Klątwa LucyferaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Klątwa Lucyfera
Klątwa Lucyfera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Klątwa Lucyfera
Klątwa Lucyfera
Audiobook
Czyta Mateusz Weber
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Prolog

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Redakcja i korekta

Anna Mieczkowska

Projekt graficzny okładki, skład i łamanie

Agnieszka Kielak

Zdjęcia wykorzystane na okładce

stock.adobe.com ©Andrei Kuznetsov, ©Yeti Studio

Wykorzystano fragment wiersza Kruk Edgara Allana Poe

w przekładzie Władysława Jerzego Kasińskiego

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2021

© Copyright by Krzysztof Bochus, Warszawa 2021

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-66644-85-4


Wydawca

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. Borowskiego 2 lok. 24

03-475 Warszawa

tel. 22 416 15 81

redakcja@skarpawarszawska.pl www.skarpawarszawska.pl

Konwersja: eLitera s.c.

.

Ta książka jest fikcją literacką i wytworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe. Autor, korzystając ze swojej licentia poetica, starał się oddać realia opisywanych miejsc, ale tylko w takim zakresie, na jaki pozwalała fabuła powieści.

Mojej siostrze Beacie

poświęcam

Patrząc w ciemność tę głęboką,

stałem ze zdumieniem w oku,

Sny śniąc, jakich nikt z śmiertelnych

nie śmiał śnić; drżąc w zwątpień męce.

Cisza była niezmącona

Edgar Allan Poe, Kruk

Życie to niebezpieczna przygoda

w zamglonym pejzażu

o ruchomej powierzchni

i sztucznie wyznaczonych granicach.

Arturo Pérez-Reverte, Szachownica flamandzka

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


PROLOG

Znał sekwencję tych cyfr na pamięć. Rysował je w pamięci, żonglował nimi, zmieniając ich bojowy szyk, po to, by za chwilę ustawiać je ponownie w karnym szeregu. 4166. Czwórka przypominała mu szafot, to niezwykłe urządzenie, które dekapitowało ciało. Zawsze przeszywał go dreszcz, gdy o tym pomyślał: o tych tysiącach rewolucjonistów, spiskowców i zbrodniarzy, których karzące ramię sprawiedliwości pozbawiało głowy – siedliska duszy i wszelkich uczuć. Czy także nienawiści, podobnej do tej, którą hodował w sobie od lat? Słyszał, że takie odcięte głowy, nie mogąc się pogodzić ze swoim nagłym i nieodwracalnym sieroctwem, jeszcze długo łypały oczami, szukając ciała, któremu przez lata tak wiernie służyły. Jedynka przypominała jego samego. Samotnego jeźdźca. Mściciela. Sekretnego sędziego, który wymierzał sprawiedliwość. A dwie szóstki? No cóż... Uśmiechnął się w duchu. Ulubione cyfry Lucyfera. Można powiedzieć bardzo akuratne w tym zestawie...

Szybko wklepał szyfr i poczekał sekundę, aż cyfrowy zamek krótkim piknięciem potwierdził jego prawidłowość. Odczekał chwilę i pchnął grube drzwi.

Był tu pierwszy raz. Niespodziewanie dla samego siebie poczuł, jak mocno bije mu serce.

Potrzebował chwili, aby oswoić oczy z panującym w pokoju półmrokiem. W całym psychiatryku umeblowanie było takie samo. Minimalistyczne i powtarzalne do bólu, tak jakby siostry bały się, że jakikolwiek wyłom od panującego schematu obudzi demony drzemiące w głowach przebywających tu nieszczęśników. Na wprost niego jaśniał niewielki prostokąt. Okno, zwodniczy lufcik wiodący na wolność. Zwodniczy, bo pokryty ażurem stalowych krat. Nie było stąd ucieczki. Chyba że w głąb własnej popapranej jaźni, w świat koszmarów i przeszywającego obłąkańczego wycia, dobiegającego niekiedy spoza tych krat i płoszącego stada czarnych gawronów obsiadających klasztorne mury.

Pod oknem majaczył sarkofag łóżka. Mężczyzna ostrożnie włączył latarkę. Widział skotłowaną kołdrę. Wystawała spod niej ręka, prawie alabastrowa teraz w zimnym świetle latarki. Dziewczyna leżała na plecach. Spała głęboko. Przez kilka sekund obserwował, jak miarowo oddychała. Był tak blisko, czuł oddech tej suki, a jednak nie mógł zadać ostatecznego ciosu. Jeszcze nie w tej chwili. Teraz przeprowadzał tylko wizję lokalną. Musiał jeszcze zadbać o alibi na tę noc, która wszystko odmieni...

