DetoksTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Detoks
Detoks
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Detoks
Detoks
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

Przypisy końcowe

Opracowanie redakcyjne: Mirosław Grabowski

Projekt okładki: Magda Kuc

Zdjęcie na okładce: © James Wragg / Trevillion Images

Korekta: Piotr Królak

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

Text copyright © by Krzysztof Domaradzki, 2018 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-892-4


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Anety, mojego niewyczerpanego źródła szczęścia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

– Amen!

– Pan z wami.

– I z duchem twoim.

Powędrował wzrokiem nad ołtarz. Zatrzymał się na półkolistej wnęce, w której znajdował się świetnie zachowany fresk. A na nim przybity do krzyża Chrystus. Miał przechyloną na prawo głowę, włosy starannie schowane za uszami. Korona cierniowa oplatała jego czoło, a z krwawiących dłoni i stóp sterczały kolce. Genitalia zasłaniała szmata, brudna od ściekającej z ciała krwi. Za Jezusem wyrastał demoniczny krajobraz, w którym oprócz ciężkich ciemnych chmur można było dojrzeć upadłe miasto, tonące w czymś, co przypominało duszną zbieraninę gazów.

Był pod ogromnym wrażeniem tego fresku. Właśnie tak wyobrażał sobie śmierć Syna Bożego. Jako wielkie, spektakularne cierpienie, które zatrważało nie tylko jego świadków, ale też biernie asystującą mu naturę. Odkąd sięgał pamięcią, marzył o identycznym końcu.

Kiedy ksiądz odmówił kolektę i wierni usiedli w kościelnych ławach, zaczął dyskretnie masować nadgarstek. Bolał go od wczoraj. Gdyby wcześniej odpowiednio go rozgrzał, zapewne uniknąłby bólu. Ale rozgrzewka nie wchodziła w grę. Tak jak i wszystkie inne poboczne rytuały, które mogłyby go rozproszyć, zdekoncentrować, spowodować rozluźnienie i odebrać przyjemność płynącą z ceremonii. Wiedział, że byłoby to niewyobrażalnie ryzykowne. Podobnie jak założenie na nadgarstek usztywniacza, którym mógłby niepotrzebnie ściągnąć na siebie czyjąś uwagę. Wystarczyło, że zwracał ją swoim wyglądem.

– Panie, który zostałeś posłany, aby uzdrowić skruszonych w sercu, zmiłuj się nad nami.

– Zmiłuj się nad nami!

– Chryste, który przyszedłeś wzywać grzeszników, zmiłuj się nad nami.

– Zmiłuj się nad nami!

– Panie, który siedzisz po prawicy Ojca, aby się wstawiać za swoim ludem, zmiłuj się nad nami.

– Zmiłuj się nad nami!

Rozejrzał się wokół. Po jego prawej stronie siedział starzec z przymrużonymi oczami i zrośniętymi siwymi brwiami. Niedowidzący, przysypiający i głuchy jak pień. Celebrował każde wstawanie, choć raczej z konieczności wymuszonej przez wiek niż z oddania liturgii. Brał głęboki oddech, a następnie drżącymi rękoma odpychał się od ławki. Jak emerytowany skoczek narciarski, który nie jest w stanie wyzbyć się nawyków.

Obok niego stała czterdziestoletnia kobieta z sępim nosem i czarnymi włosami, spod których wyłaniały się jasne odrosty. Hipnotycznie wpatrywała się w księdza. Była pobudzona i nieprawdopodobnie skoncentrowana. Dobra owieczka. Zrobiłaby wszystko, co by jej Bóg rozkazał. A być może nawet wszystko, do czego próbowałby ją nakłonić ksiądz.

Po lewej stronie, kilka metrów od jego ławy, stała dziewczynka w puchowej żółtej kurtce. Mogła mieć najwyżej dziesięć lat. Była znudzona, obracała się jak na twisterze. Szukała wzrokiem atrakcji, podróżując między sklepieniami kościoła, ławami, dziwnie wyglądającymi starcami a różowymi rzepami swoich nowych butów. W końcu napotkała jego wzrok. Zawstydził ją swoim uśmiechem, pokazując jej zbyt długie dziąsła, do których przymocowane były krótkie żółte zęby. Ale zawstydzenie nie powstrzymało jej dziecięcej ciekawości. Przestała bujać się na boki i zaczęła się w niego bezceremonialnie wgapiać.

