Mężczyzna bez winy i wstyduTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Projekt okładki oraz ilustracja na okładce: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja tekstu: Beata Słama

Redakcja techniczna i wersja elektroniczna: Robert Fritzkowski

Korekta: Lilianna Mieszczańska


© for the text by Krystyna Romanowska

and Wojciech Kruczyński

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019


ISBN 978-83-287-1012-2


Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

 
Pewnie
chciałbym ciebie słuchać więcej
tylko skoczę w jedno miejsce
potem może znajdę czas
wcześniej
spotykałem cię codziennie
ale teraz kiedy muszę
chętniej udałbym się spać
 
 
proszę daj się znać po tym
gdzieś mnie znajdź potem
dziś nie popłyniemy bo
 
 
fal nie ma fal
 
DAWID PODSIADŁO, Nie ma fal


Wstęp
DLACZEGO NAPISALIŚMY TĘ KSIĄŻKĘ

 
Zaopiekuj się mną, nawet gdy nie będę chciał.
Zaopiekuj się mną, mocno tak.
 
REZERWAT, Zaopiekuj się mną

Krystyna Romanowska: Oto książka, którą można streścić jednym zdaniem: „Kobieto, nie daj się robić w bambuko; mężczyzno, nie uważaj kobiety za idiotkę”. I tyle. Właściwie można jej już nie czytać, ale jednak warto.

Wojciech Kruczyński: To zdecydowanie nie jest poradnik, chociaż chwilami można mieć wrażenie, że jest. To raczej rozmowa o fantazmatach, jakimi dajemy się uwodzić, i ich wpływie na nasze życie. Fantazmatach o niezależności, równości, sile i partnerstwie. O lekceważeniu mocy seksualności. O tym, że odpowiedź na pytanie: „Czy mnie to podnieca?” może uchronić przed poważnym błędem w wyborze partnera. Kobiety bowiem zaczęły źle wybierać. I właśnie o tych kiepskich wyborach jest ta książka.

Wyobraźmy sobie sytuację najbardziej banalną pod słońcem: ona spotyka jego. Na imprezie u znajomych, wyjeździe integracyjnym, randce z internetu, gdziekolwiek…

Kiedy go widzi, wie, że to ON. Myśli o nim: „Jaki to fajny facet!”. Bo jest uroczy i słodki. Ma na nogach znoszone trapery w stylu Edwarda Stachury, co ją rozczula, ale może także chodzić w lakierkach, w eleganckim garniturze, być politykiem, pracować w agencji reklamowej – co jej się podoba. Może też być świetnie zapowiadającym się materiałem na idealnego partnera życiowego – co ją pociąga.

Do takiego mężczyzny chce się przytulić.

STOP!

Nie warto od razu się przytulać i my powiemy wam dlaczego. Znamy tego faceta w traperach albo lakierkach. Znamy ten uśmiech i przytulanie. Wiemy, na co go stać. Na wiele i na bardzo niewiele. Każde z nas, autorów tej książki, spotkało się z takim typem mężczyzny. Albo z kobietami, którym „partnerował”. Być może natknęłyście się na niego kiedyś w tramwaju, wracając z zakupów z pełnymi siatami. To był ten, który nie ustąpił wam miejsca, za to łakomie na was patrzył. I nie czuł przy tym wstydu, nie miał poczucia winy. Albo dyskutował z wami zażarcie na jakimś forum internetowym, choć nie miał racji. Nie odpuścił – musiał dopiąć swego. Albo po seksie (całkiem udanym) bez słowa usunął was z par na Tinderze. Czy też umówił się na tańce i nie przyszedł.

Przez kilka lat zbieraliśmy opowieści i uwagi na jego temat. Można powiedzieć: rozgryźliśmy społeczno-socjologiczny fenomen fajnego faceta XXI wieku. Jeżeli zaczniecie czytać tę książkę, przekonacie się, że jesteśmy wobec niego trochę złośliwi, ale zapewniamy – na sercu leży nam również jego dobro.

Mężczyzna nie jest winien temu, że jest taki, jaki jest.

