Lew-Starowicz o miłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział I. Różne odcienie miłości

Co to jest miłość / ewolucja uczucia / mylenie miłości z pożądaniem / wyidealizowany obraz partnera / kiedy erotyka staje się najważniejsza / nieszczęśliwie zakochani – nie ma dla nich ratunku / niebezpieczeństwo dominacji w związku / nie bójmy się cierpienia w miłości

Rozdział II. Zakochani

Problemy z nieśmiałością / na której randce iść do łóżka / co to znaczy: zakochać się od pierwszego wejrzenia / miłość wykalkulowana / kiedy jeszcze można zrezygnować / fałszywe oczarowania / stara miłość nie rdzewieje – prawda czy fałsz / nie czekaj na telefon, zadzwoń pierwsza…

Rozdział III. Miłosne mity

Lepiej nie wiedzieć o sobie wszystkiego / czy można umrzeć z miłości? / pułapki platońskiego mitu o spotkaniu dwóch połówek / ile może być wolności w miłości / przyjaźń kobiety i mężczyzny – czy to możliwe / co to znaczy dbać o związek / zdrada, czyli owoc zakazany

Rozdział IV. Miłość w czasach popkultury

Święty Paweł dobry na kryzys w związku / religia a miłość / jak radzić sobie z zazdrością / uwaga na wakacyjne romanse / niebezpieczeństwo związków wielokulturowych / czy Internet faktycznie pomaga ludziom samotnym / jak często mówić: kocham cię

Rozdział V. Miłość, rozum, płeć

Jak kochają kobiety, a jak mężczyźni / czy miłość może być usprawiedliwieniem w każdej sytuacji / poligamia – czy to tylko męska specjalność? / fantazje erotyczne kobiet i mężczyzn / wstyd niebezpieczeństwem dla dobrego związku / zmiana erotycznego języka

Rozdział VI. Kiedy miłość się kończy

Sygnały końca miłości / niedojrzałość uczuć / powody wypalenia w związku / syndrom Penelopy / nie rezygnować z seksu! / nuda jako największy wróg miłości / kiedy to tylko kryzys, a kiedy faktyczny koniec / kiedy odejść, a kiedy przeczekać zły okres

Rozdział VII. Miłość macierzyńska i ojcowska

Toksyczna miłość matek / zespół modliszki, czyli mężczyzna wyrzucony z serca i łóżka / instynkt macierzyński a zdrowy rozsądek / duma ojca z narodzin delfina / dziecko kumpel – marzenie ojca / jak rozmawiać z dzieckiem o seksie / maminsynek – jak ustrzec się wyhodowania potwora

Skrzydełko

Okładka

Zbigniew LEW-STAROWICZ

O miłości


Rozmawia

Krystyna Romanowska

Warszawa 2012

Copyright © Zbigniew Lew-Starowicz, Krystyna Romanowska,

Czerwone i Czarne

Projekt graficzny

FRYCZ I WICHA

Korekta:

Małgorzata Ablewska, Katarzyna Kaźmierska

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne sp. z o.o.

Rynek Starego Miasta 5/7 m.5

00-272 Warszawa

Druk i oprawa

Toruńskie Zakłady Graficzne

„Zapolex” Sp. z o. o.

ul. gen. Sowińskiego 2/4

87-100 Toruń

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk sp. z o.o.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-057-1

Warszawa 2012

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział I.

Różne odcienie miłości


Rozdział I.

Co to jest miłość / ewolucja uczucia / mylenie miłości z pożądaniem / wyidealizowany obraz partnera / kiedy erotyka staje się najważniejsza / nieszczęśliwie zakochani – nie ma dla nich ratunku / niebezpieczeństwo dominacji w związku / nie bójmy się cierpienia w miłości

Panie profesorze, czy pan wie na sto procent, co to właściwie jest miłość?

Nikt tego, jak to pani sformułowała, na sto procent nie wie. Bo też miłość jest wieloznaczna i sprytnie umyka wszelkim definicjom i określeniom. Może być to „miłość od pierwszego wejrzenia”, „miłość romantyczna”, ale na miłość także składają się przecież pożądanie, zauroczenie, zafascynowanie, przyjaźń, poświęcenie, namiętność, wzajemne dobro.

