SprzedawcaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sprzedawca
Sprzedawca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Sprzedawca
Audio
Sprzedawca
Audiobook
39,99  29,59 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Żeby była jasność: nie mam pojęcia, czy to, co mówię, jest prawdą. Nie przygotowałem tego raportu (na tym stanowisku każdy ma jakiegoś przydupasa). Nawet go nie przeczytałem, a jedynie przekartkowałem, żeby pi razy drzwi wiedzieć, co tam jest. Wyłapałem kilka liczb, którymi teraz rzucam z pamięci. I wiecie co? To w zupełności wystarczy. Skoda nigdy nie zajrzy do tego raportu.

– Zajebiszcze! – stwierdził, ponownie kalecząc polski. – Choć muszę ci powiedzieć, że w ogóle nie jestem zaskoczony. Pokładałem w tobie spore nadzieje, bo wiedziałem, że dasz radę.

To fakt, wiedział. W przeciwnym wypadku nie zgodziłby się na moje warunki. Bańka rocznie. Zarabiam sporo więcej od jego giermka i niewiele mniej od samego Skody. A jeśli doliczyć wszystkie bonusy, być może nawet go przerastam.

– Dobrze ci tutaj? – zapytał.

– Nie narzekam.

– Tylko tyle? Nie narzekam?

– Nie chcę popadać w hurraoptymizm. Pół roku to niewiele czasu. Po pół roku rzeczy lubią się zacząć pieprzyć.

Mówię to, co Skoda chce usłyszeć. Że żaden ze mnie zadowolony z siebie fafarafa. Że nie zamierzam kozaczyć, tylko ciężko pracować. Że wiążę z tą firmą wielkie nadzieje. Wszystko oczywiście jest nieprawdą.

– To fakt. – Skoda pogładził się po równo przystrzyżonej brodzie. – Twoje przyjście było sporym wydarzeniem w Cloudzie. Wjechałeś do firmy jak bohater komiksu Marvela.

Zaśmiał się, a ja razem z nim.

– Jestem sprzedawcą – powiedziałem. – Lubię efektowne wejścia.

– I dobrze. Cieszę się, że się odnalazłeś. I absolutnie nie mam problemu z tym, w jaki sposób pracujesz. Ale… – zawahał się – dla niektórych twój ekspansywny styl może być nieco onieśmielający.

A więc o to chodzi. Przydupas Skody boi się, że go wygryzę. Dlatego poszedł do swojej pańci na skargę. W efekcie Skoda też zaczął trząść portkami. Bo skoro i tak zarabiam tyle co prezes, to dlaczego nie miałbym formalnie nim zostać?

– Co sugerujesz? – zapytałem.

Skoda rozłożył ręce. Cokolwiek zamierzał powiedzieć, nie przychodziło mu to łatwo.

– Przydałoby się trochę powściągliwości – wykrztusił w końcu. – Przynajmniej na spotkaniach zarządu.

– Jak mam to rozumieć?

– Nawet jeśli jesteś bardziej utalentowany od pozostałych, mógłbyś tego tak ostentacyjnie nie okazywać. Wystarczy, że będziesz przychodził na czas. Mógłbyś także nie kłaść nóg na stole podczas spotkań. I trochę częściej zabierać głos, zamiast gapić się w telefon. Nie zrozum mnie źle. – Pochylił się do przodu. – Nie mam nic przeciwko tobie ani twojemu sposobowi bycia. Ale jako prezes zarządu muszę dbać o to, aby moi najbliżsi współpracownicy dobrze ze sobą żyli. Żeby się nie antagonizowali. To arcyważne zarówno dla mnie, jak i dla naszych właścicieli.

No tak, Skoda sam by nie wpadł na taką gadkę. Tydzień temu był na spotkaniu w Londynie. Ktoś z centrali musiał zauważyć, że jest miękką fają, która pozwala sobie włazić na głowę. Być może usłyszał zawoalowaną groźbę, że jeśli nie stanie się prawdziwym przywódcą tej regionalnej pipidówy, to kimś go zastąpią. Na przykład kimś takim jak ja.

– Rozumiem – powiedziałem. – Postaram się nad tym popracować.

Postaram się. W wolnym tłumaczeniu: spierdalaj. Najlepiej w podskokach.

Pożegnałem się i wyszedłem z biura. Wróciłem do siebie. Zamknąłem drzwi, żeby zrobić Skodzie na złość – od tygodni trąbi w firmowych newsletterach, że każdy członek zarządu jest otwarty dla innych pracowników, czego symbolem mają być otwarte drzwi do gabinetów. Czysty idiotyzm. Spojrzałem na zegarek. Jedenasta. Jeszcze dwie godziny i stąd spieprzam. Muszę się zwinąć, zanim miasto utonie w korkach. Kiedy jestem rozsierdzony, trudniej przychodzi mi przestawianie trybów. Czyli stawanie się tym drugim Kacprem.

