Krew sióstr. Czarna

Tekst
Z serii: Krew Sióstr #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Krew sióstr. Czarna
Krew sióstr. Czarna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 29  23,20 
Krew sióstr. Czarna
Krew sióstr. Czarna
Audiobook
Czyta Anna Ryźlak
20 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IV. Bursztyn

Flażolet, bardzo przyjemnie wyeksponowany w smyczkowej orkiestrze. Wlewał się on w uszy płynnie i z harmonią, czyli zupełnie jak chwalebny powrót Bursztyn na złocisty tron. Obecnie sala tronowa oraz siedlisko monarchini były już całkiem złote bez usuniętych stąd skrupulatnie elementów srebra. Tak miało pozostać, na zawsze.

Tymczasem ze swego tronu bursztynowa władczyni z koroną na głowie z gracją zaklaskała w dłonie, wykonując jedną z nich szybkie i delikatne muśnięcia. Coś, jak trzepot skrzydeł kolibra. W odpowiedzi muzycy ukłonili się niemal ze złocistymi nosami przy bursztynowej posadzce i udali poza komnatę.

Na ich miejsce wkroczyła grupa mężczyzn w zdobnych kontuszach. Dominującym odcieniem ich żółtych ubiorów był bursztynowy. Uklękli oni w rzędzie przed tronem. Wtedy władczyni wstała, odebrała od szambelana Złocienia złocisty miecz i kolejno kładąc jego klingę na męskich ramionach, wygłaszała podniosłą formułkę na temat kodeksu światła. Tym samym nadawała szlacheckie tytuły i włości wybranym przez siebie osobom:

– Jasność i czystość, nieskalana świetlistość. Niech prawy wasz oręż strzeże złotej krainy i w bursztynie władczyni. Nie ulękniecie się czerni, dacie odpór czerwieni. Na rozkaz sprzymierzycie się ze srebrem i brązem, lub na wezwanie srebro oraz brąz krwawo nasycicie złotem.

Wśród pasowanych właśnie nowych rycerzy większość z nich pochodziła z kręgów światła, organizacji, które podczas wojny domowej nie wsparły żadnej ze zwaśnionych stron. Za to chroniły ludność cywilną przed mnożącymi się jak złociste promienie słońca na niebie szajkami bandytów.

Tym sposobem Bursztyn tworzyła zręby nowej arystokracji w miejsce wielu możnych panów, którym właśnie odebrała tytuły i ziemie oraz skonfiskowała majątki. Wśród nich byli głównie przedstawiciele złocistego i pomarańczowego rodu. Albowiem aż za dobrze poznała ich skłonność do wywyższania się względem korony, a nawet sięgania po nią. Zatem obecnie korzystała ze sposobności i przyćmiewała te rody. Wszystko to w duchu wymierzenia sprawiedliwej kary za kolejną rewoltę w królestwie tym razem przeciw byłej już srebrnej królowej.

Zapobiegawcza Bursztyn daleka była bowiem od powielania błędów swych koronowanych poprzedników. Dlatego korzystając z okazji, postanowiła wzmocnić swą władzę w kierunku absolutyzmu i całkiem zmarginalizować złocistą radę. W tym celu z potencjalnych oponentów skutecznie oczyszczała sobie przedpole w drodze do reformy ustroju. Jednocześnie uzupełniała swe bursztynowe szeregi, włączając w ich poczet prawych ludzi oddanych koronie, zatem i jej samej. Dla pewności kupowała ich lojalność tytułami, ziemskimi nadaniami oraz dworskimi urzędami, na które powstało sporo wakatów.

