Ameno I

Tekst
Z serii: Ameno #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ameno I
Ameno I
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 14,99  11,99 
Ameno I
Audio
Ameno I
Audiobook
Czyta Anna Ryźlak
9,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IV. KAVI
Obóz biedoty na pograniczu pakistańsko-indyjskim.

*

Soja, wegetarianizm, modlitwa, kontemplacja, Shiwa i soja. Całe połacie zielonych pędów wzrastającej soi, której szczytna hodowla obróciła życie setek tysięcy, a może i milionów okolicznych mieszkańców w obraz absolutnej nędzy i rozpaczy, a nawet więcej – bezgranicznego cierpienia. Czy karmicznie zasłużonego? Kavi, który dopiero co minął skraj pól uprawnych wielkich potentatów ziemskich, miał to obecnie gdzieś, podobnie jak całą swoją świętą sadhanę, zbiór praktyk duchowych. W gardle bowiem co raz wzbierała mu gorzka żółć i czół narastający gniew, niemogący znaleźć ujścia, przez co ten wydawał się wręcz wypełniać każdą komórkę jego ciała. Choć nie tylko jego, także obcego tworu trawiącego go za życia.

Diagnoza była niczym zadławienie się na śmierć śrutą sojową – chłoniak nieziarniczy – złośliwy nowotwór krwi. Zresztą matka Kaviego zmarła już na glejak mózgu, a jego siostra dogorywała w jednym z piramidalnych namiotów w obozie, zmagając się w nierównej walce z rakiem żołądka z przerzutami na cały przewód pokarmowy. A miało być tak pięknie; soja, wegetarianizm, modlitwa, kontemplacja, Shiwa i soja. Ale nie, nie było pięknie, za to ziszczał się najprawdziwszy w świecie koszmar.

Transgeniczna odmiana soi została wprowadzona na rynek w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku przez firmę Monsanto. Nowa hodowla była odporna na Roundup, środek chwastobójczy na bazie glisofatu, który wybijał na polach praktycznie wszystko, co nie było transgeniczne. Zasadniczy problem polegał jednak na tym, że wspomniany, jak i inne środki chwastobójcze, wprowadzane przez biotechnologicznych gigantów, stanowiły z reguły produkty wysoce rakotwórcze. W tym produkowane na bazie substancji takich jak cyklon B używany w czasie drugiej wojny światowej w komorach gazowych, czy herbicyd 2,4 D, główna składowa substancji agent orange odpowiedzialnej za śmierć milionów cywili podczas wojny w Wietnamie.

Tak, to przerażająca prawda, ale pomiędzy wieloma pestycydami, a środkami masowej zagłady można było postawić niemal znak równości. Kavi to wiedział, widział przecież na własne przekrwione oczy. W końcu tutejsi działacze na rzecz naturalnych upraw pokazywali mu na ekranach komputerów twarde dane, wykresy i kopie oryginalnych dokumentów. Dał im więc nawet trochę rupii zarobionych w pobliskiej przetwórni soi, aby wspomóc datkami ich słuszną walkę w sądach. Na marginesie do tej pory zupełnie bezskuteczną walkę z góry skazaną na niepowodzenie z zaprawionymi w bojach prawnikami wielkich korporacji.

Lecz już czas, aby tę walkę uczynić skuteczną i wprowadzić na nowy, wyższy poziom. Albowiem nadchodził czas, by wreszcie ktoś zamieszany w ten niecny proceder własnym życiem odpowiedział za cierpienie i śmierć okolicznych wieśniaków.

Z tą myślą Kavi zacisnął mocniej rozdygotane z emocji palce na trzonku noża chowanego za fałdą niedbale rozpiętej, bordowej koszuli. Ubłoconą ziemią kroczył przygarbiony z nienawistnym wyrazem twarzy za grupą osób, która przybyła do obozu biedoty, stwarzać pozory, że ktoś się interesuje losem tutejszych ludzi, rozdając im pomoc.

Oczywiście byli to wysłannicy wielkich plantatorów, wilków w owczej skórze, w których zachłannych rękach znajdowały się okoliczne uprawy. Natomiast obdarowywani mieli być wieśniacy, którym opryski spływające z deszczem z korporacyjnych pól zniszczyły doszczętnie własne plony, ziemię, a także odebrały bezpowrotnie zdrowie.

W końcu grupa przybyszy, fałszywych darczyńców, się rozdzieliła. Każdy z nich niósł ze sobą opasłą torbę, by pozostawić jakiś dar tutejszej taniej sile roboczej gnieżdżącej się w namiotach o kształcie piramid. Zaś Kavi właśnie upatrzył sobie jedną z takich osób w długiej, fioletowej sukni ze wspomnianą torbą i plakietką identyfikacyjną.

