Amber-Gold

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Amber-Gold
Amber Gold
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 85  68 
Amber Gold
Amber Gold
Audiobook
40 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

12

– Stanisław. Staś! Słyszysz mnie? – przez pulsujący szum w głowie przedarł się męski, skądś znajomy głos. – Berg, obudź się, do cholery!

Musiał być znajomy, bo przecie kto inny zwracałby się do niego w taki sposób. Uświadomiwszy to sobie, detektyw podjął pierwszą próbę otwarcia oczu. Uniósł powieki, a wtedy poraził go ostry błysk. Aż jęknął.

– Budzi się – powiedział inny głos.

– Chwała Bogu i Chińczykom! – ucieszył się ten znajomy.

Co za głupie powiedzenie – pomyślał mimo wszystko Stach.

– Światło… razi… – mruknął po chwili.

Wypowiedziawszy te dwa proste słowa, uświadomił sobie kolejny dyskomfort, mianowicie nieznośną suchość w gardle i jamie ustnej.

– Wody.

Szybko spełniono jego żądanie. Czyjaś ręka uniosła mu głowę, ktoś zbliżył do ust butelkę z wodą selcerską.

– Już możesz otworzyć oczy – odezwał się znów ten sam głos.

Stanisław Berg, z natury nieufny, podniósł jednak tylko jedną powiekę. To wystarczyło, aby zamiast oślepiającego światła ujrzeć twarz pochylającego się nad nim osobnika. Zmysły nie myliły Stacha.

– Henryk?!

– We własnej osobie. Leż, leż, przyjacielu! Żadnych wzruszeń.

– Nie jestem wzruszony, tylko zaskoczony…

To, co detektyw czuł, było tak naprawdę pomieszaniem jednego z drugim. Skąd się tu wziął hrabia Henryk Wierzbowski, pan na Zawodziach w guberni piotrkowskiej, z którym w czas pamiętnego buntu łódzkiego w maju 1892 roku spędził Stach kilka dni i nocy w carskim więzieniu? Co robił tu ekscentryk, z którym prowadziło się rozmowy o sztuce i sensie życia, dekadent, a przede wszystkim miłośnik zagranicznych wojaży? No tak, ale przecie byli właśnie za granicą, choć tylko w ościennym Królestwie Prus.

– Nie miałeś być we Francji? – przypomniał sobie Berg.

– Dawno się nie odzywałeś. – Hrabia chrząknął. – Powinienem się obrazić, bo z Paryża wróciłem ponad pół roku temu.

– Wybacz. – Stach bezwładnie opuścił głowę.

Ale zaraz ją podniósł i rozejrzał się dokoła. Półleżał na jakimś wielkim, wiklinowym fotelu. Obok stał stolik, na nim kilka butelek wody. Słońce, które go poraziło kilka chwil wcześniej, przesłaniał ogrodowy parasol, kilka kroków dalej zaś mlaskało o brzeg znajome jezioro; Berg rozpoznał je po skarpie, po której, jak na zawołanie, przejeżdżał w tej chwili pociąg. W najbliższym sąsiedztwie, prócz Henryka, znajdował się jeszcze jeden wysoki, elegancki pan w myśliwskim stroju, na oko rówieśnik ich obu. Stał na tle wody ze splecionymi na piersiach rękami i bacznie przyglądał się Stachowi. Czy to on mówił tym drugim głosem?

Na razie jednak bardziej interesowało detektywa co innego.

– Co się stało? – zapytał. – Byłem w hotelu, pamiętam też jakąś dużą karetę…

– Omal cię nie stratowali – wyjaśnił Wierzbowski. – Straciłeś równowagę i upadłeś na tyle nieszczęśliwie, że uderzyłeś głową w krawężnik. Na szczęście łeb masz twardy, wiem to!

– Co dalej?

– Los chciał, że jechaliśmy z Konradem z przeciwnej strony. – Hrabia wskazał na mężczyznę, ten zaś, usłyszawszy swe imię, uśmiechnął się. – Byłem nie mniej zdziwiony, widząc cię tutaj, niż ty, przyjacielu. Co robisz w Prusach, w Iławie? Wypoczywasz? Śledzisz kogoś?