Tym, którego zdecydowanie bardziej lubię.

* * *

Zapalenie dziąseł. Paradontoza. Próchnica. Suchy zębodół. Nowotwór. Albo po prostu chujowa higiena.

Maria Falk wielokrotnie się zastanawiała, dlaczego Wiesławowi Papszonowi tak cuchnie z ust. Skąd wzięła się ta cholerna halitoza, którą terroryzuje podwładnych. Czasem patrząc na jego gębę – sfatygowaną, przebarwioną i zdradzającą oznaki fatalnego prowadzenia – dochodziła do wniosku, że dziadyga po prostu nie myje zębów. A czasem myślała, że stopniowo i flegmatycznie rozpada się na jej oczach, a cuchnący oddech jest tylko jednym z etapów rozkładu.

Tak czy inaczej, odruchowo się odsunęła, kiedy Papszon zbliżył się do biurka i położył na nim zdjęcie.

– Nazywa się Renata Jaroszewicz – powiedział naczelnik. – Ma dwadzieścia dwa lata. Pochodzi z Łowicza. Studiuje etnologię i antropologię kulturową na Uniwersytecie Warszawskim. W porę się połapała, że nie będzie z tego roboty, dlatego od ponad roku pracuje jako specjalistka do spraw HR w Dangillu. Matka Renaty nie mogła się z nią skontaktować, więc w końcu zgłosiła zaginięcie. Dzisiaj udało się ustalić, że ostatni raz widziano ją pięć dni temu.

Maria nabrała powietrza w płuca i pochyliła się nad biurkiem. Dziewczyna ze zdjęcia miała burzę blond włosów, szeroki uśmiech i cycki wylewające się z bluzki. Była jej doskonałym przeciwieństwem.

– Ma faceta? – spytała.

– Miała. Rozstali się miesiąc temu. Gość ma alibi: od dwóch tygodni przebywa na Helu. Podobno pływa na desce z nową dziewczyną, więc chyba nie przejął się rozstaniem.

– Wrogowie?

– Raczej nie. Była ciężko pracującą dziewczyną, która przyjechała do stolicy, żeby coś osiągnąć. Koleżanki wypowiadają się o niej wyłącznie pozytywnie. Lubi imprezować, ale podobno robi to z głową.

– Gdzie ona mieszka?

– Na Ochocie. Jej współlokatorki twierdzą, że nie wspominała o wakacyjnym wyjeździe. Poza tym nie zabrała z domu żadnych ciuchów ani kosmetyków.

– Czyli według ciebie została uprowadzona?

– Chuj wie. Ale twój nowy partner tak twierdzi.

– A gdzie on jest?

Kiedy wypowiedziała te słowa, rozległo się pukanie do drzwi. Chwilę później w biurze naczelnika pojawił się mniej więcej czterdziestoletni brunet z ogorzałą twarzą i niechlujną grzywką.

– Poznaj starszego aspiranta Olega Gusiewa – powiedział Papszon. – To prawdopodobnie jedyny człowiek w tym kraju, który zrezygnował z piętnastu tysięcy złotych pensji, aby pracować w policji.

– Oleg. – Brunet przywitał się z Marią, ściskając jej dłoń. – Nigdy tyle nie zarabiałem.

– Kiedyś pracował jako informatyk, ale w pewnym momencie znudziło mu się klepanie kodu – wyjaśnił Papszon. – Dołączył do policji jako analityk. Z czasem zmienił specjalizację. Od kilku lat pracuje w Wydziale Dochodzeniowo-Śledczym.

– A konkretnie od siedmiu. – Oleg uśmiechnął się do Marii. – Siedmiu miesięcy.

– To mózgowiec – kontynuował Papszon, opowiadając o Olegu tak, jakby nie było go w pomieszczeniu. – Lubi cyferki i jest spostrzegawczy. Zauważył coś niepokojącego, co ma związek z tą dziewczyną. – Naczelnik wskazał palcem zdjęcie.

Oleg usiadł na skrzypiącym krześle. Uśmiechnął się do Marii, ale jej surowe spojrzenie szybko starło mu uśmiech z gęby.

– To nie pierwszy taki przypadek – wyjaśnił. – Od kilku lat w Warszawie znikają młode kobiety.

– Co to znaczy, że znikają? – spytała Maria.

– Przepadają jak kamień w wodę. Schemat zawsze jest taki sam. Zaginionymi są dwudziestoparoletnie blondynki, które przyjechały tu na studia. Żyjące w zupełnie normalny sposób: uczące się, pracujące, imprezujące. W pewnym momencie znikają bez śladu. Nikt nie wie kiedy, gdzie ani dlaczego.

– Ile takich przypadków znalazłeś?

