3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Jasnowidzenia inżyniera Szarka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jasnowidzenia inżyniera Szarka
Jasnowidzenia inżyniera Szarka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,98  39,98 
Jasnowidzenia inżyniera Szarka
Jasnowidzenia inżyniera Szarka
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
29,99 
Szczegóły
Jasnowidzenia inżyniera Szarka
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Krzysztof Boruń

Jasnowidzenia inżyniera Szarka

Powieść niezupełnie naukowo fantastyczna

Saga

Jasnowidzenia inżyniera Szarka

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 1990, 2021 Krzysztof Boruń i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726938692

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

1

Czwartego września tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku. Miał to być wielki dzień naszego zakładu. Uroczysty rozruch ostatniego bloku energetycznego i osiągnięcie pełnej mocy eksploatacyjnej przez naszą elektrownię. Dwa tysiące megawatów! Na trzy miesiące przed terminem, w wyniku realizacji zobowiązań pierwszomajowych. Tak miał brzmieć oficjalny komunikat dla prasy, radia i telewizji.

A tak naprawdę to było jeszcze roboty co najmniej na pół roku i to pod warunkiem, że kooperanci nie zawiodą. Z kooperantami mieliśmy bowiem od początku kłopoty i przez cały czas budowy, mimo priorytetów, albo czekało się na jakieś duperele, albo gnało na wariata, odrabiając niezawinione opóźnienia.

Najgorsze, że niektórzy z nas uznali to za normalkę, a mnie za niebezpiecznego durnia, kiedy próbowałem wziąć kij na paru gnojków z Warszawy. Nie jest jednak prawdą, że wystąpiłem przeciw zobowiązaniom. To tylko Wotny próbował napuścić na mnie sekretarza Palinkę, bo byłem przeciwny jego „racjonalizatorskim” pomysłom redukowania prób kontrolnych. Wiedziałem, że bez zobowiązań i pokazowego rozruchu nie tylko nie będzie premii, ale można na długo podpaść, gdzie nie trzeba. Dlatego zgodziłem się na symulację poprzez zadajniki na łączach niektórych mierników. Zresztą pio był dość niewinny, w granicach rozsądku i przyzwoitości. Nikt z gości nie powinien się zorientować, a jeśli nawet trafiłby się fachowiec, to na pewno zrozumie i nie będzie się mieszał.

Ustaliłem z Kabackim i Millerem, że „czwórka” pójdzie na trzydzieści procent, a efekt na wskaźnikach będzie bliski stu. Myślę też, że minister nie był aż tak naiwny, aby nie wiedzieć, że naprawdę pełną mocą wejdziemy gdzieś około kwietnia.

Ostatnie godziny były jak zwykle dość nerwowe. Rozpalanie kotła rozpoczęło się o czternastej trzydzieści. Nie było żadnych kłopotów — parametry wzrastały prawidłowo. Praca na wydmuch, potem zakręcenie turbiną i wygrzewanie, czyli stopniowe podnoszenie obrotów... Po osiągnięciu trzech tysięcy obrotów na minutę próba blokad technologicznych turbozespołu — kontrola wytrzasków, próby olejowe, itp. itd. Około osiemnastej zrobiliśmy synchronizację próbną z wybiciem maszyny, sprawdzeniem funkcjonalnym niektórych zabezpieczeń i — rzecz jasna — działania zadajników. Wszystko grało jak trzeba i pokazowa synchronizacja dla gości powinna wyjść na medal. O osiemnastej trzydzieści ponownie wjechaliśmy na trzy tysiące obrotów i już tylko czekaliśmy na ministra.

W każdym razie wówczas — czwartego września — gotów byłem przyznać, że moje niedawne wątpliwości i zastrzeżenia to dziecinada. I cieszyłem się szczerze. Czekaliśmy przecież na tę chwilę blisko pięć lat.

Pięć lat harówki, zarywanych nocy i niedziel, taplania się w błocie i betonie, szarpaniny z nierytmicznością dostaw, z ludźmi i niedorzecznymi przepisami — lat niełatwych, ale z pewnością nie zmarnowanych. Toteż kiedy Baśka Niewińska, wspiąwszy się na parapet, aby lepiej widzieć drogę, zawołała, a właściwie zaśpiewała: „jadą goście, jadą”, naprawdę poczułem wzruszenie.

Podszedłem do okna. Rzeczywiście już zjeżdżali z warszawskiej drogi na naszą, jeszcze pachnącą świeżym asfaltem, położonym na rozjechanej przez ciężarówki i naprędce wyrównanej żużlowej nawierzchni. Policzyłem samochody i pomyślałem: „Dwanaście wozów — zupełnie nieźle. Czajka, dwa polonezy, sześć dużych fiatów, skoda, maluch i wóz transmisyjny telewizji. Stary będzie zachwycony”.

