Reset

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Reset
Reset
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Reset
Audio
Reset
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

Przypisy końcowe

Redakcja: Mirosław Grabowski

Korekta: Jolanta Świetlikowska

Projekt okładki: Magda Kuc

Zdjęcie na okładce: Blue Collectors / Stocksy.com

Copyright © by Krzysztof Domaradzki, 2019

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-246-7


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Wspólna 35 lok. 5, 00-519 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Łodzi.

Oraz wszystkich przyjaciół, których tam mam.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Jej białe łapy odróżniały się od reszty ciała pokrytego cętkowaną rudo-czarną sierścią. Były jak skarpetki. Podciągnięte pod kolana, żeby nikt ich nie przeoczył. Zakładane wyłącznie odświętnie. Wyłącznie w wyjątkowe dni. Na przykład w Dzień Pański.

Seweryn wodził wzrokiem za kotką, która skradała się przez środek podwórka. Zmierzała w jego stronę wolnym, arystokratycznym krokiem, płynnie uginając tułów i falując nim na boki. Zatrzymała się w połowie drogi. Usiadła na szutrowej nawierzchni i wyciągnęła przed siebie tylną łapę. Zaczęła ją lizać. Nie była jeszcze gotowa, żeby się z nim spotkać. Nie była dość czysta. Wreszcie podniosła głowę, popatrzyła nieufnie w kierunku wyjścia z podwórka i wznowiła wędrówkę.

Nie odrywając wzroku od zwierzęcia, Seweryn dotknął swojej twarzy. Pomarszczone czoło. Nos z krzywą przegrodą powodującą permanentny katar i nosowanie. Policzki pokryte bliznami, które z reguły ukrywał pod sztucznym zarostem. Jego twarz zbyt często się zmieniała, żeby mógł do niej przywyknąć. Zbyt często miał wrażenie, że należy do kogoś innego. Kogoś, kogo nie zna. Anonima. Człowieka, który nie potrzebuje tożsamości. Traktującego ciało wyłącznie jako powłokę, którą w każdej chwili może zmienić.

Kotka w końcu do niego podeszła. Leniwie przeciągnęła się na jego nodze, wbijając ostre pazury w skórę. Potem szybko podrapała się za uchem i potrząsnęła głową, jakby chciała wyrzucić z niej niepotrzebne myśli. Zaczęła robić slalom między nogami Seweryna, ocierając się o nie grzbietem. Łasiła się do niego. Liczyła na coś. Na porcję głaskania. Albo przekąskę. Albo na to, że położy ją sobie na kolanach, pozwalając jej zwinąć się w kulkę i zasnąć. W przeświadczeniu, że właśnie tam, rozpłaszczona na jego nogach, jest najbezpieczniejsza.

– Polubiła cię.

Seweryn spojrzał na kobietę, która weszła na podwórko. Była koszmarnie zapuszczona. Miała na sobie brudną koszulkę, dziurawe dżinsy oraz solidnie schodzone klapki, w które ledwo wcisnęła zakończone zagrzybionymi paznokciami stopy. Choć brakowało jej kilku zębów, uśmiechała się, jakby chciała się tym pochwalić. Trzymając papierosa we wnęce po jednym z siekaczy, celowała palcem w kotkę.

– Nazwałam ją Łatka, przez te białe skarpetki – powiedziała. – Naprawdę cię polubiła. Rzadko się zdarza, żeby tak lgnęła do nieznajomych.

– Nie dałem jej żadnego powodu – odparł Seweryn.

– Nie musiałeś. Zwierzęta wyczuwają dobroć. To instynkt. Są od nas wielokrotnie mądrzejsze. Tylko czasem nie chce im się tego okazywać.

Kobieta przedreptała po podwórku w taki sposób, jakby nikt jej nie nauczył, że chodzenie wymaga podnoszenia stóp. Schyliła się do plastikowej miski. Potrząsnęła nią, sprawdzając, czy w środku jest woda. Następnie rzuciła niedopałek na ziemię i przydepnęła go klapkiem.

– Po sterylizacji Łatka zrobiła się bardziej czuła – wyjaśniła, zagapiona na kotkę, która położyła się pod nogami Seweryna, eksponując kudłaty brzuch.

– Nie wiedziałem, że jest wysterylizowana.

