Krew sióstr. Czarna

Tekst
Z serii: Krew Sióstr #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Krew sióstr. Czarna
Krew sióstr. Czarna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 29  23,20 
Krew sióstr. Czarna
Krew sióstr. Czarna
Audiobook
Czyta Anna Ryźlak
20 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VII. Kasztan Ruda Sepia i Wiśnia

Wraz z zamordowaniem przez Szaarszę Palisandra sytuacja w sojuszniczym obozie się nader skomplikowała. Pewnie gdyby na miejscu była Brunatna, powiedziałaby coś mądrego i sprawy by się jakoś ułożyły. Jednak młoda Ochra, wydawało się, bezpowrotnie przepadła. Natomiast roszcząca sobie prawo do dyrygowania innymi Ruda nie do końca potrafiła zjednywać ludzi. Właściwie, to wcale nie potrafiła, a swą arogancją ich do siebie wręcz zrażała. Kasztan to widziała i osobiście miała ochotę plasnąć ją prawą dłonią w lewy policzek. Szczególnie, gdy ta ogłosiła wszem i wobec, że zabójstwo Palisandra zostało dokonane w afekcie, więc się nie liczy. Poza tym samozwańczy dyktator sam wszedł do kręgu, więc Szaarsza miała prawo sądzić, że rzucał jej wyzwanie. Zresztą wcale go nie poznała, bo z rozplątanego warkocza opadła jej na oczy srebrzysta grzywka i biedaczka walczyła na oślep. Tak w ogóle, to jest ona niepoczytalna, co stanowi okoliczność łagodzącą. Jakby komuś było mało, to Ruda ją ułaskawia mocą swej magicznej krwi. Z tej litanii usprawiedliwień bestialskiego morderstwa nie z zimną, a lodowatą krwią, każdy miał sobie wybrać, co mu odpowiadało. Przejść na porządku dziennym do zniknięcia Palisandra, a za nową dyktator uznać oczywiście… Rudą.

Efekt? Nieliczni muszkieterzy, którzy ocaleli z bitwy na cmentarzysku golemów, sami się zdemobilizowali i każdy poszedł we własną stronę. Wówczas niepilnowani jeńcy bez problemu uciekli na zachód, bo armie Srebrnej i Bursztyn już dawno wyruszyły na północ.

Tak oto niedawne wielkie zwycięstwo bez konsolidacji wojsk pod wodzą uznanego dowódcy wydawało dość zgniłe owoce. Republika stała się nagle ziemią niczyją, nad którą nikt nie sprawował kontroli. Był to obecnie prawdziwy dziki zachód, gdzie na kasztanowych preriach i beżowych półpustyniach niepodzielnie zapanowało bezprawie. Wszystko zatem wskazywało na to, że jeśli czerwony wróg z zachodu pokusi się o ponowny najazd na republikę, nawet o wiele mniejszymi siłami, to na przeszkodzie stanie mu jedynie kasztanowa siostra krwi w dwóch osobach oraz trójka jej srebrzystych kompanów.

Zaiste, choć siła ognia tej paczki była nie do przecenienia, to prowadzenie walki w kilka osób na wielkim obszarze raczej przerastało możliwości mikro i dwubarwnego sojuszu. Co prawda posiłkując się opowieściami z książek Kasztan, Ruda zasugerowała, aby na podstawie pozostawionych przez Brunatną notatek odnaleźć Beż-ixa, żeby ich sklonował. Niestety młodsza de Bruton pozbawiła siostrę złudzeń. Oświadczyła, że postęp naukowy ma działanie raczej progresywne niż skokowe. Dlatego zanim pojawi się możliwość klonowania, najpierw technika w republice musiała pójść bardziej do przodu. W odpowiedzi Ruda spojrzała na zegarek i zirytowana zapytała: „to ile ma czekać”?! Kasztan już tylko wywróciła prawe oko ku brązowemu niebu. Tak oto dyskusja na temat klonowania została zakończona.