Nie śpieszył się. Wszystko miało dokonać się na jego warunkach. Zaplanował każdy ruch, każde posunięcie. „Jak w szachach” – uśmiechnął się pod nosem. Tak, był takim Bobbym Fischerem zbrodni. Ta myśl wydała mu się nie tylko bardzo trafna, lecz także zabawna. Czasami miewał takie niespodziewane skojarzenia. Zresztą ten amerykański mistrz też nie był do końca normalny. Może właśnie dlatego był taki genialny i niepokonany...

Przyjrzał się uważnie dziewczynie. Jak teraz wygląda? Widział twarz nawet we śnie wykrzywioną dziwnym grymasem, naznaczoną stemplem szaleństwa. Obserwował w skupieniu, jak śpiąca nerwowo, nierówno oddycha, jak porusza się jej grdyka. Nadejdzie moment, gdy przerwie tę żałosną wegetację. Ale zanim to zrobi, chwyci tę kurwę za włosy, poczeka, aż otworzy swoje napuchnięte powieki. Czy zrozumie, że przyszedł do niej anioł śmierci? Że to kres wszystkiego? Zresztą to nieistotne, co ona będzie wtedy czuła. Ważne, że on zrozumie doniosłość tej chwili. Zrobi to przecież dla siebie – nie dla niej... Przydusi ją poduszką jak płytą z betonu. A potem będzie patrzył, jak to warzywo wierzga, jak rzuca się na boki, próbując zatrzymać uciekające z niego życie.

– Już niedługo. Obiecuję ci to... – wyszeptał do postaci zatopionej we śnie.

Obrócił się. Po prawej ręce widział zarys masywnej szafy. W każdej z cel była taka sama. Przepastna, kryjąca rzeczy osobiste pensjonariuszy. Uległ nagłej pokusie i uchylił drzwiczki. Omiótł wnętrze światłem latarki. Kilka ciemnych sukni przewieszonych przez poręcz. Nigdzie nie było widać wieszaków, siostry wiedziały dobrze, że można sobie nimi zrobić krzywdę: samookaleczyć lub popełnić samobójstwo. Wygiętym drutem łatwo rozszarpać żyły w przegubach, widział już takie przypadki...

Rzucone bezładnie w kąt T-shirty, rajtuzy, dresowa bluza z napisem „Mazury cud natury”. Żadnych albumów, pamiętnika, skoroszytów wypełnionych pismem, zdjęć... Tak jakby mieszkająca w tym pokoju pensjonariuszka była przezroczysta dla świata, pozbawiona wszelkich znamion prywatności i jakiejkolwiek indywidualności. Ot, warzywo, wstające rano, karmione, siedzące nieruchomo w fotelu, wypróżniające się, śledzące nieruchomym spojrzeniem lot muchy w powietrzu. Apatyczny i bezwolny stwór humanoidalny, którego w żadnym wypadku nie można już było nazwać człowiekiem.

A jednak ta suka, tak pozornie ubezwłasnowolniona, wolna od wszelkich uczuć i emocji, ogniskowała w tej chwili całą jego uwagę. I nienawiść – stężoną i czystą, wystarczającą, by zabić.

Oblizał spieczone wargi. Po raz ostatni obrzucił spojrzeniem śpiącą postać.

– Wrócę, obiecuję ci, że wrócę – wyszeptał i zamknął za sobą cicho drzwi.


ROZDZIAŁ I

Święty Jan na misie

Zegar na ratuszu wybijał godzinę dwudziestą drugą. Śnieg padał nieustannie od paru dni. Powoli zamieniał pobliskie uliczki w białe kaniony, którymi przemykali nieliczni przechodnie. Zima była bardzo sroga tego roku. Najstarsi mieszkańcy Bambergu nie pamiętali takich mrozów. Niektórzy przepowiadali, że nadchodzący 1380 będzie rokiem krwi i nieszczęścia.

 

Albrecht Crohme stanął przed gmachem ratusza rzęsiście oświetlonym pochodniami. Jeszcze raz spojrzał na trzymany w ręku pakunek. Wiedział, że wydaje na siebie wyrok. Ale nie potrafił inaczej... Wiarołomstwo musiało zostać ukarane...

To było jak rażenie gromem. Pokochał ją od pierwszego wejrzenia, gdy wraz z mężem odwiedziła jego pracownię. Ursulę trudno byłoby nazwać klasyczną pięknością. Była na to za szczupła. Emanowała jednak wdziękiem i łagodnością. Miała żywy umysł. Był urzeczony jej ogładą i gustem. Z przyjemnością słuchał jej uwag o cudownym posągu jeźdźca w bamberskiej katedrze. Znała także, co było zupełnie niesłychane, dzieła Bertrama z Minden, którego Albrecht uważał za swojego mistrza. Z jej słów wynikało, że kocha sztukę. I uwielbia artystów...