Miała dobre niebieskie oczy. I niewinną buzię, białą jak kartka papieru. Tak mogła wyglądać Maryjka, kiedy była mała.

– Oto wielka tajemnica wiary.

– Głosimy śmierć twoją, Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i oczekujemy Twego przyjścia w chwale.

Odwrócił się w stronę dziewczynki, żeby dobrze widziała jego dłonie, wielkie i zadbane. Schował lewy kciuk i dostawił w jego miejsce prawy, który oplótł palcem wskazującym. Kiedy rozsunął dłonie, udając, że właśnie wyrwał sobie kciuk, dziewczynka ze zdziwienia rozdziawiła usta. Uśmiechnęła się. Kiedy pokazał jej sztuczkę z kciukiem ponownie, wiedziała już, że nie ma w tym żadnej magii, ale nadal nie miała pojęcia, jak on to robi. Spuściła wzrok na swoje dłonie i bezskutecznie próbowała odtworzyć trik.

Fresk z konającym Chrystusem nie był jedyną rzeczą, która podobała mu się w tym kościele. Znacznie bardziej urzekało go to, że nawet w niedzielę świątynię odwiedzało niewielu wiernych. Tylko ci, którzy faktycznie zasługiwali na wysłuchanie przez Boga. Nie pchali się do niej żądni sensacji emeryci, bardziej od modlitwy zainteresowani tym, którzy z ich nielicznych znajomych doczłapali do kościoła, a którym się to z jakichś powodów nie udało. Nie widział tu zniszczonych przez alkohol mężczyzn, pieniaczy i damskich bokserów, którzy chcieliby za pomocą mszy wyzerować swoje konto, wymazać z niego obrzydlistwa, jakich regularnie dopuszczali się w domu. Nie przychodziły nastolatki, które w tygodniu hańbiły swoje ciała grzesznym nasieniem, a w niedzielę próbowały zmazać je godzinną modlitwą.

 

Nie widywał tu pseudokatolików, którzy nie zasługiwali na rozgrzeszenie. Którzy samą swoją obecnością wypalali mu źrenice w oczach. Gardził nimi. Szczerze ich nienawidził. Gdyby tylko mógł, odebrałby im prawo do życia.

– Panie Jezu Chryste, ty powiedziałeś swoim apostołom: pokój wam zostawiam, pokój mój wam daję. Prosimy cię, nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła, i zgodnie z twoją wolą napełniaj go pokojem i doprowadź do pełnej jedności. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków.

– Amen!

Dziewczynka wciąż przeszywała go wzrokiem. Czekała na kolejny pokaz. Ale on nie miał ochoty nic jej pokazywać. Zaczęła go irytować. Nie widział już w niej małej Maryjki, tylko wścibskiego bachora, którego matka wysłała pod przymusem na mszę. Nie była niewinną małą katoliczką. Te słodkie oczy, którymi się w niego wgapiała, dał jej szatan. Żeby mamiła nimi i rozpraszała innych, łgała i oszukiwała, niszczyła jedność, którą stworzył Bóg.

Miał ochotę rozłupać jej głowę o ścianę.

– Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na jego ucztę.

– Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja.

Kiedy zaczął gmerać w kieszeni kurtki, zauważył poruszenie dziewczynki. Wyczuwał jej dziecięce podniecenie, łaknienie rozrywki, jaką mógł jej zaoferować. Słabość, która prędzej czy później obróci się przeciwko niej. Wyciągnął z kieszeni zaciśniętą pięść, niewiele mniejszą od jej głowy. Dziewczynka przewiercała wzrokiem jego dłoń, martwiąc się, że może przeoczyć sztuczkę. Postanowił, że jej nie zawiedzie. Że pokaże jej coś, co ją dogłębnie poruszy.

Rozejrzał się wokół, po czym rozwarł dłoń. Dziewczynka długo wpatrywała się w jej zawartość. Próbowała zrozumieć, na czym polega ten trik. W końcu podniosła na niego wzrok. Dopiero gdy zobaczyła jego wstrętny dziąsłowy uśmiech, zrozumiała, że to nie jest sztuczka.

Wyszła z kościoła zdjęta strachem, z oczami szklącymi się od łez. Rzuciła się pędem przed siebie. Do domu. Byle szybciej, byle dalej od niego. Byle zapomnieć o tym, co zobaczyła.