Namierzona, kobieca postać witała się ciepło z mieszkańcami i wręczała prezenty pod postacią żywności. Oczywiście sojowej żywności, jakże by inaczej. W ruch szła więc fasolka w puszkach, batony sojowe, czy kartony mleka sojowego oraz sojowe mleko w proszku. Kavi wręcz się dziwił, że nie podarowano tu jeszcze sojowych pieniędzy czy bonów, za które można by potem nabywać produkty z wymienionej rośliny.

Aż w końcu kobieta we fiolecie dotarła do namiotu, gdzie nie zastała nikogo. Tutaj uklękła, wyjęła z torby prezenty i układała je z pietyzmem pod trójkątną ścianą.

To była ta chwila, ten moment wielkiej, sojowej pomsty. Kavi zastygł za plecami kobiety i poczuł, jak jego chora, zakażona, gorąca krew jeszcze mocniej się rozgrzała, uderzyła mu do głowy, wydając wręcz w nim gotować. Również wraz z krwiobiegiem podążyła do ręki Kaviego, ściskającego nóż, jak i do drżących z przejęcia patykowatych nóg. Ta przeklęta, chora krew wypełniała go na wskroś!

Nagle mężczyzna rzucił się na kobietę w namiocie. Spadł jej na plecy i przyłożył uzbrojoną rękę pod gardło. Jednak zanim wykonał jedno, decydujące cięcie, jego ofiara złapała rozpaczliwie za ostrze, rozcinając sobie głęboko dłoń. Kavi mocował się z kobietą, szarpiąc nożem, a drugą ręką zasłaniał jej usta, aby nie krzyczała. Ta jedynie wiła się, jak opętana, walcząc rozpaczliwie o życie.

Wszędzie było coraz więcej krwi, aż w tym szaleństwie na wyściółkę namiotu spadły odcięte palce kobiety i tą drogą napastnik znalazł wreszcie drogę do jej gardła. Ostrze zagłębiło się mocno w szyję. Lecz niespodziewanie w tym samym momencie rozległy się wystrzały z pistoletu, a Kavi poczuł w plecach przeszywający go, paraliżujący ból.

V. ZAŚWIATY

Dziewczyna obudziła się pełna bardzo nietypowych odczuć i to zarówno w odniesieniu do swego ciała, jak i umysłu. Co zaś najbardziej ją zaskoczyło, jej przebudzenie nastąpiło na otwartej przestrzeni, a nie w szpitalu, czy też, co byłoby już bardziej prawdopodobne, w kostnicy.

Wstając, najpierw z niewyobrażalnym zdumieniem przyjrzała się samej sobie. Jej sylwetka prezentowała się niemal całkiem naga, o ile to ciągle była ona sama, ponieważ nie rozpoznawała własnego wyniszczonego dotąd ciała. Obecnie powierzchnia jej skóry zdawała się czysta, jędrna, a jednocześnie w dotyku delikatna niczym aksamit. Cała postać była z lekka atletyczna w budowie i w doskonałej formie. Jednakże, co najbardziej charakterystyczne, zamiast pępka Nadia dostrzegła jakby gniazdko z drobną metalową siatką. Także wnętrza jej dłoni posiadały metalowe kręgi. Z kolei wzdłuż rąk zauważyła pod skórą liczne, ciągnące się fluorescencyjne przewody jarzące lekko pulsującym, wielobarwnym światłem. Takie same, jakby światłowody wędrowały pod skórą nóg od kostek aż do bioder. Miednicę natomiast otaczała wtapiającą się w ciało elastyczna, metalową obręczą z trójkątną wypustką zasłaniającą z przodu miejsce intymne. I można powiedzieć, że obok analogicznej, cienkiej klamry wokół płaskich piersi przykrywającej sutki było to jedyne posiadane przez nią ubranie. Reszta nietypowych elementów przypominała bowiem raczej ozdoby bądź elektroniczne gadżety. Wokół nadgarstków mieniły się w lekkim słońcu metaliczne bransolety z wygrawerowanymi wizerunkami węży. Natomiast na czole wymacała równe z powierzchnią skóry twarde implanty.

Następnie oszołomiona rozejrzała się wokół i gdzie nie spojrzała, widziała jedynie bezkresną pustynię zalewaną gorącymi promieniami dwóch słońc. Widoczne były również dwa księżyce. Kompletnie nic z tego wszystkiego nie rozumiała, bo niby, jak i skąd? Gdy naraz poczuła w sobie impuls niczym wewnętrzny głos, nakazujący jej wyruszyć prosto przed siebie

Idąc, doświadczała niesamowitej lekkości. Aż zafascynowana zupełnie nowym odczuciem ciała, zaczęła biec i to coraz szybciej, po drodze wykonując imponujące, wielokrotne salta i dziwiąc się swej iście kociej zręczności.