Są jakieś wspólne cechy, które tę wieloznaczność miłości w jakiś sposób porządkują?

Naukowcy podkreślają, że elementami, które są uniwersalne w przypadku, kiedy mówimy o miłości, są: integralność rozumiana jako podobieństwo do drugiej osoby, świadomość udziału w wartościach partnera, potrzeba dawania, dwubiegunowość, czyli bycia raz szczęśliwym, a innym razem nieszczęśliwym. Oraz przekonanie, że miłość podlega ewolucji: zmienia się w miarę upływu czasu, rozwoju osobowości, wymaga ciągłego dialogu, współpracy i poświęcenia.

Pan ma własne typologie miłości, które stoją w opozycji do typologii innych badaczy. Na jakich podstawach pan typował uczucie?

Obserwowałem po prostu, co miłość robi z ludzi.

Co robi?

Miłość piorunująca zmienia. Najczęściej wszystko. Jest gwałtowna i zdarza się ludziom z rozbudzonymi marzeniami, z obrazem idealnego partnera. Wówczas ktoś taki może spotkać na swojej drodze kogoś, kto jest spełnieniem tych marzeń. Albo i go nie spotkać – wtedy taka osoba będzie daremnie oczekiwała na spełnienie swoich marzeń. Taka piorunująca miłość przydarzyła się, jak pamiętamy, Michaelowi Corleone w „Ojcu chrzestnym”, któremu wydawało się, że „ciało wyrwało się z niego” i „krew pulsuje mu w czubkach palców”.

„Coup de foudre” – tak określają ją Francuzi. Ona zawsze wiąże się z mocną erotyczną fascynacją, chociaż patrząc na rosyjski film „Admirał” i miłość Aleksandra Kołczaka do Anny Timiriewy, widzimy, że ta seksualna fascynacja jest na dalszym planie, a na pierwszy wysuwa się porozumienie dusz.

W przypadku jednak erotycznej fascynacji może być ona tak silna, że jest w stanie zmienić koloryt całego życia, widzenia świata. Ten stan trwa dosyć długo i potocznie mówi się, że „miłość przesłoniła świat”. Wtedy to nie wychodzi się z łóżka, rzeczywistość wokół płynie jakby w zwolnionym tempie, a najważniejsza jest właśnie ta druga strona.

Ale to dopiero początek, dopiero się zaczyna.

Właśnie. To początek pewnej drogi, której losy mogą się potoczyć różnie. U jednych może rozwinąć się głębsza więź, czyli powstaje wspólnota psychiczna, u innych – nadal najważniejszy jest wymiar erotyczny, pomimo że wszystko inne może dzielić.

Seks jest bardziej więziotwórczy w piorunującej miłości niż rozmowa o literaturze i muzyce?

Seks bardzo długo może przedłużać nawet najbardziej nieudany pod innymi względami związek. Ba, bywa, że trwa on całe życie. Znałem pary, które przez wiele lat tkwiły połączone dobrym seksem, niczym więcej. I na przykład potem znajdowały partnera/partnerkę, z którymi połączyło ich bardziej porozumienie dusz niż ciał. Jeżeli zdarzało się to w jesieni życia, często takie pary były szczęśliwe jeszcze przez kilka lat. Ale zdarza się tak, że piorunująca miłość umiera śmiercią naturalną, kiedy wypala się fascynacja seksualna. Mamy na to wiele przykładów, obserwując życie celebrytów, osób z pierwszych stron gazet. Ledwo zdążą się podzielić ze swoimi czytelnikami, jak bardzo są szczęśliwi i że będą ze sobą do końca życia, a już ogłaszają separację, rozwód. I mógłbym powiedzieć, że to dobrze, gorzej, kiedy zostają ze sobą wbrew wszystkiemu. Wówczas taki związek, podtrzymywany jedynie seksem, w niektórych przypadkach zbliża się do relacji sadomasochistycznych, tak przynajmniej charakteryzują je psychoanalitycy. U podstaw miłości piorunującej leży egocentryzm, skupienie się na własnych uczuciach (stąd te silne emocje, które opanowują osobę zakochaną), pożądaniu. Kochający jak piorun dąży do posiadania tej drugiej osoby, zawładnięcia nią, stania się jej władcą. „Ja” osoby zakochanej jest tak długo niespokojne, jak długo nie spełni się jej potrzeba seksualnego bycia razem. Ten płomień miłości może być destruktywny, jeżeli włada nami erotyzm i poddajemy się jego działaniu bez liczenia się z konsekwencjami, albo pozytywny, jeżeli jest startem do prawdziwej miłości, wzbogacającej oboje partnerów.