Wróciłem do stołu i włączyłem naszą zakładową kamerę telewizyjną zainstalowaną z tej okazji przed wejściem do dyrekcji. Chyba mieliśmy cynk, bo Kabacki, Miller i Adamiak byli już na schodach, a za nimi Lucyna z kwiatami. Flagi, transparent, wielka tablica ze zobowiązaniami — żałowałem, że zakładowa telewizja nie pracuje w kolorze, bo dekoracja rzeczywiście piękna.

Powitanie gości przebiegło nad podziw sprawnie, bez żadnych kiksów i niezręczności — tak przynajmniej to wyglądało na ekranie dodatkowego monitora, ustawionego na stoliku obok pulpitu sterowniczego naszego nowego systemu komputerowego. Minister był promienny, uśmiechał się do wszystkich i ściskał dłonie, a za jego przykładem inne fisze przybyłe wraz z nim z Warszawy. Chyba jacyś wyżsi urzędnicy resortowi i przedstawiciele KC. Rozpoznałem też parę znajomych twarzy z okręgu i województwa, przede wszystkim Karolaka — „pierwszego” z KW. Dwaj fotoreporterzy i kamerzysta z telewizji nie żałowali taśmy.

Zgodnie z programem Kabacki poprosił ministra i co znamienitszych gości do siebie do gabinetu. Po kilkunastu minutach wrócili do hallu i rozpoczęła się uroczystość. Przemówień w hallu nie słyszałem, bo mieliśmy tylko obraz. Potem dyrektor poprowadził ministra i innych gości schodami na górę i poprzez maszynownię do nas, do centralnej nastawni.

W progu czekała już Baśka w nieskazitelnie białym kitlu, z nożyczkami na tacy. Ja za pulpitem fullera, naszego cudu nowoczesności firmy Fuller-Tansky, z którym na razie były tylko kłopoty.

Wszedł minister w towarzystwie Kabackiego i Karolaka, poprzedzany przez fotoreporterów i kamerzystę, wysłuchał krótkiego raportu Millera, zastępcy dyrektora do spraw technicznych, po czym przeciął symboliczną wstęgę i nacisnął wskazany przeze mnie przycisk na pulpicie dyspozytorskim. W ten sposób oficjalnie rozpoczął się ostatni etap synchronizacji naszej elektrowni z krajową siecią energetyczną.

Była to piękna chwila. W zapadającym zmierzchu ujrzeliśmy przez okna, jak zapalają się szeregi latarni na drodze prowadzącej do osiedla — bardzo udany pomysł Millera i Palinki. Wszyscy byliśmy wzruszeni.

W nastawni zrobiło się tłoczno. Kabacki wziął mnie pod ramię i przedstawił ministrowi jako szefa rozruchu i zasłużonego współbudowniczego zakładu. Przekazałem stanowisko Baśce i oprowadziłem gości po nastawni, objaśniając zasady działania komputerowego systemu automatyki.

W czasie mojej „prelekcji” na monitorze graficzno-alfa-numerycznym fullera Baśka wyświetlała kolejne kolorowe schematy poszczególnych układów sterowania i regulacji, co, jak zauważyłem, bardzo podobało się gościom. Jak trafnie przewidywaliśmy, w większości były to urzędasy zupełnie zielone w sprawach technicznych. Nie bardzo wiedzieli, do czego służy fuller, i z pewnością wyobrażali sobie, że z tego pulpitu bezpośrednio sterujemy jakimiś zmyślnymi elektronicznymi krasnoludkami, zawiadującymi wszystkimi procesami technicznymi i urządzeniami od wywrotnic wagonowych i młynów węglowych po dystrybucję energii elektrycznej. Chyba byli nieco rozczarowani, gdy im wyjaśniłem, że z centralnej nastawni rozruch przede wszystkim się obserwuje, kierując procesem pośrednio, poprzez przekazywanie informacji ludziom, a nie maszynom. I to tylko tych, które są w danej chwili potrzebne, sygnalizując odchylenia i interweniując w sytuacjach awaryjnych. Jeśli wszystko przebiega zgodnie z programem, nie ma potrzeby przeszkadzać operatorom, obchodowym, elektrykom, cieplikarzom oraz całej zgrai innych służb, uczestniczących bezpośrednio w uruchamianiu i okupujących nastawnię blokową „czwórki”.

Pytań fachowych było niewiele. Zaraz zresztą minister wziął mnie na bok i zaczął wypytywać o kłopoty z instalowaniem fullera, o których słyszał od starego. Był bardzo życzliwy i przyjacielski, chciałem więc skorzystać z okazji i poskarżyć się na kooperantów opóźniających instalację trafo, lecz jak na złość właśnie wówczas zjawił się Wotny z księgą pamiątkową i wielkim, ozdobnym pisakiem, który nie wiem skąd wytrzasnął. Gdy minister wpisał się do księgi, nie było już okazji do rozmowy.