– Dla jednych to pierwsze, dla innych drugie. Każdemu według potrzeb – rzekł Stach. – Poza tym mam jutro rano pojedynek z jednym takim nerwowym.

– Z kim, na Boga?! W coś ty się wpakował, przyjacielu drogi?

Berg opowiedział o przygodzie nad jeziorem z lejtnantem dragonów.

– Wody? – zapytał Henryk, zupełnie ignorując opowieść przyjaciela, a więc również i to, co niej wynikało.

– Ten etap już chyba przeszliśmy, mój drogi – mruknął Berg.

Hrabia wyprostował się i podniósł rękę.

– Kelner! Trzy duże piwa! – zawołał.

W tym samym momencie zbliżył się do nich tajemniczy towarzysz Wierzbowskiego.

– Stasiu – podjął hrabia – pozwól, że ci przedstawię. To mój przyjaciel i towarzysz ostatnich zagranicznych wojaży, Konrad Wilhelm Finck von Finckenstein. Od tygodnia ma nieszczęście gościć mnie w swoim pałacu.

Panowie uścisnęli sobie dłonie.

– Miło mi poznać wreszcie człowieka, o którym tyle słyszałem – rzekł graf.

– Proszę nie wierzyć w ani jedno słowo – ostrzegał go Berg.

Przyniesiono piwo. Henryk podał kufel poszkodowanemu, po czym wzniósł toast:

– Za spotkanie. I zrządzenie losu. Nie wiem, co by z tobą było, przyjacielu, gdyby nie skończyła nam się amunicja do fuzji – zaśmiał się Wierzbowski, by zaraz dodać z powagą: – Już się zbliżały do ciebie hieny. Konrad świadkiem!

Stach tylko machnął ręką. Przez kilka chwil delektowali się smakiem zimnego piwa. Berg nie pytał już, co pije i gdzie to uwarzono. Powoli wracał do świata żywych. Potem Wierzbowski zapłacił, otaksował krytycznym wzrokiem przyjaciela i powiedział:

– Mam nadzieję, że wytrzymasz. Pałac Finckenstein jest dość daleko.

Berg odstawił osuszony kufelek, nie licząc piany ściekającej po ściankach, co znamionowało dobry trunek.

– Muszę jechać na północ – rzekł z powagą.

– Na białe niedźwiedzie?

– Trochę bliżej. Prowadzę śledztwo…

– Miejscowa policja również – wtrącił się Konrad Wilhelm. – Według mnie nie potrafią zliczyć do trzech, ale dzisiaj może im się udać, ponieważ mają już dwa trupy i jednego podejrzanego. Dlatego będzie lepiej, jak pojedzie pan z nami. Też na północ.

Chwilę później zajęli miejsca w oczekującym nieopodal pięknym ekwipażu. Jego drzwi zdobił herb, na który składały się między innymi dwie sześcioramienne gwiazdy, cztery półksiężyce i korona. Na koźle siedziało sztywno dwóch mężczyzn ubranych w jednakowe kurtki i wysokie kapelusze, stangret i jego pomocnik. Kiedy Wierzbowski zatrzasnął drzwiczki, ruszyli. Wtedy Berg przypomniał sobie o pozostawionym w hoteliku przy dworcu bagażu. Powiedział o tym Henrykowi, ten przekazał prośbę Niemcowi, który następnie wydał polecenie swoim ludziom.

– Za chwilę tam będziemy – rzekł. – Proszę się nie martwić. Na pewno bez problemu odzyskamy pańskie rzeczy.

Stało się, jak mówił. Kwadrans później końskie kopyta odbębniły triumfalne tusz na drewnianym mostku, który łączył groble, usypane w przesmyku między dwoma jeziorami. Jednym z nich było to położone w centrum miasta, opasane torami kolejowymi i alejką, po której gonił kelnera. A Berg nagle zapragnął wiedzieć, jak się ów akwen nazywa.

– Geserich See – odpowiedział młody graf. – Po polsku Gizerek.

– Brzmi trochę jak nazwa… kałuży – ocenił Wierzbowski, a Stach skinął głową, bo też mu zaświtało w głowie coś podobnego.

Niemiec chrząknął. Berg spojrzał z przyganą na przyjaciela.

– Być może, ale to najdłuższe jezioro w całych Prusach – rzekł po chwili Finck von Finckenstein.