– Nie miałam wyboru. Trzy razy miała cieczkę. Zawsze wtedy znikała na kilka dni i wracała zapłodniona. Ustalenie ojcostwa pewnie graniczyłoby z cudem. – Kobieta zarechotała, a po chwili powietrze przeciął jej suchy kaszel. – Moja babka topiła małe w rzece. Matka zresztą też. Ale ja tak nie potrafię. Nie mogę. Sumienie mi nie pozwala. Pierwsze dwie partie kociąt rozdałam. Trzecią zostawiłam w parku. Czwartej już nie było.

Wyjęła z kieszeni paczkę papierosów. Potrząsnęła nią. Pusto.

– Idę do sklepu. Chcesz coś?

Seweryn pokręcił głową. Gapił się na kotkę, która bawiła się sznurówką.

– Jesteś małomówny, wiesz?

– Nie odzywam się, kiedy nie mam nic do powiedzenia.

– Nie twierdzę, że przeszkadza mi twoje milczenie. Nie lubię ludzi, którzy ciągle kłapią dziobem. Ale skoro mamy razem mieszkać, fajnie byłoby się poznać. Dowiedzieć czegoś o sobie.

Kobieta długo wpatrywała się w twarz siedzącego na murku olbrzyma, próbując odgadnąć, o czym on myśli. Kim jest. Co tutaj robi. Dlaczego pojawił się w jej życiu, oferując pomoc w codziennych zajęciach w zamian za nocleg. Wiedziała, że musiał zrobić coś złego. Coś nielegalnego. Albo że przeżył tragedię, po której postanowił wywrócić swoją egzystencję do góry nogami. Ale nie miała czasu ani ochoty się nad tym zastanawiać. Ani tym bardziej odwagi, żeby się przebić przez tę ponurą górę ciszy.

Ponownie wycelowała palcem w kotkę.

– Podrap ją przy ogonie. To jej ulubione miejsce.

Kiedy kobieta wyszła z podwórka, Seweryn schylił się po Łatkę. Miauknęła z zadowolenia, gdy położył ją sobie na kolanach. Jego potężne dłonie spoczęły na kocim grzbiecie, ewidentnie stworzonym do tego, żeby go drapać. Wodził po nim posuwistym ruchem tak długo, aż zwierzę zaczęło mruczeć. Z każdą sekundą coraz głośniej, jak rozpędzający się miniaturowy traktor. Seweryn stopniowo zwiększał nacisk na kręgosłup, czując, jak pod jego palcami pracują płuca zwierzęcia. Łatki. Kociej kurwy w białych skarpetkach.

 

Baba miała rację, pomyślał. Był mrukiem i mizantropem. Nie wierzył, że otwieranie gęby może przynieść coś pozytywnego. Ludzie nie potrafili czynić dobra za pomocą słów. Ich usta były nieuleczalnie chore. Zaprogramowane na destrukcję. Na sprzeniewierzanie się Bogu.

Żeby ich za to rozliczyć, nie potrzebował otwartej gęby.

Kiedy jego uścisk stał się jeszcze mocniejszy, Łatka pisnęła z bólu. Chwilę później regularny pomruk przeszedł w powarkiwanie, które co kilka sekund przerywały rozpaczliwe miauknięcia. Kotka wbiła pazury w jego nogi. Próbowała walczyć. Uciec. Zatrzymać nadciągający kataklizm. Ale chwyt Seweryna był zbyt silny. Znacznie silniejszy niż jej wola życia.

Jeżeli Łatka rzeczywiście miała instynkt, to tym razem ją zawiódł. Nie zakomunikował, że ten człowiek podjął nieodwołalną decyzję. Że jego uścisk w pewnym momencie stanie się nie do zniesienia. Że jest tylko kwestią czasu, kiedy przestanie się wić, a jej elastyczne ciało sflaczeje, stając się nic niewartą zbieraniną mięśni i kości.

Instynkt nie podpowiedział kotce, że jest już za późno.

Dla niej.

Dla niego.

Dla wszystkich.

1

Mógłbyś to przyciszyć? – Drapał się po czole, jakby chciał zedrzeć z niego skórę.

Artur Waliszewski odwrócił się w stronę pasażera. Obserwował go przez dłuższą chwilę, próbując odgadnąć, co tak naprawdę mu przeszkadza. Przypuszczał, że nie chodzi o głośność drumandbassowego seta ani o rodzaj muzyki. Ani też o próbę rozkręcenia imprezy w samochodzie w poniedziałek rano, gdzieś pomiędzy pierwszą a drugą kawą. Nie chodziło też o kaca. To musiało być coś innego. Coś, co od dłuższego czasu próbowało pożreć Witolda Ptaka od środka.