Zeszliśmy wszyscy na dół do hali B, gdzie miała się odbyć dekoracja odznaczeniami państwowymi i przyjęcie. W nastawni przy fullerze została tylko Baśka.

W odświętnie udekorowanej hali Zielińska z kadr i Lucyna od starego ustawiły odznaczanych do dekoracji. Byłem trzeci w szeregu — po Kabackim i Palince. Stary i sekretarz otrzymali „chlebowe” — oficerski i kawalerski. Ja, Miller i dwóch monterów Złote Krzyże Zasługi. Było jeszcze siedem srebrnych i trzy brązowe. Wotny patrzył na mnie z zawiścią, bo miał dostać srebrny, ale coś nie wyszło i Palinka powiedział mu miesiąc temu, że może liczyć tylko na brązowy albo poczekać do następnej okazji. Wolał to drugie, czemu trudno się dziwić, znając jego mniemanie o sobie. Podobno dał sekretarzowi do zrozumienia, że wie, iż to ja mu podstawiłem nogę. Głupek!

Minister wzniósł toast i zaczęły się gratulacje. Ściskałem dziesiątki rąk. Starzy i nowi koledzy, koleżanki, jakieś szychy z Warszawy i województwa, Palinka z Karolakiem (z rozpędu złożyłem obu gratulacje). Dziennikarz z „Trybuny” prosił mnie o krótką wypowiedź, ale się wykręciłem, bo właśnie spostrzegłem moją cichą miłość — Stenię Szycką, naszą lekarkę zakładową. Do pełnego szczęścia brakowało mi tylko jej obecności. Stała z głównym księgowym Mateckim, który coś do niej mówił, a ona tylko z uśmiechem kiwała głową i obserwowała salę.

 

Zacząłem się do niej przepychać i z radością zobaczyłem, że Matecki gdzieś poszedł i że mnie dostrzegła. Pomachała mi przyjaźnie dłonią i pokazała pusty kieliszek.

Rozejrzałem się po stolikach, ale wyprzedził mnie Wotny, który już podchodził do Szyckiej z winem i wielkim kawałkiem tortu.

— Gratuluję odznaczenia! — zawołała do mnie i podsunęła Wotnemu kieliszek, żeby jej nalał wina. Potem trąciła się ze mną i wypiliśmy.

— Szczęściarz z ciebie — powiedział Wotny z przekąsem. — Przyznaj się, jak to robisz, że wszystko tak łatwo ci przychodzi... I premie, i awanse, i odznaczenia...

Nie potrafię zdobyć się na szybką i złośliwą ripostę. Nie wiedziałem, jak zareagować na zaczepkę, a nie chciałem wyjść na durnia przy Szyckiej.

— No cóż, ma się to szczęście — uśmiechnąłem się lekceważąco. W tej samej chwili wpadł mi do głowy sposób prosty a skuteczny: — Zdaje się, że Kabacki cię szuka. Chyba chce przedstawić ministrowi.

Wotny spojrzał na mnie niepewnie. Chciał, zdaje się, coś powiedzieć, lecz zrezygnował, przeprosił Szycką i poszedł w kierunku Kabackiego, rozmawiającego z ministrem.

— Naprawdę dyrektor go szukał?

— Spławiłem go, bo chcę choć przez parę minut być tylko z panią — odpowiedziałem szczerze.

— Inżynier Wotny nie zna się na żartach. Naraził się pan strasznie.

Widać wino uderzyło mi trochę do głowy, bo zdobyłem się na odwagę.

— Od chwili, gdy pierwszy raz panią zobaczyłem, stale myślę o pani...

— Dobrze czy źle? Mam nadzieję, że nie ma zbyt wielu skarg na pracę ambulatorium. — Udała, że nie rozumie.

— Ależ... Kto mógłby się skarżyć? Ja nie o tym... Niech się pani nie śmieje. Już dawno chciałem pani powiedzieć, że nie wiem, co się ze mną dzieje, kiedy na panią patrzę.

— Nie wie pan? To ciekawy przypadek. Może wymaga leczenia?

— Może... To znaczy ja wiem, co się ze mną dzieje. I już się zdecydowałem. Tylko boję się, że mnie pani wyśmieje...

Nie odpowiedziała. W ogóle nie patrzyła na mnie, lecz gdzieś poza moje plecy, i dusiła się ze śmiechu. Zrobiło mi się ogromnie przykro i już gotów byłem ukłonić się i odejść z miną zbitego psa, gdy usłyszałem jej słowa przerywane chichotem:

— Co pan narobił, panie Adamie? Pański kolega nadal krąży. Jak pan myśli: zdecyduje się na próbę zdobycia szczytu, czy się wycofa?

