Amber-Gold

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Amber-Gold
Amber Gold
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 85  68 
Amber Gold
Amber Gold
Audiobook
40 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Roszkowskiego, jedną z najbardziej znanym w mieście, bo i położoną w sercu Łodzi cukiernię, upodobali sobie adwokaci, artyści, inżynierowie, ale także przeróżnej maści kombinatorzy i szumowiny: spekulanci finansowi, sprzedawcy lichwiarskich pożyczek, podpalacze lub ci, którzy w tym niecnym procederze tylko pośredniczyli. Każdy stolik, nawet stojący w najciemniejszym i najdalszym kącie, nawet ten sąsiadujący z wychodkiem i drzwiami na zaplecze, miał stałego rezydenta. Ktoś, kto był u Roszkowskiego po raz pierwszy, gubił się jak we mgle. Dym z cygar, papierosów i fajek był zresztą o wiele gęstszy niż ona.

Stanisław Berg przekroczył próg cukierni punktualnie za pięć dwunasta. Chwilę trwało, nim jego wzrok przyzwyczaił się do panujących tu warunków.

– Płacić! – krzyknął do markera ktoś, kto właśnie zrobił dobry gescheft, a może tylko podjadł zdrowo, wypił, a potem mu się odbiło, tudzież szczęśliwie pozbył się niechcianego gościa, któremu na imię było Katzenjammer.

Dzień jak co dzień. Tym razem jednak Stach musiał wyłuskać spośród gości tego, który go interesował: szantażystę z czerwonym goździkiem w klapie.

– Stoliczek pan życzy? – zagadnął go przechodzący marker z tacą, na której ustawiono pięć kufli piwa.

– Za chwilę, panie Bulwa.

Znajomy kelner popędził dalej, podzwaniając szkłem, Stach zaś rozglądał się z uwagą, choć dyskretnie. W tym celu pochwycił „Dziennik Łódzki” umieszczony na drewnianym stelażu z wyślizganą rączką i udając, że czyta, przemieszczał się dalej. Dzisiaj wyjątkowo przeszkadzał mu smród tytoniowego dymu i tuman. Przemierzał jednak kolejne sale, odpowiadając skinieniem głowy albo zdawkowym słówkiem na pozdrowienia.

Wreszcie go zauważył. Chudy chłopina, lekko zezujący, z przedziałkiem pośrodku głowy, siedział sztywno przy jednym ze stolików w ostatniej sali. Przed sobą miał opróżniony w połowie kufelek oraz zakurzony melonik. W butonierce nienowej marynarki kortowej zaś to, co najważniejsze – czerwony goździk. Kwiat już zaczynał więdnąć.

Detektyw usiadł w przeciwnym kącie, przy zwolnionym właśnie stoliku. Od tamtego dzieliło go dwanaście kroków. Wystarczająco. Stach już zauważył kolejną istotną rzecz, mianowicie to, że szantażysta rozgląda się po sali, kiedy podnosi do ust kufel.

Chwilę później zjawił się kelner. Szybkim ruchem przetarł blat.

– Kawy – rzucił Berg, by, przypomniawszy sobie o specjalności cukierni Roszkowskiego, dodać: – I sernik po wiedeńsku. Dzisiejszy?

– Oczywiście.

– To poproszę.

– W tej chwili służę szanownemu panu.

Detektyw spojrzał na zegarek. Do południa została minuta. Miał zamiar podrażnić się z przeciwnikiem, wypróbować jego cierpliwość, jak długo się da. A za poczęstunek zapłacić, gdy tylko kelner kawę i sernik przyniesie.

Tak też uczynił. Nalał do filiżanki śmietanki z dzbanuszka, kilkoma ruchami łyżeczki zamieszał. Już chciał tym samym orężem zaatakować smakowicie wyglądający deser, gdy ktoś zbliżył się do jego stolika. Nim Stach zdążył podnieść wzrok, intruz jak gdyby nigdy nic siedział naprzeciwko. Był to nieznany Bergowi z nazwiska mężczyzna o semickim wyglądzie, stały bywalec cukierni. Zdaje się, pośrednik finansowy, ale najniższego sortu. Dla najbardziej zdesperowanych, którym zostaje wybór: rewolwer czy zapałki.