Tak się złożyło. Po prostu czasy sprzyjają jego ekspansji – ma wokół siebie niezły kobiecy ekosystem. Pełen potencjalnych żon ze Stepford, które spełnią wszelkie męskie oczekiwania. Sprzyja mu wszystko: demografia (kobiet jest więcej niż mężczyzn), kobiece przekonania („nie ma już na świecie ciekawych facetów”), ekonomia (kobiety zarabiają coraz więcej), psychologia (bliskość staje się ważniejsza niż instynkt samozachowawczy), seksuologia (kobiety chcą mieć jak najwięcej orgazmów), socjologia (małżeństwa już nie są tak ważne jak kiedyś, a czym jest partnerstwo w związku – nie do końca wiadomo).

Wśród takich zmiennych społeczno-ekonomicznych wyrasta pewien specyficzny typ mężczyzn.

Przed laty mogli być nazywani utrzymankami (w mniej eleganckiej wersji żigolakami), tulipanami – kobiety mówiły o nich, że „mają to COŚ w oczach, czemu nie można się oprzeć”. Mężczyzna, o którym piszemy, nie jest jednak aż tak jednoznaczny, np. lubi dzieci i chętnie się nimi opiekuje, lecz pod kilkoma warunkami… Zmiana znaczenia małżeństwa wiąże się z mniejszym poczuciem odpowiedzialności mężczyzny za dzieci. Dwa pokolenia wstecz małżeństwo było czymś prawie tak nieuchronnym i obiektywnym jak narodziny lub śmierć. Dzisiaj dla wielu jest zwykłą umową, którą można (jak pokazują statystyki) szybko rozwiązać, dla innych urzędową formalnością związaną z podatkami, a dla jeszcze innych rodzajem systemowej opresji, której nie wolno się poddać. Wolność definiowania małżeństwa wiąże się niestety z wolnością określania swoich małżeńskich zobowiązań. Poza tym wielu mężczyzn, którzy niedawno metrykalnie dorośli, nie ma pomysłu na siebie, na swoje życie. A już na pewno nie mają pomysłu, który wymaga wysiłku i rezygnacji z części dotychczasowych przyjemności.

Niestety, mężczyzny, o którym piszemy, nie miał kto nauczyć czerpania przyjemności z bycia mężczyzną. Pozostaje więc przy przyjemnościach dziecięcych. Jest postacią tragiczną w pełnym znaczeniu tego słowa.

Pomysł na tę książkę zrodził się krótko po Czarnym Proteście i po akcji #MeToo.

Pamiętasz, zastanawialiśmy się wtedy, jaka przyszłość czeka kobiety na świecie i w Polsce. Co w ogóle myślą o tej nowej sytuacji? Świat damsko-męski bardzo się spolaryzował. Ataki na kobiety z obu stron sceny politycznej wyglądały na pierwszy rzut oka typowo: prawicowcy jak zwykle nazywali kobiety bezwstydnymi, feministki w ich oczach były mało seksowne, bo (cytując klasyka) „Kto je rucha?”. Okazało się też jednak, że to właśnie lewicowcy i liberałowie – mimo że robili im kanapki na protesty – skrycie nadużywali ich seksualnie, już to nazywając kurwami (jak lubiany pisarz, przy, niestety, cichej akceptacji wielbicielek) albo molestując w pracy. A niektórzy po prostu nie płacili alimentów. Odpowiedzią na tę sytuację była radykalizacja ruchu feministycznego, ale też… rezygnacja wielu kobiet z pracy. Okazało się, że kobiety niekoniecznie chcą być rekinami przedsiębiorczości, nie zawsze pragną robić kariery, a dla siedemdziesięciu pięciu procent z nich liczy się to, żeby „inni byli z nimi szczęśliwi”. Statystyki krajów, które mocno koncentrują się na programach równościowych, paradoksalnie pokazują, że kobiety w sytuacji wolnego wyboru chętniej się zatrudniają w obszarze edukacji i opieki zdrowotnej.

Sytuacja się skomplikowała, wymknęła opisom i ekonomicznym, i politycznym.

Trzeba więc było zajrzeć do gabinetu terapeuty, żeby się zorientować, o co chodzi…

Kluczem do zrozumienia sytuacji, w której wszyscy się znaleźliśmy, stało się nowe społeczne zjawisko: neopatriarchat. Powrót patriarchatu dokonał się niepostrzeżenie tym razem w hmm… hipsterskiej otoczce. Stał się groźny, bo niewidzialny. Nikt nie nazwie inteligentnego mężczyzny o szerokich horyzontach myślowych, zadbanej brodzie, w drogich wygodnych butach, głoszącego idee równościowe – patriarchą. A jednak! Znów na tronie siedzi mężczyzna.

