Amber-Gold

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Amber-Gold
Amber Gold
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 85  68 
Amber Gold
Amber Gold
Audiobook
40 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10

Obudziło go pianie koguta. Z początku myślał, że to tylko sen, tak bardzo dźwięk ów go zdziwił, a jednocześnie rozweselił. Ptak musiał jednak odezwać się raz jeszcze, by Stanisław Berg ocknął się na dobre. Usiadł na łóżku, przetarł oczy i rozejrzał się na boki. Chwilę trwało, zanim uświadomił sobie, gdzie jest.

Poprzedniego dnia, późnym popołudniem dotarł do stacji granicznej w Mławie. Wcześniej uciął sobie drzemkę, więc musiał szybko wrócić do świata żywych. I o ile koła zwalniającego pociągu stukały coraz wolniej, serce Stacha odwrotnie. Bacznie obserwował carskich pograniczników, gotów w każdej chwili na ucieczkę. Ale widać albo nie wysłano jeszcze za nim listu gończego, za co dziękować Puszkinowi, albo nie zdążył on jeszcze dotrzeć na rubieże.

Tak czy siak, obce mundury powitał Stach z ulgą. Oto znalazł się w Prusach.

Niestety, tego szczęścia nie miał Mesut Çetin. Ktoś, już po pruskiej stronie, dopatrzył się jakichś nieprawidłowości w jego dokumentach. O co dokładnie chodziło, Stach nie wiedział. Szkoda mu trochę było, bo Turek był naprawdę miłym towarzyszem podróży. Przyjemnie im się rozmawiało, równie przyjemnie też milczało. Nic to. Ordnung muss sein, jak to mówią.

Szybko przesiadł się do pociągu jadącego do Gdańska. Kiedy po nieco ponad dwóch godzinach jazdy wysiadł na niewielkiej stacji Deutsch Eylau, było już ciemno. I za późno, aby czegokolwiek próbować się dowiedzieć. Niedaleko stacji odnalazł niewielki hotelik o niezbyt wyszukanej nazwie „Kolejowy”, gdzie wynajął pokój i zjadł kolację.

Oddał jeszcze okrycie do oczyszczenia, było bowiem lekko przybrudzone węglową sadzą, jak to zwykle po podróży pociągiem. Doprowadzone do porządku, oczekiwało na niego z samego rana, gdy po dokonaniu porannych ablucji zszedł na śniadanie. Wysupłał kilka monet bez pewności, czy to wystarczy, i położył na kontuarze. Recepcjonista przyjął je jednak z zadowoleniem.

– Jak się panu spało? – zapytał po chwili, składając dłonie jak do modlitwy.

– Doskonale, dziękuję – odparł Stach; postanowił, że spróbuje zasięgnąć języka. – Chciałbym zapytać, gdzie znajdę hotel „Centrall”?

– Nie podoba się panu u nas? – zaniepokoił się mężczyzna. – Może źle oczyszczono pańskie okrycie?

– Nie, wszystko w porządku. I podoba się, owszem, ale i tak muszę dziś wracać – skłamał gładko Berg, by dodać: – Jestem tam z kimś umówiony.

– Rozumiem.

– O pierwszej po południu. Na obiad. Mam nadzieję, że można tam zjeść tak dobrze jak tutaj…

Celny strzał. Recepcjonista wydawał się udobruchany, bo znów się uśmiechnął.

– „Centrall” znajduje się przy Jamielniker Weg, prawie nad samym jeziorem – powiedział, wskazując kierunek. – Łatwo pan trafi.

Stanisław Berg zjadł śniadanie. Wyszedłszy z hotelu, skierował kroki we skazanym kierunku. Miasteczko było spokojne i urocze. Ale było też nieźle rozciągnięte, bo przybysz szedł i szedł, a hotelu, którego nazwę, obok nazwy miasta, wyryto na łyżce znalezionej przy jeszcze ciepłym Johannie Stiebem, nie widział.