– Jest sprawa, panie Berg. Bardzo ważna sprawa. Tylko pan może mi pomóc, dobrodzieju, zbawco! Tylko pan jeden… – wyrzucił z siebie jednym tchem nieproszony gość.

W detektywie aż się zagotowało. Zdołał jednak opanować emocje. Spokojnie odłożył łyżeczkę na krawędź talerzyka.

– Drogi panie, nie teraz – powiedział.

Nieproszony gość jednak sprawiał wrażenie głuchego. Nachylił się jeszcze niżej nad stołem, tak że Stach czuł jego przesiąknięty czosnkiem, cebulą i machorką oddech, i wyrzucił z siebie kolejnych kilka zdań.

Czego chciał? A no tego, czego chciało od Berga coraz więcej ludzi w tym mieście. Nie odnaleźć zaginioną osobę, ale sprawić, żeby ktoś zniknął. Do wód wyjechał, ale zabłądził, nieborak. Nie znaleźć dowody oszustwa wspólnika czy zdrady współmałżonka, ale im to ułatwić!

– Lewi szkodzi wszystkim naokoło, bardzo szkodzi! On psuje nam rynek. Lewi musi zniknąć, panie Berg. Jak najszybciej! – Mężczyzna, którego głos przeszedł z rzężący szept, próbował złapać Berga za dłoń, ten jednak zdążył w porę ją cofnąć.

– Proszę odejść. – Stach przymknął oczy i opuścił głowę.

– Zaraz pójdę – jęknął Żyd. – Proszę tylko powiedzieć, ile…

Gdy Stanisław Berg otworzył na powrót oczy, nie prostując się jednak, stwierdził z przerażeniem, że jego twarz dzielą od twarzy tamtego człowieka trzy, najwyższej cztery cale. Poczuł, że za chwilę zwróci śniadanie. Przed oczami wirowały mu czarne koła.

O tym, co stało się po chwili, między stolikami cukierni Roszkowskiego długo jeszcze krążyła legenda. W ułamku chwili głowa lichwiarza dotknęła blatu stolika, ledwo pół cala od krawędzi talerzyka z sernikiem po wiedeńsku. Głuche uderzenie doskonale wytłumiły podzwanianie kufli i gwar rozmów gości. Pozbawiony przytomności Żyd zwiotczał, jednak ten, który go w taki stan wprawił, nie pozwolił mu upaść. Przeciwnie: zadbał o to, by tamten wyglądał, jakby przesadził z alkoholem. To nikogo tu nie mogło zdziwić. Nawet o tak wczesnej porze.

Pozbywszy się intruza, Stanisław Berg wytarł dłoń w serwetkę. Podniósł wzrok, by sprawdzić, czy kolejny kandydat do oćwiczenia wciąż siedzi tam, gdzie siedział.

– Cholera!

Nie, szantażysta nie zmienił miejsca. Chyba nie zmienił nawet pozycji! Problem w tym, że nie był w tej chwili sam: tak jak przed chwilą do Stacha dosiadł się żydowski kombinator, który chciał się pozbyć konkurenta, tak do człowieka z goździkiem w butonierce dołączyło jakichś dwóch mężczyzn. Ich gabaryty, jak i odzienie, któremu daleko było nawet do poprawnej elegancji, nie pozostawiały wątpliwości, kim są.

Zadanie, które wyznaczył Stanisławowi Bergowi Johann Wolfgang Gross i które detektyw zaliczył z góry do prostych, a nawet dziecinnie wprost łatwych, w jednej chwili zmieniło kategorię. Jak mógł nie przewidzieć, że szantażysta nie będzie działał w pojedynkę…

Odruchowo dotknął prawego boku, gdzie zwykle nosił rewolwer. Miękko. Idiota! Dureń! – zelżył sam siebie w duchu.

– Życzy pan sobie jeszcze czegoś? – usłyszał nad sobą głos markera.