Jest też miłość, którą nazywa pan w swojej typologii „szaleńczą”. Rozumiem, że chodzi panu o straceńców, którzy wiążą się ze sobą bez względu na to, co powie o nich otoczenie.

 

Bo o ile nie dziwią nas związki pomiędzy partnerami w dość podobnym wieku, o zbliżonym temperamencie, statusie materialnym, potrzebach uczuciowych, wykształceniu, gorzej jest z zaakceptowaniem ich w nietypowych konfiguracjach. Zresztą: co to znaczy „nietypowa”? W sferze seksualnej normalność jest trudniejsza do określenia niż w jakiejkolwiek innej dziedzinie ludzkiego życia. Dla jednych normalność to życie z żoną i dwiema kochankami, dla innych – swingowanie, jeszcze dla innych – seks tylko z jednym partnerem. Ale właśnie takie związki między partnerami o dużej różnicy wykształcenia, kultury, stylu bycia, pozycji, rozwijające się nagle, w sposób nieoczekiwany, niepasujący do danej osoby, pozostające w sprzeczności z jej dotychczasowym postępowaniem. Znałem parę: on był wykształconym profesorem na wyższej uczelni, ona – kobietą prawie z marginesu społecznego, o bardzo swobodnym stylu życia.

Czyste szaleństwo.

Właśnie tak. Ale, wbrew pozorom, w tym szaleństwie jest metoda. Zwykle szaleńcza miłość burzy dotychczasowe, zdawałoby się, przykładne i pozornie dobre życie małżeńskie. Kiedy partner lub partnerka doświadczają szaleńczej miłości do kogoś, zwykle tłumaczy się to w sposób najprostszy: „Oszalał/oszalała”, „Coś mu/jej odbiło”. Zwykle współpartner lub współpartnerka tłumaczy fakt zaistnienia zdrady brakiem poczytalności drugiej strony opanowanej seksualnym szałem. Wyjaśnienia nagłego szaleństwa szuka się także nawet w potencjalnej chorobie psychicznej osoby, która zdradza, lub w perfidnym wręcz uwiedzeniu.

Prawda tkwi zupełnie gdzie indziej? Skąd nagle ten niewytłumaczalny miłosny szał?

Jego przyczyny mogą być najróżniejsze: najczęściej jest to niezaspokojona potrzeba seksualna – i to zarówno ze strony kobiety, jak i mężczyzny – bardziej porywającego, a przede wszystkim afirmującego cielesność, spontanicznego współżycia. Takie oczekiwanie może być zrealizowane właśnie w nietypowym związku, w którym jeden z partnerów nie ma większych zahamowań, jeżeli chodzi o seksualność i sprawy ciała. Ludzie, którzy przechodzą z jednej skrajności seksualnej w drugą, zazwyczaj w swoim stałym związku uprawiają seks w sposób dosyć poważny, jest on celebrowanym rytuałem, brakuje w nim wdzięku, lekkości, swobody, bezpośredniości, pieszczoty są wymuszone, a cielesność drugiej osoby nie budzi żadnej satysfakcji. Pieszczoty są sztuczne, bardziej wyrażają przywiązanie, coś w rodzaju „przynależności”, a nie autentyczny podziw, poryw, pożądanie. Drugą przyczyną wejścia w taki szaleńczy związek jest potrzeba... orgii.

Aż tak?