Jednak obie siostry krwi były świadome, że potrzebowały wsparcia. W rezultacie, postanowiły wyruszyć do Brunatown. Wszak i tak zamierzały odnaleźć tam ojca i liczyły, że być może coś pomoże na braki kadrowe sojuszu. Bo jakby nie patrzeć, w ostatniej rozmowie z Brunatną, ta wspomniała, że to właśnie w rękach Sepi de Bruton pozostawiła odradzającą się z miejskich zgliszczy kasztanową społeczność. Takowy kierunek wydawał się więc słuszny i po zatankowaniu do oporu samochodu brązowo-szara paczka pomknęła autostradą wschód-zachód wprost… na zachód.

*

Po przyjeździe córki, a właściwie córek, Sepia de Bruton z trudem zbierał się do przysłowiowej brązowej bryły, czy też, jak mawiała robotnicza brać, kupy. Sądził, że po wybuchu zarazy pełzaczy, prawdziwej hekatombie, i późniejszej inwazji czerwonej armii, równemu kataklizmowi, nic go już nie zaskoczy. A jednak.

Tym czymś była siostrzana magia krwi oraz fakt, że pod postacią jego kasztanowej córki, choć nie rodzonej, zawsze ukrywały się dwie postacie – Kasztan i Ruda. Do niedawna dzieliły brązowe ciało, przejmując nad nim kontrolę zamiennie. Obecnie egzystowały wspólnie i nieprzerwanie, co raz racząc Sepię specyficznym dwugłosem, gdzie Kasztan była miła i nazywała go tatulkiem, a ordynarna Ruda zwracała się do niego mianem brązowego łysola. Lecz w głosie ponoć starszej siostry nie wyczuwał drwiny czy próby poniżenia. Jedynie pewien pocieszny dla niego rodzaj manii wielkości. Tym bardziej pocieszny, że Ruda, a siłą rzeczy i Kasztan, nawet jak na niski brązowy lud, mówiąc wprost, były kurduplowate.

Natomiast co do ich magicznych zdolności, jako legendarnych sióstr krwi, to senior rodu be Bruton przywyknął nad wyraz szybko. W końcu po jego osobistym kontakcie z żwywiołakami oraz wieściach, czego dokonały Kasztan i Ruda na cmentarzysku golemów, musiał uznać prymat magii nad technologią. Ta ostatnia bowiem nie zapobiegła republikańskiej katastrofie. Za to, jak usłyszał ze wspólnych ust córek, czerwona technologia niemal przyczyniła się do zagłady całego kontynentu. A to za sprawą sabotażu w czerwonej elektrowni jądrowej, co miało grozić niewyobrażalną katastrofą.

Cała ta niemal ziszczona tragedia została ponoć sprowokowana przez parę kasztanowych sabotażystów. Sepia pomyślał, że niech tylko dorwie tych brązowych drani, to powyrywa im przykrótkie nóżki z brązowych tyłków! Sama akcja miała być zainicjowana przez już świętej pamięci Palisandra. A czarny czort z nim wyłażący z brązowej kopalni! Skwitował tylko tragiczny los niedawnego ministra spraw zagranicznych senior rodu de Bruton. Nawet w nim budziły się mordercze instynkty, gdy słyszał, że z takim trudem broniona i wykrwawiana republika niemal została unicestwiona przez własnych obywateli.

Z kolei brązowi obywatele pod przewodnictwem Sepii według niego mieli się na szczęście coraz lepiej. Po odejściu stąd Brunatnej na czele armii żwywiołaków byłemu ministrowi udało się ostatecznie skupić pełnię władzy, po drodze dyskretnie eliminując kilku konkurentów. Uczynił to dla dobra republiki cudzymi rękoma zaufanych ludzi, spychając oponentów, niby przypadkiem, do kanałów, gdzie ciągle gnieździły się pełzacze. Oficjalnie ci niezdarni nieboracy się… potknęli i zaliczyli niefortunny zgon rozerwani na strzępy oraz zjedzeni. Kto twierdził inaczej, szybko podzielił ich zgubny los. Za to dzięki ich poświęceniu, brązowej ofierze, bez krępujących go więzów tak zwanej demokracji, Sepia mógł praktycznie samodzielnie przystąpić do polepszania bytu mieszkańców miasta. Oczywiście nie tytułował się dyktatorem, absolutnie nim nie był. Początkowo kazał się nazywać dobrotliwie Ojcem Odnowicielem i tak już pozostało. Biada temu, kto nazwał go inaczej.