Nie miała wówczas pojęcia, że ten widok będzie ją prześladował przez wiele lat.

– Niech was błogosławi Bóg wszechmogący, Ojciec i Syn, i Duch Święty.

– Amen!

– Idźcie w pokoju Chrystusa.

– Bogu niech będą dzięki!

1

Minął tydzień od ostatniego mrozu. Zima pozostawiła po sobie jedynie odstręczające pożółkłe zwały śniegu, które piętrzyły się na chodnikach, oraz tysiące nowych dziur wyzierających z jezdni. Nadkomisarz Witold Ptak przyglądał się kołom tonącym w asfaltowych wyżłobieniach i przy każdym wstrząsie zaciskał zęby. Zastanawiał się, dlaczego zawsze po zimie łódzkie drogi wyglądają tak, jakby przez Polskę przeszła wielomiesięczna nawałnica. I dlaczego, choć od ponad dekady jesteśmy w Unii Europejskiej, podpięci do niewyczerpanego cycka unijnych funduszy, nic się nie zmienia. Gdzie podziały się miliony, które miały zostać zainwestowane w modernizację dróg? Ile z nich utknęło w kabzach polityków? I dlaczego ta cholerna Unia na to wszystko pozwala?

– Jak na polu minowym – syknął Witold. – Gapisz się, a mimo to i tak nie masz pojęcia, kiedy urwie ci nogę.

Młodsza aspirant Magda Giętka, która w skupieniu prowadziła samochód, posłała mu kwaśny uśmiech. Z jego miny próbowała wyczytać, czy jest na nią zły. Czy ma do niej żal o to, że wplątała go w nieprzyjemną sytuację. Czy będzie chciał to wykorzystać. Ale z jego pomarszczonej twarzy, z charakterystycznym garbatym nosem i czerwonymi przebarwieniami, ciężko było cokolwiek wyczytać. Prędzej by odgadła nazwę jego ulubionego trunku, niżby się dowiedziała, w jakim jest nastroju.

Choć dzieliło ich ponad dziesięć lat, pod wieloma względami byli do siebie podobni. Wysportowani i szczupli. Raczej poważni niż groteskowi. Surowi. A przede wszystkim nieszczególnie urodziwi. Witolda gubiła sfatygowana gęba i nienaturalnie długi nos. Magda traciła przez szparę między zębami, wyłupiaste oczy i zaniedbane włosy w kolorze siana, które opadając na kościste policzki, dodatkowo wyszczuplały twarz. Gdyby nie widoczna różnica wieku, każdy mógłby ich uznać za parę. Stanowiliby niezauważalny duet: niewzbudzający zdziwienia, nierodzący pytań, nieodznaczający się niczym szczególnym. Niewidzialny. Porażający nijakością.

Wykorzystując kilkumetrowy odstęp, Magda wcisnęła się przed czerwoną toyotę. Dzięki temu zyskali jedną pozycję w wyścigu kulawych żółwi toczonym w sercu miasta. Chwilę później dotarli na wysokość skrzyżowania i zobaczyli niebieskie światła policyjne odbijające się od kamienic. Byli już prawie na miejscu.

– Uratowałeś mi dzisiaj dupę – wypaliła Magda, kiedy zatrzymali się przed przejściem dla pieszych.

– Raz ja ratuję twoją dupę, innym razem ty ratujesz moją, tak to już bywa – odparł beznamiętnie Witold. Jedną dłonią wodził po twarzy, jak gdyby szukał na niej resztek zgolonej rano brody. W drugiej trzymał smartfona, którym nerwowo stukał o kolano.

– Co nie zmienia faktu, że jestem twoją dłużniczką. Sama bym sobie z nim nie poradziła.

– W tej robocie nie ma dłużników – powiedział Witold po dłuższym milczeniu. – Są tylko fajni goście i chuje. Fajnym gościom się pomaga, a chujom nie. Ty wydajesz się fajnym gościem.

Wydajesz się, zanotowała w myślach Magda. Co nie znaczy, że nim jesteś.

– Raczej gościówą.

– Może być gościówą.

– A on? Jemu w końcu też pomogłeś.

Spojrzeli za siebie. Oboje westchnęli. Z tylnego siedzenia dobiegało ciężkie, nieregularne chrapanie.

– Co do niego mam coraz więcej wątpliwości.