Tak, potrzeby orgiastyczne spotykam u wielu moich pacjentów, którzy przychodzą do mnie z problemem: „Moje życie seksualne mi nie wystarcza i nie chodzi o częstość stosunków ani o jakość, bo jest w porządku. Chodzi o to, że pragnę czegoś więcej”. Pewną ich namiastką jest zainteresowanie seksem grupowym, pornografią, fantazjowanie (do którego zresztą wiele osób się nie przyznaje z obawy przed utratą twarzy). Taki związek może być namiastką zrealizowania takiej orgiastycznej potrzeby. Te potrzeby „mocnego seksu” wynikają – najczęściej – z doświadczeń wyniesionych z dzieciństwa, kiedy sfera seksualna poddawana była rygorom, ograniczeniom.

Jednak ci, którzy przyglądają się takim szaleńczym związkom, kwitują je po prostu: „Zmanipulowała go” albo „Dała się mu omamić”.

Tak też bywa: druga strona dostarcza tak wyrafinowanych pieszczot seksualnych, które odsłaniają i pokazują kompletnie inny wymiar seksu, że wzbudzone pożądanie seksualne burzy wszystko: małżeństwo, normy, zasady, spokój.

Jakie są losy tych miłości szaleńczych? Żyją długo i szczęśliwie?

Praktyka i śledzenie dalszych losów tych związków potwierdza niezmienną prawdę na temat prawdziwej natury naszej seksualności: bez połączenia miłości ze wspólnotą postaw i wartości spala się ona sama w sobie, nie jest w stanie istnieć bez tzw. uczuć wyższych. Czyli takie związki są na ogół nietrwałe, po pewnym czasie mija w nich stan oszołomienia, fascynacji typowo seksualnej. Partner nagle uświadamia sobie, że zostaje sam z pustką po tym, o czym myślał, że jest miłością. Gorzej, jeżeli nie ma do kogo i do czego wracać.

No właśnie, czasami ktoś mówi: „Zakochałem/zakochałam się po uszy. To miłość mojego życia”. A tak naprawdę po prostu pożąda tej drugiej strony. Jak nie pomylić miłości z pożądaniem?

Mylenie miłości z pożądaniem to jest jeden z najczęstszych błędów w początkowej fazie związku. Pożądanie to jest głównie sprawa zmysłów, ciała. Składają się na nią wielka potrzeba intymności, podniecenia, atrakcyjny seks. Mówi się wtedy: „Przez tydzień nie wychodzili z łóżka”. Spotykamy właśnie tę osobę i wszystko się zmienia. Jest bardzo intensywny pociąg seksualny, mocne zainteresowanie tą osobą. Pojawia się przekonanie: „Tak to on/ona i nikt inny”. I od razu pojawia się presja na intymność, ogromna potrzeba bycia razem, blisko. Właściwie to w tej osobie podoba nam się... wszystko. No i zaczyna się. Wchodzimy w związek. Jeśli to ma odpowiednio szybki bieg, błyskawicznie pojawiają się dzieci. A dopiero później trzeźwiejmy i okazuje się: „To była pomyłka”. I tutaj mam dwie wiadomości: dobrą i złą, jeśli chodzi o scenariusz przyszłości. Naturze chodzi przede wszystkim o prokreację, więc popycha obie osoby w swoim kierunku. Najprawdopodobniej mają odpowiednie układy biologiczne, które stwarzają predyspozycje na raczej zdrowe potomstwo. No i zwyczajnie jest to pewna wypadkowa biologicznych uwarunkowań. To można uznać za rzecz pozytywną, no bo w końcu natura zmusza nas do robienia przyjemnych rzeczy i jakoś zbyt mocno się przed tym nie bronimy.

A ta zła wiadomość?