Do gabinetów terapeutycznych od około dziesięciu lat trafiają kobiety z przedziwnymi objawami somatycznymi: mają bóle głowy, nerwice, nieustanne poczucie winy, są przemęczone, wypalone, zestresowane. Właściwie nie ma na to racjonalnego wytłumaczenia. Ktoś powie: takie jest życie, w pracy – mobbinguje szef/szefowa, projekt goni projekt – twarde życie późnego kapitalizmu. Owszem, ale to nie jest cała prawda.

W domu jakby wszystko gra: jest partner, są pieniądze – mniejsze lub większe – tylko życie… zrobiło się jakieś nieznośne.

„Historie gabinetowe” – Joanny (migrena i ataki wściekłości na siebie, partner ciągle zapewnia „że sukces jeszcze przed nim”), Karoliny (dwa etaty i małe dzieci w domu, usłyszała od swojego męża: „zmieniłaś się”), Pauliny (partner odszedł, ponieważ oznajmiła mu, że ma dosyć jego pięcioletniego bezrobocia) i wielu innych – pozwoliły nam stworzyć wizerunek naszego bohatera. Sceny z życia tych kobiet zaczynają każdy z rozdziałów.

Nazwaliśmy nowego neopatriarchalnego obywatela (parafrazując tytuł najsłynniejszej chyba książki Wojciecha Eichelbergera Kobieta bez winy i wstydu) – Mężczyzną Bez Winy i Wstydu (w skrócie MBWiW).

Kiedy dwadzieścia lat temu Wojciech Eichelberger napisał swoją książkę, stała się ona biblią wielu wyzwolonych kobiet i weszła do kanonu literatury rozwojowej dla kobiet. Ale to w innej, skromniejszej i mniej głośnej książce pt. Krótko mówiąc, Wojciech Eichelberger w kilku zdaniach zawarł kwintesencję ambiwalentego społecznego postrzegania kobiety:

Gdy jej się chce, to tak naprawdę jej się nie chce, a gdy nie chce, to właśnie chce. Gdy płacze, to histeryzuje i jest niewdzięczna. Gdy się na coś nie zgadza, to jest wredna i cyniczna. Gdy się cieszy, to się wygłupia albo jest pijana. Gdy chce ładnie wyglądać, to się mizdrzy, a gdy się kimś zainteresuje, to się puszcza. Gdy się wstydzi, to jest głupia, a gdy się nie wstydzi, to jest bezwstydna. Gdy się przy czymś upiera, to przesadza, a gdy się nie upiera, to nie wie, czego chce. Jak kocha, to jest naiwna, a jak nie kocha, to jest zimna. Gdy ma ochotę na seks, to jest suką, a gdy nie ma ochoty na seks, to też jest suką […]1.

 

…stały się (słusznie lub nie) refrenem niezrozumienia i braku akceptacji dla skomplikowanej kobiecej duszy.

Spróbujmy dokonać eksperymentu myślowego i przeczytać ten fragment w taki oto sposób:

Gdy mu się chce, to tak naprawdę mu się nie chce, a gdy nie chce, to właśnie chce. Gdy histeryzuje i jest niewdzięczny, to znaczy, że jest biedny i płacze. Gdy jest wredny i cyniczny, to znaczy, że jest stanowczy i się na coś nie zgadza. Gdy się wygłupia albo jest pijany, to się cieszy. Gdy się mizdrzy, to chce ładnie wyglądać, a gdy się puszcza, to jest entuzjastycznie towarzyski. Gdy jest głupi, to się wstydzi, a gdy jest bezwstydny, to się nie wstydzi i jest wyzwolony. Gdy się przy czymś upiera, to jest stanowczy, a gdy się nie upiera, to jest tolerancyjny. Gdy kocha, to jest dobry, a jak nie kocha, to ja jestem niedobra. Gdy ma ochotę na seks, to jest ogierem, a gdy nie ma ochoty na seks, to wina kobiety.

Brzmi znajomo?

Historia zatoczyła koło. Wyzwolona kobieta pełna równościowych ideałów zderzyła się z rzeczywistością.