Zaraz za przejazdem kolejowym ujrzał idącego z przeciwka młodego żołnierza piechoty. Postanowił zapytać go o drogę. Uchylił kapelusza, jednak odruchowo zaczął mówić w ojczystym języku. Na dźwięk szeleszczącej mowy chłopak zastrzygł uszami, po czym odpowiedział również po polsku:

– Prosto, już niedaleko, pięć minut drogi. – Wskazał na opadającą w dół ulicę, zabudowaną po obu stronach kolorowymi kamieniczkami.

– Dziękuję panu – odrzekł Berg.

– Miłego wypoczynku.

W istocie, po kilku chwilach Stach poczuł na twarzy świeżą bryzę od jeziora, które było najpewniej wizytówką miasta. Minął jeszcze kilku takich samych żołnierzy, widać gdzieś niedaleko znajdowały się koszary. Zachichotał, słysząc kłótnię jakichś przekupek, by wreszcie zatrzymać się na skrzyżowaniu ulic, przed trzypiętrowym zdobnym w wykusze i balkony frontonem hotelu.

Ze stojącego przed nim wozu dwóch chłopców w kusych porciętach wyładowywało akurat beczki z piwem. Berg, jak na konesera przystało, rozpoznał wymalowaną na nich nazwę miasta. Jego uwagę zwrócił też sąsiedni, dużo niższy budynek, gdzie na parterze znajdował się sklep z cygarami. Stach, który wczoraj wypalił w pociągu ostatnie, postanowił zajrzeć tam później.

– Lagera – zażądał, zająwszy miejsce przy stoliku hotelowej restauracji.

Młody kelner przetarł ściereczką blat stolika, skłonił się i ruszył w stronę szynkwasu, aby zrealizować zamówienie. Stach zauważył, że mężczyzna lekko utyka.

Opadł plecami na krzesło i otaksował wnętrze restauracji. Przy stoliku pod oknem, za którym jaśniała tafla jeziora, jakaś para spożywała śniadanie. W pobliżu drzwi zaś siedział samotny pan w jasnym garniturze i czytał jakąś miejscową gazetę.

Stach dyskretnie wyciągnął z kieszeni łyżkę Stiebego. Położył ją obok takiej samej leżącej na stole wraz z nożem i widelcem.

Co dalej? Trzeba zarzucić wędkę. W końcu jestem nad jeziorem, a major Puszkin wysyłał mnie na długą kanikułę – pomyślał mimo wszystko z rozbawieniem.

– Szukam Johanna Stiebego – powiedział do kelnera, który chwilę później postawił przed nim półkwartowy kufel lagera z Browaru Angielskiego w mieście Elbing.

– Kogo? – bąknął tamten. Stach usiłował dostrzec na jego twarzy jakąkolwiek zmianę.

– Johanna Stiebego – powtórzył bez zniecierpliwienia.

– Nie znam nikogo takiego, proszę pana.

Pudło? Poczekajmy. Wędkarz winien być cierpliwy.

– To piwo z Elbing? – drążył detektyw.

– Zgadza się. Właśnie mieliśmy dostawę. Mamy jeszcze porter. Polecam.

– Wolę lagera. Od razu zapłacę, jeśli można. – Wręczył mu trzy monety dziesięciofenigowe.

– Dziękuję panu.

– A kiedy będzie Stiebe?

– Kto?

Stach pokręcił głową, na co marker skłonił się i odszedł. Berg podniósł kufel do ust i pociągnął kilka łyków piwa. To samo zrobił siedzący naprzeciwko elegant, o tak samo kwaśniej minie, choć napitek był naprawdę niczego sobie, świeży i w odpowiedniej temperaturze.

Ale już po chwili na twarzach obu panów pojawił się cień uśmiechu. W wiszącym na ścianie lustrze Berg, prócz swego odbicia, dostrzegł bowiem, jak chłopak szepce coś do ucha barmanowi. Był to krępy, łysy typ o złym spojrzeniu. Stach zwrócił na niego uwagę, ledwo przekroczył próg lokalu. Teraz był już pewien, że rybka połknęła przynętę.