Była inna od kobiet, które dotychczas poznał. O czym mógł porozmawiać z dziewkami zachodzącymi do jego pracowni? O paskarskich cenach na targu? O rybach wyławianych z Mozy? O głodzie na przednówku? Żadna kobieta nie zrobiła na nim takiego wrażenia jak Ursula. Po prawdzie nie spotkał w swoim życiu takich patrycjuszek zbyt wiele. Pochodziła z bogatego domu. Jej mąż handlował winem, był młodszym bratem burmistrza Bambergu.

Potem odwiedziła go w jego pracowni jeszcze kilkakrotnie. Za każdym razem bez męża. Miał wrażenie, że Ursula szuka pretekstu, żeby go zobaczyć. Widział w jej oczach przyzwolenie. Wreszcie zdobył się na odwagę. Przyparł ją do muru. Miała chętne, głodne usta. Rozpiął jej gorset, podwinął suknię. Dotykał jej młodego ciała, a ona mu na to pozwalała. Chciał więcej, ale wymknęła mu się jak fryga. Tej nocy długo nie mógł usnąć. Serce waliło mu jak kowalskim młotem.

Czekał na jej kolejną wizytę, ale Ursula nagle zamilkła. Nie mógł pracować ani jeść. Sczerniał na twarzy. Czekał. Zupełnie zwariował na jej punkcie...

Potem się dowiedział, że jej mąż Andreas nagle zmarł. Podobno powaliła go jakaś zaraza czy zatrucie. Choroba przyszła nagle, na drugi dzień po ostatniej, niezapomnianej wizycie Ursuli w jego pracowni. Palec boży?

Pojawiła się nadzieja. Ursula była teraz wolna. A i on chyba nie był jej obojętny. Przecież nie mogła zapomnieć jego pocałunków. Był tylko ubogim artystą, ale miał dwie ręce, dwie nogi i otwartą głowę. Otrzymał talent od Boga. Dostawał coraz więcej zamówień od miasta. Potrafiłby zapewnić byt rodzinie.

Tego dnia postanowił poprosić Ursulę o jej rękę. Długo zmywał ciało w parującej balii. Przyczesał strzechę kruczoczarnych włosów, które nigdy nie słuchały grzebienia. Założył najlepsze ubranie z norymberskiego sukna. Był gotowy. I wtedy odwiedził go stary Johann, który dostarczał mu farb, najlepszych w całej Bawarii. Mieszał je ze sproszkowanych minerałów, skał, roślin, zwierzęcych kości i spajał kurzym jajkiem. Nikt nie potrafił dostarczyć takiej ochry czy cynobru jak Johann.

– Słyszałeś ostatnie wieści, Albrechcie? – zapytał, spoglądając na niego uważnie.

– Prawie nie wychodzę z pracowni – odburknął artysta.

– To nie słyszałeś o zaręczynach burmistrza z młodą wdówką po jego własnym bracie? Całe miasto aż huczy. Ludzie gadają, że burmistrz kazał otruć brata, bo miał ochotę na Ursulę... Właśnie poprosił ją o rękę. A Andreas jeszcze dobrze nie ostygł w grobie... Tfu! – Johann splunął na podłogę. – Co za upadek obyczajów! Że też Bóg widzi to i nie grzmi...

– Kiedy ślub? – zapytał krótko Albrecht.

– Za miesiąc, w ostatni dzień roku. Burmistrz zaprasza wszystkich mieszkańców miasta. Chce pokazać, jaki to on ludzki pan...

Nadzieja Albrechta zgasła jak świeca w przeciągu.

I oto stał teraz przed wejściem do ratusza, trzymając pod pachą prezent ślubny dla burmistrza i jego oblubienicy. Wszedł po schodach do wielkiej sali na piętrze. Było tu chyba całe miasto. Na wielkim stole pośrodku piętrzyły się prezenty znoszone przez mieszczan i mieszkańców Bambergu. Na jego widok ucichł gwar.

– Witaj, Albrechcie – powitał go burmistrz. – Twoje dzieła przeżyją nas wszystkich. Świętuj razem z nami. Dzisiaj raduje się z nami cały Bamberg. Prawda, kochanie?

Ursula miała na sobie karmazynową suknię zapiętą po szyję. Albrecht szukał w jej oczach smutku, ale znalazł tylko rozbawienie.