I tak po stworzeniu kasztanowej żandarmerii Ojciec Odnowiciel w pierwszym rzędzie zabezpieczył zdobytą żywność, jako najwyższe dobro. Odpowiednio posegregował zasoby i należycie zadbał o to, aby jego zausznicy otrzymywali same frykasy. Dla kontrastu krnąbrną ludność głodził, by dla swego dobra nabrała należnego szacunku dla swego nowego Ojca. Następnie podzielił dzielnice miasta na takie o różnym stopniu zagrożenia i zdewastowania. Te bardziej zadbane oraz bezpieczne obsadził zaufanymi ludźmi, tworząc z nich zręby nowej arystokracji niezbędnej dla zdrowego funkcjonowania każdej społeczności. Tak naprawdę sowicie nagradzał wiernopoddańczych obywateli i zdawał sobie z tego sprawę, ale… No właśnie… co stało na przeszkodzie, aby dla dobra republiki dokładnie to czynił? Zatem w dalszej kolejności, w mniej komfortowych warunkach, umieścił żandarmów z rodzinami. Zaś peryferia miasta, czyli tereny wciąż nawiedzane przez hordy pełzaczy, obsadził zaczynem nowej warstwy robotniczej. Choć jak na ironię byli to głównie niedawni mieszczanie oraz arystokraci. Jednak definitywnie utracili swój status, nie dość szybko i wystarczająco nisko kłaniając się Ojcu Odnowicielowi. Wszak ukłony były ważne. Sepia pracował dla dobra republiki niestrudzenie, więc okazywanie należnego szacunku stanowiło podstawy dobrego wychowania. Kto zaś zachowywał się jak ostatni cham, trafiał tam, gdzie jego miejsce, czyli do nowo formowanego motłochu. Chociaż mógł trafić także do umieszczonego za miastem karnego obozu pracy. Wszystko zależało od tego, gdzie pojawił się akurat deficyt, a gdzie nadmiar zasobów ludzkich. Ludzie bowiem z różnych przyczyn ciągle ginęli na gruzowiskach Brunatown. Ale też nadal ściągali tu z całego kraju w nadziei na bezpieczne schronienie. Zadaniem Sepi, ku chwale republiki, było się nimi wszystkimi należycie… zaopiekować. Niech żyje republika!

*

Po oględzinach zdewastowanego Brunatown Ruda poczuła pewną zazdrość. Odnosiła bowiem wrażenie, że pełzacze dorównywały jej destrukcyjnej sile, a może nawet ją w skali zniszczenia przewyższały. Zatem nie mogła spoczywać na laurach, tylko musiała trenować wywoływanie trzęsień ziemi i sprowadzanie z gór morderczych lawin. Nie stanowiło przecież tajemnicy, że praktyka czyniła mistrza!