A w tej rzeczywistości każdy chce, żeby mu było wygodniej. Współczesne kobiety, zamiast poszerzać swoją niezależność, koncentrują się na wychowywaniu mężczyzn. Do strategii utrzymania przy sobie faceta, która była modna dziesięciolecia temu, czyli posłuszeństwo i/lub udawanie idiotki, doszła najnowsza: utrzymywanie ekonomiczne mężczyzny i obsługiwanie go w łóżku z wprawą profesjonalistki.

Tym samym kobieta udowadnia mu, a przede wszystkim sobie, że jest „niezależna i nie ma żadnych oczekiwań”. W praktyce oznacza to daleko idące kompromisy. Problemem współczesnej kobiety stał się nie mężczyzna „zdradzony przez ojca” (taki zresztą też), lecz ten rozchwiany, który nie do końca wie, czego chce. Niepotrafiący wziąć odpowiedzialności za swoje życie.

Mężczyzna, który nie jest patriarchalną opoką (tej formuły nowoczesne kobiety już nie znoszą), ale który tak naprawdę nie wie, kim jest. Wie za to, że jest… fajny. Ma pasję.

Fajny facet jest ciekawy świata, ciekawy kobiety, ciekawy wszystkiego. Wspaniale jest z nim być, po prostu być i robić megaciekawe rzeczy. Imprezy, podróże, zachody i wschody słońca… Seks z nim jest wspaniały. Ten mężczyzna chodzi na kobiece manifestacje i bardzo podkreśla, że jest women friendly. Bycie z nim sprawia, że świat wydaje się lepszy. Kobieta czuje się atrakcyjna – wie, że ktoś tak fajny nie mógłby wybrać kogoś niefajnego. Jest jednak jedno „ale”…

„Fajność” takiego mężczyzny jest oparta na „fajności kobiety”. Wprost proporcjonalnie.

Im ona fajniejsza, tym on fajniejszy. Stopień „fajności” określa mężczyzna. Długo może mu się wydawać, że partnerka jest „fajna”, bo podobają mu się na przykład jej stopy. Ale przecież dla stóp nie będę tracił wolności! – wykrzykuje bohater krótkometrażówki Milczenie polskich owiec (reż. Maciej Stuhr).

A kiedy kobieta zrobi się w jego oczach „niefajna” – mężczyzna również się taki staje. Bo atrakcyjność i fajność kobiety mogą ulec zmianie w bardzo wielu sytuacjach. I nie mówimy tu o ekstremalnych przypadkach jak bycie mamą (to skutecznie odbiera „fajność”), ale na przykład o zwykłym życiowym stresie, trudnych sytuacjach, gdy radość życia nagle znika i trzeba się zmierzyć z problemami.

A więc Mężczyzna Bez Winy i Wstydu nie może/nie potrafi/nie chce być kimś, kogo kobieta uzna za partnera?

Tak. Bo czym jest dla niego partnerstwo? On nie wie – może nie miał w domu wzorców? Czy partnerstwem jest utrzymywanie przez lata kogoś, kto udaje, że zarabia na życie swoim hobby, a w rzeczywistości żyje z tego, co zarobi partnerka? Bycie z kimś, kto wprawdzie zajmuje się dziećmi („zawsze chciałem być ojcem”), lecz robi to przez godzinę dziennie, bo potem ma „swoje sprawy”? Związek z mężczyzną, który nieustannie szuka pomysłu na siebie i nie może go znaleźć?

A jego partnerka to karmiona fantazmatami o równouprawnieniu, partnerstwie, niezależności kobieta, siłaczka XXI wieku, która wychowuje dzieci, zarabia pieniądze, a o pierwszej w nocy wściekła klepie kotlety schabowe.

Niezależność pojmowana w taki sposób, że się nie potrzebuje oparcia, jest pułapką, racjonalizacją. Z zeszłorocznych badań „Women Power” wykonanych przez IQ i Ringer Axel wynika, że dziewięćdziesiąt jeden procent badanych kobiet chce partnerstwa w związku, wszystkie jednak przyznają, że to bardzo trudne. Czują, że „partnerstwo wymaga ciągłego egzekwowania, pilnowania ustaleń i granic związanych z dzieleniem się obowiązkami”. Jeśli na chwilę odpuszczą, czują, że granice przesuną się niekorzystnie dla nich. „Są tym zmęczone” – mówi w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Marta Majchrzak, psycholożka społeczna, autorka badań.

