Wieczorny seans

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wieczorny seans
Wieczorny seans
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,98  39,98 
Wieczorny seans
Audio
Wieczorny seans
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Krzysztof Beśka

Wieczorny seans

Saga

Wieczorny seansZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2012, 2020 Krzysztof Beśka i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726594492

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Warszawa-Saska Kępa, środa popielcowa.

W tym mieście jest bardzo wiele budynków – zarówno okazałych przedwojennych kamienic, jak i skromnych oficyn z tego samego okresu czy pełniących funkcje gospodarcze przybudówek, na elewacji których wyraźnie widać jeszcze otwory po kulach albo odłamkach. Najczęściej są to ślady jeszcze z powstania warszawskiego. Gdyby spytać okolicznych mieszkańców, tych najstarszych, z pewnością każdy z nich miałby coś ciekawego do opowiedzenia: tutaj hitlerowcy złapali w zasadzkę cały oddział, tylu chłopców młodych zginęło. A tam, proszę spojrzeć, w tamtym oknie, to nasi bronili się najdłużej...

Komisarz Konstanty Podbiał właśnie miał taką dziurę przed oczami. Wystrzelona przed paroma sekundami kula wyłupała w ścianie nowego budynku piękny, regularny otwór, ukazując nawet fragment drucianej siatki.

Za chwilę powstanie drugi podobny otwór. W plecach lub głowie policjanta.

Za chwilę człowiek ów poczuje, czym jest wysokość sześciu pięter, bo właśnie tyle dzieliło go od bruku. Będzie to najpewniej jego ostatnie ziemskie doznanie.

– Kurwa! – zaklął; dźwięk głucho wybrzmiał w niszy balkonu niczym w jakiejś krypcie.

Próbował się przesunąć. Powoli, ostrożnie.

Nie patrzeć w dół – przypomniał sobie podstawową zasadę obowiązującą akrobatów-amatorów. Palce rąk przesuwały się po krawędzi balustrady. Lodowaty metal mroził skórę pozbawioną ochrony rękawiczek. Po chwili chłód zaczął przenikać aż do kości.

Wtem pod lewą nogą załamał się gzyms. Kostek krzyknął.

Wtedy padł kolejny strzał...

PROLOG
1

Warszawa-Włochy, ul. Notecka, tydzień wcześniej.

– Dobranoc, do jutra! – zawołała, zamykając za sobą drzwi atelier.

Odchrząknęła, pociągając jedną ręką za końcówki wełnianego szalika, który jeszcze szczelniej, miękką wełną otulił jej szyję. Po całym dniu pracy zaczynało ją już nieźle drapać w gardle. Z drugiej strony, dobrze, bo to najlepszy dowód, że się dzisiaj nie oszczędzała. Niech widzą, że ona, Laura Minz, ubiegłoroczna absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie, w pełni zasługuje na tę rolę. Tylko że jutro też jest dzień i trzeba będzie wypowiedzieć ileś tam kwestii... Ale i na to znajdzie się sposób: po drodze trzeba wejść do apteki i kupić jakiś lek na gardło – postanowiła twardo, zdejmując dłoń w czerwonej rękawiczce z klamki drzwi.

Zajrzała jeszcze na krótką chwilę do oświetlonego hallu atelier. Portier z uśmiechem pomachał jej ręką na pożegnanie. Zza wysokiego kontuaru recepcji widać było tylko jego ogoloną głowę z mocno odstającymi, zawsze zaczerwienionymi uszami. Nierówności szyby w drzwiach wykrzywiły mu dodatkowo twarz i powiększyły uszy.

Śmieszny człowieczek – oceniła go w myślach i mimowolnie również się uśmiechnęła.

Na zewnątrz było już całkiem ciemno. Laura ogarnęła jednym spojrzeniem parking, ale wśród nielicznych o tej porze samochodów nie było zamówionej taksówki. Dzwoniła przed dobrym kwadransem, więc samochód powinien już na nią czekać.