– Widzę, że i ty przyniosłeś nam prezent ślubny.

Rzeźbiarz milcząco skinął głową.

– Wyrzeźbiłeś dla nas na pewno coś wyjątkowego? – Burmistrz wziął się pod boki.

Albrecht powoli rozwinął płótno. Uniósł rzeźbę do góry, tak aby wszyscy ją zobaczyli. Po sali poszedł szmer.

– Przecież to głowa świętego Jana! – krzyknął ktoś z boku. – Przyniósł odcięty czerep jak na uczcie u Heroda!

– Co to ma być? – Widział napięcie w oczach burmistrza.

– Sam sobie odpowiedz – odparł Albrecht.

I wyszedł z sali.

Trzy dni później znaleziono jego ciało powieszone na drzewie w starym kamieniołomie za miastem. Miał wyłupione oczy i odcięty język. Ludzie szeptali, że to kara za obrazę majestatu, ale nikt nie dochodził, jak było naprawdę.

Ostatnie dzieło mistrza Albrechta przez długie miesiące walało się w podziemiach ratusza. Głowa świętego Jana na misie popadła w zapomnienie. Sto lat później podarowano ją zakonnicy z Bambergu, która wyruszała na krańce Rzeszy, aby objąć panowanie nad klasztorem cysterek w dalekim Culm.

1.

Początek marca 2020, na Kujawach.

Spojrzał na GPS. Do celu miał jeszcze nie więcej niż pięćdziesiąt kilometrów. Wycieraczki samochodu z wysiłkiem rozgarniały szron na szybie, pozostawiając po sobie brudne smugi. Zmarzlina była czarna od smogu. Podobnie nieprzyjazny był świat za oknem, rozwijający się miarowo jak rulon scalony z szarości, mgły i nieostrych konturów.

Mijał krainę obsesyjnie obnoszącą się ze swoją brzydotą. Kilometry wszędobylskiej kostki Bauma, zaparkowanych byle jak i byle gdzie dwudziestoletnich diesli z Niemiec i wyliniałych bloków z wielkiej płyty rozrzuconych bezładnie po tej monotonnej równinie. Po obu stronach szosy ciągnęły się zwały beżowej brei uformowanej ze zmrożonego błota i ziemi.

Jeszcze wczoraj miał głowę zaprzątniętą zupełnie innymi planami. Na siłę upychał swoje rzeczy do brezentowego worka żeglarskiego, z którym od lat nie potrafił się rozstać i który wygrywał wszelkie porównania z lekkimi jak piórko walizami z kevlaru upolowanymi na wyprzedaży. Puścił sobie Wiśnię Kaśki Sochackiej i po raz ostatni zlustrował wypchany do niemożliwości worek. Już jutro znowu znajdzie się w swojej karkonoskiej samotni. Będzie palił w kominku zmrożonymi polanami i obserwował o świcie mgły płożące się nad Kruczymi Skałami. Postanowił wyrwać się na tydzień z Trójmiasta i pobyć sam na sam ze swymi myślami. A było o czym dumać. Znowu znalazł się na życiowym zakręcie.

Który to już raz w ostatnich latach? Dziennikarstwo powoli mu się przejadało. Po głowie błąkał mu się pomysł na książkę, jeszcze niewyraźny jak widok tej zamglonej skały, którą rankami widywał z okna swojej chaty. Poza tym Miłka... Miał wrażenie, że oddalali się od siebie jak dwie wyspy. Wykres ich wzajemnych relacji przypominał amplitudę skrajnych temperatur. Musiał pomyśleć, co robi nie tak. Nie chciał jej stracić, już to przerabiali...

Właśnie sznurował plecak, gdy zadzwonił telefon, wybudzając go z ponurych myśli. Numer nieznany. Przez chwilę się zastanawiał, czy odebrać. Ostatecznie była niedziela...

– Pan Adam Berg? – Głos w słuchawce był zdecydowany. Miał matową, niską barwę.

– Przy telefonie.

– Przepraszam, że zakłócam panu spokój w dzień święty.

Dzień święty? Na Boga, kto dzisiaj używa takiego języka?

– Jestem siostra Klara, przeorysza zakonu sióstr miłosierdzia w Chełmnie. Poznaliśmy się już podczas pana ubiegłorocznej wizyty w klasztorze.

Ach tak, siostra Klara. Dobrze zapamiętał jej czujne, taksujące spojrzenie. Władcza, trochę wyniosła opatka, która – takie odniósł wtedy wrażenie – mocno wyrastała ponad ten prowincjonalny klasztor.