Wszak wszystko to miało w prostej linii zmierzać nie tylko do odbudowy utraconej siły i zszarganego autorytetu królestwa. Konsolidacja władzy pod berłem Bursztyn miała stanowić niezbędny krok, aby dać skuteczny odpór czerwonemu zagrożeniu. Ponieważ czerwona armia na zachodzie, choć poniosła klęskę, to wróg bynajmniej nie został unicestwiony, a wojna nie dobiegła kresu. Sytuacja była ciągle więcej niż poważna i Bursztyn nie zamierzała ograniczać swej polityki wyłącznie do spraw wewnętrznych. Starała się myśleć globalnie i wielowymiarowo, jak to mądrze wyraził jeden z pojmanych oficerów czerwonej armii. Lecz była zdeterminowana, aby najpierw uporządkować najbardziej palące sprawy, które miała tuż pod bursztynowym nosem. W tym celu po nadaniu szlacheckich tytułów kazała wezwać przed swój dostojny majestat lady Pomarańczę oraz markiza Limona.Ta para osób na wieść o zwycięstwie wielobarwnego sojuszu w republice i powrocie do królestwa alabastrowego legionu oraz złotej konnicy pierzchła w popłochu na prowincję. Dzięki temu stolica, jak i cały kraj, zostały przez Bursztyn bez problemu błyskawicznie opanowane. Bowiem mobilna i silna złota konnica, która nie odniosła dużego uszczerbku na kasztanowych polach bitew, nie miała w złocistej krainie godnych siebie przeciwników. Rodowe armie oranżystów i złocistego rodu były już wykrwawione, zmęczone, a morale ich żołnierzy sięgało żółtego gruntu. W efekcie w królestwie nie doszło nawet do żadnej bitwy. Zaś zniechęcona walkami ludność zwykle sama oddawała warownie i zamki we władanie bursztynowej władczyni. Jej autorytet, jako prawowitej królowej, ponadto takiej, która odzyskała tron, bardzo wzrósł. Także rozsławiła jej imię bohaterska szarża rogatym bydłem na cmentarzysku golemów. W porównaniu z nią lady Pomarańcza czy markiz Limon kojarzyli się przeciętnemu mieszkańcowi złotej krainy jedynie z warcholstwem i zamętem, któremu należało wreszcie położyć kres. Zaś najlepszym dla nich miejscem był zapewne południowy mur złocistego pałacu i usychanie tam na wiór.

Zresztą wspomniana para arystokratów zdawała sobie sprawę ze swej słabej pozycji, przez co uprzednio pochwycona, teraz karnie stanęła przed Bursztyn. Choć w przypadku lady Pomarańczy tylko do czasu. Ponieważ ta, swoim zwyczajem, zamiast pozostać z pomarańczowym wzrokiem wbitym pokornie w złotą posadzkę, to z zaciekawieniem rozglądała się po bursztynowej komnacie. Niebawem zaczęła też pogwizdywać, aż zanuciła wesołą, zupełnie nieprzystającą do sytuacji piosenkę.

– Wystarczy, moja lady – skarciła ją w pewnym momencie Bursztyn. W odpowiedzi pomarańczowa dama zamilkła i jakby wyrwana ze snu popatrzyła z respektem na władczynię. Ona dłuższą chwilę napawała się lękiem w oczach niedawnej konkurentki. Miała nawet pokusę, aby lady płaszczyła się przed nią, skamląc o litość. Jednak odrzuciła ten pomysł. Bowiem z republiki powróciła w swoim przeświadczeniu odmieniona. W każdym razie z sercem ponownie nasyconym miłością za sprawą Kakaona Gniadosza, który też przybył do królestwa. Dlatego zgodnie z obecnym stanem ducha, czyli wzniosłym, do zebranych przemówiła w podniosły sposób:

– Witajcie w mych królewskich progach. Takich, które stały się na ten czas jednolicie bursztynowe i takowe już pozostaną. Wiedzcie też, że nigdy już nie będą one czysto złociste ani pomarańczowe. Wy, ani wasi krewni czy potomkowie, nie ozdobicie swych głów koroną. Natomiast za dotychczasową krnąbrność i wzniecane przewroty mogłabym was dziś, tu i teraz, skazać na śmierć i poza waszymi najbliższymi nikt w królestwie nie podniósłby lamentu. Wiecie o tym. Mogłabym się także wykazać świetlistą łaską i poza pozbawieniem was majątku oraz tytułów nakazać wam wziąć ślub. Zamieszkalibyście w pałacu, jako moja służba, usługiwali mi, a wasze dzieci służyłyby w przyszłości moim dzieciom. Za to wasze oczy wciąż miałyby okazję doświadczać promieni zachodzącego słońca. Jednakże wiedzcie, że w bieżącej chwili, nasycona dobrocią, daleka jestem od życzenia wam źle i szukania perfidnej pomsty za przewiny. Me współczucie sugeruje mi dać wam ostatnią szansę. Wybaczyć tak, jak i mi zostały wybaczone winy, abyście zyskali sposobność odkupienia swych błędów prawymi czynami. Co zatem zamierzam konkretnie uczynić? Jak pokierować waszym losem, który znalazł się w mych rękach? Jak uważacie? – Bursztyn zawiesiła głos, spoglądając na Limona, to Pomarańczę. Ta ostatnia bezczelnie rzuciła:

– Winnaś, pani, abdykować na rzecz klaczy zwanej Kasztanką i z niejakim Kakaonem Gniadoszem zająć się w republice wypasem bydła. Cała stolica aż huczy, jak na złotym dworze się sprawy mają. – Naraz lady otrzymała przywołującego ją do porządku kuksańca w bok od Limona. – Ałajć, no co! Mówię, jak jest! – obruszyła się Pomarańcza. – Skoro nasza Bursztyn królowa jest taka szczera i wylewna, to odwdzięczam się tym samym. Niech więc słyszy i wie, że ludzie na złotych ulicach się oburzają, że ich władczyni wyniszcza złote rody, aby sprowadzić tu brązowych osadników ku zgubie złocistej ludności. A zamiast uprawy zbóż chce wypasać na żółtych łąkach kasztanowe bydło. Koniara! Tak ją w tawernach wyśmiewają!