– Pewnie znów nie może trafić albo zatrzymał się za zakrętem – rzekła sama do siebie.

Postanowiła to sprawdzić. Ledwo zrobiła krok do przodu, uderzył w nią silny podmuch wiatru. Pachnie już wiosną – pomyślała z radością, choć w tej samej sekundzie musiała wtulić głowę w futrzany kołnierz płaszcza.

Między drzewami błysnęły światła samochodu. Wytężyła wzrok, wypatrując z nadzieją kolorowego koguta ze znajomym logo taksówkowej korporacji i mrugania kierunkowskazu, zapowiadającego skręt w stronę wytwórni. Pojazd jednak okazał się autem prywatnym i pomknął prosto z potwornym rykiem silnika. Od zimnego powietrza aż zaszczypały ją oczy.

– Szlag by was trafił! – zaklęła pod nosem, oglądając się bezradnie w stronę parkingu; nikt jednak, kogo mogłaby poprosić o podwiezienie, stamtąd nie wyjeżdżał.

Spojrzała na wyświetlacz telefonu komórkowego, który nie bez trudu wyłuskała z torebki. Dochodziła siódma wieczorem. Już dwadzieścia minut, od kiedy dzwoniła po taksówkę! Od strony niedalekiego węzła kolejowego dobiegł huk przetaczanych wagonów towarowych.

Laura mocniej przycisnęła łokciem torebkę do boku, wzięła głęboki oddech, jakby miała za chwilę zanurkować, po czym szybkim krokiem, stukając obcasami po mokrym asfalcie, ruszyła w kierunku cywilizacji, którą w tym momencie musiały być Włochy, peryferyjna dzielnica stolicy. I to właśnie stukot własnych szpilek przerażał ją w tej chwili najbardziej. Nie zauważa się go przecież na co dzień, nie słyszy, idąc zatłoczoną ulicą miasta w akompaniamencie jego muzyki: warkotu samochodów, dzwonienia tramwajów, syren karetek pogotowia i głosów przechodniów.

W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że odgłos jej szpilek nie jest jedynym, jaki słyszy. Towarzyszyły mu inne kroki, ciężkie. Męskie!

Ktoś za nią szedł.

Ktoś z ekipy? – przeszło jej przez myśl. Wystarczy się odwrócić, żeby się o tym przekonać, a jednocześnie odetchnąć z ulgą, więc czemu tego nie robi? Czemu przyspiesza kroku? I czemu ten ktoś robi to samo?!

– Gdzie jest ta cholerna taksówka? – jęknęła cicho Minz.

Samochodu jednak nie było. Do głównej, dużo lepiej oświetlonej drogi pozostało jeszcze kilkadziesiąt metrów. Po bokach zaczęły się gęste krzaki, a za nimi prawdopodobnie rów wypełniony o tej porze roku wodą i błotem. Dziewczyna wzdrygnęła się na tę myśl. Sapała ciężko, zaczynały jej się plątać nogi.

Nagle zatrzymała się. Cisza. Powoli odwróciła się.

W tej samej chwili zadzwoniła komórka. Laura Minz, która przez cały czas ściskała aparat w dłoni, odebrała połączenie jednym naciśnięciem guzika. Nie była jednak w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

2

Warszawa-Mokotów, ul. Puławska, w tym samym czasie.

W gabinecie dyrektora było duszno i jasno. W kwadratowych kasetonach na suficie, obok czujników dymu, kratek wentylacji i podobnych do nich głośników radiowęzła, z którego nigdy nie wydobył się żaden dźwięk, paliły się wszystkie świetlówki. Tylko jedna z nich mrugała irytująco, jakby nie mogła się zdecydować, czy rozbłysnąć, czy zgasnąć na dobre.

Każdy z siedzących w pokoju co chwila podnosił wzrok, kręcąc głową z dezaprobatą i zniecierpliwieniem, nikt jednak nie wyrzekł w tej sprawie ani słowa. W ogóle zgromadzeni w tym miejscu i w tym czasie ludzie niewiele mieli do powiedzenia.

