W stronę XenopolisTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Przedmowa

2  Xenopolis. Rzecz o wymknięciu się zasadzie przeciwieństwa, z udziałem dwóch mnichów, kobiety nad brzegiem rzeki, lekarza i filozofa

3  Tkanka łączna Tkanka łączna Limes i agora Most i człowiek Kultura i solidarność Eros i Mnemosyne

4  Pogranicze Głos Innego Czas prowincji Linia powrotu. O praktykowaniu pogranicza w dialogu z Czesławem Miłoszem

5  Europa Środka Etos pogranicza Kompleks Atlantydy Czerniowce. Zapomniana metropolia na rubieżach monarchii habsburskiej Duchowość Wilna Pomiędzy Timișoarą a Târgu Mureș Nasza Bośnia Wariacje kosowskie Zeszyt berliński

6  Ludzie pogranicza Mickiewicz: obywatel Xięgi Roth Zeitung Sacrum, faszyzm, Eliade. Na marginesie dziennika Mihaila Sebastiana Miłosz: inna wierność Ficowski: droga do odczytania popiołów Barańczak: rozszerzający się horyzont Klaić: Kulturträger Judt: starszy brat w myśleniu Venclova: człowiek z innej strony Jančar: człowiek z obrzeży Grudzińska-Gross: duch prawdy Aleksandravičius: nowoczesność i Litwa historyka

7  Co pozostaje Etos amatora Małe centrum świata W stronę kultury głębokiej

8  Nota redakcyjna

9  O autorze

Copyright © Międzynarodowe Centrum Kultury, 2019

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

tłumaczenie przedmowy z języka angielskiego Tomasz Bieroń koncepcja edytorska Łukasz Galusek opracowanie, redakcja i korekta Bożena Sowińska-Damm, Magdalena Petryna redaktorka prowadząca Marzena Daszewska projekt Biuro Szeryfy: Kuba Sowiński i Wojciech Kubiena (www.szeryfy.pl) fotografie Krzysztof Czyżewski fotografia autora © Vladas Braziunas

ISBN 978-83-66419-08-7

Międzynarodowe Centrum Kultury

Rynek Główny 25, 31-008 Kraków

tel.: 12 42 42 811, faks: 12 42 17 44

e‑mail: sekretariat@mck.krakow.pl www.mck.krakow.pl

Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer firmy Elibri

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

Przedmowa

Niczego mi, proszę pana,

Tak nie żal jak porcelany.

W napisanym w 1947 roku wierszu Piosenka o porcelanie Czesław Miłosz uderza w delikatną i nieoczekiwaną nutę. Wypisany na ścianie kawiarni nazwanej od jego tytułu, wiersz utrzymany do pewnego momentu w żartobliwym tonie przeciwstawia ponadczasowe szczęście młodości wstrząsom, które przełamują czas na dwoje – na dzieciństwo i dorosłość, na pokój i wojnę, na przedtem i potem. Różowe spodeczki i kwieciste filiżanki zostają na brzegu, miażdżone teraz przez gąsienice czołgu.

Kawiarnia mieści się w piwnicy odrestaurowanego dworu w Krasnogrudzie, czyli w miejscu, gdzie Miłosz jako młody człowiek spędzał letnie wakacje, pływając w jeziorze i pijąc herbatę z kwiecistych porcelanowych filiżanek. W tamtych czasach, w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego stulecia, położony niedaleko granicy Polski z Litwą dwór był pensjonatem prowadzonym przez dwie ciotki Miłosza. We wrześniu 1939 roku Polskę najechały nazistowskie Niemcy i Związek Radziecki; okolice Krasnogrudy najpierw zajęły sowieckie czołgi, a następnie niemieckie.