– To akurat… po części prawda. I w sumie całkiem trafna diagnoza sytuacji w jej szczerym oraz… dosadnym ujęciu – wtrącił na usprawiedliwienie Pomarańczy Limon. – W ostatnich dniach na kanarkowe łąki pod stolicą zawitało brązowe bydło. Nie umknęło to uwadze ludu stolicy. Ten zaś jest wrażliwy na bratanie się z republikanami i szybko potrafi zmieniać front. Przez to jednego złocistego dnia faworyzowana przez nich bursztynowa królowa, kolejnego dnia może być oskarżona o szarganie złocistości za sprawą plamienia jej kasztanowym kolorem. To nie jest bezpieczna sytuacja dla żadnego władcy, nie ważne jak mocno osadzonego na królewskim tronie.

– Razem z tym… Kakaonem motłoch cię wkrótce wypatroszy na jakiejś złotej ulicy. Niech tylko zwietrzy sposobność, a skończycie jak żółty prezydent i brązowa królowa w dekadzie złocisto-kasztanowego szaleństwa. Żeby nie było, że nie ostrzegałam!

Po ostatnich słowach Pomarańczy oraz wcześniejszych Limona Bursztyn ściągnęła razem usta, co w jej mimice wyrażało pewne zakłopotanie i przyjęcie bardziej defensywnej postawy. Nie zamierzała maskować sztucznym uśmiechem nagle zafrasowanego lica. Jednocześnie lady i markiz urośli w jej oczach, przedstawiając coś, co jej umykało. Coś, o czym szambelan Złocień i jej otoczenie zapewne wiedziało, a to ignorowali, bądź nie wspominano o tym z innych przyczyn.

Naraz dotarło do niej, że jeśli zamiast utrzymywać dynamiczną równowagę w społecznym układzie sił królestwa, postawi tylko na bursztynową dyktaturę, to rzeczywiście może zostać znienawidzona, a w konsekwencji nawet zgładzona. Przemyślała więc skrupulatnie podsunięte jej spostrzeżenia, po czym wysnuła z nich nowe wnioski. Właśnie postanowiła, że zapobiegawczo odroczy ślub z Kakaonem, od którego tęsknie wyczekiwała oświadczyn. Podjęła również decyzję w odniesieniu do stojącej przed nią pary osób i odzyskawszy pewność siebie, władczo oświadczyła:

– Zaiste przemawia przez was roztropność i rada jestem, że to z waszych ust wysłuchuję słów jasnej mądrości. Okazujecie się bowiem wyjątkowymi doradcami. W związku z tym mam dla was propozycję służby dla dobra korony. Jeśli mnie nie zawiedziecie, wasze rody co prawda nie odzyskają dawnej pozycji, na to jest za późno, ale wy sami możecie uzyskać zaszczyty w państwie. Warunek jest taki, że staniecie u mego boku. Zatem ofiarowuję wam ucałowanie pierścienia koronnego na mym palcu na znak przysięgi wiernej służby mi samej albo… jeżeli wzgardzicie ofertą, dożywotnie wygnanie.

 

W komnacie nastała przygniatająca cisza, powaga i czas wzmożonego oczekiwania. Aż raptem Pomarańcza dumnie zadarła podbródek i okręciła się na pięcie, by ruszyć do wyjścia. Niemal w tej samej chwili Limon pochwycił ją za ramię. Syknął jej coś do ucha, zbeształ, po czym odprowadził na bok pod złocistą ścianę. Tam między parą arystokratów zawiązała się zażarta kłótnia. W ruch poszła silna gestykulacja rękoma i gniewne wyrazy twarzy, choć dyskusja cały czas prowadzona była ściszonym głosem. Co chwila lady podnosiła pomarańczową suknię, ukazując równie pomarańczowe podwiązki i ze złością ostentacyjnie tupała nogą. Limon zaś co raz chwytał ją za ramiona, jakby nadając stabilniejszą postawę i przywołując do porządku.