Wszyscy znamy historię pary, w której kobieta przez jakiś czas jest bez pracy i korzysta z pieniędzy partnera, oczywiście za obopólną zgodą. Potem sytuacja się odwraca: ona zaczyna nieźle zarabiać, a mężczyzna traci pracę. I nie kwapi się do znalezienia nowej. „Partnerstwo działa w obie strony” – mówi i tak przebiera w ofertach, że jakoś żadna nie spełnia jego oczekiwań. Sytuacja się stabilizuje. Niestety, z tajemniczych powodów ona zaczyna mieć ataki wściekłości i myśli: „Trzymam w domu trutnia”. Potem wstydzi się, że jest małostkowa i mało postępowa. Plus tej sytuacji jest jeden: facet siedzi w domu i nie ma pokus, by patrzeć na inne kobiety.

Gdybyśmy takiego mężczyznę mieli scharakteryzować psychologicznie, znalazłyby się w jego duszy elementy narcyzmu, niedojrzałości, egocentryzmu – można mówić tu także o osobowości symbiotycznej.

Jeżeli sięgniemy do popkultury i sztuki, takich mężczyzn znajdziemy całe mnóstwo: od Piotrusia Pana, przez Jacka Sparrowa, całej watahy wampirów i wilkołaków, po wielbiciela stóp we wspomnianej wcześniej krótkometrażówce Macieja Stuhra. Ten młodzieniec, rozstając się ze swoją dziewczyną, mówi: „Przez sześć miesięcy nie zapytałaś, jak ja się czuję […]. Nie potrafisz być kobietą taką, jaką sobie wyobrażam”. Kwintesencją takiego typu mężczyzn są znakomite postacie z serialu komediowego Dobre miejsce: filozof Chad, potrafiący przez pół godziny zastanawiać się, czy wybrać szarlotkę, czy sernik, oraz Jason, drobny złodziejaszek i tancerz w jednej osobie, który właściwie nie wie, po co przyszedł na ten świat.

Pojawiła się kategoria świeżo dorosłych mężczyzn, między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, którzy w obliczu konieczności zmierzenia się z życiem popadają w stan letargu, regresji do wieku dziecięcego. Dzisiaj w prasie można przeczytać, że trzydziestoletni syn pozywa rodziców o… brak kieszonkowego.

Wejście w związek z Mężczyzną Bez Winy i Wstydu staje się udziałem kobiet, które z jakiegoś powodu nie weszły w stałe związki przed trzydziestką i teraz zorientowały się, że jednak tego pragną, że za bardzo dokucza im samotność.

No i tyka zegar biologiczny. Mieć dziecko z Mężczyzną Bez Winy i Wstydu czy nie mieć? Odpowiedź „mieć” jest częstsza, także z takich powodów, że mężczyzna nie ucieka. Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu zniknąłby, jak robiły to tysiące mężczyzn, kiedy sytuacja ich przerosła. Komunikat mężczyzny sprzed dziesięcioleci był jasny: „seks – tak, dziecko – nie”, „nie tak się umawialiśmy”, „nie jestem gotowy”. Tamci panowie (właściwie można powiedzieć, że ojcowie Mężczyzn Bez Winy i Wstydu) na myśl o zamieszkaniu z kobietą dostawali gęsiej skórki – był to dla nich Rubikon nie do przekroczenia. Wieść o ciąży powodowała, że… wychodzili po papierosy i nie wracali. Kobiety wzdychały: „On nie był na to gotowy” i same wychowywały dzieci. Związki rozpadały się wówczas naturalnie. Kobiety nie miały złudzeń.

Dzisiejszy mężczyzna działa inaczej: zostaje. Nie boi się życiowych perypetii takich jak bycie ojcem. Pod warunkiem że wszyscy mieszkają w jej mieszkaniu. Na wieść o ciąży cieszy się jak na amerykańskich filmach i kupuje malutkie buciki. Gorzej się dzieje, kiedy pada pytanie: „Mógłbyś się nimi zająć, bo muszę iść do pracy?”.

Jest też inne malutkie „ale”. Kiedy kobieta pyta: „Kochanie, jak będziemy się dzielić wydatkami?”.