– Nie, dziękuję.

– Koledze może wody sodowej?

– Jak pan uważa – odrzekł głucho, nieprzytomnie, nie spuszczając wzroku z tamtych trzech.

Wtedy znów życie go zaskoczyło. Oto zakapiory, które dosiadły się do osobnika z przedziałkiem pośrodku głowy, wstały z krzeseł. Mimo hałasu wyraźnie usłyszał chrobot drewnianych nóg na podłodze. Jeden z nich szarpnięciem za ramię pomógł szantażyście wstać i już cała trójka zmierzała w kierunku zaplecza cukierni. Wtedy też Berg rozpoznał jednego z obdartusów. Znamię koloru i wielkości śliwki na lewym policzku. Takie szczegóły, defekty urody, potrafią stygmatyzować człowieka i wpływać na jego życie. W tym przypadku stworzyły specjalistę od brudnej roboty.

Na szczęście był to człowiek Grossa. Czytaj: sprzymierzeniec. Nie wróg! O co chodzi? To pomyślawszy, Berg zerwał się z miejsca i podążył ich śladem.

– Dziękuję, zapraszamy ponownie – pożegnał go marker, zupełnie nie zdziwiony, że Stach opuszcza lokal w inny niż większość gości sposób.

– Do widzenia – odpowiedział detektyw.

Gdy wyszedł, tamci trzej byli już na środku podwórka. Człowiek ze znamieniem usłyszał odgłos otwieranych drzwi i odwrócił się.

– O, pan Berg! – rzucił z sympatią. – Uszanowanie.

– Co z nim robicie? – Stach wskazał na mężczyznę w meloniku.

– Szef chciał się z nim widzieć – wyjaśnił mężczyzna.

Czyżby Gross mi tak nie ufał, że wysłał także tych ludzi? – przeszło przez myśl Bergowi.

Nie widział, co powiedzieć ani jak się zachować. Odwrócić się i pójść dokończyć kawę i sernik, a może nawet poczekać, aż klient się obudzi i przyjąć od niego kłopotliwe zlecenie?

Wtedy z kłopotu wybawił go drugi z zakapiorów, ten Stachowi nieznany.

– Niech pan z nami jedzie, śmiało! – w jego głosie wyraźnie słychać było niemczyznę.

Wyszli na Pasaż Meyera, gdzie czekał powóz. Był to ten sam pojazd, którym Stach dotarł dzisiejszej nocy do pałacu Johanna Wolfganga Grossa przy Średniej. Na koźle siedział jednak inny stangret. Nie było jednak czasu, aby się nad tym zastanawiać.

– Panowie, to jakaś pomyłka – zezujący szantażysta odzyskał głos tuż przed drzwiczkami, zaparł się nogą o stopień. – Ja tylko czekałem na znajomego.

– Pewnie na tego. – Człowiek ze śliwką na policzku wskazał na Stacha.

– Nie, ja nie znam tego pana…

– To zara poznasz. A teraz wskakuj, pókim dobry.

Chwilę później ruszyli po drewnianym bruku pasażu, by zaraz skręcić w Piotrkowską. Detektyw skonstatował, że nie kierują się do pałacu Grossa. Nic jednak nie powiedział. Przyglądał się facetowi z goździkiem w klapie lichej marynarki. Kwiatek zmarniał już zupełnie. W nie lepszym stanie był jego właściciel. Teraz, wciśnięty między dwóch mężczyzn o wyglądzie morderców i wieziony w nieznanym kierunku, zupełnie nie wyglądał na człowieka, który mógłby żądać tysiąca marek za wiadomość o zaginionym Nicolasie Grossie. Poruszał bezwiednie wargami, spoglądał to na Stacha, to w okno. Człowiek ten śmierdział strachem.

– Ja nic nie zrobiłem – jęknął w pewnej chwili.

