o swoim fachu, że bierze za to śmiesznie mało kasy, że jest zgniłym trollem, który nie ma i raczej nie poszukuje dziewczyny, obawiam się, że może być inaczej.

 

Wiecie, co mam na myśli.

Po mniej więcej minucie wrócił ze skrzynką na narzędzia. Wyjął kieszonkowy nóż, wysunął ostrze i zaczął rozcinać folię. Kiedy się z nią uporał, rozprostował zwłoki, układając je na podłodze tak, jakby się relaksowały po sesji jogi.

– Chcesz się pożegnać? – zapytał, a widząc moje zdziwione spojrzenie, dodał: – Niektórzy tak robią.

Pożegnać? Żegnałem się z nią długo, czule i namiętnie, zanim stała się zimnym workiem kości.

– Pewnie – odparłem z radością, jakby mnie ktoś częstował żelkami.

– To zrób to teraz. A potem zostaw pieniądze pod drzwiami i spierdalaj.

Spojrzałem na Chemika, kiwnąłem głową, a następnie stanąłem nad zwłokami. Patrząc na sine ciało Renaty, z którego niechcący utoczyłem życie, czułem się niezręcznie. Znacie ten rodzaj niezręczności z pogrzebów albo wizyt na cmentarzach. Kiedy stajecie nad czyimś grobem, wiedząc, że powinniście odnotować to zdarzenie w jakiś uduchowiony sposób. Przeprowadzając endogeniczny monolog, mistyczną konwersację ze zmarłym albo chociaż klecąc na szybko jakiś bon mot, który będzie pasował do sytuacji. Ale zamiast tego nie możecie przestać ziewać, zastanawiacie się, co zrobicie na obiad, w co się ubierzecie do roboty albo czy na pewno dobrze podtarliście dupę w cmentarnym toi toiu. Uduchowienie na poziomie ameby.

Po mniej więcej trzydziestu sekundach przestałem się gapić na trupa i zastosowałem się do polecenia Chemika: wróciłem do samochodu, zostawiłem pod drzwiami worek z pieniędzmi i spierdoliłem z tego zadupia.

* * *

Powiedzieć, że nad Wisłą do niedawna był chuj, dupa i kamieni kupa, to jak nie powiedzieć nic. Niegdyś duma stolicy, otoczona plażami i szkołami pływackimi, uwielbiana przez żeglarzy i kajakarzy, pełna statków kursujących między Gdańskiem a Warszawą, po upadku komuny z jakiegoś powodu zamieniła się w martwą rzekę. Ale na szczęście ktoś w końcu pojął, że drzemie w niej wielki potencjał i że warto jej przywrócić blask. Na szczęście warszawiakom starczyło rozumu, żeby postawić w jej sąsiedztwie Stadion Narodowy i Centrum Nauki Kopernik, żeby wyremontować Port Czerniakowski, żeby wskrzesić plaże, bulwary, barki i kluby. Na szczęście oprócz fanów sportów wodnych nad Wisłę tłumnie wypełzła także najebana młodzież.

Na szczęście dla mnie. I na nieszczęście dla Marii i Olega.

– Nie ma szans, żebyśmy tu coś znaleźli – zawyrokował Ukrainiec.

Policjantka spojrzała na niego, jakby chciała go za coś opieprzyć. Choćby za brak wiary. Ale zamiast tego smętnie pokiwała głową.

– Co proponujesz? – zapytała.

Oleg wzruszył ramionami. Przeszli ponadtrzykilometrowy odcinek dzielący Centrum Nauki Kopernik i Port Czerniakowski, zahaczając po drodze o wszystkie napotkane lokale. Wypytywali o Renatę właścicieli nadwiślańskich przybytków, barmanów i ludzi z obsługi. Nie dowiedzieli się niczego. Absolutnie niczego. Jedynie potwierdzili to, czego byli pewni. Że każdego tygodnia przewijają się tam dziesiątki blondwłosych dwudziestoparolatek. Z reguły atrakcyjnych. Z reguły solidnie nawalonych. Z reguły w towarzystwie facetów.

– Możemy przejść na drugą stronę rzeki i pokonać podobną trasę, wypytując wszystkich napotkanych po drodze ludzi o Renatę – powiedział Oleg.

– Albo?

– Albo możemy uznać, że to szukanie igły w stogu siana, i dać sobie spokój. – Podniósł się z betonowych schodów i odkleił mokrą koszulę od ciała. – Nawet jeśli tu była, to się tego nie dowiemy. A przynajmniej nie w ten sposób.

Maria pokręciła głową.

– Cały dzień psu w dupę.

Oleg zerknął na zegarek, a potem na sznur samochodów sunących w górze mostem Łazienkowskim.

– Jest siedemnasta. Ludzie wychodzą z roboty. Proponuję wziąć z nich przykład. Jeśli chcesz, możemy jeszcze coś przekąsić. Znam fajny lokal w Porcie Czerniakowskim. Podają tam niezłe burgery. Moglibyśmy się rozłożyć na leżakach i popatrzeć, jak ludzie śmigają na wake’u. Dobrze nam to zrobi.

Maria spojrzała na Olega. Nie była pewna, czy wie, czym jest wake. Ani czy w ogóle ma ochotę cokolwiek jeść. Nienawidziła lata. Upał odbierał jej apetyt, energię i chęć do życia. Przepalał jej system. A przez ostatnie trzy godziny łazili po nagrzanych betonowych schodach, rampach i formacjach.