Wszyscy prócz jednego – gospodarza gabinetu.

– Nie wiem, dlaczego jeszcze was tutaj trzymam! Pojęcia, kurwa, nie mam! – wyrzucił z siebie niskim, charczącym głosem.

Wrzaski, groźby zwolnienia, czasem nawet ciężkie wyzwiska, rodem z trybun stadionu piłkarskiego, przy akompaniamencie walenia pięścią w stół i rzucania w ściany różnymi, czasami nawet ciężkimi przedmiotami – do tego wszystkiego, w wykonaniu szefa, ludzie ci zdążyli się już przyzwyczaić. Taki egzemplarz, może czasem niezbyt miły, ale skuteczny – tłumaczono sobie po cichu podczas przerw na papierosa czy w biurowej kuchence, po czym każdy kładł uszy po sobie, zaciskał pięści, brał jeszcze jeden głęboki oddech. Byli też tacy, którzy ogłaszali buńczucznie, że to był ostatni raz i więcej skakać po sobie nie pozwolą.

Jak to się zwykle kończyło, łatwo się domyślić każdemu, kto choć tydzień spędził w plastikowo-szklanej krainie, której na imię korporacja. Także i dziś nikt nie protestował przeciwko poczynaniom pryncypała.

Był to mężczyzna przed czterdziestką, brunet, jednak na skroniach już lekko siwiejący. Miał starannie ogoloną twarz, której najpewniej nie szczędził nigdy dobrych i drogich męskich kosmetyków. Ubrany był zgodnie ze wszystkimi standardami, których wymagało piastowane stanowisko, a także regulowały wewnętrzne okólniki, wyznaczające trendy ubioru od koloru koszuli, odcienia krawata, po... liczbę dziurek w pantoflach. Ale nie tylko ze względu na strój mężczyzna ten nie wyróżniałby się z tłumu; powodowała to pospolitość twarzy. Na ulicy był tylko jednym z tysięcy przechodniów. Ale tutaj był tym, kim był. I najwyraźniej nie zamierzał przestać ani na chwilę korzystać z tego dobrodziejstwa.

– Przez was, tylko przez was, kolejny nasz kontrakt poszedł w chuj – oznajmił, już nieco ciszej, po czym teatralnym gestem opadł plecami na oparcie głębokiego, skórzanego fotela i demonstracyjnie zapalił papierosa.

Jak jeden spojrzeli ku górze, choć nie było to wywrócenie oczu, mówiące: „jak długo jeszcze?” lub „co ty powiesz?”, względnie „zabierzcie mnie stąd!” czy „Boże, ty widzisz i nie grzmisz?!” Wszyscy zgromadzeni na wieczornej odprawie podwładni z napiętą uwagą przypatrywali się... czujnikom przeciwpożarowym, choć każdy z tych ludzi doskonale wiedział, że akurat w tym pomieszczeniu, choćby chciał ze wszystkich sił, modląc się jak mieszkańcy Afryki o deszcz, aparatura ta nie zadziała.

Jedno po drugim zaczęli spuszczać wzrok, choć nie z poczucia winy. Ktoś dyskretnie, pod linią blatu stołu objął się za brzuch, aby spróbować uspokoić grające coraz głośniejszego marsza kiszki, inny powoli, jakby rozbrajał bombę, odchylił mankiet koszuli, by zerknąć na zegarek. Przecież już dawno nie powinno ich tutaj być!

 

Jakby dla potwierdzenia tych myśli, ostatecznego pognębienia siedzących, z korytarza dobiegł warkot pracującego odkurzacza, a zaraz po nim głośne nawoływania sprzątaczek.

– Słucham? – rzucił półgębkiem mężczyzna rozparty w fotelu, wypuszczając nosem dwie smużki dymu. – Bardzo jestem ciekaw, co teraz wymyślicie, jełopy.