Zła wiadomość jest taka, że to atawistyczne uczucie zbyt często jest utożsamiane z miłością. Ale także dużo więcej: wierzy się, że właśnie to silne pożądanie będzie trwało wiecznie. A później jest wielkie, bolesne rozczarowanie. I z reguły jest tak, że kiedy przychodzi do mnie para i pytam ich, czy zaczęliby jeszcze raz od początku, kiwają przecząco głowami. Mają zakodowany w głowie mit o wiecznym pożądaniu jako integralnej części związku. I kiedy się kończy, uważają, że kończy się miłość. A może wtedy należy zapytać, czy ta miłość w ogóle była, czy nie było li tylko pożądania. Bardzo często słyszę w gabinecie: „Gdyby nie ten seks na początku, to w ogóle do tego związku by nie doszło. Jesteśmy całkowicie innymi ludźmi. Właściwie wszystko nas różni”. Na szczęście młodzi ludzie teraz sobie pomieszkują przed zawarciem trwałego związku. Już nie ma parcia na ślub, rozsądnie podchodzi się do planowania potomstwa. I jeśli dochodzi do zaniku płomienia namiętności i okazuje się, że to jednak nie jest to, szybko się rozchodzą. Takie związki oparte na szybkiej, gwałtownej namiętności, pożądaniu rozpadają się często. I ludzie wciąż czekają na miłość. Ale może się zdarzyć i tak, że pożądanie łączy się później z przyjaźnią i doskonałym porozumieniem. Od pożądania do miłości może być piękna droga.

Miłość równa się cierpienie czy miłość równa się przyjemność?

Ani to, ani to. Żyjemy w dziwnej kulturowej dysocjacji w traktowaniu miłości. Z jednej strony wymagamy od miłości, żeby nas uwznioślała i dostarczała nam samych przyjemności, zarówno w sferze psychologicznej, jak i fizycznej. Ma być źródłem szczęścia, radości, uczuciem wiecznym, trwałym, bogatym we wspaniałe doznania. Z drugiej strony wiemy, że miłość niesie wiele konfliktów, cierpień, kryzysów, nieporozumień, często na tle charakterologicznym, seksualnym. I zbyt często traktuje się to jako koniec miłości.

A końcem nie jest?

Czasem konflikt może być wyrazem miłości na wyższym poziomie, stanowić sygnał dla zakochanych, że stanęli w obliczu nowych zadań, wyzwań.

Jeżeli dokładnie przyjrzeć się człowieczemu losowi, to właściwie od dziecka jesteśmy konfrontowani z dwubiegunowością miłości. Maluchy często cierpią przez rodziców (nawet jeżeli ci wyrządzają im krzywdę nienaumyślnie) i na odwrót. Także najbardziej zakochane pary przeżywają dramaty.

Fenomen ludzkich uczuć wyraźnie podkreśla ich dwubiegunowy charakter. Nie potrafimy jednak płynnie i ze zrozumieniem balansować między tymi dwiema skrajnościami. Wiele osób w momentach szczytowego szczęścia odczuwa niepokój, że to wszystko może się skończyć, że partner zmieni się na gorsze.

Skąd w nas ta ambiwalencja i szukanie dziury w całym?

Miłość to nie tylko uczucie, to coś głębszego: stan, określona postawa wobec drugiej osoby, której przecież towarzyszą sytuacje konfliktowe. W psychoanalizie, cokolwiek byśmy o niej myśleli, istnieją pojęcia Eros i Thanatos – dwóch biegunów życia psychicznego. Biegun szczęścia i biegun cierpienia towarzyszą miłości macierzyńskiej, seksualnej, partnerskiej, ojcowskiej. W psychoterapii małżeńskiej dostrzeżenie tego faktu bywa nieraz szokujące. Ostrzegam przed patrzeniem na miłość przez różowe okulary. Dostrzeganie w niej tylko pozytywnego bieguna stanowi zagrożenie dla niej samej. Rodzi to bowiem konkretne oczekiwania i nastawienia, że „ma być fajnie”. Każde negatywne przeżycie jest utożsamiane z brakiem lub zanikiem miłości.

On lub ona siada w kącie i zamyśla się na dwie godziny, a druga strona już myśli: „Nie kocha mnie” albo „Czuję się tak samotnie, chociaż jestem w związku”.