– Chodźmy po samochód – powiedziała. – Przeniesiemy się na drugą stronę Wisły i pogadamy ze wszystkimi napotkanymi tam ludźmi. – Spojrzała na Olega, który przez chwilę wyglądał tak, jakby się wahał, kogo powinien zamordować: siebie czy ją. – Masz coś lepszego do roboty?

Miał. Zjeść burgera. Poleżeć na kanapie. Pobawić się z dziećmi. Pokodować. Zwalić konia. Wszystko było lepsze od tego, co zaproponowała.

– To nie jest robota dla dwojga – stwierdził, kręcąc głową.

– Na tym etapie nawet nie wiemy, czy w ogóle jest sens w tym grzebać. Byłoby miło, gdyby się okazało, że Renata przeszła załamanie po rozstaniu i na parę dni odcięła się od świata. Ale brzmi to mało prawdopodobnie. Dlatego musimy się sprężyć i jak najszybciej znaleźć dowód na to, że została uprowadzona. Wtedy Papszon przydzieli do tej sprawy całą armię.

– I raczej nikt z nas nie stanie na jej czele.

– Raczej nie. Ale o tym musiałeś wiedzieć, zanim wyskoczyłeś ze swoimi wynurzeniami. – Spiorunowała Olega wzrokiem. – Chodźmy po samochód. Nie chcę łazić wzdłuż tej jebanej rzeki do wieczora.

To był pierwszy z wielu zgrzytów w ich krótkiej zawodowej relacji.

* * *

– Co tak śmierdzi?

Karolina poruszyła nozdrzami niczym pies myśliwski. Rozejrzała się na boki. Podeszła nawet do okna, podejrzewając, że smród może pochodzić z zewnątrz, rozpylany z kamienic na Mokotowskiej albo ogródków i arkad na placu Zbawiciela.

– Nie przeszkadza ci to? – spytała.

– Nic nie czuję – stwierdziłem.

– Taki chemiczny zapach. Jak w szpitalu.

– Mam katar. Naprawdę nic nie czuję.

Karolina w końcu machnęła ręką. Uniosła kieliszek białego wina.

– Nieważne. Gratuluję oferty. Twoje zdrowie.

– Nasze – odparłem z uśmiechem i delikatnie stuknęliśmy się kieliszkami.

Karolina była moją dziewczyną. Tak, dziewczyną. Prawdziwą, nie żadnym wytworem wyobraźni. Ciemnowłosą pięknością o dużych piwnych oczach i świdrującym spojrzeniu. Efektowną, godną i bardzo reprezentacyjną. Czyli zupełnie nie w moim typie.

Choć może to i lepiej.

Poznaliśmy się mniej więcej dwa lata temu. Sądziłem, że chce wydębić ode mnie kasę. Rozkręcała start-up kosmetyczny i wiedziała, że od czasu do czasu inwestuję w raczkujące firmy. Przypuszczałem, że przez półtorej godziny będzie mi nawijać makaron na uszy, uśmiechać się zalotnie i rzucać powłóczyste spojrzenia. Że poszczuje trochę cycem i wyciągnie ode mnie sto tysięcy złotych. Ale Karolina nie chciała moich pieniędzy. Chciała mnie.

Do dziś nie wiem, czy powinienem się z tego cieszyć, ponieważ jej start-up okazał się hitem. Karolina pozyskała na jego rozwój około dziesięciu milionów złotych. W ciągu paru miesięcy pojawiła się we wszystkich gazetach i serwisach biznesowych. Wystąpiła na większości liczących się konferencji technologicznych w Europie Środkowo-Wschodniej. Zdobyła kilka branżowych nagród. A przede wszystkim jej firma zaczęła osiągać sensowne przychody i zbliżać się do progu rentowności. Gdybym wtedy dał Karolinie te sto tysięcy – choć nawet o to nie poprosiła – moje udziały byłyby już warte około miliona złotych.

– Przyjmiesz ją? – zapytała, bawiąc się kieliszkiem.

– Nie mam pojęcia. Nawet nie wiem, czy mogę ją traktować poważnie. Poza tym żeby w ogóle być w grze, muszę załatwić przejęcie dla Clouda. Solski powiedział, że to moje zadanie rekrutacyjne.

– To akurat nie powinno być trudne.

– Różnie z tym może być.

– Firmy chmurowe zakładają mózgowcy z polibudy, a nie uparci Janusze Biznesu. Jakoś się dogadacie.

Potrząsnąłem głową.

– Bez względu na to, po którą spółkę sięgniemy, będzie to firma rodzinna. A z nimi zawsze są problemy. Takie deale często generują bardzo niezdrowe emocje.

Karolina kwaśno się uśmiechnęła. Pewnie przypomniała sobie, jak jej ojciec musiał sprzedać wielohektarowe gospodarstwo, ponieważ żadne z jego czworga dzieci nie miało ochoty go prowadzić. Najbardziej liczył na Karolinę, która od dziecka była przedsiębiorcza. I chyba jako jedyna z rodzeństwa nie nienawidziła starego. Ale ona zakochała się w nowych technologiach i kosmetykach. Nie zamierzała babrać się w gnoju. Nie zamierzała wracać na kujawską wieś. Nie zamierzała wieść życia, które ktoś dla niej zaprojektował.