Stanisław Berg przyciągnął bliżej swój leżący na podorędziu kuferek, wtulił się w kąt miękkiej kanapy. Głowa prawie przestała go już boleć, nie myślał też o tym, do jakich wniosków może dojść miejscowa policja, kiedy już przesłucha recepcjonistę z hotelu „Centrall” i parę innych osób, które widziały detektywa tego przedpołudnia. Był rad, że zmierza na północ.

Z tą myślą zapadł w sen.

– Stanisław. Słyszysz mnie? Co z tobą?!

Wzdrygnął się, zamrugał. Tuż przed sobą znów ujrzał wykrzywioną w grymasie twarz Wierzbowskiego. Henryk trzymał go oburącz za ramiona. W jego oczach widać było przerażenie.

– Boże, nie mogłem cię dobudzić – sapnął. – Konrad pobiegł po lekarza….

– Nic mi nie jest.

– No to chwała Bogu i Chińczykom.

– Co to za głupie powiedzenie?

– Sam jesteś głupi! – żachnął się Wierzbowski. – Wysiadaj! Jestem głodny jak wilk. Wytrzęsło mnie jak chyba nigdy.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał Berg, ale Henryk był już na zewnątrz.

Również z cichym stęknięciem wygramolił się z ekwipażu. Stanąwszy obok, nie zdołał się opanować i aż otworzył usta ze zdumienia.

– Nieźle, co? – Mrugnął do niego hrabia.

– Nieźle to mało powiedziane.

Ech, czymże było Henrykowe Zawodzie w porównaniu z tym cudem, który nazywał się dokładnie tak samo jak zamieszkująca tu rodzina, czyli Finckenstein. Oto Stanisław Berg miał przed oczami przepiękny, wysoki barokowy pałac, otoczony wybudowanymi na planie prostokąta oficynami, stajniami, wozowniami i wieloma innymi budynkami, których przeznaczenia można się było jedynie domyślać.

– A ty wiesz – podjął Wierzbowski – że w tym pałacu Maria Walewska z Łączyńskich, moja bardzo daleka ciotka, grała o niepodległość dla Polski z samym cesarzem Napoleonem Bonaparte?

– Jak to grała? W pokera?

– I to rozbieranego – zachichotał ekscentryk, poklepał zdezorientowanego przyjaciela serdecznie po plecach, po czym zawołał wesoło: – Guten Tag!

Stach skierował spojrzenie w to samo miejsce. Na balkonie znajdującym się nad głównym wejściem do budynku, a pod rzeźbioną attyką stał jakiś starszy jegomość z bujnymi faworytami.

Berg zdjął kapelusz i również z galanterią się ukłonił. Oddał bagaż jednemu ze służących w czerwonych liberiach ze złotymi guzami, by zaraz wraz z Wierzbowskim niespiesznym krokiem ruszyć schodami w stronę drzwi; tam był już Konrad Wilhelm.

– Zapraszam, zapraszam! – wołał do gości.

Pod nogami Stacha zaczęły się plątać psy, małe i duże, które pojawiły się nie wiadomo skąd. Już jeden polizał jego dłoń. Chwilę później weszli do środka. Nozdrza detektywa z miejsca pochwyciły pobudzający zmysły zapach pieczystego. Dopiero teraz uświadomił sobie, że od śniadania nic nie jadł. No i w końcu nie kupił cygar w tej trafice obok hotelu…

13

Z początku myślał, że trafili na jakiś rodzinny zjazd. Wesele albo, co gorsza, pogrzeb. Nie, nie byłoby to z pewnością najszczęśliwsze rozwiązanie. Dopiero potem hrabia Wierzbowski uświadomił Stachowi, że w domach takich ludzi zawsze jest dużo gości. Szczególnie teraz, latem, kiedy można było kąpać się w jeziorze czy chodzić po lesie. Byli w majątku grafów Finck von Finckensteinów goście z Berlina, Hamburga i Breslau, a nawet dalekich Niderlandów. Niestety, był też ktoś, na kogo widok Bergowi zrobiło się nieswojo.

 

– To on. – Trącił ramieniem Wierzbowskiego.

– Kto niby?

– Ten porucznik, który żądał ode mnie satysfakcji.

– Jesteś pewien? – Hrabia przymrużył oczy.