Aż wreszcie mężczyzna niespodziewanie złożył na ustach kobiety namiętnego całusa. Wtedy oboje znieruchomieli i ostatecznie zamilkli. Można by sądzić, że nagły pocałunek ich pogodził i to do tego stopnia, iż podjęli wspólną decyzję. Chociaż nie sposób było odgadnąć nawet cienia zawartego przez nich konsensusu.

Gdy wtem lady Pomarańcza cała w kanarkowych skowronkach z szerokim uśmiechem podbiegła do tronu. Uklękła z nienaganną gracją i soczyście ucałowała złocisty pierścień na wskazującym palcu królowej. Za moment do towarzyszki dołączył Limon i powielił jej gest, tym samym również składając przysięgę na wierność Bursztyn oraz koronie.

– Zatem postanowione – oznajmiła władczyni z należnym sobie majestatem, po czym dodała do Pomarańczy: – Powstań, czyniąc to, jako Pierwsza Dama Korony, druga kobieta w państwie po samej królowej. – Rozpromieniona lady skoczyła na równe nogi. Rozdziawiła buzię i uradowana pokazała na siebie palcami. Natomiast Bursztyn w dalszej kolejności zwróciła się do Limona: – Powstań Pierwszy Mężu Korony, drugi mężczyzno zaraz po moim… przyszłym mężu.

Markiz także przyjął pionową postawę. Ukłonił się królowej z wyjątkowym szacunkiem i w opanowany sposób zapytał:

– Czy mogę wiedzieć, jaki los spotka mojego ojca, Ozłona, pani?

– A co radzisz, markizie, jako mój zaufany doradca? – Bursztyn wspomniała, że złoty baron nie tak dawno został uprowadzony z pałacowego lochu przez lady Pomarańczę i trafił do pomarańczowego więzienia. Jednak teraz znów znalazł się w królewskich kajdanach.

– Jestem świadom tego, że mój ojciec winien jest próby zamachu na księcia Złotego – powiedział z powagą Limon. Zaś Bursztyn podchwyciła:

– Więc potwierdzasz zarzuty względem twego rodziciela?

– Tak, ponieważ sam mu ten zamysł podsunąłem.

Na te słowa Bursztyn ciężko westchnęła. Popatrzyła po komnacie i rzuciła do strażników:

– Zostawcie nas samych. – W odpowiedzi zbrojni nerwowo spojrzeli na, wydawało się, momentami niepoczytalną, a w każdym razie nieobliczalną, Pomarańczę, która akurat robiła gwiazdy, brykając po całej komnacie. – Wyjdźcie – utwierdziła strażników w swym postanowieniu władczyni. Kiedy została w sali tronowej jedynie z nowymi doradcami, surowo przemówiła do Limona: – Uprzednich słów nigdy nie wypowiedziałeś w tej sali, rozumiesz? – Mężczyzna skinął głową. – Sami wiecie, że tak naprawdę to książę Złoty jest prawowitym następcą tronu i ma do niego większe prawo niż ja. Jeżeli zaś osobę zamieszaną w zamach na niego mianuję najbliższym doradcą i o tym dowie się prosty lud, wzburzy to ludność królestwa. Albowiem za sprawą srebrnej królowej wieści się już rozeszły, że to Ozłon nastawał na książęce życie. Z tego też powodu, abym oceniona została pozytywnie, baron powinien zostać niezwłocznie…

– Stracony! – dokończyła krzykliwie Pomarańcza. Uczyniła to w momencie, gdy skończyła swe wygibasy i niczym błazen, w roli którego chyba całkiem dobrze się odnajdywała, uwiesiła się na ramieniu Bursztyn. Przy okazji spojrzała zaczepnie na zastygłego w napięciu Limona. Ale zaraz puściła do niego pomarańczowe oko, uśmiechnęła się przewrotnie i rezolutnie stwierdziła: – Albo lepiej wygnajmy barona!

– Wygnanie… To jest myśl – podchwyciła Bursztyn i popatrzyła na Markiza. On zadumał się chwilę i rzekł:

– W obecnych okolicznościach to chyba najrozsądniejsze, co można uczynić. To bowiem okazanie świetlistej łaski, darowanie życia, ale i wymierzenie stosownej kary. Zatem dla dobra mego rodu, jak i królestwa, także ja optuję za tym rozwiązaniem.

– No to wypijmy za to! – wrzasnęła Pomarańcza. – Albo też… – dodała tajemniczo, robiąc wielkie oczy, po czym z kieszeni sukni wyciągnęła pomarańczowe puzderko. Otworzyła je z prawdziwym namaszczeniem, jak świętą relikwię i ukazała zawartość, jaką był złocisto-kasztanowy proszek. – To co… wciągamy noskami? Bo mój pomarańczowy, już się nie może doczekać! – oznajmiła z głodem w głosie i nie czekając na reakcję pozostałych osób, zaciągnęła się proszkiem. – A psik! Ooo… Uuu…

– Lady…

– Widzę bursztynowego motyla na tronie!