Również mistrzem, ale w sztuce panowania nad ludźmi, okazał się jej przyszywany ojciec. Od przyjazdu do miasta zauważyła, że ocaleni z pogromu mieszkańcy kłaniali mu się jeszcze niżej niż niegdyś prezydentowi, do tego w ich oczach widać było nagi strach. Podobało się jej to. Nieco mniej ta kwestia, że na brązowych obywatelach mniejsze wrażenie robiło to, iż mieli przed sobą pogromczynię czerwonej armii. To ją powinni czcić w pierwszym względzie! Sytuację trochę ratował fakt, że gdy mieszkańcy Brunatown dowiedzieli się, że Ruda była córką Sepii, wówczas padali przed nią na twarz. Oczywiście skwapliwie z tego korzystała, karząc sobie wyczyścić zakurzone buty, a właściwie to tylko lewy. Tym sposobem doczekał się on pieczołowitego pucowania mankietami koszul mieszkańców, którzy niemal użyczyli też własnych języków, by obuwie córki Ojca Odnowiciela prezentowało się, jak nowe. Idąc za ciosem, Ruda rozkazała jeszcze wyczyścić posiadany brud zza paznokci. Choć tylko jednej dłoni, wiadomo której. Zaś uzyskawszy już lepszą prezencję, dumnie pomaszerowała z siostrą na punkt widokowy umieszczony na pomniku Umbara Brunatnego.

 

W drodze po ustawionej pionowo metalowej drabince otoczonej obręczami ochronnymi, pomyślała, że odnaleziony ojciec sprawił jej jednak zawód. Co prawda poza skierowaną ku niemu zazdrością z tytułu podporządkowania sobie obywateli, sama otrzymywała z tego powodu profity. ale ten brązowy łysol choćby słowem się nie zająkną o Spiżji! Skandal i niegodziwość nawet dla aroganckiej Rudej. Senior rodu de Bruton jedynie coś tam zagaił na temat swoich synalków. W odpowiedzi starsza z kasztanowych sióstr krwi już chciała mu wygarnąć, że jeden, ten jajogłowy, kolaborował z czerwońcami. Zaś drugi, niby handlowiec, prawie wysadził republikę w powietrze. Lecz zanim Ruda zdążyła to z siebie wyrzucić, Kasztan prawym garniturem zębów ugryzła ją we wspólny język. Naprawdę bolało! A starsza de Bruton nie miała ochoty na powtórkę. Tak oto Sepia, co do losu swych męskich pociech, pozostał w błogiej nieświadomości.

Jednakże to, co najbardziej miała za złe ojcu Ruda, to fakt, że poskąpił on wsparcia dla walki na zachodzie o republikę. Kategorycznie stwierdził, że całego potencjału ludzkiego potrzebował tu, na miejscu, w Brunatown. I weź tu kochaj tatusia… Brązowy łysol!

Tym samym kasztanowe siostry krwi wdrapywały się obecnie na punkt widokowy jedynie po to, aby z ciekawości przyjrzeć się całemu miastu i ocenić skalę zniszczenia. Albowiem ich misja tutaj zakończyła się fiaskiem i nie pozostało im nic więcej, jak tylko po podziwiać sobie destrukcyjne widoczki. Dla Rudej zawsze była to jakaś pociecha.

Wkrótce całkiem usatysfakcjonowana rozglądała się po inspirujących dla niej ruinach. Z zadowoleniem dostrzegła, że Muzeum Siedmiu Barw nie posiadało dwóch ścian i zapadło się w środku. Do tego z góry można było odnieść wrażenie, zupełnie jakby wypływała z niego siedmiobarwna rzeka w postaci różnobarwnych eksponatów. Następnie lewe oko dziewczyny skupiło uwagę na połamanym ogrodzeniu w zoo, skąd chyba uciekły wszystkie kolorowe zwierzęta, bo nie było ich tam widać. A może zostały zjedzone? Ruda pomyślała, iż sama z chęcią przekąsiłaby złocistą kuropatwę albo krwisty befsztyk z alabastrowego jaka. Niestety na to się nie zanosiło. Dalsze oględziny przerwał starszej de Bruton niespodziewany poryw wiatru, który się wzmagał. Zaintrygowana popatrzyła w zachodnią stronę, skąd przyszły podmuchy.

Zaskoczona zobaczyła potężną maszynę o czerwonej barwie – nadlatujący helikopter. Dość podobny do tego, jakim latała Brunatna, choć bez dziurska pośrodku.