Cisza. Nie pierwsza i nie ostatnia chwila ciszy, która w tym miejscu mogła nastąpić tak przed burzą, jak i po burzy, a także w trakcie.

Nagle stała się rzecz dziwna: coś trzasnęło, niczym łamany sopel lodu, w tym samym ułamku sekundy rozległ się metaliczny wizg, a zaraz po nim ciche westchnienie.

Zdezorientowani uczestnicy spotkania zaczęli rozglądać się dookoła. Przerwał to dopiero przeraźliwy, spazmatyczny krzyk jednej z kobiet.

– Jezu! Co to?!

Spojrzenia wszystkich skierowały się w stronę, gdzie znajdowała się przyczyna. Na pierwszy rzut oka nic nie niepokoiło w tym widoku: dyrektor siedział w tym samym miejscu, które zajmował jeszcze przed chwilą – wygodnie rozparty w swoim dyrektorskim fotelu. Wzrok mężczyzny był nieruchomy, usta wykrzywione w dziwnym grymasie. Właśnie takiego oglądali go najczęściej: sceptycznego, szydzącego z ludzi, nigdy do końca niezadowolonego z osiągniętych przez swój zespół wyników. Między wskazującym a środkowym palcem prawej ręki leżącej na blacie stołu spokojnie tkwił zapalony papieros. Wąska smużka szarego dymu unosiła się ku górze niemal pionowo.

Ale było jeszcze coś, czego nie mogli oglądać na co dzień i, co za tym idzie, przyzwyczaić się do takiego widoku – malutki, okrągły otwór na czole, nieco ponad prawą powieką. Cienką, ukośną strużką płynęła z niego krew.

DZIEŃ PIERWSZY

1

Warszawa, stacja metra Plac Wilsona, nazajutrz, Tłusty Czwartek.

Wybrzmiał potrójny, ostrzegawczy sygnał. Zasunęło się kilkanaście par drzwi; na ułamek sekundy przed połączeniem się ich skrzydeł, jakby ostatnim wysiłkiem woli, z krawędzi wejścia do wagonu usuwały się ostatnie stopy pasażerów, a od niewidzialnej linii, którą za moment wyznaczą zamykające się drzwi, tak podobne do ostrza gilotyny, uciekały ręce, plecy, głowy, bagaże. Niczym gołębie, które zawsze w ostatniej chwili podrywają się sprzed kół pędzącego samochodu, unikając rozjechania. A i dla Polaka to nie był, nie jest i nie będzie nigdy żaden problem: zmieścić się, wepchnąć, uczepić, załapać.

– Z Bogiem – mruknął pod nosem samotny mężczyzna, odsuwając się powoli od krawędzi peronu.

Oto kolejne poranne metro, wyładowane pasażerami niemal pod dach, ze zgrzytem i metalicznym wizgiem odjeżdżało w kierunku centrum. Za odbijającymi świetlne refleksy szybami coraz szybciej przesuwały się rozmyte prędkością twarze. Tu i ówdzie, spomiędzy zakończonych czarną gumą krawędzi drzwi, wystawał jakiś przytrzaśnięty rąbek spódnicy, pasek plecaka, a nawet pukiel włosów!

Niedoszły podróżny usiadł ciężko na marmurowej ławce, jednej z kilku ustawionych wzdłuż peronu żoliborskiej stacji metra Plac Wilsona. Z wyglądu miał ponad trzydzieści lat, ciemne włosy z widocznymi już śladami siwizny na skroniach. Był dość wysoki. Jego czoło orały głębokie bruzdy, oczy miał podkrążone, a kąciki ust opadały. Musiał być albo niewyspany, albo skacowany.

Mężczyzna wtulił głowę w futrzany kołnierz kurtki, wsunął ręce w kieszenie i przymknął oczy. Właśnie przepuścił metro, nie próbując nawet podejmować walki o dostanie się do środka. Dziś było to stanowczo ponad jego siły. Tak jak wczoraj. I tydzień temu też.