– Trzy na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Renata Jaroszewicz jest czwarta.

Maria zerknęła na Papszona.

– Dlaczego o tym nie słyszałam?

– Prawdopodobnie przez spychologię – wyjaśnił naczelnik. – Nie ma żadnych dowodów, że te dziewczyny zaginęły w Warszawie. Nie były tu zameldowane i często jeździły w rodzinne strony. Nikt nie potrafił jednoznacznie wskazać, gdzie urywają się ślady, a przez to nie było chętnych, aby zająć się tematem. A prawda jest taka, że dopóki nie ma trupa, trudno takiej sprawie nadać odpowiedni bieg.

– Rodziny tych dziewczyn apelowały o pomoc, ale nie przebiły się ani w policji, ani w mediach – wyjaśnił Oleg. – Każda z tych kobiet znajduje się w bazie osób zaginionych. W każdej sprawie toczą się postępowania poszukiwawcze. Wszyscy rodzice próbują także działać na własną rękę. Ale do tej pory nikt nie skojarzył, że te sprawy mogą być ze sobą powiązane.

– Co podejrzewasz? – zapytała Maria.

– Handel ludźmi. Albo serię zabójstw.

– Albo dziwny zbieg okoliczności – włączył się Papszon. – Sprawa na razie jest dość mglista, więc nie będziemy stawiać całej komendy na nogi. Zaczniemy od dwuosobowego międzywydziałowego zespołu, który sprawdzi, o co w tym chodzi. – Spojrzał na zegarek. – Zostawcie wszystko, czym się do tej pory zajmowaliście. Startujecie od zaraz.

Maria hipnotycznie wpatrywała się w mocno speszonego Olega. Potem ponownie spojrzała na zdjęcie. Renata. Lat dwadzieścia dwa. Mądra, pracowita i imprezująca. Ładna i niestroniąca od mężczyzn. Mogło ją spotkać wszystko. A na pewno wszystko, co złe.

W głowie Marii zaczęło świtać, że najbliższe miesiące mogą być znacznie mniej przyjemne, niż to sobie wyobrażała. Choć wcale nie miała wygórowanych oczekiwań.

2

Kiedyś życie było bardziej skomplikowane. Żeby skołować dragi, musiałem obdzwonić kilka osób, używając całej masy dziwnych sformułowań, takich jak pancz (od panczenlamy) czy prynt (chuj wie skąd), zrozumiałych tylko dla wtajemniczonych. Kiedy w końcu znalazłem gościa, który był w stanie mi pomóc, musiałem zorganizować transport, żeby pojechać z nim po temat. Czasem zabierało to pół dnia: najpierw diler spóźniał się o godzinę, potem jego dostawca o dwie, a jeszcze obu trzeba było gdzieś wozić. Pół dnia, żeby spalić w pięciu dwa gibony, strzelić po piwku i wrócić do domu, a tam, będąc na wpół upalonym i na wpół śpiącym, obejrzeć jakiś film z torrentów.

 

Teraz – może za sprawą hajsu, a może po prostu czasy się zmieniły – wszystko stało się proste. Dilerzy chodzą jak w zegarku. Zawsze przygotowani i wyposażeni. Niektórzy łyknęli jakieś podstawy sprzedażowe, a przynajmniej naoglądali się coachingowych występów na YouTubie. Większość realizuje dowozy. Gdybym chciał, to podrzucaliby mi towar do łóżka. W zębach, bez spodni i klaszcząc jak foka.

Chwilę po trzynastej usiadłem na jednej z ławek na Polu Mokotowskim. Gapiłem się na młode matki w legginsach, które w to piękne lipcowe popołudnie połączyły wyprowadzanie bachorów z jakąś jogą, fitnessem czy chuj wie czym. Dotarłem tam kwadrans przed czasem, ale nie musiałem długo czekać. Diler – nazywam go Makiem, bo wygląda jak Ewan McGregor w Trainspotting: krótko ostrzyżony ryży łeb, tępe ryło – również się sprężył. Może nawet za bardzo. Przylazł na spotkanie wystrojony w przykrótką zieloną marynarkę. Ostatnio pojawił się w dresie, więc poprosiłem, aby następnym razem ubrał się mniej przypałowo. Ale czegoś takiego się nie spodziewałem.

– Niezła, co? – powiedział, jakby słyszał moje myśli. – Zajebałem bratu.

Przybiliśmy piątki, udając starych kumpli, a potem przez kilka sekund musiałem patrzyć, jak Mak się przede mną puszy. On naprawdę myślał, że w tym czymś wygląda dobrze. Chryste Nazareński!

– Co masz? – zapytałem, żeby nie przeciągać tego żenującego spektaklu.

– Wszystko i jeszcze trochę.