– Bo?

– Co „bo”?

– Dlaczego miałbym przyciszyć? – Artur skakał wzrokiem między Witoldem a drogą, jakby wykonywał głową jakiś układ taneczny. – Bo łeb cię boli? Bo jesteś nie w sosie? Bo stało się coś, o czym nie chcesz mi w powiedzieć?

– Coś takiego – burknął Witold, nie przestając masować czoła. – Powiedzmy, że mam już tego wszystkiego dosyć. Tej roboty, zmieniających się szefów, ciągłych roszad kadrowych. Tych cholernych zabójstw. A szczególnie uganiania się za tym świrem. No i… – zawahał się – moje życie rodzinne się posypało.

– Jest bardzo źle?

Witold pokiwał głową.

– Postanowiliśmy się rozwieść.

– Co ty pieprzysz?!

– Klamka już zapadła. Separacja utwierdziła nas w tym pomyśle. Tak będzie najlepiej. Przynajmniej dla Edyty i dziewczyn.

– A dla ciebie?

– Dla mnie nie ma dobrej opcji. Ani nawet średniej. – Witold w końcu spojrzał przed siebie i ciężko wypuścił powietrze. – Ale byłoby miło, gdybyśmy w końcu złapali tego skurwysyna. Mógłbym wtedy odpocząć i wszystko przemyśleć.

– Nie masz wyboru. Musisz trochę zbastować. Ile ty masz lat? Czterdzieści pięć?

– Chciałbym.

– Czyli jesteś prawie pięćdziesięcioletnim policjantem, który pochłania hektolitry kawy, tyra po kilkanaście godzin dziennie i żyje w stresie. A do tego lubi pochlać. – Artur czekał, aż Witold zaprotestuje, ale nic takiego nie nastąpiło. – Jesteś w grupie ryzyka.

– Czego?

– Zawału. Pilnuj się.

Witold po raz kolejny przejechał dłonią po czole. Myśląc nad słowami Artura, zapatrzył się w boczną szybę.

– A ty lepiej pilnuj swojego nosa. Jesteśmy na miejscu.

Postawili samochód na kamienistym parkingu. Wysiedli, przeszli kilkadziesiąt metrów i zatrzymali się przed garażami. A właściwie tym, co kiedyś nimi było. Z podłużnego pawilonu, podzielonego na cztery nieduże pomieszczenia, pozostał jedynie betonowy szkielet. Jego wnętrze wypełniały dziesiątki stopionych przedmiotów, resztki drewnianych mebli i kawałki urządzeń, które właściciele nieruchomości musieli składować od lat.

Przed pawilonem stała Beata Tarka. Technik kryminalistyki miała na sobie poprzecierane dżinsy i wyblakłą bluzkę. Jej strój idealnie współgrał ze zniszczoną cerą, której nawet nie próbowała zatuszować makijażem. Była o głowę niższa od rosłych policjantów. Leniwie paliła papierosa. Wydawała się poirytowana i zniecierpliwiona. Jak zawsze.

– Niezły syf – syknął Artur na powitanie. – Jak do tego doszło?

– W jednym z garaży ktoś podłożył ogień – wyjaśniła Tarka charakterystycznym przepalonym głosem. – Oblał wnętrze benzyną i wykorzystał gazety jako rozpałkę. Klasyka podpaleń.

– Przecież to wygląda, jakby tu pierdolnęła bomba wodorowa.

– W sąsiednim garażu stał samochód. Zajął się ogniem, zanim strażacy wyważyli drzwi.

– Do kogo należy garaż, w którym podłożono ogień? – zapytał Witold.

– To jest najciekawsze. – Tarka wetknęła papierosa do ust i zanurkowała dłonią do tylnej kieszeni spodni. – Właścicielem jest niejaki Maksymilian Brzozowski. Ale dowiedział się o tym w dniu, w którym odwiedziła go policja.

– Ktoś pożyczył jego tożsamość?

– Wszystko na to wskazuje. I chyba wiadomo kto. – Tarka posłała policjantom wymowne spojrzenie. – Brzozowski ma psa, piętnastoletniego owczarka niemieckiego. Kiedyś leczył go w przychodni, w której pracował Seweryn Kostka. Z kolei poprzedni właściciel garażu twierdzi, że sprzedał go jakiemuś drągalowi, który zaoferował bardzo atrakcyjną cenę.

– Kiedy to było?

– Osiem lat temu.