Magda przypomniała sobie historie, które opowiadali starsi koledzy z jej poprzedniej pracy. O dziwaku z kryminalnego. Nielubianym, kontrowersyjnym i upierdliwym. A przy tym wyjątkowo inteligentnym i chorobliwie zaangażowanym. O świetnym śledczym, który był wrzodem na dupie zarówno dla przestępców, jak i dla swoich kolegów. O śledczym, który dwa lata temu, po rozstaniu z żoną, rozsypał się na drobne kawałki i w lawinowym tempie zaczął osuwać się na dno.

A teraz ona miała być jego partnerką.

– Czy to prawda, że cierpi na zespół Aspergera?

Witold spojrzał na nią jak na kosmitkę.

– Słyszałaś kiedyś o Trumanie Capote?

– Tak – odparła szybko, mając nadzieję, że Witold nie zechce tego sprawdzić.

– Ja nie słyszałem. Dopiero od niego dowiedziałem się, że to amerykański pisarz, który słynął ze znakomitej pamięci. Podobno zapamiętywał wszystkie przeprowadzane rozmowy. Nie musiał robić notatek. Z nim jest podobnie. Nie wiem, czy zapamiętuje wszystko, co mu ludzie mówią, ale z całą pewnością zapamiętuje sporo. Tak przynajmniej było kiedyś. Przed metamorfozą. – Witold zrobił pauzę, żeby rzucić okiem na czarny ekran milczącego telefonu. – Nie wiem, czy ma zespół Aspergera, czy to tylko jedna z wielu wydziałowych legend, ale podejrzewam, że większość historii, które o nim słyszałaś, została zmyślona.

– A co jest prawdą?

– To, że swoim podejściem do życia potrafi wysysać z innych energię. Jest toksyczny.

– To dlatego zdecydowałeś się na zmianę partnera?

– Ja? – Witold zaśmiał się chrapliwie. – To, że jestem szefem grupy dochodzeniowej, nie znaczy, że odpowiadam za dobór zespołu. Jako prosty policjant mam łapać przestępców, najlepiej jak potrafię. Decyzje kadrowe podejmują nasi specjaliści od zarządzania. Ale gdyby zależało to ode mnie, już dawno nie bylibyśmy partnerami. – Zmierzył Magdę wzrokiem. – To pomysł Szczebiota. Wie, że Kawęcki może dać wydziałowi wiele dobrego. Dlatego próbuje do niego jakoś dotrzeć.

– I liczy na to, że ja w tym pomogę? – zdziwiła się Magda.

– Może.

– Że gdy będzie pracować ze mną, przestanie chlać?

– Tak uważa Szczebiot. Ale moim zdaniem jemu już nikt nie jest w stanie pomóc.

Witold odebrał telefon w chwili, gdy znaleźli się na wysokości kamienicy, do której za kilka minut mieli wejść. Wychyleni do przodu, wpatrywali się przez przednią szybę samochodu w wysokie okna mieszkania na czwartym piętrze. Wraz z nimi robił to tłum gapiów ściśniętych po obu stronach chodnika.

– Wiesz, że Stare Polesie i Centrum to najbardziej niebezpieczne osiedla w Łodzi? – zapytał Witold.

– Specjalnie mnie to nie dziwi – odparła Magda.

– A mimo to ludzie, którzy tu mieszkają, czują się bezpiecznie. Przez to są potencjalnie łatwiejszymi ofiarami niż mieszkańcy miejskich peryferii, ciągle spłoszeni i przekonani, że za chwilę ktoś ich napadnie albo zgwałci. Nie są świadomi, że to w ich getcie czai się największe zło.

– Może to i dobrze. – Poczuła na sobie ciężki wzrok Witolda, ale pozostała skupiona na drodze. – Dzięki temu mniej się stresują.

– Ale żyją krócej.

W ślamazarnym tempie, przedzierając się przez ulicę zastawioną radiowozami, pokonali kilkaset metrów i zjechali na niewielki betonowy parking. Witold wysiadł i przegonił dwóch meneli, którzy próbowali wydębić od niego pieniądze. Przywitał się z pryszczatym, potarganym chłopakiem, który siedział na murku. Zaprowadził go do samochodu.

– Do której masz czas? – zapytał.

– Do dziewiętnastej – odparł chłopak.

Witold spojrzał na zegarek.