Czyżby więc czerwoni przylecieli aż tu za siostrą krwi, aby ją zgładzić? To był nalot?! Cóż, skoro chcieli się bić… Ruda zakasała lewy rękaw beżowej koszuli i rozejrzała się za jakąś okazałą kupą piachu oraz kamieni. Wtedy zamarła, ponieważ znajdowała się wysoko nad ziemią, wokół niej było tylko powietrze i blacha, a helikopter, niewątpliwie uzbrojony w rakiety, znajdował się już tuż tuż. Z kolei czerwony karabin niefrasobliwie zostawiła w samochodzie.

– No to wdepnęłyśmy, jak do szybu kopalnianego tuż przed osuwiskiem… – skwitowała naraz zrezygnowana.

– Ups. – Kasztan także się zorientowała, że tak znaczące oddalenie się od ziemi nie było chyba najlepszym pomysłem. Aż raptem Rudą olśniło:

– Pokaż prawą łapę. No dawaj! – rzuciła natarczywie do siostry. Już zaraz oglądała z uwagą jej paznokcie. Niestety Kasztan dbała o higienę i nie miała brudu za paznokciami, który można by zaczarować, jako piach. Natomiast Ruda niefortunnie kazała sobie uprzednio zrobić niewolnikom ojca manicure. – Grrr… na ostry miał i śliskie otoczaki! Niech to brązowy szlag! – przeklęła zirytowana i z narastającą furią wydarła się do siostry: – Co ty najlepszego wyprawiasz?!

– Poddaję się. – Kasztan swobodnie machała w górze prawą ręką.

– To wygląda tak, jakbyś tu jeszcze zapraszała tych czerwoniaków. Po prostu milusio… Ale niech tam. – Oklapła Ruda, nie widząc szans na skuteczną walkę, do kompletu uniosła lewą rękę. Szybko bowiem skalkulowała, że czerwone więzienie będzie chyba lepsze od rozerwania na strzępy czerwoną rakietą. Miała w życiu jeszcze tyle krain do podbicia, tylu ludzi do upokorzenia. Nie chciała przedwcześnie umierać, nie zasłużyła na to!

Niebawem na obszernej platformie widokowej wylądował helikopter. Ruda w duchu się modliła, aby zgodnie z życzeniem Kasztan rzeczywiście wzięto ją z siostrą do niewoli, a nie dajmy na to na miejscu rozstrzelano, czy zrzucono w gruzowisko do stóp Umbara Brunatnego. Nie tak to miało wyglądać! Jej przeznaczeniem było górować nad Umbarem, a nie stać się kasztanowym plackiem rozpłaszczonym na jego wielkim paluchu!

Ku niewymownej uldze starszej de Bruton z helikoptera wyskoczyli nie żądni pomsty żołnierze, ani też nie czerwoni kaci z siekierami i pniakiem, a cywile. Była ich różowoskóra dwójka w nietypowych ubraniach, wyjątkowo obcisłych i pstrokatych, wręcz połyskujących odcieniami czerwieni. Głupkowato się uśmiechali do siebie, to szczerzyli zębiska do kasztanowej dziewczyny. Aż iście tanecznym krokiem dotarli do niej i jeden z nich z przesadnym entuzjazmem wypalił:

– Czy mamy może przyjemność z extra Kasztan de Bruton i super Rudą? Bo z dołu tu nas właśnie skierowano. A poszukujemy waszej kumpeli, niejakiej Szaarszy.

– To! Jest! Republika! A ja! Jestem! Szaarsza! Wraaah! – Drugi z przybyszy wykonał zamaszysty kopniak przed siebie, zupełnie jakby zrzucał nim kogoś w przepaść z platformy. Nawet spojrzał w dół, jakby podziwiając spadającą ofiarę. Jednocześnie gniewnie obnażył kieł, po czym idiotycznie roześmiał się do kompana.