Sejneńszczyzna, gdzie leży Krasnogruda, w każdym sensie tego słowa była i jest pograniczem. W średniowieczu należała do Wielkiego Księstwa Litewskiego, które w 1385 roku zawarło unię z Królestwem Polskim. Dała schronienie rosyjskim starowiercom, którzy uciekali z Rosji po siedemnastowiecznych reformach religijnych. Na wsi mówiono po litewsku, białorusku, polsku i w jidysz. Nieopodal sejneńskiego rynku stoi Biała Synagoga. Niemcy wypędzili tamtejszych Żydów na wschód ku sowieckiej granicy, a w 1941 roku wymordowali ich po inwazji na ZSRR.

W 1944 roku Armia Czerwona wróciła, pokonując Niemców, a następnie również Polaków, którzy walczyli z Niemcami. W lipcu 1945 roku w okolicach Sejn czerwonoarmiści pojmali tysiące mężczyzn, którzy stawiali opór Niemcom i setki z nich zamordowali. Region znowu należał do Polski, tym razem komunistycznej. Litwa, teraz sowiecka republika, a nie niepodległe państwo, znowu była tuż za granicą. Pensjonat w Krasnogrudzie przestał istnieć, porcelanę na wszelki wypadek zakopano. Dwór, w którym Miłosz spędzał letnie wakacje, niszczał aż popadł w ruinę. Sam poeta wyemigrował i w 1947 roku napisał Piosenkę o porcelanie. Synagogę w Sejnach przeznaczono na użytek gospodarczy, co za komunizmu było częstą praktyką.

Krzysztof Czyżewski przybył do Sejn z przyjaciółmi w 1989 roku, kiedy skończył się komunizm. Wywodził się ze środowiska teatru alternatywnego, przede wszystkim należał do wędrownej trupy etnograficznej, która dążyła do uwydatnienia rozmaitych tradycji ludowych w oficjalnie jednorodnym kraju. Czyżewski i jego przyjaciele otrzymali zgodę na użytkowanie synagogi (najpierw od miasta, a po restytucji majątku żydowskiego od gminy żydowskiej) i przekształcili ją w scenę dla spektakli teatralnych i muzycznych. Zaczęli publikować książki o pograniczach, między innymi Sąsiadów Jana Tomasza Grossa. Czesław i Andrzej Miłoszowie powierzyli im krasnogrudzki dwór, który został odbudowany jako centrum dialogu. Powstałe w Krasnogrudzie i w Sejnach Ośrodek i Fundację „Pogranicze” cechuje swoisty stosunek do przeszłości.

Po upadku komunizmu w 1989 roku w Polsce i być może w całej Europie Środkowo-Wschodniej obowiązywały dwa rozumienia przeszłości. Najbardziej słyszalne były głosy, które natychmiast oznajmiły, że historia się skończyła, a przyszłość należy do przewidywalnej demokracji liberalnej. Wszyscy jesteśmy racjonalnymi podmiotami, które kapitalizm wiedzie ku demokracji i nie ma zapotrzebowania na odrębne pamięci i tradycje. Niedługo jednak nastąpiła reakcja pod hasłem „pamięć”: nasz naród ucierpiał, z pewnością więcej niż inne narody, które nigdy tego cierpienia nie zrozumieją. Przeszłość należy zatem odzyskać i tak przebudować, aby ukazała naszą niewinność (oraz winę innych).

W zawartych w tej książce esejach oraz w działalności „Pogranicza” zwycięża inne podejście. Przeszłości nie można ani rozwiać w imię uniwersalizmu, ani upamiętniać w imię narodu. Kto nie widzi początku, mówi Czyżewski, ten kocha złudzenia: własnej racjonalności lub własnej niewinności. Odpominanie przeszłości musi być wspólnym wysiłkiem, który polega na poszukiwaniu sposobów – poprzez działania kulturowe – umożliwiających wydobycie na światło dzienne nieoczekiwanych wspomnień i niewygodnych prawd. Nie da się przezwyciężać zaszłości bez ich przepracowania. Nie można wrócić do domu, trzeba go odbudowywać, ciągle od nowa.