Wszystko to wydawało się Nadii tak nierealne, zważywszy jej uprzedni stan. A równocześnie w tym bezpośrednim doświadczeniu było wręcz na wskroś prawdziwe. Jej umysł nie dawał wiary w otaczający ją świat, zaś zmysły nie pozwalały mu zaprzeczyć. Lecz w pewnym momencie, po kilkunastominutowym sprincie, po którym nie dostała nawet zadyszki, zorientowała się, że nie przebywała tutaj sama.

Dotarła nad piaszczysty brzeg potężnej rzeki w pobliże niebotycznej piramidy otoczonej obeliskami na skraj grupy ośmiu osób – czterech kobiet i czterech mężczyzn. Przy czym wszyscy oni byli wyglądem zbliżeni do niej samej. To jest, mieli metalowe implanty, bransolety oraz opaski na ciele, a do tego fluorescencyjne przewody pod skórą. I po ich zgodnej, pełnej dystansu postawie, odnosiło się silne wrażenie, że wszyscy byli mniej więcej równie zaskoczeni, co ona. Tworzyli sobą okrąg, którego część stanowiła teraz i Nadia, a w którego centrum stała zamknięta, srebrzysta skrzynia.

Wodząc po sobie nawzajem wzrokiem, dłuższy czas nikt się nie odzywał, jakby każdy czekał, żeby przemówił ktoś inny i wyjaśnił reszcie zaistniały fenomen. Jednak niespodziewanie to właśnie Nadia pierwsza otworzyła usta, by z wielkim przejęciem wypowiedzieć, w poznanym nieco przez siebie języku angielskim, następujące słowa:

– Henen…? Kapitan… Henen…?! – mówiła do postawnego mężczyzny w kwiecie wieku dokładnie naprzeciw siebie. Ten odpowiedział bez wiary słowami, jakimi zwracały się do niego dzieci w reklamach płatków śniadaniowych:

– Hej, hej kapitanie…

A zaraz, obszernie gestykulując, głos zabrała kobieta, która stała tuż koło Nadii. Co znamienne była to egipska pani archeolog, w swej prezencji dość agresywna postać, którą dziewczyna z widzenia już znała:

– To doprawdy przesłodziutko, że niektórzy się tutaj znają, ale nie mam zamiaru czekać ani chwili dłużej na ewentualne, kolejne odwiedziny. Oto stoimy tu niemal w cieniu doskonale zachowanej piramidy. Zdecydowanie zbyt doskonale zachowanej piramidy, podkreślam. I coś mi się tutaj nie zgadza liczba słońc oraz księżyców na niebie. Do tego moje dotąd czterdziestopięcioletnie, sflaczałe cielsko utuczonego babsztyla, przypomina wyglądem samą posągową Izydę, a przybiegłam tu niczym jakaś rącza łania. I jeszcze te kolorowe rurki pod skórą… Z kolei ostatnie, co pamiętam z przeszłości, to urocze przygniecenie mojej tłustej osoby blokiem skalnym w piramidzie. Więc może łaskawie ktoś mi, jaśnie szacownej archeolog Zahirze, wyjaśni, co jest to właściwie grane?! – podsumowała ostro kobieta. Nikt dłuższy czas się nie odzywał, wobec czego Zahira niezbyt kobieco splunęła z dezaprobatą na złocisty piasek i warknęła: – Czyli rozumiem, że nie ma z nami przewodnika wycieczki, ani nikt z tu przybyłych gości nie zabrał ze sobą poradnika do tego miejsca? Bosko. Zatem spróbujemy z innej strony. Skąd się tu wzięliście? Tylko nie bełkoczcie, że nie rozumiecie, co do was mówię. Zamiast po angielsku może powtórzyć po niemiecku lub staroegipsku?

 

– Miło mi, nazywam się Devi – powiedziała uprzejmie nienaganną angielszczyzną młoda kobieta o pełnych kształtach, sądząc po rysach twarzy hinduskiego pochodzenia i lekko się ukłoniła. – Ostatnie, co zapamiętałam z poprzedniego życia. Bo teraz to już jest nowe życie, podarowane nam przez pana Krisznę, to… – zawiesiła głos i jękliwie dokończyła: – poderżnięcie mi gardła w piramidalnym namiocie… – Przeniosła wzrok na górującą w pobliżu monstrualną piramidę, a potem oglądała z zaciekawieniem swoje kompletne palce u dłoni. W odpowiedzi Zahira wywróciła oczy do góry i syknęła:

– Czy mamy w naszym zacnym gronie więcej fanatyków religijnych, którzy łaskawie będą nam tłumaczyć, do jakiego nieba akurat trafiliśmy rzekomo po naszej śmierci? Te, Arab, może ty? – Kobieta wbiła spojrzenie w śniadego mężczyznę z bujną, czarną brodą. Ten stał dłuższy czas bez żadnej reakcji, aż zgrzytliwie oświadczył:

– Byłem w okolicy piramidy w Luwrze i… – Spojrzał na swoje ciało, po czym pokręcił z niedowierzaniem głową.