– Powinno wystarczyć. Jedyne, co musisz robić, to siedzieć w samochodzie i czekać, aż się obudzi. Wtedy zadzwonisz do mnie i przypilnujesz, żeby nigdzie nie poszedł. Jasne?

Chłopak pochylił się i spojrzał na mężczyznę śpiącego na tylnym siedzeniu. Pokiwał głową.

– Nie da się tego spierdolić – stwierdził Witold, wręczając chłopakowi pięćdziesięciozłotowy banknot. – Chodźmy – zwrócił się do Magdy.

We dwoje ruszyli w stronę kamienicy, a speszony małolat wsiadł do samochodu.

Pierwsi na miejscu zbrodni zjawili się gapie, głównie okoliczne męty, bliżsi i dalsi sąsiedzi, pracownicy pobliskich sklepów. Po nich przybyli przedstawiciele służb, policjanci i ratownicy medyczni. Niedługo później zaczęli pojawiać się dziennikarze.

Redakcja „Expressu Łódzkiego” mieściła się w ścisłym centrum miasta, w jednej z odrestaurowanych kamienic na Piotrkowskiej, dzięki czemu Alicja Mioduszewska była pierwszą reporterką, która dotarła na miejsce. A przynajmniej tak jej się wydawało. Zdążyła zebrać kilka informacji, zanim policjanci zapanowali nad chaosem wokół budynku i na wszystkie pytania zaczęli odpowiadać: „Bez komentarza”. Kiedy kilkanaście minut później funkcjonariuszy oblepili pozostali przedstawiciele mediów, licząc na zdobycie choćby strzępów wypowiedzi, nie byli w stanie uzyskać od nich nic, co dałoby się zacytować.

Alicja przeciskała się wówczas przez tłum gapiów.

Mężczyzna z ogorzałą twarzą i oddechem cuchnącym alkoholem:

– Widywałem ją, pewnie. Nie za często, ale widywałem. Młoda, wysportowana. Jak to mówią, dobrze wyposażona przez naturę. Chyba w miarę normalna, zwyczajna, porządna. Studentka, zdaje się. Co więcej można powiedzieć o człowieku?

Kobieta z fioletowymi włosami tworzącymi parodię irokeza:

– To ta studentka z czwartego piętra? Wydawała się taka spokojna, tajemnicza. Jakby smutna. Albo zamyślona, sama nie wiem. Szkoda wielka. To znaczy szkoda, że to ona. Choć oczywiście byłoby też szkoda każdej innej osoby, którą by to spotkało. Tragedia. Po prostu tragedia.

Mężczyzna z sadłem wylewającym się spomiędzy niezapiętej kurtki:

– To zwykłe kurwisko było. Bo to raz ją widziałem z jakimiś fagasami? Co rusz sprowadzała kogoś do mieszkania. Ta jej koleżanka też. Takie same były. Jeden czort. Może niezbyt poprawne będzie to, co powiem, ale chyba dobrze się stało, wie pani? Dobrze się stało, bo coś takiego nie mogło się ciągnąć w nieskończoność. Tak może uda się jakoś powstrzymać tę zarazę. A pani jak myśli? Coś to pomoże?

Kobieta ze łzami w oczach i makijażem spływającym z twarzy:

– Raz czy drugi widziałam ją w sklepie. To straszne. Taka młoda, grzeczna, uprzejma. Tyle życia miała przed sobą. Gdyby to był ktoś w moim wieku, jakaś pijaczka albo zła matka, toby nie było tak żal. Ale ona? Dwudziestoletnia dziewczyna? Boże kochany! Ja się teraz będę bać swoje dzieci na dwór wypuszczać, bo jeszcze ktoś je pozabija. W łeb da i będzie po wszystkim. I będzie koniec.

Alicja nie po raz pierwszy się przekonała, że ludzie to w zdecydowanej większości wariaci chorobliwie żądni sławy, choćby minimalnego zainteresowania ze strony jakiejś obcej osoby, albo panicznie bojący się wszystkiego, czego nie znajdują w swojej szarej codzienności. Tylko przez chwilę się łudziła, że znajdzie kogoś, kto powie jej coś, co będzie nadawało się do publikacji. Cokolwiek. Ale ludzie, którzy upierali się, że znali ofiarę, nie potrafili określić jej wieku ani opisać wyglądu. Jedni nie wierzyli, że ktoś mógł ją zamordować, inni bez zająknięcia wymieniali całą listę sprawców. Niektórzy traktowali język polski jako narzędzie służące wyłącznie do oddzielania rzucanych wściekle kurew. Z gburowatego bełkotu polskiej tłuszczy wyłaniał się dołujący obraz nizin społecznych, stworzonych z konfabulantów, pieniaczy i wypłoszów. Jedni nienawidzili drugich. Wszyscy nienawidzili wszystkich.