Nagle rzucił się w kierunku drzwiczek powozu. Zrobił to na tyle gwałtownie, że zanim eskortujący go mężczyźni, z Bergiem włącznie, zdążyli zareagować, nacisnął klamkę i otworzył je. Na tym jednak ucieczka się skończyła. Szantażysta poczuł na szyi żelazny ucisk łapska człowieka ze znamieniem. Po sekundzie znalazł się na swoim miejscu. Kilka ciosów w żołądek wcisnęło jęczącego z bólu chuderlaka w kanapę.

 

– To była tylko pieszczota – ostrzegł zakapior. – Jeszcze jeden taki numer i pożałujesz, że się urodziłeś.

Kwadrans później zatrzymali się pośród na pół zrujnowanych zabudowań. Stach wyskoczył z powozu jako pierwszy i rozejrzał się dokoła. Byli na terenie jakiejś spalonej niedawno, sądząc po zapachu, fabryki. Zawlekli opierającego się szantażystę do jednego z budynków. Nie miał co prawda dachu, ale ocalały ściany, a to wystarczyło. Przywiązali go do kulawego, przygotowanego wcześniej krzesła. W tej samej chwili Stach usłyszał stukot końskich kopyt. Domyślił się, kto przyjechał.

– Gdzie jest mój syn?! – Johann Wolfgang Gross wymierzył szantażyście policzek. Sapał, a jego twarz była czerwona z gniewu niczym łeb indyka. Stach nigdy wcześniej nie widział pryncypała tak wzburzonego. – Gadaj!

Z ust tamtego wydobyło się jednak tylko niezrozumiałe rzężenie. Cios, który zadał stary, nie był bowiem pierwszym, który spadł na nieszczęśnika. Wcześniej przygotowali go pomagierzy przedsiębiorcy.

Wtedy stało się coś, co całkowicie zmieniło obrót spraw. Gross oddalił się kilka kroków, zatrzymał. Może chciał zebrać myśli albo się uspokoić. Po chwili sięgnął do kieszeni. Wtedy Stach ujrzał w jego dłoni rewolwer. Niemiec podniósł broń i w kilku szybkich krokach zbliżył się do więźnia.

– Pytam po raz ostatni! – ryknął, celując tamtemu w czoło. – Co wiesz o moim synu?!

Szantażysta, zamiast odpowiedzieć, prychnął. Na dłoni Grossa pojawiło się kilka kropelek śliny pomieszanej z krwią. Człowiek ze znamieniem w kształcie śliwki podniósł rękę, aby zadać kolejny cios.

Ale nie zrobił tego. Osmalone ściany odbiły huk wystrzału. Nad zezującym okiem szantażysty wykwitł krwawy ślad, a jego ciało wraz z krzesłem runęło do tyłu. Trzasnęły połamane niczym zapałki nogi i oparcie mebla, uwalniając więźnia. Trupowi było już jednak wszystko jedno.

Reakcja każdego z mężczyzn na to zdarzenie była zgoła inna. Znajomy zakapior ze śliwką na policzku, choć pewnie niejedną śmierć widział, w tym pewnie zadaną własnymi rękami, aż gębę otworzył. Jego druh – przeciwnie – zamknął usta, przygryzł wargi. Johann Wolfgang Gross schował rewolwer do kieszeni surduta, jak gdyby nigdy nic, sięgnął po chustkę i jął wycierać sobie palce pobrudzone śliną i krwią zabitego.

Wtedy Bergowi jego własna uderzyła do głowy.

– Coś ty zrobił?! – ryknął, rzucając się wściekłością na pryncypała.

Ludzie Grossa zareagowali podobnie jak na niedawną próbę ucieczki szantażysty. Wyciągnięte ręce Berga zatrzymały się ledwie pół kroku od mordercy. Unieruchomiony przez dwie pary rąk, które bynajmniej na co dzień nie trzymały pióra ani hostii, wbił nienawistne spojrzenie w starego. Chwilę później zwiotczał.

– Odchodzę – oświadczył.

– Ja o tym decyduję – odrzekł Gross, chowając chustkę do kieszeni.

– Powiedziałem: odchodzę! Czy się to panu podoba, czy nie. Już dla pana nie pracuję.