Po tej scence Ruda stwierdziła, że najwyraźniej miała tu do czynienia z kiepskim aktorstwem i próbą nieudolnego parodiowania berserki północy oraz kogoś tam jeszcze. Jednak nic nie odpowiedziała, ciągle badawczo przyglądając się mężczyznom. Gdy pierwszy z nich stonował radość, wyciągnął z kieszeni elektroniczne urządzenie wyglądające jak notes. Wskazał na zapisaną tam treść i wyjaśnił:

– Mamy tej… Szaarszy do zaproponowania kontrakt. Detale możemy uzgodnić z jej managerem. Ale podstawowy zapis umowy powinien zostać już podpisany, abyśmy mogli rozpocząć przygotowania.

– Jakie… przygotowania? – burknęła skołowana Ruda.

– Do serii zakontraktowanych walk o czerwony pas, rzecz jasna. – Mężczyzna popatrzył na kompana, a ten przytaknął szybkim skinięciem głowy. – Otóż… – ciągnął przybysz – w miejsce tradycyjnego starcia na froncie nasza firma, Czerwoboks, postanowiła wystąpić z własną inicjatywą. Mianowicie konflikt pomiędzy czerwienią, a siedmiobarwnym kontynentem pragniemy rozstrzygnąć za sprawą szeregu pojedynków na platformie morskiej zbudowanej w połowie drogi pomiędzy republiką, a czerwoną wyspą. Obok kompleksu rekreacyjno-wypoczynkowego stanie tam hotel, powstanie lądowisko, port i okazały ring z trybunami. Oczywiście w miarę rosnących zysków planujemy rozbudowywać infrastrukturę, w tym…

– Do rzeczy – ucięła Ruda. – Mam rozumieć, że jak Szaarsza rozwałkuje jeszcze kilku waszych czerwonych ludzików na tej platformie, to wojna zostanie zakończona?

– No… tak. Za tym będziemy lobbować. A ostatecznie w konkursie audiotele zagłosują osoby, które wykupią stosowny abonament. Co prawda…

– Gdzie mam podpisać? – wyrwała się starsza z sióstr krwi. – Bo mam pełnomocnictwo. To ja jestem managerem Szarej Wilczycy. Dobra ksywka, co?

– No dobra, może być – podchwycił mężczyzna z notatnikiem. A podsuwając go Rudej, dodał: – Tutaj na dole trzeba złożyć podpis.

– A długopis?

– Wystarczy przyłożyć opuszek palca.

– Oczywiście… tak tylko się droczyłam. Oto opuszek. – Starsza de Bruton odcisnęła swój brązowy palec na ekranie, prawie go wgniatając.

– Nie tak mocno – zwrócono jej uwagę.

– Chciałam, żeby było dokładnie – powiedziała na usprawiedliwienie. Następnie uśmiechnęła się z zadowoleniem, miarkując, jakie profity mogła dla siebie wynieść z całej tej akcji i rzekła: – To teraz przejdźmy do tych…

– Detali.

– Właśnie. Na początek życzę sobie, abyście mi zbudowali nadmorską willę. Będę tam tresować, to jest trenować, Szarą Wilczycę. Potrzebna będzie też motorówka, a właściwie to dwie… albo siedem. No i wodolot. Do tego jedzenie, dużo jedzenia, może być czerwone, byle smaczne. I chcę ten wasz elektroniczny sprzęt: komputery, komunikatory i inne wynalazki. A mogę też dostać własną wyspę? Tak, chcę wyspę, w sumie to dwie, bo jeszcze dla siostry. Ta druga wyspa może być mniejsza i z chwastami. Za to na mojej postawicie…

*

Czerwoni żołnierze, szlachetni rycerze

Siedem barw poskramiają i różaną litość za nic mają

Czerwoni żołnierze, szlachetni rycerze

Ze stali i gniewu mają pancerze

Czerwoni żołnierze zawarli przymierze

Z chwałą i bohaterstwem się zbratali

Ciężkimi buciorami siedem barw podeptali

Czerwoni rycerze, szlachetni rycerze

A ty wśród nich, ja w ciebie wierzę!

Chwyć za broń! Walcz myślą i słowem!

Szlachtuj siedem barw jak na befsztyk krowę!