– W następnym na pewno będzie luźniej – pocieszył się na głos; w ostatnim czasie zdarzało się coraz częściej, że osobnik ów mówił sam do siebie.

Szum odjeżdżającego składu ucichł zupełnie, nowi podróżni jeszcze nie nadeszli, więc przez chwilę na stacji panowała niemal zupełna cisza. Człowiek ten lubił się nią rozkoszować, tym bardziej, że tak mało tego typu chwil miało miejsce w jego życiu.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma rano. Spokojnie zdąży, nie musi odbijać karty „na zakładzie”. Sam wyznacza sobie czas pracy, zresztą i tak zwykle przekraczając wszelkie limity. Teraz wracał do pracy po kilkudniowym urlopie, a takie momenty nigdy nie należały do najłatwiejszych, szczególnie gdy urlop wypoczynkowy był nim tylko z nazwy.

W powietrzu coś zafurkotało. Siedzący na ławce leniwie podniósł jedną powiekę. Jakiś zabłąkany wróbel wylądował na podłodze i skakał po niej wesoło, w poszukiwaniu nie wiadomo czego. Mężczyzna przypatrywał mu się z uwagą, którą przepełniało uczucie żalu. W tych beznadziejnych poczynaniach małego, bezbronnego ptaka, który zabłąkał się na peron metra i nie wiadomo, czy znajdzie drogę powrotną, zobaczył swój zakichany los. Siebie w tym wielkim, głośnym, pędzącym wciąż do przodu i wciąż obcym mieście.

– Eee, nie śpimy – doszedł go męski głos.

Siedzący otworzył drugą powiekę i powoli podniósł wzrok.

Stali przed nim. Dwóch, na oko dwudziestoletni, obaj z metra cięci, na gębach ślady zarostu. Kilka miesięcy temu najpewniej grzecznie podnosili w górę dwa paluszki, zanim nauczycielka łaskawie udzieliła im głosu. A teraz rządzą.

– Wypiliśmy za dużo klina, a? – zapytał jeden z wyraźnym białostockim akcentem.

– Dowodzik osobisty – rzekł drugi.

Mężczyzna wyprostował się na ławce. Rzeczywiście, wyglądał nieco nieświeżo, a taka pokurczona pozycja w miejscu publicznym, w dodatku tak dopieszczonym jak warszawskie metro, gdzie rzadko można napotkać rzucony papier – więc tym bardziej okruchy dla wróbla – musiała wzbudzić zaniepokojenie władz; dopiero teraz dostrzegł, że za parą młokosów w czarnych uniformach, ściśniętych szerokimi pasami (zapiętymi zresztą na ostatnią dziurkę) i kamizelkach z napisem POLICJA, czai się pracownik ochrony metra.

Tchórzliwa menda – ocenił go w myślach indagowany.

– Dowodzik. Głuchy jesteś? – ponaglił jeden z funkcjonariuszy.

Mężczyzna sięgnął leniwym ruchem w zanadrze, chwilę trzymał tam rękę, jakby zastanawiał się, co dalej zrobić, po czym podniósł jeszcze wyżej wzrok. Decyzja została podjęta.

– A wal się! – rzucił niegłośno, ale wyraźnie.

Cóż, w normalnym przypadku po takich słowach nastąpiłoby to, o czym każdy młody stójkowy marzy. Ale przypadek ów nie był wcale typowy. Ledwie bowiem wybrzmiało krótkie a treściwe zdanie, w ręku kandydata do doprowadzenia na policyjny dołek i spuszczenia łomotu pojawiły się dobrze znane, składane okładki, kryjące policyjną odznakę i legitymację.

– Komisarz Konstanty Podbiał, komenda stołeczna – mężczyzna dokonał ostatecznej prezentacji, po czym, nie czekając, aż otwarte usta posterunkowych złożą się w jakieś słowa, schował dokumenty.