– Odejdziesz wtedy, kiedy ja się na to zgodzę. Mam ci przypomnieć, co mi zawdzięczasz? Ty i twoja pani. Kto wyciągnął ją z więzienia, gdy zachciało jej się upominać o prawa kobiet?

Johann Wolfgang Gross w niczym nie przypominał zafrasowanego o los jedynego syna człowieka, który wczorajszej nocy opowiadał Bergowi o swym kłopocie. Wykrzywiona twarz, ściągnięte brwi i poorane zmarszczkami czoło: takiego go znali bardzo dobrze wszyscy ci, którzy w tym mieście odważyli się mu sprzeciwić. Albo nie zapłacili kolejnej raty.

– Widzimy się jutro o siódmej rano w kantorze, panie Berg – rzekł Gross. – Sprawa pożyczki, którą zaciągnął u mnie hrabia Czacki, wymaga bardziej zdecydowanych działań. Przeszukajcie go – polecił zabijakom, wskazując trupa.

Ten ze śliwką pochylił się i sprawnie przetrząsnął wszystkie kieszenie. Na bruku zabrzęczało kilka drobnych monet i… łyżka do zupy. Żadnych dokumentów.

– Wracamy – zaordynował Gross.

Stach został sam z trupem. Nie był w stanie się ruszyć. Stał jak posąg z zaciśniętymi pięściami. Na języku czuł metaliczny smak krwi z rozgryzionej wargi.

– Jestem nikim. Sięgnąłem dna. Jestem zerem… – powtarzał, choć ust nie otwierał.

Drgnął, usłyszawszy gwizdek.

Wystawili mnie.

Dopadł drzwi, ale nie tych, które prowadziły na zewnątrz. Wstrzymał oddech. Kolejne gwizdki jednak się nie odezwały.

6

– Witamy ponownie. – Marker nazwiskiem Bulwa uśmiechnął się do detektywa, który chwilę wcześniej po raz drugi tego dnia przekroczył próg cukierni Roszkowskiego przy Piotrkowskiej. – Stoliczek dla pana?

– Piwa! – warknął Berg, któremu po drodze gardło wyschło na wiór, po czym zdjął kapelusz i skierował kroki do ostatniej sali, tam skąd wyszedł nieco ponad godzinę wcześniej, zostawiwszy przy stoliku nieprzytomnego lichwiarza.

Na szczęście Żyda już nie było, a przy stoliku siedziało zupełnie inne towarzystwo; nikt nie zwrócił większej uwagi na pojawienie się Berga. Jego zresztą nie interesował ten stolik, a inny. Był wolny. Stach zajął miejsce. Rozejrzał się po sali, po czym dyskretnie opuścił prawą rękę. Chwilę później obracał w palcach brudny od kurzu melonik. Melonik, którego w swoją ostatnią drogę nie zdążył zabrać szantażysta, a którym szczęśliwie nie zainteresował się nikt inny, bo przecie znalezione nie kradzione! I nieważne było, czy jest brudny, czy za mały, czy stracił fason. Ważne było, a Stach uświadomił sobie to w chwili, gdy przy zabitym nie znaleziono nic prócz drobnych pieniędzy, a także łyżki, co może w sobie kryć.

Nie mylił się. Po chwili spod podszewki bez większego trudu wydobył paszport. Ze zdjęcia spoglądały na niego zezujące oczy zabitego.

– Johann Stiebe – przeczytał pod nosem personalia, które najpewniej już niebawem zostaną zastąpione na prostym krzyżu przez litery NN.

Przez chwilę zastanawiał się, skąd się wziął inicjał T, którym podpisany był list. Potem przeniósł wzrok na adres zamieszkania. Powtórzył w myślach obcą nazwę miejscowości, po czym sięgnął do bocznej kieszeni, skąd wydobył łyżkę, własność świętej pamięci pana Stiebego. Przeczytał napis na rękojeści. Pokręcił głową. Przekartkował książeczkę.

– Pańskie piwo. – Przyniesiony przez markera kufelek stuknął o stół.

– Dziękuję – odpowiedział Berg nie swoim głosem, zamykając szybko paszport.