 

Oba wyobrażenia o przeszłości, dominujące po 1989 roku, miały pewne zabarwienie polityczne: zwolennicy zapomnienia byli neoliberałami, a stojący po stronie pamięci skłaniali się ku nacjonalistycznej prawicy. Mimo oczywistej różnicy między nimi, obie postawy były współzależne. Deklaracja państw zachodnich, że historia nie ma znaczenia, wywołała reakcję ludzi, którzy uważali, że ich historia jest nieznana. Kapitalizm, zaczynający się i kończący na jednostce, z natury rzeczy wzbudzał mgliste poczucie braku wspólnoty. Z kolei wielokulturowość, ponieważ z zasady tolerowała różnice, mogła być tylko ustępstwem w celu uniknięcia konfliktu, a nie krokiem naprzód ku spotkaniu.

Animatorzy z „Pogranicza” wiedzieli, że zarówno spuścizna komunizmu, jak i wyzwania kapitalizmu rodzą problemy dla kultury. Potrzeba było wiele pracy, aby umożliwić ludziom wyrażenie tego, co wcześniej było niewyrażalne. Jednak zwykłe zaakceptowanie głosów, które wydobył i wzmocnił rynek, nie było rozwiązaniem. Adam Smith rozumiał, że kapitalizm opiera się na cnotach, których sam nie stworzył. Jak mają się ukształtować takie cnoty?

Krzysztof Czyżewski pisze w swoich esejach o zaczadzonych faszyzmem elitach rumuńskich, o tych błyskotliwych ludziach, którzy po 1918 roku – kiedy na mapie kontynentu pojawiły się młode państwa środkowo- i wschodnioeuropejskie – pragnęli wyobcowaną jednostkę uleczyć narodowym entuzjazmem. Pisze także o tym, jak zaradzić alienacji w naszych miastach, szuka Xenopolis, takiego rozwiązania, które jest w stanie przeciwstawić się (sans le mot) pokusom faszystowskim. Jak – pojawiający się na kartach tej książki – Mircea Eliade, Czyżewski wyprawił się na Wschód w poszukiwaniu mądrości, aby powrócić z nią na wschód Europy. Jednak w odróżnieniu od Eliadego nie tęskni za zbiorowością, lecz za spotkaniem.

Animatorzy z „Pogranicza” nie proponują ideologicznej odpowiedzi na neoliberalizm czy faszyzm, proponują praktykę idei. Krzysztof Czyżewski ani nie pisze gładko, jak zwykli pisać neoliberałowie głusi na jednostkowe doświadczenie, ani nie zacietrzewia się jak nacjonaliści, święcie przekonani, że ich wizja przeszłości jest jedynie słuszna. Czyżewski pisze serdecznie – i wtedy, gdy opowiada się za czymś, i wtedy, gdy powątpiewa – czyni to wyrozumiale.

Przedstawiana przez niego idea kulturowej praxis nie należy do kategorii wielkich gestów. Nie ma tam rewolucji, które wszystko zmieniają, które lekceważą złożoność, które niszczą indywidualność. Sztuka w „Pograniczu” nie polega na pięknym czynieniu czy radykalnej odmowie. Nie chodzi w niej ani o budowanie mitów, ani o ich burzenie. Artysta nie staje tu w imieniu innych ludzi, lecz pomiędzy nimi, tworząc coś, co Czesław Miłosz nazwał „tkanką łączną”.

Sztuka „Pogranicza” jest powrotem. Na stronach tej książki Miłosz powraca do Krasnogrudy. Na amarantowym ganku odrestaurowanego dworu, teraz wypełnionego wierszami Miłosza, widnieje motto jego krewnego, poety Oskara Miłosza: „Bieda temu, kto wyrusza i nie powraca”. Czyżewski jedzie do Rumunii, a potem do Rumunii znów powraca; jedzie do Jugosławii, a potem do Jugosławii znów powraca. Zburzony most w Mostarze staje w centrum jego myślenia: fizycznie można go odbudować, ale co to znaczy ponownie zjednoczyć ludzi po wstrząsach, które przełamują czas na dwoje, na dzieciństwo i dorosłość, pokój i wojnę, przedtem i potem?