Kim był Stiebe? Kelnerem, barmanem, innym pracownikiem hotelu, boyem, a może tylko jego gościem? Nie miało to już znaczenia. Ważne było, że go znali!

Tymczasem para pod oknem skończyła śniadanie, wstała od stołu i opuściła restaurację przy akompaniamencie szumu sukni kobiety. W drzwiach pan przepuścił panią przodem, a wtedy jego ręka dotknęła jej tyłka. Stanisław Berg, mimo że dawno nie prowadził takich spraw, wciąż z łatwością rozpoznawał ludzi, których nie łączyły więzy małżeńskie. Chwilę później usłyszał trzaśnięcie drzwi, jednak nie były to te, przez które wyszło tamtych dwoje. Odstawił kufel, złapał za gałkę laski i sięgnął po kapelusz…

Wyszedł na ulicę i szybkim krokiem ruszył tam, gdzie można było się spodziewać wyjścia z zaplecza hotelu. Minął znajomą parę, która wąską uliczką zmierzała w stronę jeziora; pani zdążyła już otworzyć parasolkę, gdyż słońce świeciło coraz mocniej. Chwilę później na biegnącej wzdłuż brzegu alejce Berg dostrzegł oddalającą się postać. Kelner miał na sobie marynarkę zamiast kurty, ale nie sposób go było pomylić z kimś innym, bo przecie utykał.

– Prowadź, synku, do tatusia. – Detektyw podążył w ślad za mężczyzną, starając się nie wyróżniać na tle innych spacerowiczów tempem marszu.

Nie mógł jednak nie zwrócić uwagi na scenografię. Pierwszy raz widział bowiem tak duże jezioro, które położone było w środku miasta. Łódź mogła się poszczycić jedynie paroma stawami w publicznych i prywatnych parkach, które do tego miały się jak mysz do konia. Po skarpie na przeciwległym brzegu przejeżdżał pociąg. Jakieś dziecko z krzykiem goniło alejką za piłką. Huknął żagiel łodzi płynącej po jeziorze.

– Dosyć! – Berg wzdrygnął się, przeciągnął dłonią po twarzy i przyspieszył kroku.

Idąc za kuśtykającym kelnerem, minął spichrze i jakąś fabryczkę. Zapach sitowia mieszał się z dymem z kominów.

Raptem śledzony przez niego mężczyzna skręcił w prawo. Berg zmuszony był mocno przyspieszyć. W tym samym momencie zza rogu wyszedł bardzo wysoki, barczysty mężczyzna w mundurze. Pojawił się tak niespodziewanie, że zderzenia nie udało się uniknąć. Panowie wpadli na siebie, aż zadzwoniła szabla, a może jakiś inny element umundurowania bądź uzbrojenia tamtego. Jaki był to mundur, jakiej formacji – tego Stach nie wiedział. Nie było to zresztą ważne. Ważny był oddalający się coraz bardziej kelner.

– Przepraszam – powiedział Berg.

Chciał ominąć mundurowego, aby kontynuować pościg: skręcić za róg i najpewniej ruszyć biegiem, tamten bowiem zdołał się już nieźle oddalić. Ale oficer, tego Stach był już pewien, nie zamierzał kończyć spotkania.

– Wolnego, drogi panie! – odezwał się imponującym basem.

– Już panu powiedziałem: przepraszam – rzekł detektyw, choć już się chyba domyślał, do czego tamten zmierza. – To nie było naumyślnie. Wyszedł pan tak niespodziewanie.

– Ale mnie zwykłe „przepraszam” nie wystarczy – przerwał mu oficer. – Przyjeżdżają tacy nie wiadomo skąd i się rozbijają. Tu jest miasto, drogi panie, a nie pole. Tu się chodzi po twardym bruku, nie po błocie, a ja jestem oficerem dragonów, a nie krową!