Rzeczywiście Wotny czynił karkołomne wysiłki, aby zwrócić na siebie uwagę starego, który, zajęty rozmową z ministrem i Karolakiem, w ogóle go nie dostrzegał.

— No, na co pan stawia, panie Adamie? Podejście czy rezygnacja? — Stenia bawiła się znakomicie. — A jednak podejście!

Wotny zdecydował się wreszcie i podszedł do rozmawiających. Przeprosił ministra i „pierwszego”, potem zamienił parę słów ze starym. Z pewnością nie pytał, czy Kabacki chce go przedstawić ministrowi — po prostu wymyślił jakiś pretekst.

Stary spojrzał na zegarek, kiwnął głową i wrócił do gości. Wotny stał jeszcze chwilę, jakby się zastanawiał, co robić, a potem ruszył ku nam, wyraźnie nadrabiając miną. Warto byłoby błysnąć przed Szycką jakąś efektowną kpiną, ale nic mi do głowy nie przychodziło. Patrzyłem tylko na zbliżającego się Wotnego, próbując wyczytać z jego twarzy, jaką szykuje zemstę.

W tej właśnie chwili zachrobotały głośniki. Kabacki stał już przy mikrofonie i szykował się do zabrania głosu.

— Czy to już koniec widowiska? — zapytała Szycka.

— Jeszcze nie. Drugi akt z moim udziałem — nie omieszkałem się pochwalić.

— Pan jako aktor czy reżyser?

— Zobaczy pani — odpowiedziałem wymijająco, bo w istocie nie bardzo wiedziałem, jak zaklasyfikować swą dzisiejszą funkcję. Zresztą Kabacki już zaczął mówić.

Rozpoczął dość zręcznie od tego, że właśnie otrzymał meldunek, iż przygotowania do podniesienia obciążenia „czwórki” dobiegły końca, kotły są pod parą i można przystąpić do realizacji pierwszomajowego zobowiązania — osiągnięcia pełnej mocy eksploatacyjnej przez naszą elektrownię na trzy miesiące przed terminem. Podał trochę cyfr, w sam raz: ani za dużo, ani za mało, a następnie sporo ciepłych słów o załodze, a zwłaszcza o monterach.

— Kolego inżynierze! — zwrócił się na zakończenie do mnie. — Niech pan działa! — Uśmiechnął się i mrugnął porozumiewawczo, co zresztą wypadło bardzo naturalnie.

Oczywiście tak naprawdę moje osobiste kierowanie rozruchem nie było konieczne. Do pracy na fullerze mamy dobrze wyszkolonych operatorów — Daneckiego, Gabrysia, Frąckowiaka i Stawskiego, nie mówiąc już o Niewińskiej, która nie tylko zapowiada się na rozruchowca wysokiej klasy, ale z pulpitem daje sobie chyba lepiej radę niż ja sam. Opracowując z Kabackim i Millerem scenariusz pokazówki, doszliśmy jednak do wniosku, że poważniej i efektowniej wypadnie, jeśli osobiście będę odbierał „polecenia” ministra i raportował „osiągnięcie pełnej mocy” przez „czwórkę”.

W tym czasie, gdy stary kończył swą gadkę, Wotny zdążył już podejść do nas. Co prawda ostentacyjnie zignorował moją obecność, lecz wydawał się odprężony i spokojny.

— Przepraszam panią, muszę wracać do pracy. — Skłoniłem się przed Szycką. Ale przechodząc obok Wotnego nie wytrzymałem i powiedziałem cicho: — Długo rozmawiałeś z ministrem...

Spojrzał na mnie z nienawiścią.

— Idiota! Ostrzegam, że zrobię ci taki kawał, że na całe życie zapamiętasz — rzucił za mną, nie kryjąc wściekłości.

W nastawni czekała już Baśka z gratulacjami i bardzo ładną, pachnącą upajająco czerwoną różyczką przygotowaną na tę okazję. Ucałowała mnie w oba policzki i włożyła kwiat do kieszonki marynarki tuż przy odznaczeniu. Podziękowałem jej serdecznie i poleciłem, aby zeszła jak najszybciej na dół, bo zabraknie wina i tortu.

— Ja tu sobie sam dam radę — powiedziałem, siadając za pulpitem.

Zaczęła się zwykła robota. Wyświetliłem kolejno na monitorach ekranowych fullera ważniejsze współrzędne stanu, istotne w procesie rozruchu. Wszystko przebiegało zgodnie z programem. Żadnych odchyleń od założonego stanu normalnego. Chłopcy z „cieplnej” i „elektrycznej” spisywali się na medal. Zadajniki dawały to, co trzeba... Włączyłem więc radiotelefon i zameldowałem:

— Kolego dyrektorze, jesteśmy gotowi!

