TuskulandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Krzysztof Daukszewicz, 2015

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz / Panczakiewicz art.design

Zdjęcie na okładce

Marcin Kaliński/PAP

Ilustracje w tekście

Henryk Sawka

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8069-648-8

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Motto tej książki:

„Nie należy być ślepym z żadnej strony”.

(pan Kazio, taksówkarz)

Motto nieustające:

„Prawda jest jak dupa, każdy ma swoją”.

(policjant z Kielc)

Motto usprawiedliwiające wszystkich,

którzy się w tej książce znaleźli:

„W demokracji każdy ma prawo być idiotą”.

(?)

Książkę tę dedykuję mojemu Ciepełku, które mnie dopadło i dzięki Bogu nie odpuszcza.


Wybrałem się na spacer, żeby spojrzeć na stolicę przed zbliżającymi się wyborami, bo nie wiadomo, co po nich będzie. Najpierw poszedłem pod sejm popatrzeć na parking dla nowych posłów. Chciałem zobaczyć, czy jest tam miejsce na furmanki, ponieważ kampania wyborcza pokazała nadmiar słomy w butach. W okolicach parlamentu, przepraszam za słowo „parlament”, usłyszałem dowcip, jak to na sejmowy parking podjechał nikomu nieznany obywatel i natychmiast podbiegła do niego straż marszałkowska. Gdy go wylegitymowała, okazało się, że gość ów nie ma immunitetu ani żadnego dowodu na to, że należy gdziekolwiek, więc jeden ze strażników mówi:

– Proszę natychmiast stąd odjechać!

– A niby dlaczego?

– Ponieważ jest to, proszę pana, parking wyłącznie dla posłów, senatorów oraz rządu!

– Nie szkodzi – odpowiedział nieuświadomiony obywatel. – Włączyłem alarm.

Dobrego czytania

Krzysztof Daukszewicz


9.10.2011

Dawno, dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma rzekami i za siedmioma pootwieranymi granicami odbywały się wybory do sejmu. W dzień, kiedy idziemy do urn, do godziny dwudziestej pierwszej nikt nie powinien wiedzieć, ilu nas poszło na wybory i na kogo się głosuje. To jest tajemnica. Siedzieliśmy więc w domu i popijając winko, raz białe, raz czerwone, bo jesteśmy patriotami, czekaliśmy. Wypiliśmy po butelce na głowę i zabieraliśmy się do następnej, żeby w razie czego każdy wynik nam się spodobał, i nagle, koło godziny osiemnastej, Wiola, przeglądając Internet, mówi:

– Popatrz, Krzysiu, jaki dziwny komunikat pojawił się na mojej stronie. „Ceny dań w restauracji POLONIA z godziny siedemnastej:

Śledź po kaszubsku – 34,90,

Kaczka w sosie własnym – 29,80,

Sałatka białostocka – 10,00,

Barszcz czerwony – 9,20,

Chłopskie jadło – 8,90”.

− Ożeż w mordę, to szyfr!!! – wołam i na wszelki wypadek podłączam się, żeby otrzymać wiadomość, co się dzieje z PJN-em, bo martwię się o panią Jakubiak. Jeśli przepadnie, to już nikt tak skutecznie i łagodnie nie będzie mnie usypiał. Pytanie też nadaję w sposób zakamuflowany.

–Jaka zupa jest najtańsza?

– Krupnik – po kilkunastu sekundach otrzymuję odpowiedź.

– A z jakiej kaszy? – dopytuję, czując się jak twórca Enigmy.

– Pęczaku Jest Najmniej.

Wygląda na to, że po PJN-ie. Na drugim komputerze, który też jest na wszelki wypadek włączony, zabawiano się w sklep, w którym o godzinie dziewiętnastej można było kupić:

POry – 34,20,

PiStacje – 28,30,

Buraki – 8,40,

Kartofle prosto z pola – 8,50.

Ciekawy jestem, co tutaj wymyślą na Ruch Palikota?

I już widzę.

Kinder niespodzianka – 10,00.