– I co?! – krzyknęła do niego pani archeolog. – No przyznaj się, ktoś ty taki. Mianowicie turysta, czy też raczej terrorysta, w tym Luwrze, hę?

– Zachowuj się, kobieto – warknął wyniośle Arab i rozejrzał się po pozostałych, jakby oczekując wsparcia. A wobec napotkanej obojętności, jedynie niepewnie dodał: – Nazywam się Abdul i…

– I…? – naciskała Zahira.

– I chyba zginąłem… – powiedział ciągle z niedowierzaniem w głosie mężczyzna arabskiego pochodzenia. Na co pani archeolog uśmiechnęła się drwiąco.

– Czyli stawiam wszystkie wody Nilu, że nasz brodaty bohater wysadził się przy piramidzie w Luwrze, jako sam pomazaniec boży, wojownik świętego proroka. Gratulujemy debilizmu, abstrahując czy był nabyty, czy wrodzony. W tej chwili to nieistotne dla sprawy szczegóły, ale być może do tego wrócimy. Tak więc podsumujmy: przypominam, iż osobiście zaliczyłam prawdopodobny zgon w piramidzie Cheopsa. Nasza hinduska bogini, Devi, tak?

– Tak… – przytaknęła wywołana z imienia osoba.

– Otóż Devi doczekała się zaszczytu w postaci sztyletu w swym boskim gardziołku. Co miało miejsce również w swoistej piramidzie! Choć jedynie będącej namiotem. Zatem zapytuję, czy ktoś jeszcze z tu obecnych zrobił sobie jakieś kuku w bliskim kontakcie z ostrosłupem foremnym, hę? – Ponownie zapadła cisza, co znowu rozsierdziło krewką panią archeolog: – Noż, wszyscy pozostali tacy wstydliwi? Czyżbyście gzili się ze sobą w trójkącie bermudzkim do tego w trójkątach miłosnych? W mordę, ja za was nie przemówię!

– Nazywam się pan Takashi, a to pani Sakura – oznajmił w nad wyraz opanowany sposób stojący tu Japończyk, wskazując na kobietę tego samego pochodzenia, co on. – Byliśmy obiektami nietypowych zabiegów klinicznych w pomieszczeniu o kształcie piramidy i… chyba zdarzył się wypadek – dodał bezemocjonalnym tonem.

– Króliki doświadczalne? – zainteresowała się Zahira, po czym machnęła niedbale ręką i dopytała: – Ostatnie przebłyski świadomości macie z piramidy, tak?

Japońska para popatrzyła po sobie i jak jedna osoba równocześnie lekko skinęli głowami na potwierdzenie.

– Umarłem. Ja także umarłem w namiocie w kształcie piramidy. – Wyrwał się naraz drobny mężczyzna z wyglądu przypominający Hindusa. Spojrzał kątem oka na zaciekawioną Devi i zawstydzony błyskawicznie wbił wzrok w złocisty piasek. Następnie smętnie i dość chaotycznie kontynuował: – Zobaczyłem w jednym z namiotów walczącą ze sobą parę, kobietę oraz mężczyznę… Miałem akurat broń, nóż, to jest pistolet, strzelałem, a potem zostałem zastrzelony… to jest ugodzony nożem…

– Ja zaraz klęknę… Kłamiesz tak, jakbyś się bał, że słowa prawdy staną ci ością w gardle i zadławią na śmierć. – Pani archeolog pokiwała z niesmakiem głową i gniewnie ryknęła: – Ale niech ci tam będzie! Zatem do kompletu mamy kolejny zgon, jeszcze jedną piramidę, barwo, kto następny?!

– Potwierdzam, ostatni przebłysk świadomości zawitał do mnie na piramidalnej asteroidzie. I temu przebłyskowi towarzyszyła śmierć zaglądająca mi w oczy – rzucił obojętnie Henen.