Na ekranie monitora Kabacki wręczał radiotelefon ministrowi.

— Towarzyszu ministrze, proszę wydać polecenie! — powiedział uroczystym tonem.

— Zaczynajcie!

Sięgnąłem do pulpitu i zaczęła się ustalona ze starym procedura przekazywania meldunków o wykonywanych czynnościach. Gdy ogłosiłem, że „czwórka” pracuje pełną mocą, rozległy się oklaski.

Pomyślałem o Steni i Wotnym, lecz nie byli w zasięgu żadnej z kamer zainstalowanych w hali B. Dostrzegłem tylko Baśkę prowadzoną do stołu przez Tadka Banacha, kierowcę dyrektora. Zauważyłem ostatnio, że bardzo się koło niej kręci.

Tadek przechylił się przez stół, sięgnął chyba po talerz z resztkami tortu, gdy nagle obraz na ekranie monitora zaczął drgać i tracić stabilność.

Przebiegłem wzrokiem po monitorach fullera. Wszędzie to samo: gwałtownie skaczące pasy i mora. Sięgnąłem do pokrętła, aby poprawić synchronizację. W tej samej chwili uczułem zawrót głowy i zrobiło mi się ciemno przed oczami. Jak przez watę usłyszałem zaniepokojony głos starego:

— Co się dzieje, kolego Szarek?!

Coś, jak flesz fotoreportera, błysnęło oślepiająco tuż przed moją twarzą. Ciemność. Przez moment miałem wrażenie, że spadam w jakąś czarną, bezdenną otchłań i... równie nagle odzyskałem zdolność widzenia.

Siedziałem nadal w obrotowym fotelu, lecz od pulpitu dzieliło mnie ponad półtora metra. Przy fullerze stała Baśka, a jej palce nerwowo biegały po klawiaturze. Jękliwe buczenie sygnału alarmowego zlewało się z terkotem telefonu wewnętrznego.

Zerwałem się z fotela i ponownie odczułem gwałtowny zawrót głowy. Zatoczyłem się, jakbym wyskoczył z wirującej karuzeli i gdyby nie pomocne ramię Tadka, wylądowałbym na podłodze pod pulpitem. Chciałem podejść do fullera, lecz Tadek zmusił mnie, abym usiadł ponownie w fotelu.

— Lepiej niech pan tu zostanie, panie inżynierze! — powiedział jakimś dziwnym tonem.

— O co chodzi? — zapytałem zdziwiony. — Przecież... — popatrzyłem na ekrany fullera i zdębiałem. Monitor stanów alarmowych sygnalizował jakieś absurdalne przekroczenie wartości przekazywanych przez przetworniki pomiarowe, wskazując to na turbogeneratory, to na jedną lub drugą stację trafo, to znów na jakieś rzekome czy rzeczywiste błędy operatorów.

— Przejdź natychmiast na magistralę rezerwową! — zawołałem do Baśki i odepchnąwszy Tadka podszedłem do pulpitu.

— Już to zrobiłam, przecież widzisz! To nie to! Sprawdzam teraz poprzez przełączanie na ręczną regulację — odpowiedziała, nie przerywając manipulacji. — Można zwariować! Wyobrażam sobie, co się musi dziać w blokowej.

Choć miałem nadal chaos w głowie i moje postrzeganie przebiegało jakby z opóźnieniem, nietrudno było zorientować się, że to, co działo się z fullerem, nie mogło odpowiadać żadnym rzeczywistym stanom nie tylko technicznym, ale i fizycznym. Wskaźniki zmieniały się jak oszalałe, a informacje przekazywane przez monitory to był po prostu bełkot. Baśka robiła, co mogła, aby opanować sytuację, a ja na próżno próbowałem zrozumieć, co się naprawdę wydarzyło.

Tadek przysunął mi fotel i próbowałem Baśce pomóc, chociaż już i bez mojego udziału zakłócenia ustały i na monitorach pojawiły się pierwsze sensowne dane.

Właśnie udało mi się telefonicznie połączyć z nastawnią blokową „czwórki”, gdy wpadł jak bomba Kabacki, a za nim Wotny.

— Co się tu dzieje?! Dlaczego opuściłeś stanowisko? — Stary z trudem hamował wściekłość. — I to w takiej chwili!

— Ja? — Zupełnie nie rozumiałem, o co mu chodzi.

— Gdzie byłeś?

— Tu, w nastawni. Przecież sam wiesz...

— Kłamiesz! To ci nie ujdzie na sucho. Chyba zdajesz sobie sprawę?

— Z czego?

Wstałem z fotela i zachwiałem się na nogach.

— Jesteś pijany. Inżynierze Szarek, zawieszam was w czynnościach szefa rozruchu — przeszedł na oficjalny ton. — Kolego Wotny, przejmiecie obowiązki inżyniera Szarka!