Usiadł obok mnie. Położył torbę na kolanach. Wyciągnął teczkę na dokumenty. W środku znajdował się gruby plik spiętych ze sobą kartek. Do niektórych przymocowane były tytki z tabletkami albo białym proszkiem. To był mój pomysł. Chciałem, żebyśmy wyglądali na dwóch korposzczurów, którzy wyrwali się na moment z roboty, aby omówić jakiś bzdurny projekt – na przykład pomysł na wspólny biznes. Plan był dobry. Ale nie uwzględniłem tego, że Mak wystroi się w czyjeś ciuchy ze studniówki.

– Na każdej kartce masz opis substancji, która jest do niej przypięta, więc byłoby dobrze, gdybyś ich nie pomieszał. Zresztą sam zobacz. – Przekazał mi teczkę. – Najpierw jest aperitif: dziesięć gramów bardzo przyzwoitego weedu. Testowałem go parę godzin temu i wciąż jestem nieźle potupany. Pod nim znajdziesz danie główne: dziesięć gramów kokainy i piętnaście pigułek MDMA. A na spodzie masz tabletki z klonazepamem i tetrazepamem, na zwiotczenie mięśni i pogodę ducha. Lepiej nie łączyć ich z pozostałymi dragami.

– Co ty nie powiesz!

– Nieźle się nakombinowałem, żeby to zdobyć. Z paleniem, koksem i pigułami nie było problemu, ale żeby ogarnąć te rozluźniacze, musiałem pogadać ze znajomym lekarzem. Po co ci to wszystko?

– Po coś. Nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz.

– Tylko żebyś potem nie narzekał, że dostałeś jakiś szajs.

– Nie będę narzekał. To nie dla mnie.

– Masz kumpla, który lubi psychotropy?

– Powiedzmy.

– To przekaż mu, żeby uważał. Przy tym łatwo można się posrać. Dosłownie.

– Uwierz, że też bym tego nie chciał.

Mak zapalił papierosa. Wydmuchując dym, wyciągnął przed siebie rękę i wskazał palcem jedną z matek.

– Niezła milf – powiedział. – Ostatnio wyhaczyłem podobną na Odlotach. Dam ci namiar, jeśli chcesz.

Lubiłem Maka, ponieważ był najbardziej ogarniętym dilerem, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia. Mimo to notorycznie mnie wkurwiał. Na przykład teraz. Tym kretyńskim mierzeniem ludzi swoją miarą. Myśleniem, że mógłbym mieć ochotę wyruchać pannę, którą sam wcześniej obrócił. Przez większość czasu rozumiał, że jest tylko nędznym padawanem, którego życiową rolą jest nieinwazyjne umilanie czasu ludziom takim jak ja. Ale niekiedy zdarzały mu się takie niewypały.

– Ile za to chcesz? – zapytałem, zmieniając temat.

– Normalnie krzyknąłbym za taki zestaw cztery tysie. Od ciebie wezmę trzy i pół.

Narkotyki, a w szczególności kokaina, to wysokomarżowy biznes. Wytworzenie ich kosztuje grosze, znacznie mniej niż wyprodukowanie kosmetyków czy leków. Koszty transportu, wprowadzenia towaru na rynek i dystrybucji są spore, ale nie trzeba ponosić opłat związanych z obsługą prawną i rejestracją produktów. Łapówek nie liczę, ponieważ w tradycyjnym biznesie też są potrzebne – choć zwykle nazywa się je lobbingiem. A do tego permanentna wolność podatkowa. Kiedy płacę takim chłystkom po kilka kafli, zawsze myślę o tych, którzy znajdują się nad nimi w łańcuchu pokarmowym. O ich szefach. Oraz szefach ich szefów. O tych wszystkich baronach, którzy z ukrycia zawiadują tym gigantycznym rynkiem. Zastanawiam się wtedy, czy się nie przebranżowić. Jednak świadomość, że musiałbym się użerać z całą chmarą gamoni z narkośrodowiska, skutecznie mnie zniechęca.

– Wiesz, że jeszcze nigdy nie powiedziałem ci nic miłego? – zapytałem, wręczając Makowi swoją teczkę. Teczka za teczkę. Lifestyle za lifestyle.

– Płacisz mi. To w zupełności wystarczy.

– Chciałbym, abyś wiedział, że szanuję cię za to, co robisz. Za to, że wybrałeś inną drogę niż twoi rówieśnicy. Mógłbyś tak jak większość pójść na studia, trafić do korporacji i zarabiać śmieszne pieniądze, robiąc mało istotne rzeczy. Ale miałeś wystarczająco duże jaja, żeby wybrać zajęcie, które pozwala ci w miarę godziwie żyć. – Wstałem. Spojrzałem z góry na Maka, który dyskretnie przeliczał pieniądze. – To, co robisz, jest na swój sposób rebelianckie. Gdyby nie światoburcy, nadal byśmy się napierdalali maczugami po głowach. A tak możemy się spotykać w pięknym zielonym kompleksie w centrum miasta, gapić na wysportowane dupy, które cykają sobie fotki iPhone’ami, i wtłaczać do organizmu baśniowe elementy.