– Aha… no i świetnie… – mruknęła Zahira i zogniskowała wzrok na przedostatniej osobie z obecnej tu dziewiątki, jaką była Nadia. Ona wobec padających tu dziwacznych deklaracji o potencjalnej śmierci naraz zupełnie straciła i tak nikłą do tej pory pewność siebie, przez co całkiem zamilkła. Jednak pod nienawistnym wzrokiem pani archeolog, spalającym ją niczym żar egipskiego słońca, w końcu niepewnie wydukała:

– Hajsam… Doktor Hajsam… – Dziewczyna załamała ręce. – Wykopaliska pod Sfinksem…

– Wystarczy, nie męcz się dłużej moje ty dziecko pustyni i popracuj nad dykcją – ucięła cierpko Zahira. – Z tego, co mi wiadomo, wszyscy desperaci wyprawiający się pod Sfinksa zginęli, więc ty także. Gratuluję zgonu w arcyciekawych okolicznościach – wyjaśniła z obojętnością w głosie kobieta i przeniosła pytające spojrzenie na łysego mężczyznę, jedynego, który dotąd nie zabrał głosu. – Halo, tu Ziemia do łysego, odbiór! – rzuciła ponaglająco do osoby pozbawionej włosów na głowie i dumna ze swego kosmicznego żargonu puściła oko do Henena.

Ten chciał już coś odpowiedzieć, kiedy to łysy mężczyzna ruszył do przodu i zatrzymał się przed prostokątną skrzynią w centrum kręgu zebranych na pustyni osób. Rozejrzał się po nich z powagą i z pewnym mozołem odsunął wieko pojemnika, które opadło głucho na piasek.

Wszyscy poza Nadią i Kavim poszli zajrzeć do wnętrza, po czym z podziwem przemówiła Zahira:

– W sarkofagu, zamiast gnijącej mumii, co za rozczarowanie, jest tylko anchacha, nemes, oraz heka. Czyli mówiąc po ludzku, insygnia władzy faraona, jak berło, bicz i chusta w pasy będąca nakryciem głowy. Zaś na chuście jest napis… – Pani archeolog mrużyła dłuższy czas oczy, zupełnie jakby patrzyła przez okulary, zmieniając dodatkowo odległość skupienia soczewek, aż przeczytała: – „Oko Horusa wskaże ci drogę”… – Bardzo oryginalna sentencja, nie powiem – skwitowała z dezaprobatą w głosie kobieta, wyprostowała się i rozejrzała wokół. A zaraz syknęła: – Gdzie łysy? – Jego jednak nigdzie już nie było, zupełnie jakby rozpłynął się w gorącym, pustynnym powietrzu. Za to w miejscu, gdzie uprzednio przebywał, pojawiło się coś innego.

– To czarne skorpiony – rzucił odkrywczo Henen i zaczął dźgać piętą otaczającą jego oraz innych chmarę jadowitych insektów.

VI. BOGOWIE CZY GRACZE

Patrzcie dzieci i podziwiajcie oto kapitan Henen jest znowu w centrum akcji! Zatem jedźcie więcej lukrowanych płatków, siedźcie przed swymi konsolami i wpieprzajcie jeszcze więcej sojowej śruty – błądził tak myślami kapitan, atakując zawzięcie powierzchnię ziemi aż poczerniałą od skorpionów. Plan był prosty – zdobyć kawałek wolnego pola, rozgniatając na nim pajęczaki i ze zdobytego przyczółku wystrzeliwać wroga kopniakami byle dalej od siebie i innych, rzecz jasna.

Oczywiście naprędce stworzony plan nie zakładał pokąsania nóg kolcami jadowymi, co było więcej niż prawdopodobne i w prostej linii mogło się przyczynić do szybkiego zgonu w nowym ciele. Co zaś byłoby potem? Kolejna transformacja i być może transport do jeszcze innego wymiaru?

Tymi dywagacjami Henen już sobie głowy nie zawracał, koncentrując uwagę na skutecznej walce ze skorpionami. Kilkanaście ich ciał wielkości pięści zdążył już rozgnieść piętą. Wyglądem przypominały teraz nieco podsuszone owoce, z których wypływał niezbyt apetyczny, ciemny miąższ. Jednak dzięki temu małemu zwycięstwu, kapitan złapał pod nogami w miarę pewny grunt i wyrzucał kopniakami w przestrzeń resztę czarnego plugastwa.

Podobnie czynili inni zgromadzeni koło skrzyni-sarkofagu ludzie. W każdym razie ci, którzy nie uciekli w popłochu. Mianowicie na placu boju pozostali Japończycy; pan Takashi oraz pani Sakura, jak również rzucająca dodatkowo siarczystymi przekleństwami w skorpiony pani archeolog.

Gdy wtem ta ostatnia uczynił nad wyraz obszerny wymach nogą i zadała potężny kopniak w brzuch Henena. Zaskoczony ciosem od sojusznika mężczyzna zwinął się wpół i naraz został dodatkowo silnie pchnięty przez Zahirę rękoma. W efekcie przywrócił się na plecy w cały rój skorpionów. Wyskoczył z niego, jak oparzony i stanął na nogi, nie wiedząc teraz na dobrą sprawę, kogo powinien zaatakować – jadowite pajęczaki, czy najwyraźniej niezrównoważoną psychicznie panią archeolog.