Może to mało efektowne, ale najistotniejsze, że sztuka „Pogranicza” jest ponawianiem. Jest gościnnością dla przybyszów z miasta i z szerokiego świata w „prowincjach wybranych” Sejn i Krasnogrudy. Jest spektaklem – jak Sejneńskie kroniki czy opowieść o Medei i Jazonie – wystawianym ciągle od nowa w synagodze pod niestrudzonym okiem Bożeny Szroeder. Jest pracowniami: sztuki, teatru i muzyki, gdzie młodzi – tydzień po tygodniu, rok po roku – wyrastają na innych ludzi niż ci, którymi bez nich by się stali.

Być może najwyrazistsze jest odzyskiwanie przedwojennej muzyki żydowskiej – klezmerskiej – i jej przekazywanie dzięki ciężkiej pracy tutejszych młodych i ich genialnego orkiestrmistrza Wojtka Szroedera. Blondwłose rozczochrane pięcio- czy sześciolatki, z rodzin polskich i litewskich, uczą się wygrywać na puzonach, trąbach, klarnetach czy werblach muzykę, która jest im i bliska, i daleka. Gdy dorosną, same zdecydują, czym jest dla nich ta muzyka, co mówi o ich Polsce albo ich Litwie, o ich mieście, ich rodzinach i o nich samych.

Orkiestra klezmerska grywa czasem w piwnicznej kawiarni krasnogrudzkiego dworu. Tam, gdzie Krzysztof Czyżewski przyjmuje gości z daleka i z bliska, aby rozmawiać z nimi o odradzaniu i ukształcaniu pograniczy, co sam praktykuje, włączając i tych, na których pracę i pamięć się powołuje. W wieczory muzyczne na scenie staje Małgorzata Czyżewska, śpiewająca w jidysz z akompaniamentem młodej orkiestry. Na stołach – przy których gęsto zasiadają okoliczni bywalcy i goście z Polski (a także z Europy i zza oceanu) – tłoczą się kwieciste filiżanki.

Bo „Pogranicze” odnalazło porcelanę.

Timothy Snyder


Xenopolis. Rzecz o wymknięciu się zasadzie przeciwieństwa, z udziałem dwóch mnichów, kobiety nad brzegiem rzeki, lekarza i filozofa

Xenopolis Rzecz o wymknięciu się zasadzie przeciwieństwa, z udziałem dwóch mnichów, kobiety nad brzegiem rzeki, lekarza i filozofa

Utracona tajemnica wspólnoty

Zburzyliśmy mur berliński, otworzyliśmy granice, upowszechniliśmy Internet, większość z nas żyje w wielokulturowych metropoliach. A jednak mur pozostaje żywym doświadczeniem współczesnego Europejczyka. Wobec narastającej fali imigrantów, a może przede wszystkim wobec wzmożonej słabości samego centrum tego, co uchodzi za nasze, zaczynamy ponownie wznosić mury, płoty i zasieki, w tym również wzdłuż granic państw narodowych. Jednocześnie jesteśmy świadomi, że o tych pogłębiających się podziałach w coraz mniejszym stopniu stanowią bariery: językowa, etniczna czy ustroju politycznego. Dzisiejszy mur wyrasta wewnątrz społeczności, na tym samym brzegu rzeki, a ustanawiają go ostre i konfrontacyjne granice tożsamości kulturowych. Narastająca bliskość obcego, nie na zewnątrz naszego świata, ale w intymnej przestrzeni zarezerwowanej dotychczas dla tego, co bliskie i swoje, ustanawia nowy mur, w którym zapieczętowane są nasze współczesne lęki i zagubienia. Coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę, że tożsamość to nie to samo, co wspólnotowość, i że tocząc boje w obronie tej pierwszej wartości, utraciliśmy wiele z ducha tej drugiej. Problemem współczesnej Europy nie jest ugruntowywanie odmienności i różnic, lecz to, co Czesław Miłosz nazywał „tkanką łączną” i na czym ustanawiał swój koncept „rodzinnej Europy”. Dlatego współczesna opowieść europejska to opowieść o obcowaniu, bo to ona daje bieg temu nurtowi myślenia i działania, który zdolny jest sprawić, że po raz kolejny na Starym Kontynencie mur zostanie zburzony – już nie w świecie zniewolenia i zimnej wojny, lecz narastającej bliskości obcego.