Dotknęła pani ważnego problemu, jakim jest poczucie osamotnienia w miłości. „Jesteśmy dobrym związkiem, kochamy się, ale mimo to czuję się osamotniona” – słyszę często w swoim gabinecie. Ludzie uważają, że będąc z kimś związanym, nie mają prawa odczuwać samotności. A nawet największej miłości może towarzyszyć uczucie osamotnienia. I nie ma w tym nic złego ani nienormalnego czy dyskredytującego jakość uczucia między tymi ludźmi. To poczucie zależy bowiem od indywidualności danego człowieka, bogactwa jego osobowości. Może być kolejnym etapem w rozwoju psychicznym danej osoby. Często więc poczucie osamotnienia jest mylnie interpretowane jako konsekwencja bycia w „nieudanym” związku, podczas gdy mamy do czynienia po prostu z ewolucją osobowości. Czasami więc, kiedy współpartner/współpartnerka słyszy wypowiadane w jego obecności zdanie: „Czuję się osamotniony(a)”, może przeżyć szok i pytać siebie, z czego ono może wynikać. Powtarzam więc – nie musi to mieć żadnego związku z wygaszaniem czy brakiem uczuć do drugiej osoby. Bo miłość to umiejętność pogodzenia JA z MY. A związek dwojga osób nigdy nie jest w stanie pozbawić ich cech indywidualnych, tylko im właściwych.

Miłość nie jest stanem nirwany lub ekstazy, tak nierozłącznego stopienia dwojga osób, że ich indywidualności są wyeliminowane. Miłość to raczej federacja o sporym zakresie autonomii dla każdej z osobowości. W miłości nie można zniknąć, unicestwić się, lecz należy wzrastać, a samotność jest szansą tego samorozwoju. Dzięki niej można budować świat własnych myśli i wrażeń, zdolność do konfrontacji, refleksji. Samotność powinna uświadomić własną niepowtarzalność, jedyność, odmienność, ale jednocześnie wzbudzić pragnienie otwarcia się, wyjścia ku drugiej, równie niepowtarzalnej osobie.

Proszę zobaczyć, jak nie potrafimy wejść w siebie. Żyjemy w kręgu stale zmieniających się bodźców: radia, telewizji, czytania, gadania, ruchu. Wystarczy prześledzić zachowanie ludzi w pociągu, w samolocie. Unikają jak ognia pozostania sami ze swym umysłem. Jest to pewna cecha społeczeństw żyjących w kręgu kultury Zachodu. W samolotach linii międzynarodowych często można zauważyć, że stewardesy przynoszą ilustrowane magazyny czy prospekty Europejczykom i Amerykanom, podczas gdy Hindusi czy Japończycy siedzą zatopieni we własnych myślach.

Dlaczego odrzucamy tę mniej spektakularną, mniej szczęśliwą stronę miłości?

Moim zdaniem ogromną rolę odgrywa tu wychowanie. Wychowujemy się w tendencji do unikania cierpień, ofiarności, poświęcenia na rzecz sukcesów, osiągnięć i przyjemności. Według mnie to ogromnie niekorzystnie wpływa na naszą zdolność do miłości. Jesteśmy z góry nastawieni na przedłużanie przyjemności, na bezustanne jej otrzymywanie. W wielu związkach słyszy się np. o tym, co druga osoba powinna nam dać. Jest to cała lista oczekiwań – brakuje natomiast istotnej deklaracji: co ja, jako druga strona związku, mogę od siebie ofiarować. Stąd także bierze się bezradność w sytuacjach konfliktowych, bo – skoro miało być tak pięknie – nie jest się przygotowanym na to, że wcale tak świetnie się nie układa. Jedną z często stosowanych taktyk jest także unikanie, omijanie sytuacji konfliktowych lub ich bagatelizowanie. Tymczasem powinno się je wspólnie omówić i poszukać strategii ich przezwyciężenia.

Jedna z koronnych zasad jest taka: „Nie pielęgnuj w sobie gniewu do partnera. Najlepiej jak najszybciej go rozładuj”.