… … …

W związku z zabawą w szyfrowanie tego, co wydawało się, że jest tajne, doszło u moich sąsiadów do zabawnej sytuacji. Przyszedł do nich znajomy, nie za bardzo lotny, kiedy oni też fascynowali się oglądaniem tego, czego oglądać do dwudziestej pierwszej nie powinni. I ten znajomy zajrzał przez ramię do laptopa stojącego na stole, zobaczył ten „cennik” i powiedział:

– Co oni ocipieli w tym sklepie? U nas dzisiaj kupowałem kartofle po 2,20.

… … …

O godzinie dwudziestej pierwszej potwierdziły się wyniki i z restauracji Polonia, i ze spożywczaka. I w tym momencie narodziła się w mojej głowie myśl, żeby zacząć pisać Tuskuland.

… … …

Jeżeli ktoś z Czytelników tej książki natknie się na tekst, który w jakiejś formie pojawił się wcześniej w Internecie, to oświadczam, że z niego skorzystałem. Sumienie schowałem po usłyszanej rozmowie pewnego elektryka z moim kumplem Andrzejem, kompozytorem i tekściarzem. Elektryk na wstępie poinformował, że właśnie słucha jego ostatniej płyty. A na pytanie, gdzie ją nabył, usłyszał, że ściągnął ją z Internetu.

– To w takim razie pan mi ten prąd też powinien zrobić za darmo – zasugerował i usłyszał w odpowiedzi:

– Widzę, że pan nie dość, że pisze piosenki, to jeszcze potrafi zażartować.

W tej sytuacji, skoro istnieje prawo dżungli, to i ja z niego skorzystam.

16.11.2011

Wiersz wydrukowany w „Naszym Dzienniku”, napisany w obawie przed nadchodzącą zarazą liberalizmu:

Janie Pawle II

z wielkim niepokojem

ja ten wiersz ślę z Polski

na niebieskie podwoje

I pytam

Jak dziś działać

dla dobra Ojczyzny

by serc polskich nie zatruł

trąd liberalizmu?

16.11.2011


Michał Urbaniak, znakomity jazzman, oceniając Polaków i Szwajcarów: „Polacy są cholernie skostniali. Ale nie ma się czym przejmować – Szwajcarzy są gorsi. Szczególnie ci z kantonów niemieckich. Szkoda takiego pięknego kraju dla nich. Bez napalmu ani rusz. To państwo policyjne w najgorszym wydaniu. Poza tym faszyzm, nacjonalizm i największe kurestwo na świecie”.


Jechałem do Myśliborza, miasta położonego niedaleko granicy z Niemcami, gdzie co roku odbywa się SMAK − spotkanie autorów i kompozytorów, w którym bardzo często biorę udział. W okolicach Gorzowa Wielkopolskiego zatrzymałem się na stacji benzynowej, żeby zatankować paliwo i coś szybko zjeść. Stojący za mną w kolejce do kasy kierowca zapytał:

– A pan dokąd jedzie, panie Krzysiu?

– Do Myśliborza.

– A ja kupiłem nowe auto i ruszam w Europę.

– I co pan tam będzie robił?

– Jeszcze nie wiem. Jeśli znajdę robotę, to będę pracował, a jeśli nie znajdę, to będę zwiedzał.

Okazało się, że mój rozmówca był wcześniej zawodowym kierowcą tirów i trochę Zachód znał, a ponieważ firma, w której pracował, upadła, szukał nowego sposobu na życie.

– Widziałem, że ma pan CB-radio, to myślę, że pan wie, jak nazywamy tu drogi dojazdowe do granicy?

– Nie wiem, rzadko tu bywam.

– Cztery K.

– Co to znaczy?

– Koleiny, kurwy, karły i krasnale.

I już wiedziałem, że mam nową piosenkę z dobrym refrenem.

W tekście jest kilka słów, które dla osób nieposiadających CB-radia mogą być niezrozumiałe, więc od razu tłumaczę:

misie – policjanci z drogówki

suszarka – radar

mobilki – kierowcy

szlifierki – bardzo szybkie motocykle

skoroświtki – kombinujcie

Wersal – pałac pod Paryżem

Droga do granicy

Kupiłem nowe auto, żeby wreszcie ruszyć w Polskę,

bo w starym odwiedziłem już, co było koło domu blisko,

ale przez radio mówią, że nad morzem ciągle pada,

a w górach w środku lata, tego roku, lodowisko.