Stach czuł, jak z każdym wypowiedzianym przez tamtego słowem, a nawet każdą sylabą, kurczy się i maleje. Nie, to nie mogło się dziać naprawdę! Przecie go teraz nie zastrzeli w środku dnia, nad brzegiem jeziora, którego alejkami spacerują ludzie…

 

– Spieszę się, panie oficerze – zaczął, ale tamten znów mu przerwał:

– Lejtnancie!

– Panie lejtnancie, oczywiście. Jeśli uważa pan, że powinniśmy…

– Tak właśnie uważam.

– W taki razie gdzie i kiedy?

– Jutro o szóstej rano, na Małym Ostrowiu. Proponuję pistolety.

– Przyjmuję.

– Czy ma pan sekundanta?

– Mam – skłamał bez zająknięcia Berg.

To wszystko.

– Tuszę, że jest pan człowiekiem honoru – nie omieszkał dodać obrażalski mundurowy.

Stach nie powiedział na to nic. Skinęli sobie głowami, po czym każdy ruszył w swoją stronę. Oczywiście, po kulejącym kelnerze nie było śladu.

– Do kroćset! – zaklął Stach po polsku, dużo głośniej niż zamierzał.

Ktoś się zaśmiał na te słowa, jakieś mijające go panie. Oddalając się, obejrzały się jeszcze.

Polaków tu więcej niż się wydaje – pomyślał, obiecując sobie większą ostrożność.

Stanisław Berg stał na środku kwadratowego, zabudowanego na środku ryneczku. Górował nad nim gotycki kościół, na którego wieży akurat odezwały się dzwony. Berg potoczył wzrokiem po kamieniczkach i wiszących na nich szyldach, na których nazwiska polskie mieszały się z niemieckimi. Przepuścił wlokącą się uliczką chłopską furę i wolnym krokiem turysty poszedł w kierunku, gdzie, jak sądził, znajdował się hotel. Liczył na to, że tamten prędzej czy później wróci na swe stanowisko pracy. O czekającym go nazajutrz pojedynku z porucznikiem dragonów na jakimś Małym Ostrowiu Berg nie myślał. Wkrótce minął jeszcze jeden kościół, ale dużo mniejszy i mniej okazały niż ten pierwszy.

Wtedy ujrzał wychodzącą z niego postać. Serce uderzyło mu mocniej. Był to kulejący kelner!

– Toś taki świętoszek – mruknął pod nosem.

Niestety, w tym samym momencie obejrzał się też kelner. Ujrzawszy swego prześladowcę, o którym już myślał, że szczęśliwie go zgubił, jął pokracznie biec. Stachowi znudziła się ta zabawa. W kilku susach dopadł uciekiniera. Stało się kilka kroków przed bramą cmentarza.

– Czego pan ode mnie chce?! – zawołał kelner, sapiąc ciężko. W jego oczach, które dotąd nie mówiły nic, Berg ujrzał teraz czysty strach.

– Dowiedzieć się czegoś ciekawego o Johannie Stiebem – odrzekł detektyw ze spokojem, choć i jego spacer kosztował lekką zadyszkę.

– Nazywam się Kaminsky. Otto. Ja nic nie wiem. To Kurtz, barman. On wpadł na ten pomysł…

– Jaki pomysł?

– Że na tym studenciaku możemy zarobić jakiś grosz.

– Jakim studenciaku? Nicolasie Grossie?

– Tak. On był gościem w naszym hotelu. Wiedzieliśmy, gdzie mieszka i że raczej nieprędko tam wróci. Wtedy Stiebe pojechał, aby wyciągnąć jakieś pieniądze od jego ojca, bo to chyba jakaś ważna fisza.

I już wiemy, z jakim efektem – dokończył Berg, ale tylko w duchu, od kelnera chciał bowiem wyciągnąć o wiele więcej.

– A mówiłeś, że to Kurtz wszystko wymyślił, a ty nic nie wiesz – warknął.