– Lady Pomarańczo…

– Taaak, motylu mój jasny, motylu mój drogi?!

– Czas skończyć z tym paskudnym nałogiem.

*

Złociste słońce rozlewało się połyskującą poświatą między kanarkowymi konarami drzew z szafranowym listowiem. Dzień był ciepły, ale nie gorący z orzeźwiającą bryzą wiejącą od wybrzeża. W takiej scenerii królowa Bursztyn z parasolką w ręku przechadzała się malowniczymi alejkami. Czyniła to pod rękę z Kakaonem w tym samym miejscu, gdzie nie tak dawno dokonano nieudanego zamachu na Srebrną. Mając w pamięci tamto wydarzenie, a także tragiczny finał historii z dekady złocisto-kasztanowego szaleństwa, kiedy to zamordowano Złotego Prezydenta i Kasztanową Królową, obecnie Bursztyn należycie dbała o własną ochronę. Wszak nie otaczał jej ciasny kordon złotych gwardzistów, to byłoby zbyt transparentne i świadczyło wręcz o desperacji. Zamiast tego wśród okolicznych przechodniów wmieszało się wielu ubranych po cywilnemu królewskich ochroniarzy. Zresztą i sam tłum został zawczasu stosownie przerzedzony i przegoniono stąd podejrzane osoby. W rezultacie sielankowej atmosfery w parku nic nie zakłócało i w błogim nastroju, kręcąc zalotnie parasolką, Bursztyn przemówiła słodko do ukochanego:

– Jak oceniasz swój pobyt w moim złocistym kraju, najdroższy? Przypadła ci do gustu stolica? A jak kanarkowe łąki i sprowadzone tam bydło? Spełniają twe oczekiwania?

– Miasto jest… duże, nawet chyba za duże. Tyle tu wysokich budynków. – Gniadosz popatrzył po obrzeżach skweru, gdzie wznosiły się kilkukondygnacyjne pałacyki zamożniejszych mieszkańców miasta. Aż zatrzymał spojrzenie na północy, czyli stronie, gdzie za miastem ciągnęły się pastwiska i w pewnej zadumie rzekł: – Złociste bydło jest w dobrym stanie. Miłe jest też to, że sprowadziłaś tu dla mnie trochę kasztanowej rogacizny. Ale tak na dobrą sprawę, to nie wiem, co mam z tym dobrodziejstwem inwentarza począć? Znam się na przeganianiu bydła, nie na hodowli.

– Co zatem powiesz na doradców? Zaprezentuję ci zarówno kasztanowych, jak i złocistych, a ostatecznie sam ich sobie odpowiednio dobierzesz według własnego uznania. Dostaniesz też złoto na pensje dla pracowników, na budowę zagród, stadnin. Czego tylko sobie zażyczysz, najdroższy. Bo twoje szczęście i zadowolenie jest moim. – Bursztyn wychyliła się ku mężczyźnie i pocałowała go w policzek. – A byłabym zapomniała. Oczywiście kanarkowe łąki na północ od stolicy aż do dawnych ziem Ozłona są już tylko twoje. Podpisałam stosowny dokument, w którym zawarłam klauzulę, że te tereny zostają wyłączone spod jurysdykcji korony i z tego tytułu nie będą w żaden sposób opodatkowane. To drobny upominek od… ukochanej. – Ponowiła pocałunek i uśmiechnęła się uroczo.

– Dziękuję… To wielka szczodrość, zaiste. Dziękuje – wydusił z siebie wyraźnie przytłoczony Kakaon, który jednak wydawał się nie kipieć radością. Za to skrzywił się na twarzy, podrapał pod kowbojską czapką po głowie i z potęgującym się zakłopotaniem oświadczył: – Skoro tak łaskawie mnie obdarowujesz, dając wyrazy swej miłości, a… od pewnego czasu żyjemy jak mąż i żona, dzieląc łoże, to… czy… – Naraz kasztanowy mężczyzna wyskoczył przed Bursztyn. Uklęknął, chwycił ją za dłoń, a drugą ręką wyciągnął z kieszeni skromny i kasztanowy pierścionek, który w tych okolicznościach wyglądał na zaręczynowy. Następnie kowboj już otworzył usta, aby przemówić, niewątpliwie prosząc ukochaną o rękę. Ale ona uprzedziła jego słowa, kładąc mu palec na ustach.