Nasza wspólnotowość przeżywa głęboki kryzys. Europa przypomina coraz bardziej wioskę z filmu Wernera Herzoga Szklane serce, w której utracono tajemnicę konstytuującą życie mieszkańców a prorocy wieszczą nadejście końca świata. Rozpaczliwie poszukujemy kozła ofiarnego, pod ręką mając imigrantów i podejrzliwie spoglądając na muzułmanów. Nie zbudujemy racjonalnego gruntu dla przyszłości, okopując się na własnym brzegu. Czystki etniczne, deportacje, getta, rasizm i ksenofobia… Wszystko to już przerabialiśmy, choć nie wszyscy chcemy pamiętać, że poza ludzką katastrofą nie przynosi to żadnego rozwiązania, jest w najwyższym stopniu irracjonalne. Stoimy obecnie w obliczu bardzo wielu realnych problemów, w tym ekologicznych, demograficznych czy społecznych, dla których rozwiązań trzeba szukać tak na gruncie moralnym, jak i ekonomicznym. A wszystkie je łączy to, że żadnego z nich nie da się rozwiązać „w pojedynkę”, możemy im podołać jedynie jako silna wspólnota. Jej odrodzenia możemy dokonać tylko razem z innymi, obejmując tu i teraz całe sąsiedztwo i udzielając gościny. W tym stwierdzeniu nie chodzi o doraźne uzasadnienie potrzeby zmierzenia się z wielką falą przychodźców (licentia poetica prof. Jerzego Bralczyka), która wywołała europejski kryzys. Chodzi o odwieczną tajemnicę wspólnoty, która ustanawia się w pełni tylko dzięki obecności obcego. Dlatego ta opowieść jest o obcowaniu.

Obcowanie mówi nam o naszej – w sensie naszej krwi, narodowości czy kultury – niewystarczalności w zawiązywaniu wspólnoty. W rdzeniu tego słowa znajduje się Obca / Obcy. To dość niezwykłe. Oczekiwalibyśmy raczej odniesienia do tego, co wspólne, tak jak w przypadku słów wywodzących się od łacińskiego communio. Szukając dla niego odpowiednika w europejskiej tradycji, moglibyśmy powiedzieć: ksenopolis, ale tylko wówczas, kiedy rozumielibyśmy pod tym pojęciem nie społeczność przyjazną innemu, ale taką, którą ksenos konstytuuje. Ta opowieść mogłaby się rozpoczynać na przykład tak.