Policjanci zamilkli. Wyobrażali sobie, co Kostka mógł robić przez te lata. Nie były to przyjemne wizje.

– Dlaczego rozmawiamy o tym z tobą, a nie z policjantami zajmującymi się podpaleniem? – spytał Artur, przerywając ciszę.

– To źle, że odwalam za was robotę? – Tarka próbowała się uśmiechnąć, ale nie wyszło jej to najlepiej. – O tym garażu dowiedziałam się zupełnie przypadkowo od koleżanki z laboratorium kryminalistycznego. Pewien szczegół zwrócił moją uwagę, więc przyjechałam, żeby mu się przyjrzeć. Wy też powinniście to zobaczyć.

Tarka zaprowadziła policjantów na pogorzelisko. Weszli do garażu przy akompaniamencie chrzęszczącego pod stopami żwiru i szkła.

– Nie wszystko spłonęło – powiedziała Tarka. – Zachowały się metalowe stelaże mebli i narzędzia. Rzeczy, które ludzie przeważnie trzymają w garażu albo piwnicy. A do tego kilka nietypowych urządzeń, takich jak maszyna do szycia czy imadło. Ale to nie one są interesujące.

Wycelowała palcem w ścianę. Popękaną betonową powierzchnię przecinały dziesiątki napisów. Część z nich przyćmił ogień, przez co nie dało się ich odczytać. Ale inne były aż nadto wyraźne.

– Co to, kurwa, jest? – zapytał Artur.

– Złote myśli – powiedziała Tarka. – Sentencje. Bon moty. Nazwij to, jak chcesz.

Witold ukucnął przed jednym z napisów. Zmrużył oczy, jakby musiał przyzwyczaić do niego wzrok.

– „Przeklęty ten, co wypełnia dzieło Pańskie niedbale! Przeklęty ten, który swój miecz powstrzymuje od krwi!”1. – Odwrócił się do Artura i Tarki. – To z Biblii.

– A konkretnie z Księgi Jeremiasza ze Starego Testamentu – dodała technik, zerkając do notatek. – Jest tego więcej. Znacznie więcej.

– W mieszkaniu Kostki znaleźliśmy Biblię – zauważył Artur. – Zostawił w niej mnóstwo samoprzylepnych karteczek, na których prowadził zapiski. – Wzruszył ramionami. – Przynajmniej facet ma jakieś hobby.

– „Ktokolwiek sprzeciwi się twojemu głosowi i nie będzie posłuszny twemu słowu we wszystkim, co mu rozkażesz, musi umrzeć. Tylko ty bądź mężny i mocny”2. – Witold, kucnąwszy, przesuwał się wzdłuż ściany i odczytywał kolejne kaligraficznie zapisane cytaty. – „Jeśli kobieta zbliży się do jakiegoś zwierzęcia, aby z nim się złączyć, zabijesz i kobietę, i zwierzę. Oboje będą ukarani śmiercią, sami śmierć na siebie ściągnęli”3. – Potrząsnął głową. – Chyba musimy sprowadzić tu biblistę.

– Raczej psychiatrę – burknął Artur i zerknął na Tarkę. – Widziałaś tutaj coś, co może doprowadzić nas do Kostki?

– Nie sądzę. Ale warto przyjrzeć się tym gratom. Może uda się ustalić, skąd pochodzą, a wtedy będzie nam łatwiej zrozumieć, jak wyglądało dotychczasowe życie Kostki. To znaczy wam. – Tarka ponownie spróbowała się uśmiechnąć. Ponownie bez powodzenia. – Ja nie zamierzam grzebać w przeszłości tego psychola.

Chwilę później policjanci na powrót znaleźli się przy samochodzie. Paląc papierosa, Witold przyglądał się szarobeżowym blokom gęsto obrastającym ulice. Wolno trawił to, czego się dowiedział w ciągu ostatnich piętnastu minut.

– Gdyby nie podpalił tego garażu, tobyśmy się nigdy o nim nie dowiedzieli – powiedział. – Po co to zrobił?

Artur, zatopiony w rozmowie na Messengerze, potrzebował paru sekund, aby zrozumieć, że te słowa skierowane były do niego.

– Może chciał się pochwalić, że zbudował taką norę.

Witold pokręcił głową.

– Raczej pokazać, że pali za sobą mosty.

– I to dosłownie.

Witold wycelował palcem przed siebie.