– Ciii… ciii. – Teraz to Bursztyn poczuła zakłopotanie i to wręcz przygniatające jej serce. Albowiem po ostatnich ostrzeżeniach Pomarańczy oraz Limona nabrała szczerych obaw, czy w najbliższej przyszłości ślub z Kakaonem był dobrym pomysłem i to ze względu na wiele spraw. I choć ze wszech miar pragnęła legalizacji ich związku w majestacie prawa, to z bólem westchnęła i uprzedzając oświadczyny, wyjawiła ukochanemu powody, dla których musiała odmówić: – Wiedz, że niczego tak nie pragnę, jak zostać twoją wierną żoną. – Sama uklękła przed Gniadoszem i z rozdartą duszą kontynuowała: – Pożądam naszych zaślubin z całego mego bursztynowego serca. Jednakże dla dobra nas, naszych przyszłych dzieci i złocistej krainy musimy najpierw przezwyciężyć przeciwności. Musimy pierwej przyzwyczaić złocisty lud do świadomości, że na tronie obok bursztynowej królowej zasiądzie kasztanowy król.

– Nie muszę być królem, nawet tego nie chcę. Chcę być twoi mężem – odparł rezolutnie Kakaon.

– To urocze, ale… tak się nie godzi. Pragnę, abyśmy byli sobie w małżeństwie równi. Także tego, aby mój lud pokochał cię tak, jak ja cię kocham. Zasługujesz na to, oboje zasługujemy. Dlatego powinniśmy, najdroższy, uzbroić się w cierpliwość.

– Dobrze, skoro… tak uważasz, że tak będzie lepiej, to wstrzymajmy się ze ślubem, żono. To jest, przyszła żono. – Kakaon uśmiechnął się rozczulająco. W odpowiedzi Bursztyn mocno przytuliła się do ukochanego, który okazywał się tak wyrozumiały. Czy sama na to zasłużyła? Nie wiedziała tego, ale odebrała wrażenie, iż najcięższy kamień spadł jej z serca. Dalej przechadzała się alejkami z Kakaonem już na powrót w pogodnym nastroju. Aż żeby całkiem rozluźnić atmosferę, zaczepnie zagadnęła:

– A co tam słychać u naszej Kasztanki? Jak się odnajduje nasza ulubienica na kanarkowych łąkach?

– Cóż… – Kowboj raptem się zafrapował i to zdecydowanie bardziej niż na wieść, że z małżeństwa nici. Nie uszło to uwadze Bursztyn, ale sama tylko szczerze się uśmiechnęła. Osobiście miała bowiem słabość do poczciwej, mądrej i zarazem zadziornej klaczy, przez co z uwagą wyczekiwała wieści o niej: – Tak więc… – pomrukiwał Gniadosz, jakby miał do przekazania trudną prawdę. – Kasztance jak najbardziej smakuje żółta trawa, nawet ją sobie chwali, podobnie jak szafranowe chwasty. Lecz nie do końca jest jej w smak towarzystwo złocistych ogierów, nawet tych najdorodniejszych. I… jakby to rzec. Jednemu z naprzykrzających się jej wierzchowców, o imieniu Cytryn, Kasztanka odgryzła…

– Niech zgadnę, nos! – wyrwała się z entuzjazmem Bursztyn.

– No właśnie nie nos, a coś… innego. – Kowboj dość wymownie popatrzył poniżej linii swego pasa.

– Ojej… – Bursztynowa kobieta zasłoniła dłonią usta. Spojrzała z przejęciem na Kakaona i oboje wybuchli głośnym śmiechem. Kiedy frywolne chichoty z kasztanowych oraz bursztynowych ust ucichły, właścicielka tych ostatnich niby nieśmiało zagaiła:

– A kochasz mnie trochę? Chociaż troszeczkę? – Z figlarnym uśmieszkiem spojrzała z ukosa na mężczyznę. Ten, zamiast po prostu potwierdzić, przybrał zadumaną minę. Jakby coś dłużej miarkował w kasztanowym umyśle, spoglądając w złociste niebo, po czym na głos przystąpił do ostrożnych rozważań:

– Zastanówmy się… Prać nie umiesz. Z szyciem też nie tęgo i ze sprzątaniem u ciebie nie za bardzo. Nie przypominam też sobie, abyś coś smacznego dla mnie ugotowała. – Wobec tej wyliczanki Bursztyn śmiertelnie spoważniała. Kakaon jakby tylko na to czekał i zawadiacko rzekł: – Ale pomimo tych wszystkich niedoskonałości i tak świecisz w mym sercu jak bursztynowe słońce na kasztanowym niebie, rozświetlając je czystą miłością.