Bo chwalebna czerwień najwyższym jest prawem!

Czcij ją i kochaj, a siedmiobarwnym gardź światem!

Wiśnia raz za razem wysłuchiwał ostatniego przeboju Róży Tango: ”Krwista Czerwień na Siedmiobarwnym Kontynencie”. Natchniony wyśpiewywanymi z pasją strofami, spoglądał ze swego pokoju przez okno. Widział stąd wschodnią część Czerwonego Miasta. W tym zarys portu lotniczego, który mocno ucierpiał podczas niedawnego sabotażu zorganizowanego przez elementarnych terrorystów.

Zresztą Wiśnia także ucierpiał i to bardzo dotkliwie. Dotknął podłużnej blizny na policzku, a potem przesłonił dłonią oczodół, gdzie za opaską ziała tylko ciemna dziura. Niestety wystrzelony znad sztucznej rzeki sopel lodu wbił mu się prosto w oko, którego nie dało się uratować. Dodatkowo ostre szkło z rozbitej szyby pokaleczyło mu twarz.

Aż do tamtego wydarzenia Wiśnia marzył o tym, aby zostać aktorem. W tym celu zawsze po szkole uczęszczał na zajęcia teatralne. Imał się też każdej najmniejszej rólki nawet, jako statysta. A teraz? Ze swoją pokiereszowaną facjatą mógł odgrywać co najwyżej cyklopa po przejściach. Na takie monstra było jednak w kinematografii niewielkie zapotrzebowanie.

Zaśmiał się w duchu, choć wcale nie było mu wesoło. Zresztą od tamtego feralnego dnia Wiśnia na oszpeconej twarzy się już nie uśmiechał. Z dnia na dzień stał się ponurym milczkiem skrytym za przepaską na oko. W szpitalu specjalnie dobrał sobie wyjątkowo dużą zasłonę, aby zakrywała jak najwięcej blizn na policzku. W ogóle najchętniej zakryłby sobie całą twarz. W związku z tym poza domem nie ruszał się bez kaptura na głowie i gdyby nie obowiązek szkolny, pewnie wychodziłby na zewnątrz tylko w nocy.

Ciągle nie mógł się otrząsnąć z traumy tamtego koszmarnego dnia, kiedy zaatakowali elementarni. Prześladowały go dźwięki krzyków i wrzasków ludzi oraz obrazy świeżo okaleczonych ciał, gdzie jedno z nich należało do niego.

Chociaż jeszcze gorzej było chyba nie tuż po ataku, a w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Widział tam tyle umierających w męczarniach osób. Także takich, które posiadały nie rany od ostrego lodu, a zmiażdżone kończyny, części brzucha, czy nawet głowy. Potem wokół niego pojawiły się postacie niczym z koszmaru: bez rąk, czy nóg. Mijali go pacjenci pchani na wózkach, niektórzy całkiem sparaliżowani. Nie obyło się też bez przykrytych prześcieradłami na korytarzach ludzkich zwłok.

On sam podobno miał wielkie szczęście. Sopel, który przebił mu oko, zatrzymał się na kości czaszki pod łukiem brwiowym. Niewiele brakowało, aby trafił wprost do mózgu i na miejscu uśmiercił jego właściciela.

Czy byłoby to takie złe? Wszak ów sopel zabił już marzenia Wiśni, jego przyszłość, a teraźniejszość uczynił nie do zniesienia. Również spoglądanie w przeszłość przynosiło jedynie trwogę. Co więc mu pozostało?

Ponownie wsłuchał się w dźwięk zapętlonej na komputerze piosenki nawołującej do słusznej nienawiści i walki z siedmiobarwnym światem. Natchniony utworem, który podsycał jego własne odczucia, postanowił, że to właśnie będzie czynił. W imię prawej nienawiści do elementarnych zostanie czerwonym wojownikiem. Oczywiście nie takim w szeregach szkarłatnej armii. Z jego kalectwem i szesnastoletnią metryką nie miał co liczyć na wstąpienie w struktury wojskowe. Zatem jego orężem stanie się samo słowo, a narzędziem komputer.