Po chwili policjantów nie było już przy oficerze, a na peronie zaczął zbierać się tłum pasażerów. Dopiero teraz Podbiał poczuł, jak serce mu wali. Podobne sytuacje zawsze powodowały u niego skoki ciśnienia. Właściwie to miał zamiar powiedzieć młodemu: „spierdalaj”. Ale w ostatniej chwili zapanował nad niewyparzonym zwykle językiem i użył łagodniejszego zwrotu. W końcu tamci wykonywali tylko swoją pracę, a on chyba rzeczywiście wyglądał dość... rokująco.

Tłum na peronie stacji Plac Wilsona zaczął tężeć. Kostek skrzywił się.

Pewnie znów się nie załapię – ocenił w myślach. Wstał ciężko z ławki i ruszył w stronę żółtej linii, której przestąpienie powodowało, że w megafonach odzywał się męski, ciepły głos, znany z filmów o zwierzętach, i prosił grzecznie o odsunięcie się od krawędzi peronu. Ten sam głos zresztą zapowiadał kolejne stacje w pociągach metra.

Podbiał poczuł na twarzy powiew z tunelu. Chłód przyniósł otrzeźwienie. Mężczyzna wzdrygnął się, przez plecy przebiegł mu zimny dreszcz.

Dość smędzenia, stary! – przywołał się w duchu do porządku.

Na jednym z monitorów, odliczających czas do następnego pociągu, wyświetlano już napis WJAZD. Ludzie stojący na peronie poruszyli się niespokojnie. Zaraz zacznie się wojna. Wojna już nie o miejsca siedzące – to było luksusem dostępnym tylko pasażerom mieszkających w otoczeniu trzech pierwszych stacji – ale w ogóle o wejście do wagonu! Jak za dawnych czasów, kiedy w wakacje szturmem zdobywało się miejsce w nocnym pociągu na Hel albo do Zagórza, skąd jechało się dalej, w Bieszczady. Tylko że w metrze nie można było otworzyć okien na tyle, by przez nie dostać się do środka...

– Uwaga, pociąg. Kierunek Kabaty – rozległ się głos z megafonów, inny jednak niż ten, który ostrzegał i zapowiadał.

Uderzenie czyjegoś ramienia. Kostek znów wzdrygnął się i otworzył szeroko oczy, machinalnie, choć dyskretnie chwytając za kieszeń z dokumentami i portfelem (służbowy glock leżał w tej chwili w pancernej szafie w komendzie). Wszystko było na swoim miejscu. Przed sobą miał otwarte drzwi pociągu. I plecy kilkorga ludzi, usiłujących dostać się do środka. Trzydzieści centymetrów, może dwadzieścia. Jednocześnie na plecach czuł narastający napór.

– Jeszcze trzech! – krzyknął jakiś młokos, czemu zawtórował rechot jego rówieśników.

Komisarz Konstanty Podbiał odwrócił głowę, by przyjrzeć się żartownisiom. W tym samym momencie w tłumie mignęła znajoma twarz. Zabrakło mu tchu. Opuścił wzrok. Zadreptał w miejscu, jakby nie mógł się zdecydować, w którą stronę iść.

Naraz wybrzmiał potrójny, ostrzegawczy sygnał. To starczyło, by wróciła mu świadomość. Przed sobą ujrzał lukę. Jeden krok i znalazł się w wagonie. Poczuł za sobą podmuch zamykanych drzwi.

2

Warszawa, Komenda Stołeczna Policji, godzina 10.15.

– Co to jest? – zapytał Kostek, wskazując ruchem głowy wielkie, płaskie, białe pudełko, niesione z istnym pietyzmem przez jednego z młodych funkcjonariuszy, po czym sam odpowiedział na swoje pytanie, zresztą z jak najbardziej poważną miną: – Pewnie bomba...