Opowieść o dwóch mnichach i kobiecie nad brzegiem rzeki

Dawno temu wędrowali po ziemi dwaj mnisi. Opowiadacze tej historii różnią się w ich opisie. Raz nazywają ich Li i Wu, innym razem po prostu mniejszym i większym albo młodszym i starszym, wreszcie podążającym ścieżką intelektu i idącym ścieżką serca. Jedno jest pewne: wywodzili się z klasztoru znanego z reguł życia ustanowionych tradycją, w którym składali śluby wierności zasadom, w tym śluby milczenia za dnia i nieulegania pokusie kobiety. Droga prowadziła ich do rzeki, na brzegu której czekała kobieta. Różnie mówią: że przeszła przez rzekę rano, gdy poziom wody był niski, a teraz, po deszczu monsunowym woda wezbrała i odcięła ją od domu; że most zerwało; że była bardzo bogato odziana i bała się zamoczyć szatę z jedwabiu. Jedno jest pewne: była piękna i młoda. A także to, że pierwszy mnich, nazwijmy go młodszym, odwrócił od niej wzrok i wierny temu, kim był sforsował rzekę, przechodząc mimo oczekującej pomocy. Natomiast starszy mnich, nie zastanawiając się wiele, wziął kobietę na ramiona i przeniósł na drugi brzeg. Niewiasta podziękowała (wieść niesie nawet o uściśnięciu dłoni mnicha, ale nie wszyscy opowiadacze posuwają się aż tak daleko) i poszła w swoją stronę. Dwaj mnisi zaś w swoją. I tutaj znowu wersje opowieści różnią się od siebie: jedne sugerują, że już po pięciu minutach młodszy mnich odezwał się do starszego; inne oddalają ich rozmowę w czasie o trzy godziny albo wręcz o upływ całego bożego dnia i lokują to ważne wydarzenie nie na drodze i w żywiole wędrowania, lecz już w zaciszu zmroku i w klasztornej celi; inne wreszcie podkreślają, że młodszy mnich nagabywał gwałtownie starszego, lecz tamten trwał w głębokim milczeniu, które przerwał dopiero po zapadnięciu nocy.

Jedno wszakże jest pewne: inaczej teraz przebiegało wędrowanie mnichów po ziemi – starszy szedł zestrojony ze sobą, sycąc się pięknem krajobrazu i uwagą obdarzając wszystko, co napotkał; natomiast młodszy niewiele dostrzegał z otaczającej go rzeczywistości, lękał się spotkania kogokolwiek i uginał pod ciężarem, niewidocznym wprawdzie, a jednak realnym (tak jak przeszłość może być miniona, a jednak obecna). I to także jest pewne, że młodszy mnich wybuchnął oskarżycielskim pytaniem skierowanym do starszego pobratymcy w wierze i swojaka z tego samego klasztoru, pytaniem o to, jak mógł wziąć na ramiona kobietę, która gładkimi udami ścisnęła jego biodra, jędrnymi piersiami przylgnęła do jego pleców, powabnymi ramionami objęła jego szyję, a może nawet gorącym policzkiem dotknęła jego policzka. Nie wszystkie opowieści są aż tak szczegółowe w opisie tej kontrowersyjnej sytuacji. Większość ogranicza się do prostych jak katechizm pytań: jak mogłeś złamać zasady ustanowione tradycją, sprzeniewierzyć się sobie, zdradzić nasz zakon? I dla kogo to wszystko – nieznanej kobiety, jakiejś obcej? Choćbyśmy uwzględnili niezliczoną ilość wersji tej opowieści, czasem znacznie odległych od siebie, wszystkie one – jak strumienie z różnych źródeł wpadające do jednej rzeki – zbiegają się w nieuchronnej odpowiedzi starszego mnicha: „Bracie, ja pozostawiłem kobietę na drugim brzegu rzeki. Czyżbyś dźwigał ją teraz ty, przez życie całe?”.

Egzegezy

Najstarsza znana nam tradycja mówi, że dwaj mnisi byli buddystami, że wywodzili się z klasztoru zen, że żyli w Chinach. Ale przecież mogliby być z innej religii, z innej wspólnoty, z innego kraju. Złożone przez nich śluby i my składamy naszym wiarom, ojczyznom, wartościom. I nie ma takiego zakątka na świecie, w którym droga wcześniej czy później nie prowadziłaby człowieka do rzeki, na brzegu której czeka Inna lub Inny.