– Słyszy mnie pan? – Miał wrażenie, że na chwilę straciła dech.

– Tak.

– Potrzebuję pańskiej pomocy – zawahała się.

– Ode mnie? – Nie potrafił ukryć zdumienia. – Myślałem, że załatwiliśmy już wszystkie sprawy spadkowe.

– Nie chodzi o spadek. A pańskiej pomocy potrzebuję od zaraz. Właściwie to sprawa gardłowa...

Znowu ten dziwny, archaiczny język. Ale właściwie czego się spodziewał po przeoryszy tego zakonu ukrytego w gmaszysku, odwróconego plecami do świata i współczesności?

– Właśnie się pakuję. Jutro wyjeżdżam w Karkonosze...

– Wiem, że nie mam prawa o nic prosić. Jednak bardzo potrzebujemy pomocy...

– Czy dobrze rozumiem, że coś wam grozi?

– Można tak powiedzieć...

– Siostro, jestem tylko dziennikarzem. Jeżeli klasztor jest w niebezpieczeństwie, proszę zwrócić się do policji.

– Niestety, z pewnych względów, o których nie chciałabym rozmawiać przez telefon, nie mogę tego zrobić...

– Nie jestem przekonany.

– Jeśli pan odmówi, zrozumiem. Nie mam prawa oczekiwać czegokolwiek. Zwłaszcza po tym, co dla naszego zakonu uczynił pański ojciec. Jeśli pan jednak się zdecyduje, proszę wziąć rzeczy na kilka dni. To nie jest sprawa, którą da się załatwić w ciągu dwudziestu czterech godzin...

„Bez dwóch zdań, stary zrobił dla nich rzeczywiście wiele” – przemknęło mu przez głowę. Gdyby był zgryźliwy, to dodałby: nadspodziewanie wiele...

2.

Niemal w ostatniej chwili nacisnął hamulec. Poczuł smród palonej gumy. Wozem zarzuciło, ale na szczęście udało mu się go zatrzymać kilkanaście centymetrów od rowu. Przed jego oczami przemaszerował jeleń. Wielki, majestatyczny, niemal nierzeczywisty. Widział jego dumnie uniesiony łeb rysujący się na tle nieba. Zwierzę przekroczyło jezdnię i zginęło w ciemnej gęstwinie boru za poboczem drogi, jakby ta przestrzeń należała tylko do niego, a asfaltowa wstążka i pędzące po niej samochody pochodziły z innego, wyimaginowanego świata.

Adam przetarł spocone czoło, uruchomił ponownie samochód i skierował się na południe.

Wjeżdżał do tego zabytkowego miasteczka z uczuciem déjà vu. Rozjeżdżał oponami zeszklone mrozem kałuże. Po chodnikach przemykali pojedynczy przechodnie niczym widma wyłaniające się zza zasłony oparów i ciemności spowijających Chełmno.

Gmach klasztoru[I] wyrósł przed nim nagle jak ceglany mastodont przykucnięty u końca uliczki. Dopiero teraz mógł w pełni docenić jego ogrom. Masywna ceglana budowla skrywała pomieszczenia klasztorne. Z tyłu wyrastały dwie smukłe wieże. Kwadratowe patio oddzielało stare zabudowania od bardziej nowoczesnego kształtu budynku o przybrudzonych tynkach. Zaparkował pod jego wysokim murem. Z zawieszonej nań tablicy wynikało, że mieszczą się tam przyklasztorny ośrodek zdrowia i pomieszczenia wolontariatu.

Zastanowiła go dziwna asymetria obu sklejonych ze sobą budowli. W klasztorze paliło się światło prawie we wszystkich oknach, w budynku cywilnym mimo wczesnej pory większość z nich była zaciemniona. Sacrum zawsze czuwało?

Przeorysza czekała na niego w miejscu, które poznał już poprzednim razem. Na drzwiach widniał niewiele mówiący napis „FURTA”. Siostra Klara ubrana była w strój szarytek: granatowy habit wycięty w szpic, biały kołnierz i granatowy welon na głowie. Na piersi zauważył przypięty znak zgromadzenia.

Niewiele się zmieniła od ostatniego spotkania. Być może przybyło jej tylko siwych włosów okalających twarz o niezdrowej, poszarzałej cerze. Nadal niczym dwa czarne węgle płonęły w niej jednak oczy: żywe, uważnie taksujące przybysza, widzące na wskroś.

– O, jest pan już. – Uśmiechnęła się ledwie dostrzegalnie. – Nie ma pan pojęcia, jak bardzo jestem wdzięczna...