– Niech mnie pan nie zamyka, panie radco – jęknął błagalnie Kaminsky. – Mam żonę i małe dziecko, muszę pracować. To Kurtz, barman. On wszystko wymyślił, jego proszę ścigać! – Wskazał za siebie obiema rękami.

– Tylko was trzech maczało w tym palce? – zapytał Berg.

– Tak. Nikt więcej.

– W takim razie dokąd biegłeś?

Kelner wbił tępe spojrzenie w detektywa. Gdzieś w głębi cmentarzyka rozległ się suchy trzask łamanej gałązki. Kaminsky otworzył usta. Ale zamiast powiedzieć cokolwiek, niechby było to najgorsze przekleństwo, jęknął, wyprężył się i wybałuszył oczy, by zaraz je zamknąć, osuwając się prosto w ramiona rozmówcy. Ten odruchowo chwycił go pod łopatki. Przy ustach kelnera pojawił się krwawy balonik śliny, a na prawej dłoni Stacha – mokra smuga w takim samym kolorze.

W każdej chwili mógł paść kolejny strzał. Detektyw szarpnął ciało, ciągnąc je w bok, za grubą lipę. Ułożył na ziemi, sam zaś oparł się plecami o pień drzewa.

– Co tu się dzieje? – wymamrotał.

Na dróżce prowadzącej na cmentarz pojawiły się dwie staruszki z kwiatami. Widząc dwóch mężczyzn, z których jeden leżał na ziemi, jedna drugiej szepnęła coś na ucho, po czym obie pokręciły z przyganą głowami. Stach, idąc naprzeciw przypuszczeniom kumoszek, wstał, zatoczył się jak pijany, uchylił kapelusza i zawołał coś bełkotliwie.

– Okropność – dogonił go jeszcze głos jednej z nich.

Wracał tą samą drogą. Pięć minut później przekroczył próg restauracji hotelu przy Jamielniker Weg. Sala była zupełnie pusta. Stach sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wyciągnął rewolwer. Odwiódł kurek, stanął za filarem, który miał go ochronić przed kulami, i zawołał w stronę szynkwasu:

– Kurtz, wychodź. Kaminsky zdążył się wyspowiadać. Zabawa skończona!

Wtedy usłyszał dziwny dźwięk. Wyszedł zza filaru i zbliżył się do kontuaru, na który kilka filiżanek i brudnych talerzy czekało na sprzątnięcie. Wyciągnął szyję, narażając się na odstrzelenie głowy. Barman nazwiskiem Kurtz, rzekomy pomysłodawca szantażu, leżał na podłodze w kałuży krwi, która jeszcze się sączyła z gardła poderżniętego niemal od ucha do ucha. Oczy, w których Berg wcześniej ujrzał zło, teraz patrzyły na niego błagalnie, a usta poruszały się niczym pysk wyciągniętej na brzeg ryby.

– Kto to zrobił?! – zapytał Berg.

Odpowiedziało mu ciche rzężenie. Nie, nikt zdołałby tego zrozumieć. Chwilę później wargi i oczy Kurtza znieruchomiały. Oto trzeci z szajki szantażystów Grossa odszedł z tego świata.

Detektyw schował rewolwer i wyszedł z restauracji. Przemierzył krótki korytarzyk i znalazł się przed kontuarem recepcji.

– Dzień dobry panu, witam w hotelu „Centrall”. Czym mogę służyć? – wyrecytował okrąglutki, wygolony recepcjonista.

– Jestem kuzynem państwa gościa, Nicolasa Grossa – Stach przypuścił frontalny atak; jego głos był mocny, a spojrzenie władcze i zimne. – Chciałbym się dowiedzieć, gdzie mogę go w tej chwili znaleźć.

– Pan Gross już u nas nie mieszka – odrzekł uprzejmie recepcjonista, jakby zupełnie nie zaskoczyła go tak treść żądania, jak i ton, jakim przybysz je wypowiedział. – Niestety, nie wiem też, dokąd się udał. Ale zostawił coś pod naszą opieką…

– To znaczy?