– Tak.

Henryk jeszcze przez chwilę popatrzył na mundurowego, po czym machnął lekceważąco ręką.

– Nie przejmuj się nim. Tu ci nic nie grozi, a w razie czego będzie miał do czynienia z nami dwoma. Jeśli wcześniej nie powali go wino z piwniczki Finckensteinów.

Gdy dwa kwadranse po przekroczeniu progu pałacu zasiedli do stołu, gdyż był to już czas kolacji, Stach próbował nawet policzyć gości. Szybko się jednak pomylił w rachunkach. Zresztą zaraz uwijający się jak w ukropie służący podali gościom przystawki: fantazyjnie przygotowaną rybę, skąpaną w cebulce i ziołach.

Długi, dębowy stół stał na środku wielkiej sali z rzeźbionym sufitem i wysokimi oknami. Szczególną uwagę Berga przykuwały wiszące na ścianach olejne obrazy. Większość z nich to były portrety mężczyzn i kobiet w białych perukach, zapewne przodków gospodarzy, niektóre konne, inne zbiorowe. Każdy jeden z jakichś powodów przerażał młodego Polaka.

– A pan to chyba dopiero co przyjechał – zagadnęła go siedząca mimo dama, wysoka, sucha i w słusznym wieku.

– Zgadza się, droga pani – uśmiechnął się, po czym przedstawił zgodnie z prawdą, czuł się tu bowiem całkowicie bezpieczny: – Stanisław Berg, do usług.

– Z tych Bergów? – chciała wiedzieć rozmówczyni.

– Oczywiście, że z tych, droga pani – odpowiedział w zastępstwie Stacha siedzący po drugiej stronie Wierzbowski. – Dwa dni biedaczek jechał z Inflantów!

Był już z lekka wstawiony, ale trzymał fason. Na szczęście kobieta nie drążyła tematu, bez reszty poświęcając się zupie, którą nalano jej z białej wazy Rosenthala. Stach też sumiennie zabrał się za jedzenie. Nie miał co prawda pojęcia, jaką zupę dostał na talerzu, również Rosenthala, ale była ona gęsta, pożywna, choć niezbyt tłusta, no i smakowała wyjątkowo.

Potem podano kaczkę z ziemniakami. Przy deserze, a serwowano leguminę, atmosfera się rozluźniła. Stało się to w głównej mierze dzięki nieocenionemu Henrykowi Wierzbowskiemu. Hrabia, poproszony przez gospodarza pałacu, zaczął opowiadać, chyba nie pierwszy raz, o swoich ekscytujących zagranicznych wojażach. Jak się okazało, w kilka z tych wypraw, o czym Berg nie wiedział, pan na Zawodziach wybrał się w towarzystwie Konrada Wilhelma.

I to właśnie opowieść, jak to w jakimś dalekim azjatyckim czy afrykańskim kraju hrabia uratował życie grafowi, wyrywając go w ostatniej chwili z paszczy lwa, zrobiła na biesiadnikach największe wrażenie. Ktoś krzyknął z emocji, inny zaklaskał, a jakąś panią trzeba było nawet cucić. I chyba tylko Berg nie mógł się oprzeć wrażeniu, że już tę historię kiedyś słyszał. I że to bynajmniej nie jego łódzki przyjaciel był pogromcą dzikiego zwierza.

Był już wieczór, kiedy Stach z kolejnym kieliszkiem czerwonego wina w dłoni wstał od stołu i chwiejnym krokiem podszedł do otwartego na oścież okna, skąd roztaczał się wspaniały widok na angielski ogród, który otaczał pałac. Niebo po zachodniej stronie było intensywnie różowe. Stach myślami wrócił do wypadków poprzedniego dnia.

– O czym dumasz, przyjacielu? – usłyszał za plecami głos Wierzbowskiego. – Pewnie o tej sprawie, którą prowadzisz, co?

– Znasz mnie nie od dziś – skwitował Berg półgębkiem.

I opowiedział o wszystkim, co się wydarzyło od chwili, gdy w restauracji w „Grandzie” odebrał od Fromma kopertę z pieniędzmi, poczynając, na pechowym wyjściu z hotelu „Centrall” w Deutsch Eylau kończąc.