– Wiesz, że mieszkam zaledwie kilka bloków stąd? Przy skrzyżowaniu Ossowskiego z Lorentza, w samym sercu Kozin. Słyszałem o tym pożarze, ale nie skojarzyłem go z naszą sprawą.

Artur popatrzył na Witolda.

– Chyba nie będziesz się tym zadręczać, co?

– Możliwe, że mijaliśmy się na ulicy. Ciekawe, czy wiedział, kim jestem. I czy rechotał za każdym razem, kiedy mnie spotykał.

– To mało prawdopodobne. Poza tym nie sądzę, żeby Kostka z czegokolwiek rechotał.

Witold wzruszył ramionami.

– Pewnie masz rację. Wracajmy na komendę.

Bartosz Adamski żuł gumę jeszcze długo po tym, jak straciła smak. Niewiele brakowało, by zapomniał wypluć ją przed wejściem do sali konferencyjnej. Był zestresowany. Bardziej, niż się spodziewał. A na pewno bardziej, niż mógł się tego spodziewać jeszcze dwa tygodnie wcześniej.

Minęło piętnaście dni, odkąd policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi zrobili nalot na mieszkanie Seweryna Kostki. Piętnaście dni, w których trakcie powinni poradzić sobie z odnalezieniem i pojmaniem człowieka podejrzewanego o zabójstwo co najmniej trzech kobiet. Piętnaście dni, które miały być jednymi z najlepszych w zawodowym życiu Adamskiego.

Ale te piętnaście dni zamieniło się w jego największy koszmar.

Dlatego gdy wchodził do pomieszczenia pełnego dziennikarzy, z gumą do żucia zawiniętą w chusteczkę i wepchniętą do kieszeni, nie mógł się czuć pewnie. Wręcz przeciwnie. Podejrzewał, że doświadcza tego samego uczucia niepokoju, z jakim notorycznie musiał się zmagać jego poprzednik na stanowisku naczelnika Wydziału Kryminalnego. Mariusz Szczebiot. Cierpiący na nerwicę natręctw introwertyk, który pogrążył się za sprawą własnej nieudolności. Adamski uważał, że jest jego idealnym przeciwieństwem. Facetem, który lubi presję i potrafi sobie radzić ze stresem. Zwycięzcą. Człowiekiem, który samym wyglądem – starannie uczesanymi blond włosami, dobrze dobranym garniturem i hollywoodzkim uśmiechem – przekonuje, że wie, co robi.

Ale nie tym razem.

Piętnaście dni.

Kurwa mać.

Kiedy Adamski pochylał się nad mikrofonem, przy którym chwilę wcześniej zaanonsował go rzecznik prasowy komendy, wiedział, że tym razem jego występ nie będzie dobry. Nie mógł być. Nie w tych okolicznościach.

– Szanowni państwo, nazywam się Bartosz Adamski. Jestem naczelnikiem Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Jak część z państwa wie z poprzednich konferencji, od jakiegoś czasu odpowiadam za śledztwo w sprawie trzech zabójstw: studentki Martyny Bułeckiej, policjantki Magdaleny Giętkiej, a także emerytki Henryki Świst. O ich popełnienie podejrzewamy Seweryna Kostkę. Proponuję przeprowadzić konferencję według standardowej formuły: najpierw powiem parę słów o poszukiwaniach, a potem przejdziemy do zadawania pytań. Czy to dla państwa w porządku?

Kilku reporterów kiwnęło głowami. Pozostali wgapiali się w naczelnika, jakby chcieli mu wyrządzić krzywdę. Adamski przełknął ślinę i zerknął do notatek. Wiedział, że dziennikarze nie znoszą oficjeli dukających komunały i odczytujących z kartki PR-owy bełkot. Że ich przychylność można kupić naturalnością, pewnością siebie i odpowiednim doborem słów. Tym, że powie się ciut więcej, niż mogą usłyszeć od przeciętnego gryzipiórka. Ale nie zawsze oratorskie popisy się sprawdzają. Czasem część merytoryczna jest zbyt miałka, żeby zgrabnymi słówkami, uśmiechami i prezencją można było kogokolwiek zadowolić. Czasem nie da się nic zrobić. Wówczas można się tylko wsłuchiwać w odgłos własnego upadku.