– Bagaż. Jest w przechowalni. – Recepcjonista sięgnął po klucz na wielkim breloku. – Pan pozwoli ze mną.

Wspiął się za mężczyzną na piętro, potem szli korytarzem. Przez cały czas Berg starał się zachować czujność. Radość ze złapania nowego tropu nie trwała jednak długo.

– Co tu się stało, na Boga! – zawołał mężczyzna.

Drzwi pakamery, do której zmierzali, były otwarte na oścież, a zamek wyłamany.

– To się musiało stać dzisiaj, może nawet przed chwilą! – denerwował się recepcjonista, którego twarz poczerwieniała, jakby ją kto przypiekł. – To się nigdy nie zdarzało, jak długo tu pracuję. Proszę mi uwierzyć…

Stach zajrzał do pakamery. Na podłodze leżały rozrzucone bagaże. Wyglądało, jakby ktoś bardzo się spieszył na pociąg i obchodziło go wyłącznie odnalezienie swoje własności.

– Co to był za bagaż? – zapytał, choć tylko dla porządku.

– Mantelzak z żółtej skóry. Bardzo elegancki.

– Coś więcej?

– Duże inicjały NG na rączce – wyliczał mężczyzna skrupulatnie, a jednocześnie na swoją zgubę.

Takiego oczywiście nie było. Stanisław Berg wyszedł i spojrzał ciężkim wzrokiem na recepcjonistę.

– No, ciekawym, jak się pan teraz z tego wytłumaczysz – sapnął, spoglądając ponad jego głową i polerując mankietem gałkę laseczki.

– Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie… – odrzekł tamten płaczliwym głosem.

– W takim razie może jednak przypomni pan sobie, dokąd wyjechał Nicolas Gross, co?

Kilka chwil potem Stach opuścił hotel. Spieszył się. W każdej chwili ktoś mógł przecie znaleźć trupa za barem, a może już znalazł i wezwał policję. Przeszedł na drugą stronę ulicy i już miał ruszyć w kierunku dworca kolejowego, gdy przypomniał sobie, że miał zrobić zakupy w trafice obok. Wszedł z powrotem na brukowaną uliczkę. Pochłonięty myślami, nie zauważył ani nie usłyszał pędzącego z ogromną prędkością wprost na niego powozu…

11

– Nic jej nie będzie, panie konsulu, proszę się uspokoić. – Lekarz zamknął cicho kuferek, mimo że zawsze, odkąd pamiętali, robił to z trzaskiem. – Nie straciła dużo krwi. Rana również nie jest groźna, chociaż zostanie blizna.

– Można do niej wejść? – zapytała kobieta lat około czterdziestu dwóch, korpulentna, z gładko zaczesanymi czarnymi włosami, choć już z licznymi nitkami siwizny. Miała czerwone oczy, widać, że przed chwilą płakała.

Doktor zdecydowanie pokręcił głową.

– Nie. Córka dostała środek nasenny. Kiedy się obudzi, proszę bardzo. To będzie nawet wskazane. Niech czuje, że jesteście państwo z nią. Trzeba dużo rozmawiać, ale, jak mówię, dopiero gdy się obudzi. Jutro wpadnę, by zmienić opatrunek i zobaczyć, czy wszystko w porządku.

– Dziękujemy – bąknął mężczyzna nazwany konsulem, wysoki i chudy z wielkimi, siwiejącymi faworytami, ubrany w szary tużurek. – Dziękujemy za pomoc, doktorze.

– Zawsze do usług. – Lekarz chwycił za rączkę kuferka i skierował kroki w stronę wyjścia dobrze znaną sobie drogą, w domu tym był wszak stałym gościem.