– Kto i dlaczego zastrzelił kelnera? – dywagował detektyw. – Stało się to na cmentarzu, ale tak naprawdę w samym środku miasta! Z początku byłem przekonany, że to barman Kurtz, który bał się, że Kaminsky powie o tym, że z drugim kelnerem, Johannem Stiebem, szantażują Grossa.

– Też bym tak pomyślał – zgodził się hrabia i mimo pochłoniętego wina, wyglądał na trzeźwego i, co najważniejsze, zachował jasny umysł.

– Robota była naprawdę solidna: kula w serce i to pewnie ze sporej odległości.

– Owszem, wielu wyśmienitych strzelców się marnuje.

– Tylko że potem ktoś jak świni poderżnął gardło Kurtzowi. Kto? Czyżby ten sam, który włamał się do pakamery w hotelu, zabierając mantelzak Nicolasa Grossa? Ot, taki mam ambaras, drogi Henryku.

– No i jeszcze ten szaleniec w powozie, który chciał cię stratować – przypomniał najbardziej przykry, bo dotyczący bezpośrednio Stacha wypadek.

– To był przypadek. Mam nadzieję…

– Oby!

Minutę milczeli. Od strony stajni dobiegł śmiech kobiet, szczekanie psów i rżenie koni, które wyprowadzano, wedle planów ogłoszonych podczas kolacji, na wieczorną przejażdżkę po okolicy. Dwaj Polacy nie zamierzali jednak brać w niej udziału. Mieli już dość jazdy jak na jeden dzień.

– Nie udało mi się dowiedzieć – ciągnął Berg – co Nicolas Gross robił w Deutsch Eylau i skąd tamci trzej wzięli pomysł, żeby iść po pieniądze do jego ojca.

– Może po prostu pił. – Wierzbowski pstryknął paznokciem w szkło kieliszka. – Pijany jest zawsze bardziej wylewny. Wiesz o tym dobrze. Coś go gryzło, więc za kołnierz nie wylewał. Ale człowiek potrzebuje też pogadać z drugim człowiekiem, prawda? A najbliżej masz człowieka za szynkwasem. Dobrze mu z oczu patrzyło?

– Wręcz przeciwnie. Pięć lat Sybiru za samą gębę.

– Żal chłopa. Wypijmy za spokój jego duszy. – Birbant sprytnie pochwycił z tacy, którą niósł przed sobą służący, dwa kieliszki wypełnione rubinowym płynem.

– Wypijmy!

Przez chwilę delektowali się winem, być może pochodzącym z piwnic Finck von Finckensteinów, jak i ciszą, która niespodziewanie zapanowała tak za nimi, w sali jadalnej pałacu, jak i na dworze. Jeśli nie liczyć wieczornego koncertu świerszczy.

– Dlaczego się tak długo nie odzywałeś, Stachu? – zapytał Wierzbowski, a zrobił to dużo ciszej niż mówił do tej pory.

Berg wiedział, że takie lub podobne pytanie prędzej czy później się pojawi. I nie będzie można na nie odpowiedzieć żartem, zbyć lekceważącym machnięciem ręki czy kolejnym głupim toastem, udając bardziej pijanego, niż się w rzeczywistości było.

– Po prostu się pogubiłem – westchnął. – Za mocno związałem się w pewnymi ludźmi, przez co chyba przestałem odróżniać dobro od zła. Zresztą to zawsze była cienka granica, sam o tym wiesz. Wszystko, czego się nauczyłem przez lata i z czego korzystałem… Owszem, przydało się, bo byłem skuteczny. Nawet bardzo. Tylko że…

– Nie miał ci kto wytłumaczyć świata – dokończył za niego Wierzbowski. – Żaden człowiek, choćby był najmądrzejszy na świecie, musi mieć jakieś oparcie, punkt odniesienia. Dla nas takim punktem są, były i będą kobiety. Tobie los je zabiera, ot, cała prawda. Ja mam zresztą podobnie. Włóczę się bez celu po świecie. Nic to, delektujmy się wybornym winem, wspaniałym jedzeniem – rzekł hrabia, by dodać: – I towarzystwem…

– Coś bez przekonania to mówisz, przyjacielu – Stach zniżył głos, mimo że przez cały czas rozmawiali po polsku.