Na szczęście bitwa ze skorpionami dobiegała już zwycięskiego końca i niebawem, ku widocznej uldze Henena, jakakolwiek dalsza przemoc była zbędna. Na polu walki pozostała wyłącznie czarna miazga z rozgniecionych przeciwników przemieszana ze wznieconym, pustynnym piaskiem.

Lecz nie obyło się bez poniesionych strat. Kapitan czuł na plecach coraz silniej rozchodzące się piekące gorąco, które wlewało mu się do wnętrza ciała i powodowało postępującą słabość. Coś jakby mu to uczucie przypominało, coś bardzo niepożądanego, zaznanego już na piramidalnej asteroidzie. Jednakże nie zdołał przeprowadzić dalszej analizy tego zjawiska, bowiem pokąsany padł na kolana, a jego umysł pochłonął mrok.

Kiedy się ocknął, po nie wiadomo jak długim czasie, o dziwo nie odczuł w ciele żadnego dyskomfortu. Zaskoczony rozejrzał się wokół i zauważył, że w różnej odległości od niego siedziały trzy pary osób i jedna samotna. Razem trzymali się Hindusi, podobnie Japońce. Arab przysuwał się nachalnie do tej zahukanej dziewczyny, która rozpoznała kapitana. Natomiast gburowata pani archeolog, co nie było zaskoczeniem, siedziała samotnie, przyglądając się z uwagą strzelistemu obeliskowi koło piramidy.

Wobec tych krótkich oględzin werdykt wydawał się jasny. Henen stwierdził, że uzupełni swoją osobą ostatnią parę, a przy okazji chętnie usłyszy od pani archeolog kilka dodatkowych słów wyjaśnień. I to nie tylko na temat absurdalnego otoczenia, w jakim się wspólnie znaleźli, ale również odnośnie do jej zdradliwego ataku.

Na miejscu, podobnie jak Zahira, usiadł i wpatrywał się w pokryty hieroglifami monument. Niestety przedstawione na nim obrazki, gdzie rozróżniał między innymi podobizny zwierząt oraz figury geometryczne nic szczególnego mu nie sugerowały. Skierował więc spojrzenie na osobę, która najwyraźniej rozumiała ich bardziej złożone znaczenie.

Poza kręconymi, czarnymi włosami do ramion pani archeolog miała śniady kolor skóry, mięsiste wargi i wyrazisty, długi, mocno garbaty nos, do tego nieprzeniknione, hebanowe oczy. No i oczywiście najwyraźniej modny w tym miejscu blaszany kostium skąpo zasłaniający jej miejsca intymne, na których kapitan stanowczo zbyt długo ogniskował wzrok. Dlatego zaraz przywrócił się do porządku i rezolutnie oznajmił:

– Tak, przeżyłem i przyjmuję przeprosiny. Wiem z doświadczenia, że w ogniu walki zdarzają się różne wpadki. W tym niezamierzone wymiany ciosów między sojusznikami niby niecelowe popchnięcia i takie tam. – Pokazał na swój brzuch nieco powyżej pępka, gdzie wcześniej otrzymał siarczystego kopniaka. Ale kobieta niezmiennie zachowywała śmiertelną powagę, aż nie spoglądając nawet na Henena, z wyraźną zadrą w głosie przemówiła:

– Wpadki… niezamierzone wymiany ciosów… Wiedz, kapitanie, że chociaż sama urodziłam się i wychowałam w Niemczech, to z pochodzenia jestem Egipcjanką. A w pobliżu Egiptu, to jest Libii, mam całkiem sporo rodziny. Rodziny, która znacząco się uszczupliła po nalotach sił sprzymierzonych na świętej pamięci Kadafiego. – W tym momencie kobieta wbiła oskarżycielskie spojrzenie w Henena i kontynuowała: – Byłeś tam, kapitanie i zabijałeś także cywili, nieprawdaż? W końcu jesteś personą wyjątkowo znaną i obiła mi się już o uszy twoja biografia. Więc nie pitol mi tu teraz o jakichś wyświechtanych przeprosinach. Sama ich od ciebie nie przyjmę. – Po tych słowach nad wyraz krewka kobieta chwyciła gwałtownie mężczyznę za gardło, ale nie poszła za tym próba duszenia. Widać było, że Zahira czekała na reakcję, aby się przekonać, z kim naprawdę miała do czynienia. A wobec braku reakcji ze strony kapitana, całkiem zluzowała uchwyt.