Bulwa odszedł, ale Stach nie sięgał ponownie po dokument. Łyżkę również schował. Sięgnął po piwo i kilkoma łykami opróżnił kufel. Otarł usta krawędzią dłoni, rzucił ałtinę na stół, dokładnie w środek okręgu, który stworzyła mokra podstawa kufla, i wstał z krzesła. Kilka chwil później był znów na Piotrkowskiej.

W pewnej chwili w bramie kamienicy naprzeciwko dostrzegł znajomą postać.

Szmul?

Przeciął ulicę i zbliżył się do bramy. Chłopak się cofnął.

– Co się dzieje, Szmulik? – zapytał Berg jednego z wiernych pomocników, którego dawno nie widział; chłopak urósł trochę i zmężniał.

– Policja pana szuka.

A jednak! Gross zrobił ze mnie kozła ofiarnego – pomyślał ze złością Berg.

Kolejne zdanie, które padło z półmroku bramy, przekonało go, że znów się pomylił.

– Godzinę temu zabrali Rocha Ciupę – donosił chłopak.

Stach ze złością stuknął laską w głowę jednego z dwóch metalowych krasnali, które strzegły wejścia do bramy.

– Ktoś wysypał – rzekł półgłosem.

– Mogę panu w czymś pomóc? – zapytał Szmul.

– Tak. Zakradniesz się do mojego mieszkania i przyniesiesz walizkę. Wiesz którą. – Berg sięgnął do kieszeni i rzucił przed siebie klucz; metal nie zabrzęczał o kamień. – Czekam w cukierni, ostatnia sala. Zastukasz w okno od podwórza.

Trzeci raz nie spotkał już znajomego markera. Na szczęście, bo mogło się to dla Bulwy źle skończyć. Berg przemknął chyżo przez wszystkie sale, chcąc zająć upatrzony dyskretny stolik w kącie niedaleko wychodka. Już go widział, ale wtedy drogę zastąpił mu cień. Był to mężczyzna dość drobnej postury, szczupły, łysiejący blondyn. Nie wzbudzał respektu, jednak na jego widok pod Stanisławem Bergiem, szczególnie dzisiaj, nogi nie mogły się nie ugiąć.

Wszystko za późno. To koniec – pomyślał z rozpaczą. Oto stał bowiem oko w oko z dowódcą pionu śledczego łódzkiej policji, majorem Andriejem Fiodorowiczem Puszkinem. Po cywilnemu, ale policjantem jest się przecie zawsze.

– Dzień dobry, gospodin Berg – przywitał się Rosjanin.

– Nie taki dobry, dobrze pan to wie – mruknął Stach.

– Siądziemy? – Puszkin wskazał stolik, ten sam, który upatrzył sobie Berg.

Zajęli miejsca. Od razu pojawił się przy nich kelner, ale Andriej Fiodorowicz go odpędził.

– Czekałem na pana – podjął, gdy zostali sami. – Domyśla się pan, w jakiej sprawie chcę rozmawiać?

Stach nic nie powiedział. Również dlatego, że znów czuł nieznośną suchość w przełyku. I to go ocaliło.

– W skrócie rzecz wygląda tak – zaczął policjant. – Dziś rano do jednego z cyrkułów przyszedł osobnik nazwiskiem Fromm. Zgłosił dyżurnemu kradzież sporej sumy pieniędzy. Zapytano o podejrzanego, natychmiast wymienił…

– …moje nazwisko – dokończył głucho Stach.

Z majorem Puszkinem łączyła go długoletnia przyjaźń. Rozwiązali razem kilka ważnych spraw. W ostatnich miesiącach, z racji nowego, niewdzięcznego zajęcia Berga, rzadko się jednak kontaktowali.

Stach opowiedział Andriejowi Fiodorowiczowi o roli, którą odegrał w sprawie przekazania na cmentarzu przy Ogrodowej łapówki od Fromma.

– Albo ktoś się połakomił na kopertę, albo to sam Fromm ją zabrał – spekulował.

– Nikogo podejrzanego pan nie widział? – zapytał Puszkin.

– Nie.