 

Muszę się stamtąd wydostać, pomyślała Alicja, zanim ten rozemocjonowany motłoch odbierze mi chęć do życia.

Szybkim krokiem pokonała kilkaset metrów i weszła do pierwszej kawiarni, na jaką trafiła po drodze. Zanim zamówiła kawę, poprosiła barmana o hasło do Wi-Fi. Zajęła miejsce przy najbliższym wolnym stoliku i wyciągnęła laptopa z torby. Pospiesznie spisała kilka informacji i zadzwoniła do Piotrka Wochyńskiego, który pełnił w niedzielę dyżur w internetowej redakcji „Expressu”.

– Właśnie wysyłam ci dwa maile. W pierwszym znajdziesz krótkie wprowadzenie do sprawy, kilka faktów, które udało mi się ustalić, i wypowiedź policjanta, który zdążył cokolwiek powiedzieć, zanim starsi koledzy zatkali mu usta. Dasz radę to dodać do newsa?

– Jasne – odparł lapidarnie Piotrek.

– W drugim mailu znajdziesz kilka zdjęć budynku, w którym doszło do zabójstwa. Robiłam je w pośpiechu i przy słabym oświetleniu, więc na jedynkę żadne z nich się nie nadaje. Warto je jednak wstawić do materiału.

– Pewnie. Poczekaj chwilę – powiedział Piotrek i zamilkł, żeby porozumieć się z kimś z redakcji. Po chwili oznajmił: – Zaraz do ciebie oddzwonię.

Dwie minuty później telefon Alicji zawibrował. Podniosła go ze stołu i zaklęła. Na wyświetlaczu pojawił się numer Kornelii Lemiesz, szefowej działu miejskiego i zastępczyni redaktora naczelnego. A przy okazji jedynej osoby w redakcji, której Alicja szczerze nie znosiła.

– Musimy popracować nad twoim tytułem – powiedziała na powitanie Kornelia.

– Dlaczego?

– Jest słaby.

Alicja zacisnęła dłoń na gorącej filiżance.

– Nudny. Nijaki. Lead zresztą też. Potrzebujemy kilku mocnych określeń, które wciągną czytelnika do gry.

– „Zabójstwo” jest według ciebie słabym określeniem, nie wciąga do gry? – zapytała, starając się zatuszować frustrację.

– Musimy to zmienić, w takiej formie tego nie puszczę. Zredaguję twój tekst, a ty postaraj się dowiedzieć czegoś więcej o sprawie.

Rozłączyła się.

Alicja wiedziała, w jaki sposób pracuje Kornelia i czym skończy się jej ingerencja w tekst. Zadzwoniła do Piotrka.

– Przepraszam – wymamrotał szeptem. – Doskoczyła do mnie, gdy tylko się zorientowała, że rozmawiam z tobą.

– Nie ma sprawy, znam ją nie od dzisiaj. Mam tylko jedną prośbę – powiedziała. – Usuniesz moje nazwisko z tekstu?

– A co, wstydzisz się swojej pracy?

– Nie swojej. Jej.

Zapłaciła za niewypitą kawę, spakowała komputer do torby i wyszła z kawiarni.

Potworny ból głowy przywrócił Tomka Kawęckiego do życia. Suchość w ustach ledwo pozwalała mu przełknąć ślinę. Gdy ją przeciskał przez ciasny, uzbrojony w kolce przełyk, czuł się tak, jakby mu ktoś rozcinał nożem gardło. Musiało upłynąć kilkadziesiąt sekund, zanim na spuchniętej wardze wyczuł skrzepniętą krew i rozpoznał znajomy smak wymiocin.