Wtedy stopień jej fajności natychmiast spadnie. On ciut przyszarzeje, bo zachwieje się jego status quo, ona – straci w jego oczach. Ale także w swoich, bo przecież nieprzyzwoicie jest pytać o pieniądze. W ogóle pytania o finanse w związkach z Mężczyzną Bez Winy i Wstydu zawsze padają nie w porę. On wciąż jest w trakcie szukania pracy swoich marzeń albo pochłania go projekt, który w przyszłości przyniesie wielkie pieniądze. Z różnych przyczyn wciąż ma problemy finansowe. Albo zadał się z nieodpowiedzialnymi ludźmi, którzy go oszukali, albo chodzą za nim i twierdzą, że jest im winny pieniądze. Chciał dobrze, ale nie wyszło. Nie ma pieniędzy, lecz wie, że ona – ta wspaniała kobieta, którą sobie wybrał – na pewno mu pożyczy. Często, jeżeli wprowadza się do kobiety, ona od razu zakłada: „On nie musi się dokładać do czynszu”. Bo ona przecież ma pieniądze, zarabia, jest kobietą samowystarczalną, niezależną. On jest zadowolony, ona też. Jej wytrzymałość kiedyś się jednak kończy, bo okazuje się, że brak oczekiwań wobec niego nie jest wyjściem. Ona chce, żeby on był obecny, zainteresował się, podjął wysiłek, lecz wtedy usłyszy: „Tylko bądź cierpliwa i daj mi szansę”.

Oczywiście, że da mu szansę, przecież jest dobra, tolerancyjna, nie ma w niej małostkowości. Jest Kobietą Hojną.

W badaniach, o których mówiliśmy wcześniej, nazywana Dziarską Dziewuchą albo Ogarniaczką Rzeczywistości. To czterdzieści procent kobiecej populacji.

Kobiety zbyt hojne – to one najczęściej wchodzą w związki z Mężczyznami Bez Winy i Wstydu. Pojawiają się w gabinetach terapeutów i są wściekłe. Oczywiście na siebie, nie na niego. Lekarki, prawniczki, menedżerki. Osoby racjonalne, niezależne, na poziomie, które – dopóki nie wejdą w emocjonalny związek z takim mężczyzną – doskonale sobie radzą. Gdy są w związku, przestają racjonalnie myśleć i bardzo długo nie zdają sobie sprawy, że wywalczone sto lat temu przez feministki prawo kobiet do pracy i własnych pieniędzy w takich związkach przestaje służyć równouprawnieniu. Zamiast być jej siłą, staje się okazją do wykorzystania jej zasobów. Kobiety, które trafiają na psychoterapię, często doprowadzają to prawo do skrajności. Myślą: „Muszę polegać tylko na sobie, liczenie na mężczyznę to słabość”. I bardzo skrupulatnie same siebie z tego rozliczają. Ich sposobem na utrzymanie mężczyzny przy sobie jest zapewnienie mu maksymalnego komfortu.

W skrócie polega to na tym, że mężczyzna nie musi być ani dorosły, ani odpowiedzialny za cokolwiek.

Z badań GUS-u wynika, że jedna piąta kobiet w Polsce utrzymuje swoich partnerów. Oczywiście nie wszystkie są niezadowolone z takiego kształtu związku. Znamy pary doskonale funkcjonujące w podobnym układzie. Nie jest to niemożliwe, ale jednak rzadkie. Częściej wygląda to tak, że kobieta stara się czerpać satysfakcję tylko i wyłącznie z tego, że mężczyzna w ogóle jest i że jej pragnie, stara się więc na wszelkie sposoby ułatwiać mu życie. Stwarza wokół partnera atmosferę wymagającą od niego jak najmniejszego wysiłku. Inwestuje w mężczyznę, nie mając żadnych oczekiwań. Jeśli ta sytuacja jej się nie spodoba, mężczyzna odchodzi – do innej, która podzieli się z nim zasobami („tego kwiata pół świata”). Tak było zawsze, a jednak teraz, gdy pozycja kobiet jest coraz silniejsza, na rynku, dawniej zwanym matrymonialnym, taka postawa przeżywa renesans.

Można by zadać sobie pytanie: czy twór nazwany Mężczyzną Bez Winy i Wstydu to klęska feminizmu?