– Znasz mnie nie od dziś – tym razem skwitował z szelmowskim uśmiechem Wierzbowski. – To prawda, tak naprawdę znam tu tylko Konrada. Z jego ojcem rozmawiałem może dwa razy.

– To ten starszy miły pan, który pozdrawiał nas z balkonu?

– Tak. Z Konradem poznaliśmy się w Hiszpanii, w Maladze. On coś kupował, ja jak zwykle traciłem czas. Zapraszał mnie tyle razy do siebie, więc w końcu wpadłem przejazdem.

– Dokądś się wybierasz?

– Owszem. Tak jak ty podążam na północ.

– Na białe niedźwiedzie?

– Póki co tylko do portu w Gdańsku.

– Lubię takie zbiegi okoliczności – mruknął z zadowoleniem Stach.

Nazwa Danzig była bowiem tą, którą zestrachany portier wymienił, gdy detektyw zapytał o cel podróży zaginionego Nicolasa.

14

Pierwsze, co poczuł, gdy obudził się nazajutrz, było to, że poprzedniego dnia czegoś nie zrobił. Że nie dopełnił jakiegoś obowiązku. Zawiódł czyjeś oczekiwania! I aż mu się zrobiło od tego gorąco. Usiadł na łóżku i przez chwilę dyszał ciężko, jakby ocknął się z ciężkiego koszmaru. A potem przyszedł ból głowy. Niezbyt duży, ale wyraźny. Z Wierzbowskim jednak odrobinę przesadzili wczoraj z winem. Rozmawiało im się miło, mimo trudnych tematów, a służący z tacą i nowymi kieliszkami jakoś zawsze był pod ręką.

Ledwo przywołał w duchu imię przyjaciela, rozległo się pukanie do drzwi.

– Tak? – odezwał się schrypniętym głosem.

W uchylonych drzwiach pokazała się głowa Henryka.

– Obudziłeś się? To dobrze. Wskakuj w pantalony i na śniadanie. Czekam na dole. Za niecałe dwie godziny mamy schnellzug do Gdańska. Konrad nas zabierze końmi do Rosenbergu – wyrzucił z siebie z prędkością wspomnianego pociągu.

Stach zastosował się do poleceń przyjaciela, jakby nie było, człowieka o większym stażu, jeśli chodzi o przebywanie w gościnnym pałacu Finckenstein. Szybko się umył i zszedł do jadalni. Tam zastał Wierzbowskiego ostukującego bez pośpiechu jajko w kieliszku, pięknym jak cała zastawa w domu grafów. Oprócz hrabiego było tam jeszcze kilka osób.

Morgen! – Stanisław Berg przywitał się ogólnie, po czym zbliżył do krzesła, które odsuwał właśnie służący.

Śniadanie zjadł, wymieniwszy jedynie z przyjacielem kilka zdań, których niemal wszystkie dotyczyły tematów nieważnych. Ponownie spotkali się kwadrans później, na pałacowym podjeździe. Właśnie kończono pakować rzeczy hrabiego. Stach z jednym kuferkiem w ręku poczuł się trochę dziwnie. A potem się roześmiał i rzekł:

– Nie zdziwiłbym się, gdybyś miał ze sobą składaną łódź!

– Jeszcze nie mam, ale myślę o tym – odparł z powagą Wierzbowski. – Nasz wspólny przyjaciel Izaak Kon, znakomity wynalazca, przedstawił mi niedawno swój najnowszy projekt.

– Dobrze, aluzja przyjęta – Stach chrząknął znacząco. – Jego też dawno nie widziałem…

Wsiedli do ekwipażu. Po chwili do środka wskoczył także Konrad Wilhelm. Stangret zawołał na konie i powóz potoczył się alejką. Stach nie odmówił sobie przyjemności jeszcze jednego spojrzenia na pałac, w którym, jeśli wierzyć Wierzbowskiemu, mieszkał krótko sam cesarz Napoleon.

Kiedy zatrzymali się na stacji w Rosenbergu, widać już było biały dym z komina parowozu zbliżającego się pociągu. Mimo to Wierzbowski ze spokojem kupował w kasie bilety. I słusznie, bo samo pakowanie wszystkich jego gratów do wagonu bagażowego, czego osobiście pilnował hrabia, zajęło parę minut. Gdy ostatni kufer znalazł się na swoim miejscu, konduktor zaprosił podróżnych do wagonu klasy pierwszej.