 

Henen znał ten schemat postępowania aż za dobrze. Wiedział, że każdy w oprawcy swych bliskich pragnął wiedzieć jedynie krwiożerczego potwora. Kiedy jednak wkradała się w tą wizję pewna wątpliwość, narastał dysonans poznawczy i pojawiała się również szansa na przełamanie lodów. Dlatego spokojnie odpowiedział:

– Prawda, bywało kiepsko, a nawet zupełnie beznadziejnie, nie przeczę. Ale mojej krwawej i niezbyt chlubnej przeszłości już nie zmienię. – Henen wziął w dłoń garść piasku, a rozluźniając palce, wysypywał go, dając porwać część ziarenek ciepłemu powiewowi wiatru i jednocześnie kontynuował: – Wszak obecnie, skoro wciąż istnieję, to w miejsce zniszczenia pragnę coś budować. – Pochwyconą kolejną garść piachu dla odmiany uformował w całkiem okazałą piramidkę.

– Odkupienie, ha! – parsknęła drwiąco Zahira.

– Odkupienie – oznajmił z powagą Henen. Wyprostował w siadzie skrzyżnym plecy i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń.

– Rety… ty tak poważnie, po tym, jak wcześniej wepchnęłam cię w skorpiony, a teraz właśnie naplułam ci w twarz?

– Klimat jest tu dość suchy, więc dziękuję za trochę dodatkowej wilgoci. Zaś skorpiony ucierpiały chyba bardziej od mojego upadku na nie niż ja od ich kolców jadowych. – Kapitan puścił kobiecie oko, nie cofając dłoni. Na co pani archeolog się uśmiechnęła z przekąsem i odwzajemniając uścisk ręki, chrapliwie odpowiedziała:

– A niech mnie, kapitanie, normalnie mnie urzekłeś swoją postawą!

– Mnie z kolei urzeka to, że im dłużej wpatruję się w te znaczki na obelisku, tym więcej chyba zaczynam z nich rozumieć. I podejrzewam, że ma to związek z tym. – Henen pokazał wolną ręką na metalowe implanty na swoim czole, a potem głowie Zahiry i ciągnął dalej: – Widziałem prototypy podobnych urządzeń. To było coś, jak kości pamięci umieszczane w czaszce i przyłączane bezpośrednio do kory mózgowej.

– Okropne i ciekawe zarazem… – podchwyciła Zahira. Wyswobodziła się z uścisku i złośliwie wytarła rękę o monument, zupełnie jakby jej dłoń została zabrukana. Następnie niby od niechcenia zapytała:

– I jak działały te… kości pamięci. Skuteczne były…?

– Większość królików doświadczalnych, w postaci więźniów, dostawała po trepanacji czaszki pomieszania zmysłów. Jeden był przekonany, że jest średniowieczny rycerzem, inny, iż wystrzyżonym pudlem. Ale byli też tacy, którzy z powodzeniem zaczęli mówić w nieznanych sobie językach.

– Czyli wspomniany eksperyment skutkował progresją lub też regresją bez jasno określonej determinanty. Wielka mi rewelacja. I my niby również mielibyśmy tu być przedstawicielami jakichś mrocznych modyfikacji przeprowadzanych na ludziach? – rzuciła lekceważąco Zahira.

– Cóż… – Kapitan w geście braku przekonania rozpostarła szeroko ramiona. Z kolei pani archeolog, patrząc na niego z kpiną, popukała się w czoło. Następnie prześlizgnęła się wzrokiem po okolicznych obeliskach, także otoczonej przez nie piramidzie oraz własnym, zmodyfikowanym ciele, po czym z nietypowym dla siebie spokojnym w głosie oświadczyła: – Od wielu lat zajmowałam się głównie badaniem związku starożytnych budowli egipskich z ówczesnymi wierzeniami, aby jak najlepiej zrozumieć żyjących niegdyś w delcie Nilu ludzi, ich kulturę i to, co pragnęli nam pozostawić. Ale… – Kobieta zrobiła pauzę i zbywając uprzednie słowa Henena, z pewnym zachwytem szerzej przedstawiła własną teorię: – Osobiście odkryłam, że oni, starożytni, niczego nie zamierzali nam zostawiać. Jak to ludzie, byli egocentryczni i po prostu zabezpieczali własne interesy. Choć w postaci piramid bynajmniej nie stawiali sobie pomników próżności. Byli to bowiem niezwykle pragmatyczni egoiści i czynili wysiłki w tworzenie instrumentów służących ich własnym celom. Co zaś jest podstawowym celem każdej inteligentnej istoty, która we własnym świecie zdobyła już wszystko, co tylko możliwe, hm…? – Pani archeolog postawiła pytanie i sama sobie odpowiedziała: – To pragnienie zachowania swych przywilejów, jak najdłużej to możliwe oraz ich poszerzanie bez granic. To marzenie o nieskończoności. Ma ono swe źródło w samym rdzeniu ludzkiego umysłu posiadającego samoświadomość oddzielającą go od reszty wszechistnienia. Ta separacja sprawia, że w ludzkiej osobowości funkcjonuje poczucie potencjalnej straty i paniczny lęk przed własnym kresem, ostateczną śmiercią i utartą tego wszystkiego, na co się z takim mozołem pracowało. Taki ostateczny koniec nie może być jednak w żaden sposób łatwo zaakceptowany przez kogoś, kto już poczuł się wywyższony i to do granic możliwości. Dlatego taki ktoś od zarania pragnął przeciwdziałać odbierającej mu wszystko śmierci, jak najgorszej chorobie. Zatem czemu by nie wykluczyć, że w jakiś sposób, być może przy ingerencji wyższej inteligencji z zewnątrz, jakiejś grupie starożytnych prominentów nie udało się tego marzenia niegdyś ziścić, hę?