— Ależ dlaczego? — zaprotestowałem. — Stasiu, ja naprawdę nic nie rozumiem.

Stary jednak albo spieszył się do ministra, albo po prostu miał mnie już dość.

— Tadek! Zabierz go stąd! — rozkazał kierowcy. — Niech się nikomu nie pokazuje na oczy. Zawieź inżyniera do domu. A wy, kolego Szarek, jutro rano zameldujecie się u mnie. — Popatrzył mi srogo w oczy i wyszedł.

Kierowca podszedł do okna. Jego twarz oświetliła pomarańczowa łuna.

— Panie Tadku!... — Wotny zawiesił znacząco głos.

— Idę, idę.

— Nic nie rozumiem — powiedziałem do Baśki.

— Jedźcie już — ścisnęła mnie znacząco za rękę. — Jutro wszystko można będzie wyjaśnić.

— Nic nie rozumiem — powtórzyłem i wyszedłem za Tadkiem.

Poprowadził mnie do bocznego wyjścia. W galeriowym przejściu i na klatce schodowej paliły się tylko światła awaryjne. Teren wokół zakładu nie był oświetlony. Tylko zza budynku, ze strony stacji transformatorów, widoczna była czerwonawa łuna jakby dogasającego pożaru i dobiegał daleki zgiełk głosów wraz z sykiem jakiejś maszyny.

— Co się tam dzieje? — zapytałem Tadka.

— Sfajczyła się ta stacja trafo, co jej nie zdążyli dokończyć.

— Spaliła się? Muszę tam iść!

Ruszyłem w kierunku pożaru, lecz kierowca dogonił mnie i zatrzymał.

— Nie ma mowy. Musimy jechać. Nic tam zresztą po panu, inżynierze. Już chyba kończą gaszenie. A dyrektor powiedział, żeby się pan nigdzie nie kręcił.

Nie było sensu dyskutować. Poszliśmy w kierunku parkingu.

— Czy pan coś z tego wszystkiego rozumie? — zapytałem, zapalając papierosa, aby się trochę uspokoić.

— Że niby co?

— Co się stało dyrektorowi?

— Dyrektorowi? Jeśli chce pan wiedzieć i się nie obrazi, to myślę, że jednak ma pan trochę słabą głowę...

— Głowę?

— Chyba trochę za wiele pan wypił.

— Bzdura!

Podeszliśmy do samochodu i Tadek wyjął kluczyki. Czekałem, aż otworzy drzwi, ale poszedł jeszcze coś sprawdzić w bagażniku. Stałem w ciemnościach, patrząc w kierunku pożaru, gdy naraz tuż przede mną pojawił się cień jakiegoś wysokiego, barczystego mężczyzny.

— Czy pozwoli pan przypalić? — powiedział, podchodząc do mnie. Głos miał niski i trochę jakby obcy akcent. Nie był to chyba nikt z pracowników naszego zakładu.

Sięgnąłem po zapalniczkę i w świetle płomienia ukazała się twarz mężczyzny w średnim wieku, pociągła, wygolona, o jasnych, jakby nieco wyblakłych oczach. Nieznajomy nie wyglądał na dziennikarza czy urzędnika ministerstwa. Pomyślałem, że to raczej ktoś z ochrony rządu.

 

— Proszę, panie inżynierze! — usłyszałem głos Tadka, który już otworzył drzwi wozu.

Nieznajomy podziękował skinieniem głowy i zniknął w ciemnościach.

— Kto to był? — zapytałem Tadka.

— Gdzie? — Kierowca zdawał się nie rozumieć, o kim mówię.

— Tu, przed chwilą.

— Nikogo nie było — zaprzeczył stanowczo.

— Przecież wziął ode mnie ogień.

— Niech pan wsiada — zniecierpliwił się Tadek. — Muszę szybko wracać!

Wsiadłem do wozu, usadowiłem się z przodu, obok kierowcy, i zatrzasnąłem drzwi.

W tej samej chwili odczułem dziwne wrażenie czegoś znajomego. Jakieś wspomnienie, ale bardzo wyraziste, bliskie halucynacji. Droga widziana przez przednią szybę. Noc. Długie światła. Przesuwające się drzewa i słupki przydrożne. Nagle w świetle reflektorów ukazuje się pies. Duży wiejski kundel. Stoi na środku drogi, a jego oczy błyszczą jak żółte lusterka odblaskowe. Słyszę pisk opon. Hamujemy gwałtownie, skręcamy w prawo, aby ominąć psa, i przed maską pojawia się słupek drogowy. Głuchy trzask. Czuję, jak lecę do przodu i...

Tadek uruchomił silnik. W zapalonych światłach fiata ujrzałem szereg stojących samochodów. Byliśmy jeszcze na przyzakładowym parkingu. Co za bzdurne przywidzenie?...