Zanim jednak zasiadł do komputera, najpierw poszedł nakarmić kota. Jedyną istotę pod karmazynowym niebem, którą darzył obecnie sympatią. Dlaczego? Bo Kituś Mrautuś, jak się nazywał jego ulubieniec, jako jedyny nie patrzył teraz na niego ze współczuciem. Traktował go tak samo, jak przed okaleczeniem. Podczas gdy łez swych rodziców nie mógł już po prostu znieść. Szczerze drażniło go roztkliwianie się nad nim, co ciągle przypominało mu o jego ułomności i zaprzepaszczonych planach.

 

Z kolei Kituś Mrautuś dostał akurat saszetkę karmy dla seniorów. Miał już swoje lata, ale i tak prezentował się wyjątkowo dostojnie z sierścią o wiele dłuższą niż pospolite koty. Pochodził bowiem ze specjalnej hodowli i w kocim świecie mienił się niemal arystokratą.

Podobne mniemanie miał o sobie Wiśnia. No prawie, bo jakkolwiek w czerwonej społeczności na zachodzie nie istniały arystokratyczne tytuły, to jego rodzina była dobrze sytuowana. Ojciec sprawował wojskową funkcję w randze generała, a matka wykonywała pracę naukowo-badawczą przy opracowywaniu broni biologicznej.

Tymczasem chłopak zasiadł przed komputerem. Otworzył stronę z portalem społecznościowym i wziął się do zakładania nowej witryny. Postanowił gromadzić na niej zwolenników wyniszczenia obcych gatunkowo ludzi o odmiennej barwie skóry i krwi. Elementarnych okrutników gotowych do najbardziej odrażających czynów, których wszystkimi sposobami należało zwalczać niczym plagę siedmiobarwnego robactwa.

„Krwista Czerwień na Siedmiobarwnym Kontynencie”. Stronę nazwał tytułem słynnej piosenki o jednoznacznym ukierunkowaniu, stanowiącej już niemal hymn nienawiści do kolorowego świata. Użycie tej nazwy powinno mu zapewnić wysoką pozycję w wyszukiwarce i wiele odwiedzin indywidualnych użytkowników myślących tak, jak on.

Należało jednak jeszcze zapełnić witrynę odpowiednią treścią. Tu z pomocą przyszedł dyskretny wgląd do ojcowskiego komputera. Dzięki temu Wiśnia wszedł między innymi w posiadanie drastycznych zdjęć tego, co uczynili elementarni w Czerwonym Mieście oraz na kontynencie. O właściwą szatę graficzną nie musiał się zatem martwić.

Z zadowoleniem szybko też sobie uzmysłowił, że o odpowiednią treść również szybko zadba. Pełne jadu i gniewu słowa wręcz same cisnęły mu się na klawiaturę. Wystukiwał je z narastającą pasją i coraz szybciej, zupełnie jakby wybijał palcami bitewny marsz na werblu.

Znowu czuł, że coś znaczył, miał w życiu cel i pożywkę do jego realizacji w postaci szczerej nienawiści. Jak natchniony oddawał się swej nowej pasji, a w tle ciągle słuchał przeboju Róży Tango:

Czerwoni żołnierze, szlachetni rycerze

Siedem barw poskramiają i różaną litość za nic mają

Czerwoni żołnierze, szlachetni rycerze

Ze stali i gniewu mają pancerze

Czerwoni żołnierze zawarli przymierze

Z chwałą i bohaterstwem się zbratali

Ciężkimi buciorami siedem barw podeptali

Czerwoni rycerze, szlachetni rycerze

A ty wśród nich, ja w ciebie wierzę!

Chwyć za broń! Walcz myślą i słowem!

Szlachtuj siedem barw jak na befsztyk krowę!

Bo chwalebna czerwień najwyższym jest prawem!

Czcij ją i kochaj, a siedmiobarwnym gardź światem!