Siedzący w sali odpraw popatrzyli na niego z obojętnością. Nikt nie roześmiał się z dowcipu. Potem zaczęli zerkać po sobie, jakby szukając potwierdzenia wyrażonej wcześniej, choć tylko w myślach, diagnozy: z Kostkiem Podbiałem jest wciąż kiepsko. Kilkudniowy urlop niewiele zmienił, nie pomógł, jak myśleli. Mówiłem, żeby mu podsunąć jakąś niezgorszą dupę, to zawsze najlepszy sposób...

– Pączki – wyjaśnił krótko naczelnik sekcji, podinspektor Bronisław Musiał. – Przecież dziś Tłusty Czwartek.

Komisarz Podbiał tylko kiwnął głową, po czym wbił nieruchome spojrzenie w jakiś oddalony punkt, marszcząc przy tym czoło, jakby ta data albo związany z nią zwyczaj coś mu przypomniały. Coś przykrego albo wręcz przeciwnie – bardzo miłego, ale już bezpowrotnie straconego.

Sala odpraw stołecznej dochodzeniówki, niedawno wyremontowana i unowocześniona, powoli zapełniała się funkcjonariuszami. W mundurach i bez, starsi i młodsi – ludzie, którym nieobce były wszelkie, nawet najbardziej skrywane brudy tego miasta.

Przybywało też pączków na stołach; zapowiadała się niezła uczta. Także w tym roku tradycji miało stać się zadość. Przed warszawskimi cukierniami ustawiały się kolejki, słodki asortyment w mgnieniu oka znikał z osiedlowych piekarenek, małych i wielkich sklepów spożywczych. Podróżni udający się w drogę lub wracający z eskapady wykupywali towar, który w inne dni wysychał w spokoju, konsumowany zwykle przez osy i muchy, za szybami stoisk spożywczych na warszawskich dworcach. W biurach, szkołach, zakładach, na wszelkich zapleczach – wszędzie konsumowano pączki: z marmoladą, różą, z budyniem, czasem nawet na ostro, posypane cukrem pudrem albo otoczone skorupką lukru, małe i duże, o regularnym kształcie i już nieco zdeformowane, pogniecione w transporcie, choć przez to nie mniej smaczne.

– Dobra, zaczynamy dzisiejszą zabawę – odezwał się Musiał, po czym dodał, już nieco ciszej: – Można jeść, zapraszam.

– Apetyt rośnie w miarę... siedzenia – rzucił swoją tradycyjną mądrością ludową komisarz Jerzy Konieczko, sięgając od razu po dwa pączki.

Przez uchylone okno dobiegł jęk tramwaju rozpędzającego się na ulicy Andersa między Arsenałem a Muranowem. Monotonne jak brzęczenie muchy głosy kolejnych oficerów. Kostek ocknął się jednak dopiero wtedy, gdy usłyszał stukot zasuwanych krzeseł.

– To jak? Kawka i jedziemy, nie? – zapytał go młodszy aspirant Tymon Nowak, pakując sobie do ust połowę pączka.

Komisarz Podbiał spojrzał na swojego partnera, jakby widział go pierwszy raz. Pokryte jasnym zarostem, wzdęte teraz policzki Tymona, na oko licealisty-prymusa, chuderlaka z włosami zaczesanymi na bok, poruszały się miarowo, w kącikach jego ust bielił się cukier puder.

 

– Ile pączków już żeś wpieprzył? – zapytał Kostek.

Partner wzruszył ramionami i spojrzał na zegarek.

– Kawę wypijemy na miejscu – rzekł, przełknąwszy ostatni kęs pączka i wytarłszy z ust krawędzią dłoni resztki cukru. – Czekają już na nas.

– Gdzie?

– W Uniwerteksie na Puławskiej.

Zarówno nazwę firmy, jak i ulicy Kostek Podbiał słyszał dziś po raz pierwszy.