Mak gapił się na mnie, jakbym nagle zaczął nawijać w suahili.

– Dałeś mi o kafla za dużo – powiedział.

– Kup sobie coś ładnego. Najlepiej marynarkę.

Chciał jakoś odpowiedzieć. Odburknąć. Splunąć jakąś złośliwością. Ale że ekonomicznie go zniewoliłem, posłał mi tylko sztuczny uśmiech, obracając w swoim maleńkim móżdżku moją jadowitość w żart.

Ruszyłem w stronę ulicy Batorego. Po drodze wyjąłem telefon i zamówiłem transport do domu. Korciło mnie, żeby zostać tam jeszcze chwilę. Żeby się ponapawać pogodą. Żeby wrzucić na luz i poczuć się przez moment jak nierób, który całymi dniami szlaja się po parku. Ale nie miałem na to czasu.

Nie żyję po to, aby odpoczywać.

Żyję, aby działać.

* * *

Wspominałem, że Maria ma obsesję na punkcie kontroli? I to jeszcze jaką! Stara się trzymać w ryzach – czy raczej pod butem – wszystkich i wszystko, co tylko się da. Od zawsze. A przynajmniej odkąd stała się w pełni świadomą kobietą. Rozumiejącą, że nie ma walorów estetycznych, którymi mogłaby modelować rzeczywistość, przez co musi to robić za pomocą intelektu, stanowczości i niewyparzonej gęby.

Jej obsesja kontroli często objawia się w nieracjonalnych momentach. Na przykład teraz, kiedy się uparła, że to ona będzie prowadzić, zamiast usiąść wygodnie w fotelu pasażera i zapoznać się z notatkami Olega. Nie zamierzała oddać lejców nieznajomemu. Nie mogła pozwolić, aby jakiś średnio rozgarnięty koleś decydował o jej życiu, zapieprzając ze Śródmieścia na Ochotę. Ale przede wszystkim nie chciała, aby Oleg uznał, że w tym nowo utworzonym duecie ma coś do gadania.

– Opowiedz mi o tych dziewczynach – powiedziała, kiedy utknęli na światłach przy stacji metra Ratusz Arsenał.

Oleg zerknął w jej stronę, a następnie otworzył folder, który trzymał na kolanach.

– Jako pierwsza zniknęła Julia Warecka – odparł, zerkając do notatek. – Dwadzieścia jeden lat. Pochodzi z Rybnika. Przyjechała do Warszawy na studia: automatyka i robotyka na Politechnice Warszawskiej. Była jedną z czterech dziewczyn na roku. Ostatni raz widziano ją dwudziestego ósmego września dwa tysiące siedemnastego roku w Pijalni Wódki i Piwa na Foksal. W trakcie wakacji dorabiała tam jako kelnerka. Dzień wcześniej po raz ostatni poszła do pracy.

Spojrzał na Marię, która przez cały czas intensywnie wpatrywała się w wyrastającą przed nimi drogę. Najwyraźniej jednak wyczuła jego zainteresowanie, ponieważ wolno pokiwała głową.

– Marta Borkiewicz – kontynuował Oleg. – Dziewiętnastolatka ze Stalowej Woli. Zbliżała się do końca pierwszego roku studiów na Wydziale Lekarskim Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Ślad po niej zaginął trzydziestego kwietnia dwa tysiące osiemnastego. Jej znajomi z roku wyjechali na majówkę do Zakopanego, ale ona wolała zostać w Warszawie. Miała się uczyć. Wiadomo, że nie do końca było to prawdą, ponieważ dzień przed zaginięciem widziano ją w klubie Baobab na Poznańskiej. – Pokręcił głową. – Nie wiem, skąd oni biorą te nazwy.

– Mów dalej – ponagliła go Maria, nie odrywając wzroku od drogi.

– Dwa miesiące później bez śladu przepadła Justyna Czech, dwudziestopięciolatka z Białegostoku. Nie była szczególnie pilną studentką: powtarzała trzeci rok filologii angielskiej na UW. Wcześniej próbowała sił w iberystyce, ale odpuściła po trzech semestrach. Wakacje spędzała w mieście, dając dzieciakom korki z angielskiego. Ostatni raz widziano ją czternastego lipca w Starbucksie przy metrze Politechnika. Wyskoczyła na kawę z koleżanką. – Oleg zamknął teczkę. – Potem przez rok nic się nie działo, aż usłyszeliśmy o zaginięciu Renaty Jaroszewicz.

Maria przez kilka sekund milczała, porządkując informacje. Potem zerknęła na Olega. Typowym dla siebie zimnym, władczym, suczym spojrzeniem.