– Tak czy inaczej, sprawa jest, bo ją zgłoszono. I musimy się nią zająć. Na szczęście udało mi się w porę o niej dowiedzieć i jestem. Myślę, że powinien pan, Stanisławie Stefanowiczu, pomyśleć o dłuższych wakacjach.

Chwilę jeszcze rozmawiali, po czym policjant się pożegnał. Ledwo zniknął, rozległo się stukanie w szybkę okna. To był Szmul.

– Dziękuję. – Detektyw odebrał kufer, klucze, a do szarej dłoni chłopca wcisnął pół rubla.

– Zobaczymy się jeszcze? – zapytał młody Żyd.

– Z pewnością. Mam nadzieję, że stanie się to prędzej, niż po ulicach Łodzi pojadą tramwaje.

Uścisnęli sobie dłonie. Szmul zniknął, a Stach pewnym krokiem podążył ku wyjściu.

– To on! On mnie napadł, pobił i… okradł – usłyszał w pewnej chwili znajomy głos.

Obejrzał się. Lichwiarz, którego uciszył przed prawie dwiema godzinami jednym uderzeniem, wskazywał go oskarżycielskim gestem. Rozległ się rumor kilku odsuwanych krzeseł.

– Łapać go! – krzyknął ktoś piskliwie.

W innych okolicznościach Stanisław Berg pewnie oblizałby sobie wargi. Z emocji. Po czym ruszył do walki. Dziś jednak nie miał zamiaru dać nikomu satysfakcji. Zamachnął się, uderzając ciężką walizką najbliższego nieprzyjaciela, po czym runął w kierunku drzwi. Wyskoczył na Piotrkowską, prosto przed pędzącą karetę. Dwa skoki i był po drugiej stronie, bezpieczny. Posłyszał tylko rżenie przestraszonych koni i przekleństwa woźnicy. Wpadł do bramy, gdzie wcześniej rozmawiał ze Szmulem. Przeciął podwórko. Potem kolejne.

Znalazłszy się na ulicy Przejazd, pomyślał, że jej nazwa zobowiązuje, toteż nie warto iść po niej piechotą. Akurat od zachodu pędził kryty powóz. Stach przełożył rękę przez uszy walizki. Jak za starych, dobrych i wcale nie tak odległych czasów odczekał, aż pojazd znajdzie się wystarczająco blisko, po czym skoczył, oburącz chwytając się budy.

– Jeszcze nie jest z tobą tak źle – mruknął do siebie.

Kilka chwil później powóz skręcił, a następnie znacznie zwolnił. Berg wychylił się zza krawędzi budy. Ulica była zablokowana, ale nie przez lorę z bawełną, a coś błękitnego. Policja. Obok dwa patrole kozackie. Kontrolowali wszystkie pojazdy, toteż zdążyła się już utworzyć spora kolejka. Nie był to zbyt częsty obrazek.

– Co się tam dzieje?! – Z okna powodu, którym podróżował Berg, wychylił się jakiś jegomość w cylindrze i odstającymi na boki, siwymi faworytami.

Koniec trasy. Stanisław Berg delikatnie zeskoczył na ulicę. Dochodziła druga po południu. Wszedł w pierwszą napotkaną bramę. Już widział drugie wyjście, gdy posłyszał stukot kilku par ciężkich buciorów. Gwałtownie skręcił w bok. W tej samej chwili trzy sążnie przed nim uchyliły się wąskie drzwiczki sutereny.

– Tutaj! – dobiegło ze środka. – Szybko.

Dwa susy, skrzypnięcie drzwi, krótki chrobot materiału kapelusza o powałę. Cisza.

 

– Przeszli – odezwał się po minucie ten sam głos. – Może pan iść.

– Jak się nazywasz? – chciał wiedzieć Berg; rzadko o to pytał, tym razem jednak czemuś czuł, że powinien to zrobić.

– Andrzej Jakiel.

– Dziękuję. – Uścisnął w ciemności wąską, chłopięcą dłoń, po czym opuścił kryjówkę.

W tej samej chwili z niedaleka dobiegł gwizd lokomotywy.