– Przejdźmy do rzeczy, siostro. – Usiadł ciężko na krześle i omiótł spojrzeniem kancelarię, szukając miejsca na swój wypakowany worek.

– Oczywiście, ale musi pan wiedzieć, że nie wzywałabym pana bez potrzeby... Doświadczyłyśmy już wielkiej łaskawości ze strony pańskiego ojca. Tym niezręczniej mi prosić teraz o tak ryzykowną przysługę jego syna.

Ryzykowną przysługę? Potrząsnął głową. Zapowiadało się ciekawie...

– Ma pan za sobą kawałek drogi. Przygotowałyśmy dla pana pokój gościnny w skrzydle klasztornym. Właściwie to cela, ale z łazienką. Proszę się odświeżyć. Teraz i tak nie mogłabym z panem porozmawiać. Mamy... – zawahała się – pewien kłopot w klasztorze. Zje pan z nami obiad o czternastej w refektarzu. A potem wszystko panu wyjaśnię...

– Dobrze – mruknął zniechęcony. Czy miał zresztą inne wyjście? Wcześniej liczył na to, że mimo wszystko uda mu się jeszcze tego samego dnia powrócić do Gdańska. Teraz widział, jak iluzoryczne było to oczekiwanie.

 

– Siostra Beata zaprowadzi pana do celi.

Spodziewał się staruszki. Poprzednio widział tu siostry mocno zmęczone życiem w zbyt obszernym habitach. Siostra Beata pochodziła chyba z innego naboru. Była młoda. Otaksowała go bystrym spojrzeniem, w którym zobaczył nie tylko ciekawość, lecz także lekką ironię. Ze zdumieniem zauważył, że w uszach miała słuchawki od iPhone’a. A na nogach spod habitu wyzierały tenisówki marki Converse, które kiedyś musiały być czerwone.

Szli długim, ciemnym korytarzem. Zapewne pochodził z czasów krzyżackich. Adam prawie dotykał głową kolebkowego sklepienia z gotyckiej cegły. Wyczuwał zapach gnijących liści, starego drewna i świętych olejków, którymi przesiąknięte były te wiekowe mury.

Nagle drgnął, zaskoczony niespodziewanym widokiem. Po prawej stronie krużganka ciągnął się ciąg drzwi z jasnego drzewa. Wszystkie uzbrojone były w cyfrowe zamki. Widział w ciemności świecące na niebiesko diody.

– Czy to są cele sióstr zakonnych? – zapytał.

– Słucham? – Siostra Beata odwróciła się do niego, wyciągając słuchawkę z ucha. Dobiegł go głos Darii Zawiałow. „Ciekawy gust jak na zakonnicę” – pomyślał.

– Pytam, czy tu mieszkają siostry.

– Nie – odpowiedziała krótko i spojrzała na niego tak, jakby się zawahała.

– A kto?

– Nasi... podopieczni. Bardzo specjalni – dodała, jakby chciała uprzedzić jego kolejne pytanie i zamknąć tę kwestię.

Jego cela mieściła się w zachodnim, najbardziej schowanym skrzydle klasztoru. Przy drzwiach nie było cyfrowego zamka. Siostra otworzyła je starym kluczem, który ledwie mieścił się w jej dłoniach.

– Proszę się rozgościć – powiedziała. – Nie ma tu luksusów, ale jest samodzielna łazienka. To u nas przywilej.

– Dziękuję. – Obrzucił roztargnionym spojrzeniem ciemny pokój.

– Wszelkie zażalenia proszę składać na ręce siostry przeoryszy. Ja w każdym razie dotransportowałam tutaj pana żywego.

– Dosyć czarne poczucie humoru. Przynajmniej jak na siostrę – rzucił cierpko. – Chyba że czegoś nie wiem...

– Wielu rzeczy pan jeszcze nie wie – odpowiedziała i zniknęła jak cień.

Stał długo pod prysznicem w mikroskopijnej łazience, zmywając znużenie i narastającą senność. Okrył się ręcznikiem i wyszedł do swojej celi. Ubogo, spartańsko, czysto. Typowa cela zakonnika. Tylko świętego Wincentego[1] tu brakowało. Jedynym wyposażeniem były proste łóżko, skrzypiąca szafa i mały stolik pod oknem, na którym postawił swego laptopa. Cały róg pokoju okupował solidny piec z majolikowych kafli. Ceglane mury były zadziwiająco zdrowe i suche. Z okna rozpościerał się panoramiczny widok na skarpę i pradolinę Wisły. Widział stąd kontury drzew, skarlałych z tej odległości i dziwnie upiornych.