Oczywiście, zgadzam się. Gniew nie powinien się przedłużać, bo ma bardzo destrukcyjny wpływ na stan zdrowia. Jeśli jesteśmy zagniewani i wrogo nastawieni do partnera, to zła chemia w naszym organizmie działa na naszą niekorzyść. Wydzielają się hormony stresu i ciało nasyca się gniewem. Z punktu widzenia fizjologii to bardzo niedobry stan. Bo jeżeli w gniewie zasypiasz, raczej nie wypoczniesz. Gniew rozstroi twój organizm. Dlatego wszystkim parom radzę: zasypiajcie wtedy, kiedy rozładujecie swoje negatywne emocje. I to nawet nie ze względu na partnera: pomyślcie o sobie, o swoim zdrowiu. Najzupełniej egoistycznie.

 

No dobrze, ale jak to zrobić?

Ważne jest, żeby – bez względu na to, co się dzieje między partnerami – mieć głębokie przeświadczenie o tym, że nasz partner/partnerka ma owszem wady, ale też zalety. Zawsze powtarzam, skoncentruj się teraz na jego/jej zaletach. Dlatego wielu parom będącym na terapii par robię inwentarz cech, czyli proszę o wyliczenie: jakie partner/partnerka ma wady i zalety. W momencie kryzysowym radzę: „W tej chwili widzisz swojego męża/żonę przez pryzmat negatywnych cech. Popatrz z perspektywy zalet. Może jest wybuchowy, ale za to świetnie sprząta. Zarabia mniej niż ty? Ale świetnie opiekuje się dziećmi”. To jest sprawa tylko pewnego treningu, wyrobienia. Możemy oczywiście roztrząsać w nieskończoność, jaki jest podły, odtwarzać tylko tę negatywną cechę i rozważać wszystko z przeszłości, co potwierdza nasze oskarżenie, ale to do niczego nie prowadzi. Dlatego warto wrócić do zalet, żeby się zdystansować. Może i jest egoistyczny, częściej myśli o sobie, ale...

…ale za to robi świetną kawę…

No chociażby. I bardzo kocha dzieci, i ludzie go szanują za poczucie humoru. Przestrzegam także przed myśleniem typu: „mój partner się nie zmienia”, „znam go/ją od podszewki”, „niczym mnie nie zaskoczy”. Żadne z nas nie jest osobą niezmienną, stałą w swoich zachowaniach.

Jest także miłość nieodwzajemniona. Ma pan kilka słów pocieszenia dla tych, którzy jej doświadczają?

Niewiele. Co tu kryć: to ogromny dramat niespełnionych pragnień i potrzeb. Wiąże się z poczuciem bezsilności, osoby przychodzące do mnie na terapię z tym problemem mówią o poczuciu: „Jakbym bił w mur nie do skruszenia”. To najgorszy rodzaj miłości – brak w niej wspomnień, a teraźniejszość jest pełna bólu, cierpienia i zwątpienia w sens życia. Co innego miłość, która trwa, nawet jeżeli jest trudna z różnych względów, której towarzyszą konflikty, rozczarowania, zaburzenia seksualne – ludzie w takim związku mają przynajmniej nadzieję na poprawę i mają dobrą przeszłość, do której mogą się odwołać, a pomyślna przyszłość jest potencjalnie osiągalna. Co gorsza, ludzie będący w związkach dających im satysfakcję (mniejszą lub większą), niestety, nie rozumieją miłości nieodwzajemnionej. Zwykle osoba, która właśnie ją przeżywa, może usłyszeć od nich następujące złote rady: „czas leczy rany”, „tego kwiatu jest pół światu”, „znajdziesz sobie kogoś lepszego”.

Nie ma zrozumienia dla nieszczęśliwie zakochanych?

Nieszczęśliwie zakochanego zrozumie tylko drugi nieszczęśliwie zakochany. Ludzie z zewnątrz, jak często powtarzają moi pacjenci, zaczynają traktować zakochanych bez wzajemności jak masochistów albo wręcz chorych psychicznie. Zwykle mówią: „Co ty w niej/nim widzisz? Przecież nie ma w nim nic niezwykłego”, „Rozejrzyj się: wokół jest tyle innych ciekawych ludzi”. Efekt? Zakochany bez wzajemności czuje się kompletnie wyobcowany i nierozumiany, musi sam zmierzyć się ze swoim losem.