Ledwo znalazł się za drzwiami, mężczyzna i kobieta spojrzeli na siebie… z nienawiścią. On sięgnął do kieszeni po papierosa, ona podniosła do oczu rękę z chustką i pociągnęła nosem. Żadne nic jednak nie powiedziało, choć pewnie wiele słów cisnęło im się w tej chwili na usta. Ich jedyna córka, Leni, właśnie usiłowała popełnić samobójstwo, przecinając sobie żyły znalezionym w komodzie, zapomnianym skalpelem. Na szczęście zrobiła to dość nieudolnie, choć gdyby nie szybka reakcja służącej, która weszła do pokoju, ażeby zabrać filiżankę po herbacie i znalazła krwawiącą dziewczynę, mogło być źle.

Nie, tego nawet w najgorszych snach nie przewidzieli! Przecież chcieli tylko jej szczęścia. Człowiek, za którego mieli wydać Leni, to najlepsza partia w mieście, ba! w całej rejencji! Nie mieli co do tego najmniejszych wątpliwości.

– Coś musimy wymyślić – rzekł ojciec niedoszłej samobójczyni, wypuszczając pod sufit dym z papierosa.

– O czym mówisz? – zapytała jego żona; w jej głosie wyraźną nutką odezwała się złość, dotąd skutecznie tłumiona.

– Rany się zagoją, ale gorzej z jej głową. Nie masz pewności, że za tydzień nie spróbuje tego powtórzyć. Jak nie znajdzie skalpela, to poradzi sobie w inny sposób. Wystarczy otworzyć gazetę i poczytać. Ludzie są zdolni do wszystkiego.

– Boże…

– Dlatego myślę, że trzeba ją czymś zająć. Wysłać gdzieś. Przynajmniej na kilka dni. Jest jeszcze lato, więc nikt się nie będzie domyślać, że coś jest nie tak. – Mężczyzna strząsnął popiół do popielniczki i usiadł w głębokim fotelu.

– Dopiero co wróciła.

– Wiem. Wiem, że wróciła. I wiem, co tam robiła. Dlatego przede wszystkim trzeba jej teraz pilnować. Bo znów kogoś pozna i będzie płacz. A ślub za niecałe dwa miesiące. Nie możemy sobie pozwolić na skandal. Nie w tej sytuacji, w której znalazły się nasze interesy.

– Co chcesz zrobić? Zamknąć ją w domu?

W odpowiedzi ojciec wypuścił z ust ostatnią smugę dymu, po czym zdusił niedopałek. Żar już dawno wygasł, ale on nadal uciskał bibułę z resztą tytoniu, coraz mocniej i z coraz większą złością, tak że po kilku chwilach niewiele z niej zostało.

– Najważniejsze jest to, żeby on się o niczym nie dowiedział – rzekł z mocą mężczyzna, wbijając ciężkie spojrzenie w żonę.

Znała je doskonale. Od prawie ćwierć wieku, bo tyle czasu byli małżeństwem. Dokładnie tak samo spojrzał na narzeczonego Leni, gdy ten poinformował ich o swoich zamiarach. Było to pod koniec maja, krótko przed świętem Pfingsten. Zjawił się w ich letnim domu na mierzei, by omówić jakieś interesy. Prowadzili je od dłuższego czasu z Heinrichem, bo tak miał na imię patriarcha rodziny, ale nie trzeba było być wielce bystrym obserwatorem, aby zauważyć, że nie o marki, nie o kwarty i korce tylko chodzi. By miło się rozmawiało o kupnie i sprzedaży, można zabrać ze sobą flaszeczkę starki albo pudełko cygar. Ale nie kwiaty.

A tamtego dnia przyszły narzeczony córki Heinricha przywiózł przepiękny bukiet herbacianych róż. Z początku myślano, że to dla pani domu, jednak szybko się okazało, że nie. Heinrich się tego nie spodziewał, ale jak przystało na człowieka, który był szpakami karmiony, udało mu się zachować zimną krew. I zimne spojrzenie. Gdy zostali sami, zamiast przystąpić do omawiania interesów, jak było ustalone, od razy zapytał: ile?

 

Pół godziny później osiemnastoletnia Leni była przyrzeczona tamtemu człowiekowi.

– Nie, on absolutnie nie może się o niczym dowiedzieć – powtórzył z mocą konsul Heinrich Kastner.