– Według Papszona nie ma dowodów na to, że zaginęły w Warszawie. A śledczy nie potrafili jednoznacznie stwierdzić, w którym miejscu urywają się ślady.

– Bo to prawda. Każda z dziewczyn po raz ostatni była widziana w Warszawie. Ale z danych lokalizacyjnych i logowań telefonów do stacji bazowych wynika, że w momencie zaginięcia znajdowały się poza miastem.

– Gdzie konkretnie?

– W okolicach Ząbek, Legionowa, Pruszkowa i Piaseczna. Każda gdzie indziej.

– Czy od momentu, w którym po raz ostatni widziano te dziewczyny, powtarzały się jakieś miejsca albo stacje BTS? Zauważyłeś jakąś prawidłowość?

– Pytasz, czy porywacz mógł mieć stałą marszrutę?

Maria skinęła głową.

– Niestety nie. Trudno wskazać, gdzie znikały, ale pewne jest to, że były wywożone z miasta różnymi drogami. Nic z tego dla nas nie wynika.

– Wręcz przeciwnie – powiedziała Maria, gdy zatrzymali się przed rondem Daszyńskiego. – Jeśli twoja teoria jest prawdziwa i stoi za tym jeden człowiek, to wiemy, że starannie zaplanował porwania. Tak żeby w żaden sposób nie dało się go namierzyć i zlokalizować. Wiemy też, gdzie nie warto szukać tych dziewczyn.

Pewnie zdążyliście wyłapać różnice w funkcjonowaniu mózgów obojga policjantów. Oleg to typowy umysł ścisły. Analityk. Gość, który potrafi kopać w danych i wyciągać z nich wnioski. Ma niezłą pamięć i jest do bólu logiczny. Dzięki temu zauważył, że od jakiegoś czasu znikają młode cycate blondyny, które przyjechały do Warszawy na studia. Z kolei Maria ma instynkt śledczy i potrafi wyciągać wnioski z danych, których nie widać. Dlatego szybko zrozumiała, że nie powinni się koncentrować na ostatniej lokalizacji telefonów tych gąsek, ponieważ jest to rodzaj kamuflażu. Tak znaczący rozstrzał sugeruje, że porywacz próbował zrobić policjantów w trąbę.

I prawie mu się to udało.

– Mogę cię o coś zapytać? – odezwała się Maria.

– Pewnie.

– Pochodzisz z Ukrainy, prawda?

Oleg kiwnął głową.

– Ze Lwowa. Mieszkałem tam przez kilka lat. Potem razem z rodzicami wyjechałem do Polski.

– Dlaczego?

– Chcesz wersję oficjalną czy nieoficjalną?

– Prawdziwą.

Oleg skrzywił się, jakby ktoś próbował wepchnąć mu sztycę rowerową w dupę. Zawsze przybiera taką minę, kiedy musi powiedzieć coś, na co nie ma ochoty.

– Mój ojciec był przedsiębiorcą. Właściwie próbował nim być, bo w Związku Radzieckim nie istniała prawdziwa przedsiębiorczość. W czasie odrodzenia narodowego starał się rozkręcić kilka interesów. I pewnie by mu się udało, gdyby nie nadmierne zainteresowanie paru działaczy z Komunistycznej Partii Ukrainy. Wiedząc, że mogą sobie pozwolić na wiele, ograbiali go niemal z całego zysku. A kiedy spróbował się postawić, nasłali na niego zbirów. Spuścili mu taki wpierdol, że do końca życia się nie pozbierał. Na szczęście miał dość rozwagi, żeby zgarnąć żonę oraz dzieciaki i uciec z kraju, zanim stanie się coś strasznego.

Maria odwróciła się do Olega. Uśmiechnęła się. Uśmiechem pełnym cierpienia i współczucia. Jednego i drugiego w dawkach zdecydowanie przekraczających normę. Zadziwiające, jak kobieta, która często nie jest w stanie wykrzesać z siebie elementarnych emocji, w jednej sekundzie potrafi się zamienić w Matkę Teresę z Kalkuty.

– To prawda, co mówił Papszon? O tobie i informatyce?

 

– Zawsze lubiłem matmę i fizykę. A kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych po raz pierwszy zobaczyłem komputer, z miejsca się zakochałem. Dostałem się na informatykę na Politechnice Warszawskiej. Nauczyłem się programować. Chciałem pójść w ślady ojca i zostać przedsiębiorcą. Ale położyłem dwie firmy, jeszcze zanim zapanowała moda na start-upy. W końcu przełknąłem dumę i zdecydowałem się robić dla korpo.

– Chyba nie wyszedłeś na tym źle.