Otwierał oczy i ponownie je zamykał, silnie zwierając przy tym powieki. Miał nadzieję, że zdoła dzięki temu przenieść rozrywający czaszkę ból na inne części ciała, na ramiona lub ręce, a przy odrobinie wysiłku nawet na nogi. Kiedy przyzwyczaił się do cierpienia, począł rejestrować niewyraźne obrazy wyłaniające się z migawek. Próbował wędrować wzrokiem po klaustrofobicznym pomieszczeniu, w którym go umieszczono. Zaczynał reagować na bodźce słuchowe. Radio. Serwis informacyjny. Łódź. Zabójstwo. Strzępy informacji wpadały do jego świadomości, ale po chwili się ulatniały, a on tracił przytomność i zapadał w sen.

Po jednym z przebudzeń poczuł niespodziewany przypływ energii. Wspierając się na rękach, podniósł się z kanapy. Dopiero wtedy się zorientował, że nie leży w pomieszczeniu, tylko w samochodzie. I że na przednim siedzeniu pojazdu jest jakiś człowiek. Widział go jednak jak przez mgłę. Opuścił więc głowę, skupiając wzrok na umazanych wymiocinami spodniach.

– Obudził się.

Kawęcki ponownie uniósł swój ołowiany łeb. Długowłosa, potargana istota z pryszczami na twarzy przyglądała mu się z lękiem, przyciskając do ucha telefon. Rozmawiając, a właściwie słuchając rozmówcy, usilnie próbowała wyciągnąć coś z kieszeni. W końcu wyjęła kluczyki i włożyła je do stacyjki. Czekała na kogoś, nerwowo wyglądając przez uchylone okno samochodu. Kawęcki nie potrafił rozpoznać po głosie, czy to kobieta, czy zniewieściały mężczyzna.

Ale zrozumiał, co się stało. A w zasadzie – co się nie wydarzyło. Nie umarł. I nie zanosiło się na to, żeby miał umrzeć niebawem.

A to martwiło go najbardziej.

Kiedy ktoś pytał Witolda Ptaka o najstraszniejszą rzecz, z jaką spotkał się w pracy, on za każdym razem relacjonował tę samą historię.

Opowiadał o tym, jak jednego ze swoich pierwszych dni w policji, na początku lat dziewięćdziesiątych, wraz z partnerem Władysławem Górą, dobijającym pięćdziesiątki grubasem z esbecką przeszłością, wylądował w niedawno wybudowanym bloku na Teofilowie. Wszystko było w nim nowe: począwszy od domofonu przez śnieżnobiałą klatkę schodową, w której nadal pachniało farbą, na drzwiach antywłamaniowych skończywszy. Nawet mieszkańcy bloku wydawali się zupełnie nieużywani. Idealny obraz psuł jedynie zamek w drzwiach do mieszkania pod trójką, który wyglądał jak po interwencji domorosłego MacGyvera.

Opowiadając tę historię, Witold zawsze podkreślał, że gdy weszli do środka, omal nie podeptali zwłok. Mężczyzna, którego ciało blokowało wejście do mieszkania, miał na sobie białą koszulę, zaprasowane w kant spodnie i nienaganną fryzurę. W zasadzie od razu można było go kłaść do trumny. Podobnie jak jego żonę. Leżała kilka metrów dalej, ubrana w elegancką garsonkę, czarne rajstopy i buty na obcasie. Z jedną ręką wyciągniętą wzdłuż tułowia, a drugą uniesioną nad głową, przypominała kraulistkę. Natomiast w pokoju, do którego wstępu broniła drewniana kotara, znajdowało się ich dziecko. Maleńkie, najwyżej kilkutygodniowe. Do tego stopnia jeszcze nieukształtowane, że Witold i Góra nie potrafili określić jego płci. Wiedzieli tylko, że nie oddycha. Najprawdopodobniej od dawna.

Ale to nie ciała, na które natrafili w mieszkaniu, były w tym wszystkim najgorsze. Nie to, że po przepracowaniu zaledwie kilku tygodni w policji natknął się na martwego noworodka, największy koszmar każdego policjanta. Najgorsze było to, że mieszkanie wydawało się sterylne. Nie unosił się w nim fetor rozkładających się zwłok, fekaliów i Bóg wie czego jeszcze, tylko owocowy zapach środków czyszczących. Meble i podłogi pachniały cytrynowym płynem do mycia drewna, a łazienkę wypełniała intensywna woń kostek zapachowych. Stojące na szafce buty były nawoskowane czarną pastą. Wszystkie ubrania leżały na dnie szafy w identycznych kupkach, jak gdyby miały zaświadczyć o czyjejś pedantycznej dewiacji. Ale najgorszy był salon. To tam, w jego centralnym punkcie, znajdowało się kilkanaście fotografii noworodka, oprawionych w jednakowe białe ramki i w równych odstępach zawieszonych na ścianie.