Mógł trafić gorzej. Pamiętał ascetyczne wnętrza klasztoru w Tyńcu, który kiedyś odwiedził podczas jednej z dziennikarskich podróży. Tutaj przynajmniej zawitał dwudziesty pierwszy wiek. Miał do dyspozycji prysznic, łoże z czystą pościelą, a nawet stary telewizor.

Podszedł do regału. Dostrzegł na nim kilka brewiarzy, Pismo Święte i stos starych niemieckich modlitewników w safianowym półskórku.

Jego uwagę przyciągnął obraz wiszący na ścianie. Przedstawiał kobietę w stroju zakonnym. Patrzyła na niego święta o charyzmatycznym, przenikliwym spojrzeniu. Miała długi, klasyczny nos, pokryty teraz archipelagiem pęknięć łuszczącej się farby. Podpis na gipsowej ramie głosił: „Ludwika de Marillac, służebnica pańska”.

Wyciągnął się na łóżku. Jeszcze wczoraj był w modnym klubie nocnym w Sopocie, w miejscu, gdzie wszelkie zahamowania zostawiało się przed wejściem. Światła, techno, łatwe dziewczyny i wszechobecny alkohol w shotach klejący się do blatów, podłogi, butów. I kafelki w kiblu: zaszczane, zarzygane, pokryte spermą i białym proszkiem – owym crème de la crème nocnego Trójmiasta.

Z samego centrum profanum wylądował w sercu sacrum. Jak się tu znalazł? Jak trafił do tego miasteczka pozostającego w nieustannym letargu, zasypiającego wraz ze zmierzchem? Do tej klasztornej celi pod surowym spojrzeniem świętej charyzmatyczki?

Jeśli życie jest ciągiem skorelowanych ze sobą przypadków, a głęboko w to wierzył, to któreś zdarzenie musiało być pierwotne, poruszając niczym kamyk całą lawinę. Które? Co było tym pierwszym krokiem, który zawiódł go do tego ponurego budynku? Może wizyta u notariusza? Czy sięgając jeszcze głębiej – niespodziewana śmierć ojca?

Chyba jednak to pierwsze. Dobrze pamiętał wizytę u prawnika po śmierci ojca, tak jakby zdarzyło się to wczoraj. Podobnie jak wszystko to, co zdarzyło się później. Może dobrze, że matka nie doczekała. Pewnie i tak by go opłakiwała, mimo iż została porzucona przed laty jak znoszony łach... Wiedział, że była ojcu całkowicie oddana. Jego niespodziewane dla wszystkich odejście do innej kobiety musiało być dla niej traumatycznym wstrząsem.

Pamiętał z młodości dziwne szmery, które dobiegały z ich sypialni przez niedomknięte drzwi. Szepty, skrzypienie łóżka, przyśpieszone oddechy... Wtedy te odgłosy dobiegające z małżeńskiej sypialni wywoływały w nim popłoch. Sama myśl, że jego eteryczna matka kocha się z tym gburowatym samcem, który przypadkowo był jego ojcem, wydawała się obrzydliwa i dziwaczna zarazem. Dopiero po latach uświadomił sobie, że to wtedy, podczas tych szeleszczących zgłoskami nocy, stanowili jedność. I że właśnie w tamtym czasie byli rodziną, niepękniętą jeszcze i kompletną, której brak tak dotkliwie odczuwał przez całe swoje dorosłe życie.

Notariusz Woydyłło rozpoczął spotkanie od zaskakującego wstępu.

– Pana ojciec sporządził testament na pół roku przed swoją śmiercią. Przyjaźniłem się z nim... Zapewne, gdyby do waszego pojednania doszło wcześniej, treść jego ostatniej woli byłaby inna. I to w dużo szerszym, że tak powiem, kontekście. – Odchrząknął i spojrzał znacząco na Adama. – W klauzuli, którą za chwilę odczytam, ojciec przypisał panu dość szczególną rolę: nie tylko spadkobiercy, ale także niejako wykonawcy jego ostatniej woli...

Notariusz zaczął odczytywać treść testamentu. Początek był stereotypowy, ale później każde kolejne zdanie brzmiało jak wystrzał. Adam nie spodziewał się niczego dobrego po ostatniej woli ojca. Właściwie już samo zaproszenie go przez notariusza było dla niego pewnym zaskoczeniem. Znał trudny charakter ojca. Przez lata przeszkadzał im obu ciężar niewypowiedzianych pretensji i utajonej wrogości. Zbyt późno się odnaleźli. Był więc pewien, że stary w klauzuli sporządzonej w innej rzeczywistości nie zapisze mu nawet złamanego centa, i niczego ponad to nie oczekiwał.