Wyszli przez główną bramę Pałacu Mostowskich i ruszyli w kierunku jednego z zaparkowanych w półkolu nieoznakowanych radiowozów. Mroźne powietrze od razu przyniosło otrzeźwienie: Kostek parsknął jak po wynurzeniu się z wody, uderzył się kilka razy po policzkach, jednak skierował się od razu do drzwi pasażera. Tymon o nic nie pytał, tylko uśmiechnął się pod nosem. Lubił prowadzić, choć rzadko miał okazję siedzieć za kółkiem służbowej skody octavii.

Auto wyprysnęło z parkingu i wjechało w Andersa. Wkrótce minęli plac Bankowy i znaleźli się na Marszałkowskiej, wolnej już od porannego komunikacyjnego szczytu.

– Klina? – zapytał aspirant, zezując badawczo na kolegę.

Podbiał pokręcił głową.

– Wcale nie mam kaca – odparł. – Po prostu jakoś wciąż nie potrafię się zebrać do kupy...

Nowak nic nie odpowiedział. Włączył radio. Wybiła akurat pełna godzina, więc niemal na wszystkich częstotliwościach czytano właśnie złe i jeszcze gorsze wiadomości, dlatego szybko zrezygnował z pomysłu. Do celu podróży nie było zresztą wcale daleko.

– Pamiętasz jeszcze te zimy, gdy byliśmy gówniarzami? – rzucił Nowak, ogarniając wzrokiem suche trotuary.

Różnica wieku była spora; Kostek był od partnera starszy o ponad dziesięć lat, ale nie miał zamiaru mu tego wypominać.

– Ludzie często mi nie wierzą, gdy opowiadam o tunelach, które na wiosce kopaliśmy w śniegu, żeby dostać się do drogi – westchnął Tymek, wrzucając piąty bieg na pustym niemal odcinku jezdni między Królewską a Alejami Jerozolimskimi.

– Na wiosce? Myślałem, że ty jesteś stąd! – zdziwił się Kostek.

– Po ludziach stąd nie został nawet swąd, jakby powiedział nasz druh Konieczko – zaśmiał się kierowca. – Nawet w naszej sekcji na palcach jednej ręki można policzyć gości z Warszawy. No bo kto?

– No kto?

– Rudzki?

– Tylko się tu urodził.

– Konieczko?

– Z Łomży.

– No to przecież prawie „stolyca”!

Zaśmiali się obaj. W tym samym momencie koła samochodu zadudniły krótko na torach Nowowiejskiej.

– Zaraz będziemy na miejscu – mruknął Nowak.

Nie. W przypadku żadnego z nich nie trzeba było żmudnego studiowania planu miasta, wkuwania indeksu ulic wzorem kandydatów na licencjonowanych kierowców taksówek, by w krótkim czasie poznać to miasto jak własne (co jednak nie zawsze szło w parze z nazywaniem go własnym). Tymon mieszkał tu od liceum, kiedy przeniósł się do metropolii wraz z rodzicami, z którego to czasu trzeba było wyłączyć lata spędzone w szkółce policyjnej. Mimo to, w porównaniu z nim Konstanty był tu totalnym żółtodziobem, gdyż mieszkał w Warszawie dopiero od trzech lat.

Gdy wyjechali zza zakrętu, w przedniej szybie radiowozu ukazał się potężny szklany gmach. Przyrównywany nie tylko przez specjalistów architektów do wielkiej kupy, nieprzystającej nijak do zabudowy tej części Mokotowa, był siedzibą banków, sklepów i wszelakich biur. Kilka pięter pod powierzchnią ziemi zajmowało eleganckie, nowoczesne i wielosalowe kino.

– Dobra. Powiesz mi, o co chodzi? – zapytał Kostek, gdy, okazawszy cieciowi policyjne odznaki, wjeżdżali na podziemny parking.

– Wczoraj wieczorem ktoś załatwił jednym strzałem w głowę bossa nazwiskiem Lubski w jednej z mieszczących się tutaj firm – wyjaśnił Tymon.

– Pewnie mu się należało.

– No właśnie. Dziwna sprawa, bo wszystko to wyglądało na zaplanowaną egzekucję...