 

Różne nauki można wysnuć z opowieści o dwóch mnichach i kobiecie. Jedni będą podkreślać, jak zgubne dla człowieka może być nagromadzenie negatywnych myśli i uczuć, które nie pozwalają rozwiązać żadnych życiowych problemów, a w zamian uprzedzeniem i lękiem oddalają go od realnego świata. Natomiast to, co zbliża człowieka do rzeczywistości i pozwala mu skutecznie się z nią mierzyć ma swe źródło w spontanicznym akcie serca, w filozofii życia, podążającej za porywem duszy.

Szkoły zen, które czasem „zadają” tę opowieść swoim uczniom jako koan, nauczają o czystości umysłu starszego mnicha, ona pozwoliła mu rozpoznać sytuację i odpowiednio na nią zareagować, po czym kontynuować drogę w gotowości na to, co przyniesie. Aby poradzić sobie z wyzwaniami, jakie stawia życie na każdym kroku, umysł człowieka musi być otwarty na różne możliwości, co jest znacznie ograniczone w przypadku obarczenia go złą pamięcią i resentymentem przeszłości. Innymi słowy – mentalne uzależnienie od idei czy wcześniejszego doświadczenia blokuje pełne doświadczenie obecności tu i teraz. Komentarz pewnego mistrza medytacji ujmuje to jeszcze dosadniej: „złościmy się, jeśli ktoś wrzuci śmieci do naszego domu, ale nie bronimy się przed zaśmiecaniem naszego umysłu”.

Arabski mistyk Abu Hassan Bushanja pouczał: „Grzeszny czyn jest znacznie mniej szkodliwy niż pragnienie i idea dokonania go. Jedna rzecz to ulec ciału w chwilowej przyjemności, a inna rzecz, bardzo różna, to ciągle to rozważać w umyśle i w sercu”. Swoje trzy grosze do historii o dwóch mnichach dorzucał Anthony de Mello: „Kiedy osoby religijne w kółko rozpamiętują grzech innych, można podejrzewać, że to wgłębianie się daje im więcej przyjemności niż grzesznikowi”.

Dla Jiddu Krishnamurtiego spotkanie nad rzeką starszego mnicha z kobietą było przede wszystkim przypowieścią o dobrej samotności:

Jedynie wtedy, gdy zwracamy uwagę na jakiś problem i natychmiast go rozwiązujemy, nie odkładając go na następny dzień czy następną minutę, pojawia się samotność. […] Być wewnętrznie samotnym i mieć w sobie przestrzeń jest bardzo ważną sprawą, bo oznacza wolność bycia, pójścia dokądkolwiek, działania, wolność lotu. Ostatecznie, dobroć może rozkwitać tylko w przestrzeni, a cnota może rozkwitać tylko tam, gdzie jest wolność. Możemy mieć polityczną wolność, a wewnętrznie nie być wolni…1

W tradycji chrześcijańskiej żywa jest opowieść o dwóch mnichach pielgrzymujących do relikwii wielkiego świętego, których w drodze zaskakuje nie tyle ukazanie się pięknej niewiasty, ile fakt, że jest kobietą z krwi i kości. Egzegeci tej historii nacisk kładą na wewnętrzną wartość człowieka, o której decyduje to, co się dzieje w jego sercu, i przeciwstawiają ją legalistycznej moralności, symbolizowanej we wczesnym chrześcijaństwie przez faryzeuszy. Dlatego przywołuje się przy tej okazji słowa Jezusa z Ewangelii Mateusza: „oczyść najpierw wnętrze kubka, aby i to, co jest na zewnątrz, stało się czyste” (Mt 23, 26), oraz cytowane przez Jezusa słowa proroka Izajasza: „Ten lud czci mnie wargami, ale jego serce daleko jest ode mnie; i czczą mnie na próżno, głosząc nauki, które są nakazami ludzkimi” (Mt 15, 8–9)2.