Wyjechaliśmy na drogę. Nie było już czerwonej łuny, tylko wśród rzedniejącego dymu błyskały reflektory straży zakładowej.

— Początkowo wyglądało, że będzie większa draka — odezwał się Tadek. Widać i jemu niedawne wydarzenia nie dawały spokoju.

— Kiedy się zaczęło palić? — spróbowałem okrężną drogą wyjaśnić, co się właściwie stało, bo przecież nie wypadało ujawniać przed kierowcą, że nic nie wiem.

— Chyba po tym, jak łupnęło. Ale dokładnie kiedy zaczęło się fajczyć, to nie wiem.

— Niech pan, panie Tadziu, opowie mi, co pan widział.

— Ano cóż... Dużo to nie mam do opowiadania — zastrzegł na wstępie, ale znałem chłopaka i wiedziałem, że nie trzeba go prosić. — To wszystko leciało tak szybko, że łatwo stracić głowę. Byłem z panną Barbarą na przyjęciu, gdy lampy zaczęły mrugać. Wszystkie światła. A w uszach taki jakiś szum i gwizd. Chwilami trudno było wytrzymać. Potem zaraz coś łupnęło i błysło. Chyba w trafo. Dyrektor coś do pana przez radio krzyczał, ale pan już nie odpowiadał. Panna Barbara zaraz wybiegła z sali, a za nią inżynier Wotny.

— Za nią? Jest pan pewny?

— Jasne, że za nią, nie przed nią. Pobiegłem za nimi, bo sobie pomyślałem, że coś się dzieje niedobrego i, mówiąc szczerze, bałem się o pannę Barbarę. Pognałem na schody, ale jej już nie było. Kombinuję: pobiegli do nastawni, tej nowej, centralnej. Więc ja za nimi. Na schodach było prawie ciemno. Ze światłem coś się zrobiło. Żarówki ledwo świeciły. Potem na chwilę zapaliły się tak jasno, że myślałem, że się przepalą, ale znów przygasły. Na półpiętrze minął mnie inżynier Wotny. Biegł jak wariat na dół. Spytałem go, czy coś się stało pannie Barbarze, ale ani się nie zatrzymał, ani nic nie odpowiedział.

— Czy widział pan błysk w nastawni? Bardzo jaskrawy.

— Widziałem. Dwa razy, już jak byłem na górze.

— Dwa razy?

— Pierwszy raz zaraz potem, jak panna Barbara wybiegła z nastawni. Jak mnie zobaczyła, to chciała wrócić, lecz wtedy właśnie błysnęło drugi raz i znów łupnęło. W nastawni stało się jasno, że aż nie można było patrzeć. Nie puściłem panny Barbary, i słusznie, bo choć przygasło, a nawet zupełnie zrobiło się ciemno, ale tylko na krótko, może na pół minuty, i jeszcze raz błysnęło, tyle że słabiej i ciszej.

— Długo to wszystko trwało? To znaczy, licząc od chwili, gdy dyrektor stracił ze mną łączność.

— Bardzo krótko. Nie dłużej jak parę minut, może pięć? Panna Barbara bardzo się niepokoiła o pana, więc jak tylko przygasło, zaraz poszliśmy zobaczyć.

— Gdzie ja wtedy byłem?

— Siedział pan na krześle. Trochę odsunięty od tego nowego komputera.

— A więc nigdzie nie wychodziłem?

— Myślę, że nie. Ale, niech się pan inżynier nie gniewa, nie wyglądał pan na przytomnego...

— Byłem zamroczony tymi błyskami.

— Może... Ale tak po prawdzie wyglądał pan na pijanego.

— Czy inżynier Niewińska też tak myślała?

— Tego nie wiem. A w ogóle gdyby nie panna Barbara, mogło być jeszcze gorzej — zmienił pospiesznie temat. — To ona po tym zwarciu powyłączała jakieś linie.

— Skąd pan wie, że to było zwarcie?

— Tak chyba to wyglądało. Ale to pan, panie inżynierze, jesteś fachowiec w tej branży, a nie ja.

Byłem już zdecydowany.

— Niech pan zawraca!

Spojrzał na mnie z ukosa.

— Nie ma mowy. Mam pana odwieźć do domu.

— Niech pan zawraca! — powtórzyłem ostrzej.

— Stary kazał panu iść spać. — Tadek nie zwolnił, lecz zwiększył szybkość. Byliśmy już na drodze do osiedla. — Dadzą sobie radę bez pana. Niech się pan dobrze wyśpi, bo jutro z pewnością będzie ciężki dzień.

Ja jednak nie ustępowałem:

— Proszę pana, panie Tadziu. Muszę tam wrócić. Widzi pan przecież, że jestem już zupełnie trzeźwy. No, proszę!