Postanowiłem więc wyjechać, ruszyć w Europę,

bo i paszportu nie potrzeba teraz ani żadnej wizy.

Wystarczy dowód osobisty, śpiwór w bagażniku,

a reszta, jak to mówią starzy kumple, ryzyk-fizyk.

Może tu jeszcze wrócę

lub nie wrócę tutaj wcale,

żegnajcie, koleiny, kurwy, karły i krasnale.

Po drodze wyprzedzają mnie furiaci na szlifierkach.

Ich motocykle wyją na najwyższych już obrotach,

lecz to ich życie, ich wiatr w oczy, czasem tylko chwilka,

ja nie wiem, co mnie bardziej kręci, Wersal czy robota.

Kierowcy na postoju mówią: – Koleś, olej Danię,

bo w kraju tym nie cierpią dzisiaj czarnych i Polaków,

więc pies ich ganiał, trzeba mieć swój własny honor,

niech sami grzebią w kiblach albo stoją przy zmywaku.

Może tu jeszcze wrócę

lub nie wrócę tutaj wcale,

żegnajcie, koleiny, kurwy, karły i krasnale.

A na poboczach stoją bardzo chętne skoroświtki

i pokazują napalonym, co im mogą zrobić w minut kilka.

 

A za zakrętem misie przyczajone w czarnej vectrze,

za swoje marne pensje chcą się wyżyć na mobilkach.

I już granica, nikt nie węszy, nikt już tu nie wrzeszczy,

minęły czasy tych pajaców z dawnego NRD-owa,

teraz już tylko w moim aucie gaz do dechy.

Cześć, upierdliwy kraju, co się topisz w głupich słowach,

Może tu jeszcze wrócę

lub nie wrócę tutaj wcale,

żegnajcie, koleiny, kurwy, karły i krasnale.

… … …

W tym miejscu się pochwalę: otóż tę piosenkę przetłumaczył na język czeski i włączył do swojego repertuaru Jaromir Nohavica. Z tego powodu autor jest cały w skowronkach.

13.12.2011

Przyszła kolejna rocznica wprowadzenia stanu wojennego i w mediach na nowo rozgorzały dyskusje, kto ma prawo do tego, by obchodzić ten dzień, kto powinien był wtedy siedzieć, a kto odpowiedzieć za to dzisiaj.

Siedziałem przy kawiarnianym stoliku, czekając na przyjaciela, kiedy podszedł do mnie starszy pan w podniszczonej kurtce, czapce maciejówce i butach, które od Bóg wie kiedy nie były pastowane.

– Można się dosiąść? Jak się zwolni miejsce, to się przesiądę. Przepraszam, ale nie mam sił czekać na stojąco.

– Proszę bardzo.

Usiadł, poprzyglądał mi się i odezwał się znowu:

– Chyba pana poznałem. Pan jest redaktorem.

– Można tak powiedzieć.

Zamówił kawę i zapadł się w sobie. Wyglądał na jednego z tych, co to nie cierpią pochmurnych, zimowych dni i przez to nie cierpią wszystkiego wokół.

– Dzisiaj rocznica stanu wojennego, był pan internowany? – zapytał.

– Nie. Nie spełniałem kryterium.

– I nie było panu przykro?

– Też nie.

– A mnie było, panie redaktorze. Trochę konspirowałem, działałem w różnych strukturach, nawet żona miała o to pretensje. „Źle na tym wyjdziesz!”, mówiła. I kiedy trzynastego rano zobaczyłem, że nie ma Teleranka, od razu wiedziałem, że stało się coś niedobrego.

– I co pan wtedy zrobił?