– Dziękujemy za gościnę. – Berg uścisnął serdecznie wyciągniętą dłoń Konrada Wilhelma, po czym wspiął się na schodek.

– Zapraszam ponownie! – zawołał po polsku młody dziedzic, po czym włożył do rąk Stacha niewielkie, płaskie, blaszane pudełeczko z jakimiś stylizowanymi napisami. – Przecież nie zdążył pan kupić.

Rozległ się gwizd. Lokomotywa sapnęła, tłoki zafurkotały, wagony stęknęły i schnellzug do Gdańska ruszył w dalszą drogę. Stach i hrabia Wierzbowski zajęli wskazane im miejsca w przedziale. Dwa z nich były już zajęte przez mężczyznę i kobietę. Detektyw, nim się przywitał, co miał w zwyczaju bez względu na klasę, którą podróżował, przyjrzał się współpasażerom.

Czy to nie ci sami, którzy jedli wczoraj późne śniadanie w restauracji hotelu w Deutsch Eylau? – zastanawiał się. Wziął ich wtedy za parę kochanków, bo mężczyzna, przepuszczając towarzyszkę w drzwiach, nie odmówił sobie przyjemności złapania ją za tylną część ciała. Potem Stach minął ich w alejce nad jeziorem, gdy ścigał kelnera. Tak, chyba to byli oni…

Już po chwili był pewny, że jednak ma pamięć do twarzy.

– Czy my się czasem niedawno nie widzieliśmy? – zapytała ona; była to kobieta lat około dwudziestu pięciu, blondynka, nawet ładna, choć jak na gust Berga miała zbyt szeroko rozstawione oczy.

– A być może, być może. – Stach podjął grę, po czym przeniósł spojrzenie na starszego od niej mężczyznę. – Czy czasem nie w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu, w rotundzie Panoramy Golgoty Styki?

 

– Nie, raczej nie tam. – Kobieta przymrużyła oczy, jakby nad czymś usilnie się zastanawiała; albo markowała zakłopotanie, albo w istocie nie mogła sobie przypomnieć, gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach i czy w ogóle widziała tego młodego i eleganckiego mężczyznę.

Wtedy z sukurs przyszedł jej siedzący obok, milczący dotąd towarzysz.

– A ja pamiętam pana doskonale – rzekł niskim, przyjemnym głosem. – Siedzieliśmy wczoraj razem w restauracji hotelu „Centrall” w Deutsch Eylau, czyż nie?

Dopiero teraz Stanisław Berg uświadomił sobie, że temat może się okazać grząski, a to z racji nieszczęść, które się przydarzyły dwóm pracownikom lokalu. Ale zaprzeczać nie zamierzał.

– Chyba ma pan rację – powiedział. – W istocie, byłem tam wczoraj w interesach. A państwo, tuszę, że wręcz przeciwnie: wypoczywają?

– Zgadł pan. To wspaniałe miejsce na wypoczynek! – uśmiechnęła się kobieta.

Do rozmowy włączył się Wierzbowski. Zaczął od przedstawienia się, co oczywiście spowodowało podobną reakcję tamtej pary. Byli to Niemcy: Helmut Giese, kupiec galanteryjny z miasta Allenstein, oraz jego kuzynka (dobre sobie!) Teresa Lehmann. Na użytek tej pary detektyw ponownie został panem Schmidtem.

Gawędzili sobie miło, a prym oczywiście wodził hrabia Henryk. W Marienburgu, czyli Malborku, podziwiali z okien monumentalny zamek krzyżacki, którego Polacy nie zdołali zdobyć po zwycięskiej bitwie pod Grunwaldem. W następnym zaś mieście, Dirschau, po polsku Tczewie – ogromne, niedawno oddane do użytku mosty przez Wisłę.

Wkrótce pociąg dotarł do końcowej stacji, czyli Gdańska, więc trzeba się było pożegnać. Zrobili to, stojąc na peronie.

– Czuję, że jeszcze się spotkamy. – Panna Lehmann dłużej niż to było konieczne przytrzymała dłoń Stacha.

– Też mam taką nadzieję – rzekł cicho Berg, składając na jej dłoni pocałunek.