– Kasztanowy drań. – Królowa dała mężczyźnie kuksańca w bok i z trudem tłumiła uśmiech na ustach, aby nie dać po sobie poznać, że komplement przypadł jej do gustu. Ale zaraz zapytała:

– Sam to wymyśliłeś? To słoneczne porównanie?

 

– Nie do końca… – Kakaon niefrasobliwie podrapał się po karku.

– Podsunął ci to złocisty poeta z pałacu? Może znam tego artystę?

– Prawdę powiedziawszy, o to, jak sprawić słowem przyjemność bursztynowej damie podpytałem… stajennego chłopca.

– Drań… Drań! Drań! – Śmiejąc się, królowa okładała ramię Kakaona piąstką. On raptem porzucił rezolutny ton głosu i czule oznajmił:

– Z tych wszystkich słów, które nie wiadomo od kogo pierwotnie pochodzą, ważne jest tylko jedno.

– Tak?

– Ja naprawdę cię kocham.

– Wiem i… jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. – Bursztyn dała sobie skraść całusa przesłodkiego jak kremowe ciastko z miodną polewą. Poprawiła sobie na głowie kapelusz, który przekrzywił jej wiatr i wsparła się na męskim ramieniu. Gdy wtem powiał silniejszy wicher. Kanarkowe nakrycie głowy zostało raptownie zerwany z kobiecej głowy i poszybowało hen nad korony drzew. Kapelusz wzlatywał coraz wyżej i wyżej, aż raptem został pochwycony w pętlę brązowego lassa. Dzięki temu niebawem znów znalazł się na koronowanej głowie uszczęśliwionej kobiety, która odzyskała zgubę, ale przede wszystkim utraconą niedawno miłość, tonąc teraz w ramionach ukochanej przez siebie osoby.

*

Złoty naszyjnik z bursztynami wielkości przepiórczych jaj spoczywał ciężko na odsłoniętym dekolcie królowej. Znajdował oparcie na jej biuście wspartym od dołu usztywnieniem złocistej sukni z gorsetem poniżej. Monarchini z wolna gładziła wyeksponowane bursztyny w swej biżuterii, to jakby z namaszczeniem obracała je między palcami. Jej ruchy były niespieszne, płynne i pełne gracji. Podkreślały majestat i dostojeństwo królowej oraz płynące z tego tytułu poczucie wyższości względem zwykłych śmiertelników. Zresztą królowa zasiadała akurat na tronie, co odkąd powróciła do władzy, czyniła nader często. Nie z kaprysu, czy próżnej dumy. Wciąż bowiem przyjmowała przed swym jaśniejącym obliczem kolejne postacie: petentów, szpiegów, posłów, czy też wezwane na rozkaz osoby.

Obecnie stanął przed nią nie kto inny, jak sama Eozyna. Przybyła tu z własnej woli, choć Bursztyn od pewnego czasu na nią dosłownie polowała w nadziei, że wciąż przebywała na kontynencie. I kiedy już niemal straciła wiarę w pochwycenie różowoskórej kobiety, ta sama zaszczyciła ją wizytą. Tym samym królowa na wstępie wykazała się wobec niej łaską, mówiąc:

– Jako że dobrowolnie przekroczyłaś me złociste progi, wiedz, że pozwolę ci je tym razem opuścić całej i zdrowej. I to bez względu na rezultat naszej rozmowy.

Eozyna nie zareagowała na te słowa w żaden sposób. Za to od razu przeszła do rzeczy:

– Nie doceniłam cię, przyznaję. Dałaś dowód tego, że należy ci dać kolejną szansę. Niniejszym w imieniu czerwonej rasy składam ci ofertę oddania się pod naszą opiekę i zachowania władzy w królestwie pod czerwonym protektoratem.

– Nie zapomniałaś o czymś… przypadkiem? – Bursztyn, nie zdejmując dłoni z naszyjnika, wychyliła się ku kobiecie. Ona nie raczyła nic odpowiedzieć, więc władczyni ciągnęła dalej: – To ja zadałam wam ból, przyczyniłam się do zniszczenia waszej armii. Jam to uczyniła, przechylając szalę zwycięstwa na stronę wielobarwnego sojuszu. Teraz to sojusz jest w ofensywie. Wy zaś straciliście inicjatywę. Na kontynencie już was nie ma. Zatem dyktat z czerwonej strony uznaje za nietakt, afront i dyplomatyczną zniewagę, co nie przystoi nawet przegranej stronie.