– Oczywiście, tak jak wszyscy działacze, oprócz pana, czekałem na internowanie. Czekałem do późnego wieczora. Na wszelki wypadek otworzyłem drzwi, żeby ZOMO wiedziało, gdzie mieszkam. I czekałem. I żadnych kroków na klatce schodowej. Wie pan, jak takie czekanie jest wkurzające? Może bloki pomylili, myślałem. Straszne godziny. Dzieci przerażone, żona płacze w kuchni, a ja nie wiem, co robić. Straszne.

– I co pan zrobił, kiedy doszło do pana, że nie przyjdą?

– O dwudziestej trzeciej postanowiłem, że sam się do nich zgłoszę. Zaoszczędzę nerwów sobie i rodzinie. Żona zrobiła mi mocnej herbaty do termosu, dwie kanapki z żółtym serem, bo wędlinę jadły tylko dzieci. Ucałowałem wszystkich i powiedziałem: „Idę, kochani. Na mnie już czas. Nie czekajcie”. Wtedy żona rzekła: „Nie idź teraz, bo jest godzina milicyjna. Jeszcze cię aresztują i nie trafisz do interny”. Pomyślałem, panie redaktorze, że ma rację, i rozłożyłem łóżko polowe w przedpokoju, na wszelki wypadek, bo może przyjdą w nocy i pobudzą dzieci. Ale noc minęła spokojnie, tylko przez otwarte drzwi ktoś nawrzucał antypaństwowych ulotek, tak że się rano przestraszyłem, że mogę pójść siedzieć nie za swoją działalność.

– I co dalej? – Ta historia zaczynała mnie coraz bardziej wciągać.

– Rano, po śniadaniu, nie wytrzymałem i mówię do dzieci, bo żona już od świtu stała w kolejkach: „Powiedzcie mamie, że poszedłem do Białołęki”.

– Dlaczego akurat do Białołęki? – pytam.

– Bo miałem najbliżej, jakieś cztery kilometry piechotą, więc nie było problemów z dotarciem. Córeczka założyła mi na szyję krzyżyk, który otrzymała na pierwszej komunii, i ruszyłem.

– I dotarł pan bez przeszkód?

– Bez najmniejszych. Ale niech pan sobie wyobrazi, panie redaktorze, że więzienie było zamknięte. Zapukałem do żelaznych drzwi, ale nikt nie odpowiadał, to zacząłem tłuc w nie termosem, żeby ktoś mnie usłyszał, bo ja się lekceważyć nie dam. Po pięciu minutach wychylił się zza nich klawisz z kałachem i zapytał: „Czego?”. „Przyszedłem się internować”, powiedziałem z godnością. „Papiery masz?!”, zapytał. „Nie mam, bo nie wiem, jakie są potrzebne”. A on do mnie: „Jak nie wiesz, to spierdalaj!”.

– I co pan wtedy zrobił?

– Spierdoliłem, panie redaktorze. A wie pan dlaczego?

– Skąd mam wiedzieć?

– Bo przede wszystkim nie znoszę chamstwa.

– Ale jak się pan czuł, kiedy pana pogonili?

– Szczerze?

– Szczerze.

– Jak zbity pies. Mało tego, jak zwykły chuj, ponieważ taka postawa wobec mnie była niemiłym zaskoczeniem.

– Ale za co niby mieli pana zamykać? Co pan takiego zrobił, żeby przejść do historii?

– A przechodził pan może kiedyś w naszym mieście ulicą Źródlaną?

– Nawet nie wiem, gdzie ona jest.

– Odchodzi od Podleśnej.

– Ta też nic mi nie mówi.

– Ale gdyby pan tą ulicą przechodził w roku osiemdziesiątym, to na garażu, od strony lasu, tak więc musiałby pan iść polami, było namalowane: „PRECZ Z KOMUNĄ”, a pod tym napis: „TPP”.

– Co oznaczało TPP?

– TUTEJSI POLACY PATRIOCI.

– I za to miałby pan być internowany?!

– A dlaczego nie? Nie za takie rzeczy wtedy sadzali.

– A czy pan wie, że nawet prezesa Kaczyńskiego nie internowano? A pan by chciał za pomalowanie garażu?