 

– Upłynęło piętnaści dni, odkąd nadkomisarz Witold Ptak i komisarz Tomasz Kawęcki natknęli się na Seweryna Kostkę. Od tego czasu trwają szeroko zakrojone poszukiwania podejrzanego, w które zaangażowana jest nie tylko większość naszego departamentu, ale też funkcjonariusze z kilku innych jednostek oraz nasi koledzy z zagranicy działający na mocy europejskiego nakazu aresztowania. Wspólnie monitorujemy przejścia graniczne, dworce kolejowe i autobusowe oraz porty lotnicze, sprawdzamy noclegownie w Łodzi i innych polskich miastach, a także jesteśmy w stałym kontakcie z ludźmi, którzy są lub byli w jakikolwiek sposób związani z Kostką. Jednocześnie próbujemy ustalić dotychczasowy przebieg zagadkowego życia podejrzanego, co może mieć niebagatelny wpływ na poszukiwania, śledztwo i późniejsze postępowanie sądowe. – Adamski odłożył notatki i podniósł głowę. – Mówiąc wprost: ustalamy, do czego tak naprawdę zdolny jest ten człowiek.

Kilkoro dziennikarzy zaczęło ziewać albo bawić się telefonami. Adamski nie powiedział nic, czego by nie wiedzieli.

– Niestety, ze względu na dobro sprawy nie wolno mi dzielić się z państwem szczegółami naszych działań operacyjnych. Mogę jedynie powiedzieć, że sprawca nadal przebywa na wolności, ale intensywnie pracujemy nad tym, żeby to się zmieniło. Nie ukrywam, że liczymy także na państwa pomoc. Nagłaśnianie sprawy i kolejne publikacje zdjęć podejrzanego w mediach mogą sprawić, że ktoś poinformuje nas o miejscu pobytu Kostki. – Podciągnął rękaw marynarki i zerknął na zegarek. Pięć minut. Wystarczy, żeby ich nie zanudzić. A jednocześnie nie dać im dość czasu na zbombardowanie go pytaniami. – A teraz przejdźmy do części, która z pewnością bardziej państwa interesuje, czyli do zadawania pytań. Kto chciałby zacząć?

Kilka rąk powędrowało w górę. Jeden z pracowników zespołu prasowego, do tej pory stojący za Adamskim niczym jego sekundant, wskazał dziennikarkę z drugiego rzędu.

– Kamila Sieradzka, Radio dla Was. Czy w ciągu tych piętnastu dni udało się państwu zebrać dowody jednoznacznie świadczące o tym, że to Seweryn Kostka jest sprawcą tych zabójstw?

Adamski wzruszył ramionami.

– Mogę powiedzieć tylko tyle, że już sporo o Kostce wiemy. Trafiliśmy na jego trop, kiedy szukaliśmy zabójcy Martyny Bułeckiej, więc wydaje się najmocniej powiązany z tą sprawą. Ale znajdujemy coraz to nowe poszlaki przemawiające za tym, że może być zamieszany także w śmierć dwóch innych kobiet, o których wspomniałem na początku. Oczywiście dowody ostatecznie oceni sąd, ale wraz z prokuratorem Adamem Wargą, który nadzoruje to dochodzenie, uważamy, że podejrzany jest seryjnym zabójcą.

Szukał wzrokiem tęgiej sylwetki prokuratora, który momentami okazywał ostentacyjny brak zainteresowania śledztwem. Faceta w cieniu, prawdopodobnie wiedzącego na temat tych zabójstw więcej niż pozostali. Więcej, niż powinien wiedzieć jako prokurator. Ale na razie Adamski nie potrafił tego udowodnić. Ani zlokalizować Wargi. Jak zwykle.

– Czy to nie dziwne, że na dworcach, lotniskach i przejściach granicznych nie zauważono Kostki? Jakie jest według pana prawdopodobieństwo, że podejrzany wyjechał z Polski?

– Sprawdzamy różne warianty, ale moim zdaniem Kostka nadal przebywa w kraju.

– To dlaczego tak trudno go złapać?

Adamski ciężko westchnął.

– Szczerze? Sam chciałbym to wiedzieć. Może to niezbyt dyplomatyczna odpowiedź, ale taka jest prawda. Przypuszczam, że albo Kostka doskonale się ukrywa, podając za kogoś, kim nie jest, albo ktoś mu pomaga. Nie wiem, kiedy go dorwiemy, ale jestem pewien, że to zrobimy.

– Błażej Tarnowski z Telewizji Łódź. Czy to prawda, że komisarz Kawęcki, który trafił na trop Kostki, zwolnił się z pracy zaraz po interwencji w mieszkaniu podejrzanego?

– Tak, to prawda.

– Dlaczego?