Jeszcze za wcześnie, by tak stwierdzić. Feminizm to najlepsze, co się kobietom przydarzyło, jednak na obecnym etapie emancypacji kobiet trzeba od nowa przyjrzeć się pojęciom niezależności i partnerstwa. Jesteśmy sobie potrzebni. Na szczęście prawdziwy mężczyzna czy prawdziwa kobieta to raczej nie gotowy produkt, który gdzieś tam czeka na odnalezienie, lecz ktoś w trakcie ciągłego stawania się w kontakcie z drugą płcią. Powiedzmy sobie szczerze: bezwarunkowe finansowanie partnera nie sprzyja procesowi wspólnego tworzenia się nawzajem. „Nie musi być nie wiadomo kim, ale chcę widzieć, że się stara” – mówią kobiety, które przejrzały na oczy.

 

Jako społeczeństwo wciąż dajemy się uwodzić współczesnym easy riderom. Niedawno triumfy na demonstracjach jednego z ruchów społecznych święcił właśnie ktoś taki: zadłużony właściciel szybkiego motocykla. Uwieść to co innego niż utrzymać rodzinę. Taki mężczyzna koncentruje się na przyjemnościach, jakich może dostarczać mu kobieta, której pierwowzorem jest jego matka. Gdy ich nie dostaje, zaczyna czuć się bezwartościowy, traci sens istnienia. Właściwie większość kobiet poddaje się wrażeniu, jakie robi na nich Mężczyzna Bez Winy i Wstydu vel fajny facet. Pytanie tylko, czy za tym wrażeniem iść. Jeśli w jej życiu, gdy była dziewczynką, nie pojawił się jakiś odpowiedzialny mężczyzna, to w głowie kobiety w ogóle nawet nie zamajaczy przypuszczenie, że ktoś taki może istnieć. Takie związki często kończą się bardzo dramatycznie: kobiety doprowadzone na skraj wytrzymałości nerwowej wyrzucają rzeczy facetów przez okno.

Gdzie spotykamy takich mężczyzn?

Wszędzie, ale przede wszystkim w sieci. Tinder jest pełen „fajnych facetów”. Aplikacje internetowe skrzą się od błyskotliwych opisów, jaka powinna być kobieta, aby zasłużyć na spotkanie z fajnym facetem.

Dzisiaj kobiety i mężczyźni coraz częściej mylą miłość z pożądaniem. Kiedyś najpierw szło się na lody, dzisiaj od razu idzie się „na loda”. Pożądanie i podniecenie jest wysoko cenione, uderza do głowy. Serwisy ułatwiają szybkie przejście od pierwszego „cześć” wprost do łóżka, co pozwala przeskoczyć chociażby obawę przed odrzuceniem. Gorzej, że nie ma wtedy czasu na sprawdzenie, czy naprawdę jestem dla kogoś ważny/ważna. A od tego należałoby zacząć, niezależnie od motyli w brzuchu.

Ktoś może nam zarzucić: gloryfikujecie konserwatyzm i patriarchat jako najwłaściwsze konstrukty społeczne.

My tylko twierdzimy, że liberalizm podarował nam wolność, w tym także wolność od odpowiedzialności. Co proponujemy w zamian? Zdrowy rozsądek, słuchanie siebie i szukanie odpowiedzi na pytanie: „Czy to, co on robi, jak się zachowuje, jest dla mnie podniecające?”, które po latach bycia w związku okazuje się pytaniem kluczowym.

Na koniec liczby: siedemdziesiąt sześć procent kobiet w Polsce uważa, że podział na role płciowe jest sztuczny, jednak dziewięćdziesiąt jeden procent musi w pocie czoła negocjować partnerstwo w związkach. Znikoma liczba ojców decyduje się na wzięcie urlopu tacierzyńskiego, a milion dzieci nie dostaje alimentów, pieniędzy, które im się przecież należą. To dane wymagające zastanowienia.

Dziękujemy kobietom, które zdecydowały się opowiedzieć swoje historie. Tę książkę dedykujemy konserwatystom i liberałom, Kobietom Hojnym i Mężczyznom Bez Winy i Wstydu.

1Wojciech Eichelberger, Krótko mówiąc, Jacek Santorski & Co., Warszawa 2003.