— Żeby mi stary zmył głowę?

— Wypuści mnie pan za zakrętem. W razie czego, gdyby mnie ktoś zobaczył, powiem, że wróciłem piechotą. Muszę koniecznie porozmawiać z panną Barbarą.

Tadek milczał. Widać było, że zaczyna się wahać.

— Panie Tadeuszu!... — podjąłem jeszcze jedną próbę przekonania go, aby zawrócił. W tym momencie na drodze tuż przed nami pojawiło się dwoje świecących oczu. Duży żółty pies przechodził przez jezdnię.

Tadek gwałtownie przyhamował. Próbował ominąć psa, lecz ten pchał się wprost pod koła. Skręcił więc w prawo, wjechał na pobocze i wprost na słupek.

Uderzyłem czołem w przednią szybę, że aż mnie zamroczyło. Tadek, klnąc psa, wyskoczył z wozu. Wysiadłem również i na miękkich nogach poszedłem za nim, aby zobaczyć, co się stało. Okazało się, że ścięliśmy słupek, lecz na szczęście zderzak zapobiegł poważniejszym uszkodzeniom.

— Pan krwawi! — zaniepokoił się Tadek spojrzawszy na mnie.

— Nic mi nie będzie. Czaszka cała — zbagatelizowałem sprawę.

— Powinniśmy pojechać na pogotowie.

— Nie ma sensu. Może ma pan jakiś plaster?

— Jasne, że mam. Zaraz zrobię panu opatrunek.

Wyjął z bagażnika apteczkę, bardzo wprawnie oczyścił i zdezynfekował miejsce skaleczenia, a potem zakleił je prestoplastem.

Zdecydowaliśmy ostatecznie, że zawiezie mnie do domu i powie Baśce, aby przyjechała do mnie swoim maluchem.

Nasze osiedle pracownicze to cztery trzypiętrowe, długie bloki, wzniesione na południowym krańcu starych Rokit. Dalsze pięć oraz pawilon handlowy są jeszcze w budowie, która w tym roku fatalnie się opóźniła. Budowlańcy mieli coraz większe kłopoty z ludźmi, co nietrudno było naocznie stwierdzić, obserwując ich robotę w czasie codziennej jazdy do pracy. Kiedyś nawet, widząc jak się to wszystko ślimaczy, Palinka pozwolił sobie przy mnie na szczerość i zaczął mówić zupełnie innym językiem o tym, co dzieje się u nas w ostatnich, i nie tylko ostatnich latach.

Od czasu jak ukradziono mi syrenkę, jeździłem rano z Palinką lub Millerem, którzy mieszkają w tym samym bloku. Po pracy albo robiłem sobie dwukilometrowy spacer, albo zabierała mnie Baśka, która wynajmuje w starych Rokitach pokój przy rodzinie. Jeśli wyskoczyła jakaś pilna poza godzinowa robota lub przeciągnęła się narada, korzystałem ze służbowego wozu Kabackiego.

Było już po dziewiątej, gdy znalazłem się w domu. Tadek odprowadził mnie aż do mieszkania prosząc, abym dał mu słowo, że nie będę nigdzie wychodził. Czułem lekki ból głowy, jakbym rzeczywiście miał kaca, więc zaparzyłem sobie kawę. Baśka jakoś nie przyjeżdżała, widocznie Wotny jej nie puścił. Po odjeździe Tadka żaden zresztą samochód nie pojawił się jeszcze w osiedlu, co świadczyło, że nie tylko kierownictwo, ale cała załoga jest nadal w zakładzie.

Ciągle jeszcze wahałem się, czy nie powinienem wrócić, wbrew zakazowi starego. Aby skrócić czas oczekiwania, próbowałem czytać. Przed tygodniem Baśka pożyczyła mi dwie książki, do których dotąd w ogóle nie zajrzałem. Jedna to kryminał Agaty Christie, druga — jakieś francuskie opowiadania, podobno interesujące. Okazało się jednak, że nie potrafię zupełnie skupić się na intrydze, którą z pewnością rozwikła detektyw Poirot, opowiadania zaś, po przeczytaniu paru zdań na okładce, od razu odłożyłem na półkę. Były to bowiem utwory z gatunku groteski fantastycznej o jakimś „przechodzimurze”, darze „wszechobecności”, przemieszczaniu się w czasie i innych cudownościach. Do tego rodzaju bzdur nigdy nie czułem pociągu. W przeciwieństwie do Baśki rozczytującej się we wszelkich odmianach tej literatury. W ostatnich latach, przy moich obowiązkach zawodowych, mam w ogóle ogromne zaległości w lekturze rzeczywiście wartościowych książek, a więc tym bardziej szkoda mi czasu na „bajki”, choćby nawet o jakichś tam walorach filozoficznych czy satyrycznych.