– O to należałoby zapytać komisarza Kawęckiego. Odchodząc ze służby, nikomu nie podał powodów swojej decyzji. A przynajmniej ja nic od niego nie usłyszałem.

– Nie widzi pan w tym niczego dziwnego?

– Wykonujemy trudną i obciążającą psychicznie pracę. Zdziwiłbym się, gdyby intensywne kilkumiesięczne poszukiwania zabójcy Martyny Bułeckiej w ogóle nie odcisnęły piętna na komisarzu Kawęckim. Moim zdaniem niepotrzebnie doszukuje się pan w tej decyzji drugiego dna.

– Jeszcze jedno pytanie, panie naczelniku. Sąsiedzi Kostki twierdzą, że któryś z policjantów starających się zatrzymać podejrzanego był przebrany za księdza. Co więcej, uważają, że próbują państwo zataić tę informację. Jak się pan do tego odniesie?

– Jak już parokrotnie mówiłem, nie posiadamy żadnej wiedzy na temat policjanta paradującego w stroju księdza. Dlatego traktuję tę informację jako głupią plotkę. Jeżeli pragną państwo zobaczyć policjanta w stroju księdza, następnym razem mogę się wystroić w sutannę.

Dowcip, który miał pokazać, że Adamski jest bardziej wyluzowany niż w rzeczywistości, okazał się niezbyt śmieszny. I niezbyt skuteczny.

– Kinga Groniec, „Głos Miasta”. Kilka tygodni temu opublikowaliśmy duży tekst o skandalu pedofilskim w łódzkiej prokuraturze. Czy zamierzają państwo jakoś zareagować na te doniesienia?

Adamski był przygotowany na to pytanie. Padało na każdej konferencji.

– Z całym szacunkiem, ale to pytanie nie ma żadnego związku z naszymi poszukiwaniami. Powinna je pani skierować do przedstawicieli prokuratury.

– Oni nie chcą rozmawiać z prasą. A w artykule jest mowa także o policjantach.

– Naprawdę nie ma powodu, abym ja czy ktokolwiek z mojego zespołu się do tego odnosił. – Ponownie zerknął na zegarek. – Kończy nam się czas. Proszę o ostatnio pytanie.

– Piotr Wochyński z „Expressu Łódzkiego”. Czy niedawna napaść na Alicję Mioduszewską, autorkę wspomnianego tekstu, ma jakiś związek z poszukiwaniami Kostki?

Pracownik zespołu prasowego uznał, że powinien utemperować młodego dziennikarza, który wyrywa się przed szereg.

– Pan naczelnik… – zaczął, ale Adamski powstrzymał go machnięciem ręką.

– A uważa pan, że może mieć? – zapytał.

– Alicja zajmowała się sprawą Bułeckiej – wyjaśnił Wochyński. – Napisała kilka ostrych tekstów na ten temat. Skrytykowała w nich policję i prokuraturę. Istnienie związku między sprawą Kostki a napaścią na Alicję wydaje się zatem całkiem prawdopodobne.

– Jeszcze tego nie wiemy.

– A jak pan sądzi?

Adamski zastanowił się przez chwilę, zanim pochylił się nad mikrofonem.

– Chciałbym wierzyć, że nie. Na dzisiaj to wszystko. Dziękuję.

Roman Basznikow zajmował miejsce na tylnym siedzeniu samochodu i wpatrywał się w boczną szybę. Obserwował mężczyznę, który wyszedł z obskurnego baru i niespiesznie, paląc papierosa, kierował się w stronę przystanku autobusowego. Dzieliło ich jakieś pięćdziesiąt metrów, ale nawet z takiej odległości Roman był w stanie dostrzec, że facet jest kompletnie pijany.

– Podjechać bliżej? – spytał Quentin, który prowadził auto tak, jakby chciał pobić rekord świata w jeździe na półsprzęgle.

– Nie trzeba – odparł Roman. – Stąd odjeżdżają tylko dwa autobusy. Oba kierują się w stronę Teofilowa. Ustaw się tak, żebyśmy mogli za nimi ruszyć.

Quentin ze zdziwieniem popatrzył na Romana, jednocześnie realizując jego polecenie.

– Nie wiedziałem, że znasz rozkład jazdy.

– Bo nie znam. Ale przygotowałem się na dzisiaj.

– W ogóle korzystałeś kiedyś w Łodzi z MPK?

– A wyglądam na gościa, który jeździ autobusami?