A jednak... Okazało się, że ojciec zapisał mu dom w Sopocie. Starą, urokliwą willę przy Obrońców Westerplatte, w której wkrótce potem zamieszkał. To nie był jedyny zaskakujący zapis w testamencie.

Będąc w pełni władz umysłowych i kierując się niczym niezmąconą wolą własną, zapisuję kwotę trzech milionów złotych klasztorowi Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia w Chełmnie... Darowizna ta może być przeznaczona tylko i wyłącznie na sfinansowanie działalności pozostającego pod pieczą sióstr zakonnych zakładu zamkniętego dla osób dotkniętych szczególnymi schorzeniami psychiatrycznymi. Na wykonawcę mej ostatniej woli w tym względzie wyznaczam mego pierworodnego syna Adama, ufając, iż wzniesie się on ponad dzielące nas wzajemne anse i nieporozumienia.

Anse i nieporozumienia? Cóż za eufemizm! Adam potrząsnął głową z niedowierzaniem. W ostatniej chwili zasypali dzielącą ich fosę, ale teraz znowu miał do czynienia z rodzicielem w starym wydaniu – samcem alfa manipulującym całym swoim otoczeniem. Dlaczego kilkumilionowa kwota miała powędrować właśnie do klasztoru na dalekich Kujawach? I kto podszepnął staremu, aby w swoje nieodgadnione plany wmontować dawno zapomnianego i marnotrawnego syna?

Woydyłło na tak zadane pytanie tylko wzruszył ramionami.

– To decyzja pańskiego ojca. Na pewno wiedział, co robi. Ja mam sprawować nadzór prawny nad tym depozytem. Proszę nie pytać o więcej. Obowiązuje mnie tajemnica adwokacka...

No więc wzniósł się ponad te anse i nieporozumienia. Starał się zachować tylko ten jeden obraz, gdy ojciec zgasł właściwie na jego rękach. Pogodzony ze sobą, z synem i trudną przeszłością.

Pojechał na Kujawy i przekazał siostrze Klarze radosną nowinę.

A teraz znowu tu był, nie wiadomo, po co i w jakim charakterze. Tak jakby ojciec zza grobu pociągał za sznurki i nadal wpływał na jego losy.

3.

Usnął w sekundę, jakby przytłoczony tą zaskakującą konstatacją. Gdy znowu otworzył oczy, była za kwadrans czternasta. Obiad! Zerwał się niechętnie, płosząc resztki snu.

Dwa razy zabłądził. Gmach był olbrzymi. Gdy wreszcie dotarł do refektarza, wybiła równo czternasta. A i tak miał wrażenie, że dotarł na miejsce ostatni.

Siostry siedziały przy długim, pociemniałym ze starości stole. Nie było ich wiele, zaledwie dziewięć. Niemal natychmiast napotkał ironicznie zmrużone oczy siostry Beaty. Nadal miała słuchawki w uszach. Swoista demonstracja? Czego? Niezależności, niezgody na szarzyznę klasztornego życia?

Krzesło u szczytu stołu zajmowała przeorysza. Rzuciła mu wymowne spojrzenie, wskazując wzrokiem miejsce przy drugiej, dłuższej ławie. Siedziało przy niej, jak się domyślał, kilku pracowników cywilnych.

Posiłek rozpoczęła modlitwa. Zainicjowała ją siostra Klara. Pochylił głowę i słuchał fraz, szeptanych przy tym stole zapewne od wieków.

Boże, błogosław nas i pokarm, który będziemy spożywać, oraz ustawicznie i łaskawie wspomagaj naszą rodzinę w codziennej drodze. Pobłogosław, co nam dajesz. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

„Pobłogosław, co nam dajesz. Ładne. Nie potrzeba dodawać nic więcej” – pomyślał.

Posiłek był skromny. Wodnista zupa warzywna, kotlet mielony, kompot. W refektarzu panowała cisza. Zebrani jedli w milczeniu. Jedynie przeorysza z rzadka zwracała się do swojej towarzyszki, tak jakby tylko jej przysługiwało prawo przerywania tej umownej klauzury milczenia. Adam miał wrażenie, że w tym pomieszczeniu czas się zatrzymał. Przypomniały mu się kadry z Imienia róży. Podobny gotycki refektarz, nieśmiało oświetlany przez gasnące światło dnia. Wyliniałe freski na ścianach, średniowieczne rzeźby w rogach sali. I to samo panoptikum ludzkiej nieładności, jakiejś starczej koślawości, widocznej na tych twarzach w skupieniu siorbiących zupę nic i nieśmiertelny kompot z rabarbaru.