– A od tej strony nie patrzyłem na to. I wie pan co? Ulżyło mi dzięki tej rozmowie z panem – powiedział, płacąc za kawę.

– Cieszę się bardzo. A dlaczego?

– Bo zastanawiałem się, czy nie wystąpić do władzy o odszkodowanie za straty moralne, ale skoro pan Jarosław tego nie zrobił, to i mnie nie wypada.

… … …

Tekst dedykowany wszystkim tym, którzy myśleli i dalej myślą, że jak krzykną: „Precz z komuną!”, to robi to wrażenie.

… … …

Mój osobisty, udokumentowany udział w stanie wojennym to sześciokrotne wzywanie na kolegium karno-administracyjne Warszawa-Śródmieście za używanie sygnału i manie świateł na rondzie koło rotundy w dniu trzynastego marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku. O tej historii w ogóle bym nie pamiętał, gdyby nie to, że tego samego dnia na kolegium stawał przede mną obywatel, który przewoził spod Siedlec do swojego mieszkania na Żoliborzu kontrabandę w postaci półtuszy wieprzowej, salcesonu kilogramów dwa oraz sześć pęt kiełbasy wędzonej sposobem domowym. Kolegium oraz zarekwirowanie szkodliwych społecznie towarów otrzymał, ponieważ na pytanie patrolu Milicji Obywatelskiej:

– Co tam przewozicie w bagażniku?

Odpowiedział:

– Nie powiem.

– A jak wam odświeżymy pamięć? – Sięgnęli do pał.

– Nie powiem.

– A teraz powiecie? – zapytano go znowu, kiedy już solidnie oberwał.

– Tak, teraz powiem.

– To co tam przewozicie?

– Pszczoły luzem.

… … …

To może żarcik równie abstrakcyjny:

Kierowca dużego tira co jakiś czas zatrzymywał ciężarówkę na poboczu, metalowym drągiem walił w kontener, po czym jechał dalej.

– Dlaczego pan tak tłucze tę skrzynię? – zapytał świadek.

– Wiozę pszczoły i jak walnę drągiem, to one latają, a mnie lżej się jedzie.


Hańba, hańba – zdrada, zdrada!

Miastem idzie tłum, bo się zrobił boom,

By publicznie chcieć okazywać płeć

A najlepiej to w wielkich love paradach

Więc jedni krzyczą: – Hańba, hańba!!!

Drudzy na to: – Zdrada, zdrada!!!

I nad miastem stąd też kadzideł swąd.

Kiedy mijasz sejm, czapkę z głowy zdejm,

Bo podobno czasem ktoś mówi z sensem dość,

Ale z sensem tu długo nie pogadasz,

Bo jedni krzyczą: – Hańba, hańba!!!

Na to drudzy: – Zdrada, zdrada!!!

A nad wszystkim Ruś, ciągle wredna cóś.

W sali walnął bąk i nie był znad łąk,

Ale stał się cud, bo ktoś wyczuł smród,

Z ławy krzyknął ktoś, że tu nie wypada,

Więc znowu jedni: – Hańba, hańba!!!

Na to drudzy: – Zdrada, zdrada!!!

A tymczasem smród powędrował w lud!!!

Honor ważna rzecz, kiedy spojrzysz wstecz.

Dziś, jak mawia w bloku cieć: – Trza go najpierw mieć.

Ale skąd go brać, kiedy tak się składa,

Że jedni tylko: – Hańba, hańba!!!

Na to drudzy: – Zdrada, zdrada!!!

I przepadł jak dzień nawet orła cień!

Gdy przemawia gej, to się z niego śmiej,

Bowiem każdy z nas ma gdzie indziej pas.

Gej to w sejmie ktoś z odmiennego stada,

Więc jedni znowu: – Hańba, hańba!!!

Na to drudzy: – Zdrada, zdrada!!!

Bo jaki w sejmie Lech, taki w ławach śmiech!

I tak cały czas rozum idzie w las

I straszy jak zbir, polityczny świr.

Morał piosenki tej, że z takim nie pogadasz,

Który w głowie tylko ma: – Hańba, hańba!!!

Zdrada, zdrada!!!