– Nie. To znaczy… – zawahał się – nie wyszedłem źle pod względem finansowym. Ale sama robota była nudna jak psia dupa. Poza tym nie wiem, czy się orientujesz, jak się traktuje informatyków w wielkich firmach, które nie wytwarzają oprogramowania czy elektroniki.

– Nie mam pojęcia.

– Jak podludzi. Małpki od pisania kodu albo reperowania komputerów. Być może wynika to z zawiści, w końcu zarabiamy więcej od większości pracowników. A może z przeświadczenia, że jesteśmy bandą zacofanych trolli, którzy słuchają Behemotha, śmieją się z nerdowskich żartów i nie zmieniają skarpetek.

– A nie jesteście nerdami?

– Niektórzy są. Ale nie ja.

– A więc poszedłeś do policji, żeby odreagować?

Oleg wzruszył ramionami.

– Chyba można tak powiedzieć.

Maria ponownie na niego zerknęła i posłała mu kolejny uśmiech. Znów współczujący. Znów przekraczający wszelkie normy.

– To naprawdę chujowo wybrałeś.

* * *

Renulka też miała wybór.

Gdyby pogodziła się z losem, pozwoliłbym jej w pełni korzystać z trzystu metrów kwadratowych moich podwarszawskich włości. Mogłaby wchodzić do kuchni, łazienki i salonu, używać siłowni, oglądać seriale na osiemdziesięciocalowej plazmie. Dałbym jej dostęp do każdego pomieszczenia, z moją sypialnią, z której nigdy nie korzystałem, włącznie. Ba, wręczyłbym jej klucze i pozwolił wychodzić na patio. Mogłaby wynieść leżaki przed dom, sączyć drinki z parasolką i łykać promienie intensywnego lipcowego słońca. Mi casa es su casa.

Ale ona wolała urządzić dramę. Jak w horrorze klasy B. Zamiast seriali, opalania i drinków wybrała klaustrofobiczny pokój w piwnicy, sranie do wiadra i chłeptanie wody z wielkiej plastikowej michy. Jak pies. Jak suka.

A wystarczyło przystać na moje warunki.

Spojrzałem przez wizjer. Zwykle widzę przez niego uroczo spłakaną, skamlącą, prosząco-błagającą kobietę. Najczęściej blondynkę z okrągłymi niebieskimi oczami i sporymi cyckami – lubię laski w typie wiejskich dziewczyn. Błagającą, żebym jej nie bił. Nie gwałcił. Nie zabijał. Pozwalam im wyśpiewać kilka dekalogowych marzeń, pokwilić, porozpaczać, ponieważ lubię kontemplować ich histerię. Napawać się wyższością. Chłonąć tę jakże typową dla naszego społeczeństwa sytuację: przewagi mężczyzny nad kobietą, bogatego nad biedną, mądrego nad głupią.

Ale Renulka nie histeryzowała, tylko spokojnie leżała na materacu. Była zatopiona we śnie. A przynajmniej w półśnie.

Otworzyłem na oścież metalowe drzwi. Zanim Renulka się w pełni rozbudziła, przeciągnąłem szlauch z korytarza. Zanim się zorientowała w sytuacji, odkręciłem zamocowany przed wejściem kran. Zanim zaprotestowała, trysnąłem jej w twarz lodowatą wodą.

Dopiero teraz zaczęła histeryzować. Zrobiłem z niej rozhisteryzowaną miss mokrego podkoszulka.

Kiedy skończyłem, odłożyłem szlauch i wszedłem do nowego domu Renulki. Zbliżyłem się do niej. Ostrożnie, ponieważ nigdy nie wiadomo, na jaki pomysł wpadnie ktoś, kto wybrał odstręczającą norę zamiast drinków z parasolką. Ale ona nie była nastawiona wojowniczo. Zziębnięta i roztrzęsiona, z sutkami sterczącymi pod cienką koszulką, stała w kącie i obejmowała mokre ciało. Wyciągnąłem przed siebie rękę.

– Połknij to – powiedziałem.

Z przerażeniem spojrzała na garść tabletek, które ledwo zmieściłem w dłoni. Potem z przerażeniem zerknęła na mnie.

– To dla twojego dobra. Wiem, co robię. Jestem lekarzem.

Nie mam pojęcia, czy mi uwierzyła. Pewnie nie. Ale strach zwyciężył z wiarą.

– Co to jest? – spytała, niepewnie sięgając po pigułki.

– Klonazepam i tetrazepam. Na rozluźnienie i uspokojenie.

Sam się zdziwiłem, że powiedziałem prawdę. Zapomniałem tylko wspomnieć, że dzięki mojemu panaceum stanie się bezwolną szmatą, z którą będę mógł robić, co mi się tylko zamarzy. No i nie dodałem, że będzie po tym miała przyjemną narkotyczną jazdę. A przynajmniej jazdę.

– Popij – powiedziałem, wskazując miskę z wodą.