– Zmierzasz do tego, że dziani starożytni Egipcjanie po śmierci kupowali sobie od kosmitów bilet pierwszą klasą do nowego świata? I obecnie przypadkiem zabraliśmy się w podróż za nimi do ich… raju…?

– Nie do raju, nie raju, tylko do gwiazdozbioru Oriona! Piramidy były bowiem swego rodzaju katalizatorami procesu astralnej podróży przez kosmos, aż do przybrania nowej formy istnienia w zaświatach!

– W Orionie… – poprawił bez wiary Henen.

– Z punktu widzenia egiptologa, z niekonwencjonalnym podejściem do sprawy, nie ma czego różnicować – upierała się Zahira. Z kolei kapitan zadumał się dłużej, patrząc podejrzliwie na parę słońc na niebie, to towarzyszące im księżyce, aż bez przekonania rzekł:

– Sugerujesz więc może, że jakimś chorym zrządzeniem losu nasze, powiedzmy to… dusze… zostały piramidalnie wystrzelone w kosmiczną otchłań, a teraz odrodziliśmy się w nowych ciałach i będziemy kroczyć pomiędzy starożytnymi faraonami…? – Mężczyzna spojrzał z politowaniem na Egipcjankę. Ta, naraz najwyraźniej sama zdając sobie sprawę ze skali bajkowości swojej teorii, gniewnie ryknęła:

– A masz, w mordę, lepszy pomysł?!

– Oczywiście, że tak… – odpowiedział z niewzruszoną pewnością siebie Henen. Zaplótł muskularne ramiona na splocie słonecznym i z zaczął snuć własne przypuszczenia:

– Swego czasy byłem najemnikiem, całkiem dobrym najemnikiem. Był taki okres, że istniał na tego typu ludzki towar konkretny popyt. Aczkolwiek potem konflikty na świecie nieco poprzygasały. Wtedy nasi bossowie wymyślili, jak można na nas zarobić w czasie spoczynku, nie posyłając nas na wojnę. Słowem wrzucili nas do amazońskiej dżungli i tam posyłali do konfrontacji z nami innych najemników, zabójców. Oczywiście wszędzie umieszczono kamery. Samo oglądanie nas w akcji w dark-necie sporo kosztowało, do tego dochodziły jeszcze intratne zakłady. Z czasem stawkę systematycznie podbijano, podrzucając nam coraz bardziej wypasionych przeciwników. Na koniec zaś rzucono nas samych sobie do gardeł.

– Przeżyłeś niezłe piekiełko… – Pani archeolog wyraziła swoje współczucie, ostentacyjnie ziewając. Henen, zupełnie niezrażony, ripostował:

– Ja je przynajmniej przeżyłem, ale inni nie do końca, a właściwie to wcale. Ponadto to wtedy stałem się dość sławny, co otworzyło mi drogę do licznych sponsorów i w konsekwencji lotów w kosmos. – Mężczyzna spojrzał w kierunku skrzyni z insygniami faraona i dobitnie podsumował: – Ja wygrałem.

– Do czego teraz zmierzasz ze swymi opowiastkami, mój ty międzygwiezdny bohaterze…? – zapytała tym razem nieco zaintrygowana kobieta. Na co kapitan ciężko westchnął, przeniósł wzrok na Zahirę i ważąc słowa, z wyjątkową powagą oświadczył:

– Wszyscy, jak tu razem siedzimy na tym gorącym piasku, wcześniej umieraliśmy, ale nie wiemy, czy ostatecznie dotknęła nas śmierć. Sam natomiast zaryzykowałbym tezę, że może i nasze ciała umarły, lecz mózgi już nie. Przez to obecnie, za sprawą wyspecjalizowanej techniki, przebywamy w wirtualnym świecie. Słowem wkroczyliśmy na wyższy poziom rozrywki dla wybranych. Ktoś wyposażył nas w wirtualne, wytrzymałe ciała, zapewne z przeznaczeniem do długotrwałego przetrwania mimo odnoszonych ran. I ten ktoś się nami bawi oraz już wskazał nagrodę za wygraną w tej grze.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?