Bo dojrzy bystry widz, że w głowach więcej nic.


Na lekcji religii:

– Mój brat mówi, że Pan Bóg jest gejem.

– Skąd u niego taki pomysł?

– On mówi, że gdyby nie był, toby nie było tęczy na niebie.


„Zawiadamiamy, że z powodu choroby aktorki gramy dzisiaj tylko spektakl Homoseksualista”.


Wicepremier Waldemar Pawlak powiedział, że jeżeli ktoś chce dożyć szczęśliwej starości, to nie powinien liczyć na ZUS, tylko na własne oszczędności lub własne dzieci. A ponieważ jest drugi na liście osób najbardziej godnych zaufania w naszym kraju, postanowiłem, że i ja mu zaufam. Akurat tak się złożyło, że jestem w wieku emerytalnym i też chcę dożyć szczęśliwej starości, wybrałem się więc w odwiedziny do moich pociech. Najpierw do córki.

– Pomożesz mi? – zapytałem, wyjaśniając, jaki mam problem.

– Tato, chętnie bym ci pomogła, ale w kwietniu rodzę i muszę najpierw uzbierać na wózek.

– Rozumiem.

Pogłaskałem ją po brzuszku i poszedłem pogadać z synami. Zacząłem od najstarszego.

– Chcę, żebyś mi pomógł.

– A co się stało?

– Jestem emerytem.

– A ja bezrobotnym.

– Z twoim wykształceniem? – A jest po historii i politologii.

– Niestety, tato, mój problem polega na tym, że uważam powstanie warszawskie za niepotrzebny zryw, a to, co się stało pod Smoleńskiem, za niepotrzebną katastrofę.

– Z taką oceną historii to ty rzeczywiście pracy nie znajdziesz.

– Dzięki za pocieszenie.

Zapukałem do młodszego z taką samą propozycją.

– Ojciec, jak mam ci pomagać? Na etacie w teatrze mam niecały tysiąc trzysta złotych miesięcznie.

– To rzeczywiście tak, jakbyś sam już był na emeryturze.

– Dzięki za komplement.

Do najmłodszego zatelefonowałem.

– Nie mogę, kończę studia.

– A co będziesz robić, kiedy skończysz?

– Jeżeli dołożysz mi do skutera, to będę rozwoził pizzę.

Dzieci skreśliłem. Muszę liczyć na własne oszczędności i włożyć je na lokaty długoterminowe, pomyślałem po lekturze artykułu Oszczędzajcie dłużej, bo banki stracą dech. Zrozumiałem, że to by było gorzej dla kraju, niż gdybym ja przestał dychać. Wyciągnąłem spod siennika schowane w skarpecie tysiąc złotych i z tym bogactwem udałem się do banku.

– Jeżeli ulokuję u was pieniądze, to jaki otrzymam procent?

– Bardzo wysoki pięć procent minus podatek Belki i nasza prowizja.

Pod pretekstem, że chce mi się siku, wyszedłem na ulicę i zacząłem liczyć. Od tysiąca złotych zysk to pięć dych, podatek Belki plus prowizja banku dycha, a więc mam tylko czterdzieści, ale zaraz, zaraz, jest jeszcze inflacja w tym roku trzy i pół procent, ale te liczy się od tysiąca, a nie od pięciu dych, więc tracimy jeszcze trzydzieści pięć… Czyli zostaje mi piątka. To tyle, co na autobus. To kto tu ma zysk? Bank, minister finansów i Marek Kondrat. Przełożyłem kasę do drugiej skarpety i schowałem pod materac.

 

PS Grecja dostała pomoc z Unii i natychmiast przysłano mi żart:

Do baru wchodzą Hiszpan, Włoch i Grek. Włoch mówi:

– Stawiam wszystkim!

– Kto płaci? – pyta Hiszpan.

Na to Grek:

– Niemiec.


Rockefeller spotyka Billa Gatesa.

– Dokąd idziesz?

– Do banku.

– Po co?

– W sprawie pożyczki.

– Ty?! W sprawie pożyczki?!

– Tak. Bank potrzebuje.