– Nie. Nie wyglądasz też na faceta, który samodzielnie prowadzi obserwacje.

– Czasem jeśli chcesz, żeby coś zostało zrobione dobrze, musisz to zrobić sam. – Roman poklepał oparcie fotela, na którym siedział Quentin. – Wsiadł do autobusu. Odczekaj piętnaście sekund i włącz się do ruchu.

Włożył dwie tabletki przeciwbólowe do ust i popił wodą. Rozparł się na siedzeniu, czekając, aż lek zacznie działać. Quentin ma rację, pomyślał. Nie jeździł komunikacją miejską. Bardzo rzadko prowadził obserwacje. Jeszcze rzadziej zdarzało mu się snuć po mieście za wrogami. Ale prawdziwie zaskakujące było dopiero to, że zgodził się na współpracę z jednym z nich. Z psem. Być może najgorszym ze wszystkich, jakich do tej pory poznał w tym kraju. Mającym zadziwiająco mało do stracenia. A przez to kompletnie nieprzewidywalnym.

– Podoba ci się ten samochód? – zapytał Quentin, który najwyraźniej nie mógł znieść jazdy w ciszy.

– Nie znam się na autach. Skąd go wytrzasnąłeś?

– Pożyczyłem od takiego jednego gościa. Nienotowanego – dodał, uprzedzając pytanie Romana. – Dziesięcioletni golf piątka. Kompaktowy, nierzucający się w oczy. Wykombinowałem, że będziemy w nim wyglądać zupełnie zwyczajnie. Jak kierowca Ubera i jego pasażer.

– A więc wyszedłeś z założenia, że może nas zobaczyć?

– Nie. Po prostu jestem przezorny. – Quentin zerknął na szefa. – Podobnie jak ty.

Roman nigdy nie przypuszczał, że kiedyś będzie się codziennie widywał z Quentinem. Że ten twardogłowy facet z charakterystycznie wysuniętą szczęką, przez którą przypominał słynnego hollywoodzkiego reżysera, stanie się jego przybocznym. Kiedy Roman ponad dwadzieścia lat temu przyjechał do Polski, Quentin był zwykłym chłopcem na posyłki. Wciągającym fetę gnojkiem, który wyładowywał na świecie gniew. Stosującym wyłącznie argumentum ad baculum – groźbę i siłę. Roman wciągnął go do swojej grupy, ponieważ wydawał mu się najgorszy spośród dziesiątek głupków, z których usług okazjonalnie korzystał. Był najbrutalniejszy ze wszystkich. Najbardziej bezwzględny. Najobrzydliwszy. Idealny do osłaniania tyłów i robienia za ludzką tarczę. Ale potem się okazało, że Quentin ma ambicje. Że nie chce być jedynie wulkanem agresji wykorzystywanym przez mądrzejszych od siebie do wyrywania wrogom paznokci. Że ma ochotę zostać pełnoprawnym członkiem organizacji. Jednym z zaufanych doradców Romana. Jego prawą ręką. A może nawet kimś więcej.

Roman musiał pilnować, żeby pragnienie nieśmiertelności nie zdominowało Quentina. Żeby nie wzbił się zbyt blisko słońca. Bo spadając, mógłby go pociągnąć za sobą.

Kiedy były policjant wysiadł z autobusu, Quentin przejechał przez skrzyżowanie i skręcił w pierwszą ulicę w prawo. Przyspieszył. Minął kilka samochodów i jeszcze raz zakręcił, jak gdyby rozłożył zawracanie na raty. Niedługo później ponownie dojrzeli cel. Człapał w kierunku olbrzymich hal magazynowych, które stanowiły nieodłączny krajobraz Teofilowa Przemysłowego.

– Nic nie kombinował – stwierdził Roman. – Pojechał prosto do pracy.

– Musi mieć poważne problemy z chlaniem, skoro przed robotą przesiaduje w barze.

– To akurat nie powinno nas martwić.

– Nie?

– Uzależnionych łatwiej się kontroluje. – Roman zerknął w lusterku wstecznym na Quentina. Chciał się upewnić, czy zrozumiał jego aluzję. – Zaparkuj tak, żebym mógł obserwować wejście do magazynu. Następnie zrobisz obchód wokół hali. Jeśli się okaże, że jest z niej jakieś inne wyjście, zadzwonisz do któregoś ze swoich nienotowanych kumpli i powiesz mu, żeby przywiózł ci samochód. Musimy mieć pewność, że nie stracimy faceta z oczu.