– Znasz zapewne powiedzenie, że wygrana bitwa nie oznacza wygranej wojny. Czerwona siła jest potężna, nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo. Szybko powrócimy na kontynent i to jeszcze mocniejsi – ripostowała Eozyna.

– Będziesz mnie… straszyć? A ja… mam się może ulęknąć? Po to tu przybyłaś? Czyżbym cię przeceniła? – Królowa z powrotem usiadła prosto na tronie i popatrzyła na rozmówczynię z politowaniem. Ona oschle rzuciła:

– Mam zatem przyjąć, że odrzucasz ofertę współpracy?

– Ależ skąd, nic bardziej mylnego, Eozyno. Twój umysł błądzi i wyciągasz pochopne wnioski. – Bursztyn uśmiechnęła się przebiegle. – Współpraca jest jak najbardziej mile widziana. Co więcej, pragnę ją z czerwoną rasą nie tylko zawiązać, ale i zacieśnić oraz rozwijać. Jednakże, jednakże… – Władczyni zrobiła pauzę, wytknęła Eozynę trzymanym berłem i syknęła: – Teraz zawrzemy porozumienie na moich warunkach. – Uśmiech zniknął z lica królowej i zastąpiła go dumna poza.

– Jakie to warunki?

– Przede wszystkim takie, na których każdy z nas skorzysta – oznajmiła dyplomatycznie Bursztyn. – Na początek życzę sobie, aby wasz zachodni przywódca, który rozpętał na kontynencie wojnę, udzielił mi audiencji na latającej wyspie, o której słyszałam.

– To… wchodzi w grę – stwierdziła po chwili namysłu Eozyna.

– To nie wszystko – zaznaczyła królowa, znów dźgając w kierunku rozmówczyni berłem. – Wizyta ma być państwowa, oficjalna i ze wszystkimi honorami oraz z pełną pompą. Czyli dokładnie tak, jak zasługują na to koronowane głowy.

– Igrasz z nami.

– Nie igram! Jeno żądam dla swego królewskiego majestatu należnego mi posłuchu i uwagi! Będę rozmawiać z waszym przywódcą jak równa jemu w świetle tych waszych… czerwonych reflektorów. Albo wcale nie porozmawiamy! – zagrzmiała gniewnie Bursztyn, a już w stonowany sposób dodała: – Wcześniej natomiast życzę sobie wysłać do czerwonego miasta własną delegację, która przygotuje uroczystość powitalną. – Wskazała na stojących z boku pod ścianą jakby znudzonego Limona i figlarną Pomarańczę. Ta ostatnia, gdy Eozyna na nią spojrzała, niczym zwykła dziwka otworzyła usta z szybko drgającym językiem i podwinęła sobie pomarańczową suknię, ukazując podwiązki w tym samym kolorze. W odpowiedzi różowoskóra kobieta bez słowa ruszyła do wyjścia. Na odchodne królowa rzuciła do niej: – Stój, jeszcze z tobą nie skończyłam, wysłuchasz mnie do końca. – Eozyna zastygła plecami do władczyni i wysłuchała następującej treści: – Wiem, że się zgodzisz na moją propozycję. Osłabiliśmy czerwony zachód i potrzebuje on ze mną sojuszu. Albo królestwo na powrót skieruje wszystkie siły dla wsparcia republiki i kontynuowania konfliktu. Wybór jest zatem oczywisty, tym bardziej, że czerwona i żółta rasa nie są oficjalnie w stanie wojny. Oto więc jeszcze nie ma między nami nienawiści i zamiast walczyć na dwa fronty lepiej postawić jest na miłość. Tak dyktuje nawet nie serce, a zwykły rozsądek i to niezależnie od swego koloru. Dlatego oczekuję cię rychło z powrotem. Zaś co do ciebie samej, to wiedz, że za zamordowanie mej rodziny czeka cię śmierć. Lecz, jak na wstępie zapowiedziałam, jeszcze nie teraz. Osobiście wybiorę stosowną porę. Pierwej bowiem zamierzam cię, jak rzecz, zabawkę w mych rękach, wykorzystać. Wszak zanim dzisiaj stąd odejdziesz, uczynisz to z pamiątką ode mnie. Strażnicy! – Bursztyn wykonała gest dłonią, aby zbrojni pochwycili Eozynę i postawili przed swoją królową. Uczynili to, a ona z zaciętym wyrazem twarzy raz i drugi zamaszyście spoliczkowała różowoskórą kobietę. – To za mego ojca i moją matkę. Teraz ze świetlistym błogosławieństwem bursztynowej królowej możesz łaskawie odejść. Żegnam, a niebawem witam ponownie.