Przez parę sekund ważyła tabletki w dłoni. Patrzyła to na nie, to na mnie. Miałem wrażenie, że za chwilę rzuci mi je w twarz. Ale w końcu wykonała moje polecenie. Przykucnęła obok miski, niezdarnie nabrała wody w drżącą dłoń i zaczęła łykać pigułki. Jedną po drugiej. Kiedy skończyła, podniosła się i wróciła do kąta. Niczym przecwelony więzień przywarła dupą do ściany.

– Co zamierzasz ze mną zrobić? – zapytała, szczękając zębami.

Uśmiechnąłem się.

– Już ci mówiłem.

To prawda, mówiłem. Każdej mówię. To taka niewinna gierka, podczas której staram się pobudzać zwoje mózgowe tych dziewczyn. Sprawdzać, czy ich receptory właściwie odbierają bodźce. I w jakim stopniu wykształcił się ich instynkt samozachowawczy.

Znajduję moment, kiedy są w tłumie. To młode, zdrowe, imprezujące panny, więc z reguły nie ma z tym problemu. Podchodzę do nich od tyłu i wyszeptuję im do ucha swój plan; tak żeby tylko one mogły go usłyszeć. Odwracają się i ze zdziwieniem stwierdzają, że stoi za nimi dobrze wyglądający facet w drogich ciuchach, całkowicie trzeźwy, posyłający im uprzejme i niewinne spojrzenie. Są zbyt skonsternowane, żeby racjonalnie zareagować. Zwykle już na samym początku okazuje się, że ich instynkt samozachowawczy jest ułudą.

W przypadku Renulki też tak było. Imprezowała nad Wisłą na jednej z barek. Kiedy już miała nieźle w czubie, dołączyła do tańczącego tłumu. Momentalnie oblepili ją faceci, zachwyceni widokiem jej podskakujących cycków. Ślinili się do niej. Posyłali uwodzicielskie – w ich mniemaniu – uśmiechy, jakby liczyli na to, że w odpowiedzi uklęknie i każdemu zrobi loda. Renulka czuła się adorowana i szczęśliwa. Jak księżniczka. Jak królowa balu. Była zbyt podekscytowana całą sytuacją, żeby zapowiedź śmierci padającą z ust przystojnego faceta potraktować jako coś więcej niż dziwaczny wytwór wyobraźni.

Zanurkowałem do kieszeni. Wyjąłem mydło. Rzuciłem je na materac.

– Umyj się – rozkazałem. – Później przyniosę ci kosmetyki oraz ciuchy.

Gapiła się na mnie jak na świra. Dziwne.

– Wykorzystaj do tego wodę z miski. Chyba że wolisz, abym pomógł ci szlauchem.

Pokręciła głową, jakby chciała ją sobie wyrwać.

– Mam się umyć? – spytała. – Teraz?

– Tak.

– Przy tobie?

Kochana, jeśli to stanowi dla ciebie problem, to daleko nie zajedziemy.

– Muszę mieć pewność, że zrobisz to dokładnie.

Nie nazwałbym siebie ekspertem w tym, czym się zajmuję. Zresztą to na tyle niszowe hobby, że nie mam pewności, czy w ogóle można tu mówić o specjalizacji. Ale coś tam wiem. Coś tam widziałem. Poczyniłem pewne obserwacje i udało mi się wyciągnąć kilka wniosków. Między innymi taki, że nigdy nie wiadomo, kiedy pacjentka się rozpadnie.

Weźmy Renulkę. Zupełnie nieźle zniosła moje wejście ze szlauchem – dygot ciała był rezultatem zziębnięcia, a nie rozpaczy. Jakoś sobie poradziła z poleceniem połknięcia garści dziwnych pigułek. Względnie przyzwoicie zniosła też to, że musi się umyć. Ale wiadomość, że w tym czasie będę się jej przyglądał, kompletnie ją rozmontowała. Pannę, która chwilę wcześniej żonglowała cyckami przed stadem nieznajomych facetów.

Zadziwiające, że dopiero teraz pojęła, co ją czeka. Dopiero po paru dniach, w trakcie których musiała się żywić idiotyczną nadzieją, że nie spotka jej nic złego, zwizualizowała sobie najbliższą przyszłość. Następne kilka godzin. Być może kolejne parę dni. Cały czas, jaki jej został, zanim zainicjuję wielki finał.

Patrzyłem na jej niespodziewaną histerię. Napawałem się nią. Delektowałem się każdym pęknięciem w jej psychice.

Owszem, zdarzało mi się mieć wyrzuty sumienia. Zastanawiać się, czy aby na pewno mogę sobie pozwolić na tak ekstrawaganckie hobby. Ale przecież życie ma się tylko jedno. W dodatku krótkie. Byłbym skończonym frajerem, gdybym nie próbował go w pełni wykorzystać.