Kiedy jednak Witold stał w przedpokoju mieszkania na Próchnika i ściskał w zębach niezapalonego papierosa, nie był pewien, czy nadal będzie opowiadał tę historię.

Bo właśnie zdobył lepszą.

– Telefon.

– Co?

Magda Giętka wycelowała w Witolda palcem.

– Telefon ci dzwoni. Odbierz.

Jej słowa dotarły do niego z dużym opóźnieniem. W końcu zdjął lateksowe rękawiczki, rozsunął suwak papierowego kombinezonu ochronnego, który musiał na siebie założyć, żeby móc obejrzeć miejsce zbrodni, i zanurkował do kieszeni. Przez dobre kilka sekund wpatrywał się w wyświetlacz telefonu. Przez kilka kolejnych obracał trzymanego w ustach papierosa, bezmyślnie wpatrując się w Magdę. Był blady. Bardziej niż ściany mieszkania na Teofilowie, do którego przed laty wparował z tłustym esbekiem, aby podziwiać efekty rozszerzonego samobójstwa.

– Aż tak źle? – zapytała Magda, która w pośpiechu wciskała się w kombinezon.

– Gorzej.

Witold wyciągnął w końcu papierosa z ust. Ścisnął go w dłoni.

– Nie wchodź tam – powiedział.

– Muszę. Taka praca. Poza tym nieźle się nakombinowałam, żeby ubrać się w to cholerstwo.

Witold wyciągnął rękę. Zagrodził Magdzie drogę.

– Kiedyś mi za to podziękujesz – powiedział.

Magda zatrzymała się i spojrzała na niego. Nie żartował. Ale ona też nie. Chwyciła jego rękę i powoli ją opuściła.

– Nie będę musiała. A przynajmniej nie za to.

Tomek Kawęcki długo gmerał w kieszeniach spodni. W końcu wyciągnął z jednej garść papierków, parę monet, banderolę po wódce i kilka połamanych, sypiących tytoniem papierosów. W drugiej znalazł jedynie puste pudełko po zapałkach i dziurę, przez którą musiała się ulotnić większość zawartości.

– Masz ogień? – wycharczał, po raz pierwszy od wielu godzin wydobywając głos z gardła.

– Tu nie wolno palić.

Policjant popatrzył na pryszczatą twarz nastolatka przypiętą do zbyt dużej głowy, którą z trudem utrzymywało wątłe ciało.

– Przecież to nie twój samochód.

– Skąd wiesz?

– Widziałeś kiedyś faceta, który we własnym samochodzie siedziałby na miejscu pasażera?

Kawęcki obnażył udawaną pewność siebie chłopaka. Małolat niemal zapadł się w sobie.

– Tym samochodem jeździ kobieta. Mężczyźni nie wieszają misiów pod lusterkami i nie przypinają futrzanych breloków do kluczyków. Chyba że są pedałami. – Kawęcki uchwycił w lusterku wzrok chłopaka. – Jesteś pedałem?

– Nie jestem.

– A mówisz i wyglądasz jak pedał.

Małolat milczał, bojąc się cokolwiek powiedzieć. Miał pilnować cywilizowanego człowieka z problemem alkoholowym. Niegroźnego i małomównego. Tymczasem wpatrywał się w niego agresywny brudas przypominający narkomana na głodzie. Można było się po nim spodziewać okropnych rzeczy. Również tego, że za chwilę się na niego rzuci i rozłupie mu głowę o kierownicę. Zastanawiał się, czy Witold nie wrobił go w pilnowanie jakiegoś przestępcy.

– Ile masz lat? – zapytał Kawęcki.

– Dziewiętnaście.

– Niewykluczone, że jeszcze nie jesteś świadomy swojej orientacji. Chłopaki w twoim wieku, zamiast rozmawiać, obrzucają się gównem. Wyzywają się od ciot i wyliczają, kogo i ile razy dymali Murzyni. Nakręcają się wzajemnie, tworząc środowisko, w którym posuwający się faceci uchodzą za największych zwyrodnialców. Może się okazać, że odrzucasz swój homoseksualizm podświadomie, byle nie być zgnojonym przez otoczenie.