Tym bardziej że miłość nieodwzajemniona jest dzisiaj bardzo démodé. Wszyscy bowiem mówią „kocham cię”... Czy kiedyś miał pan więcej pacjentów nieszczęśliwie zakochanych?

Ich liczba wydaje się taka sama, sprawa tylko polega na tym, że są coraz mniej rozumiani przez otoczenie. Zmiany obyczajowe, kult seksu, erotyzmu, rosnące doświadczenia uczuciowe, częste oddzielanie miłości od seksu powodują, że nieszczęśliwie zakochani nikogo nie interesują.

Bohaterowie romantyczni są już passé, bo wszyscy chcą mieć przede wszystkim udany seks?

A proszę dać mi przykład z literatury współczesnej opisujący mękę nieodwzajemnionej miłości?

Więcej jest takich opisujących mękę nieodwzajemnionego seksu...

No właśnie. Mickiewicza od śmierci samobójczej z powodu nieodwzajemnionej miłości uratowali przyjaciele, Krasińskiego – ciotka, ale wielu innych, jak choćby Ludwik Spitznagel, 20-letni przyjaciel Słowackiego, zrealizował swój zamiar. Analiza przyczyn samobójstw wskazuje, że także dzisiaj ta motywacja jest dosyć silna. Pamiętam przypadek młodego chłopaka, który targnął się na życie właśnie z powodu zawiedzionej miłości. Został odratowany. Okazało się, że mocno idealizował dziewczynę, która mu powiedziała: „seks tak, ale po ślubie”. Pomagała mu w budowaniu swojego obrazu kobiety idealnej. A pewnego dnia zastał ją w łóżku z kolegą...

Dlaczego czasami jest tak, że niektóre osoby ciągle zakochują się bez wzajemności?

Próby interpretacji miłości nieodwzajemnionej robiono w psychoanalizie. Freudyści znajdowali w niej nierozwiązane problemy z okresu dzieciństwa. Według nich obiekt nieodwzajemnionej miłości stawał się archetypem matki lub ojca, a relacja nabierała cech kazirodczych. W innych interpretacjach brano pod uwagę to, że wybierany obiekt był najczęściej nieosiągalny poprzez sam fakt wyboru tej, a nie innej osoby – dostrzegano w tym tendencje masochistyczne.

Jak jest pana zdaniem?

Nie ma jednego typu miłości nieodwzajemnionej. U podstaw jej występowania leży najprostszy i najbardziej banalny fakt: nikogo nie można zmusić do miłości. Jeżeli skieruje się swoje uczucia pod zły adres, nie ma co liczyć na wzajemność – fascynacja jest jednostronna. Obiekt miłości jest postrzegany wtedy jako ideał, jako „typ typów”. Osobie zakochanej niełatwo jest pogodzić się z obojętnością wybranego obiektu, co jest niesłychanie trudne, ponieważ miłość nie jest uczuciem, którym można racjonalnie sterować.

Tak jak miłość bardzo niespełniona z piosenki Kazika „Spalam się”: „Ty w mojej klasie uczysz języka angielskiego...”.

Tak, wielu zakochanych bez wzajemności to bardzo młodzi ludzie, we wczesnym okresie dojrzewania, u których nagle rozwijają się gwałtowne fascynacje osobami uznanymi za atrakcyjne, wzbudzające romantyczne uniesienia.

Do tej grupy możemy zaliczyć nastolatki dostające histerii na koncertach Beatlesów i ich wnuczki zakochane w Justinie Bieberze.

Owszem, kochanie się w idolach, ale także w nauczycielach – którzy często kompletnie nie mają o tym pojęcia. Takie uczucia na szczęście bardzo szybko mijają i przenoszą się na inne osoby. Z perspektywy czasu mówi się o nich z sentymentem i uśmiechem, nie pamiętając, jak bardzo są bolesne, kiedy się je przeżywa.

Czasami można także wpaść w pułapkę „jedynie słusznego wzorca miłości”...

To bardzo częste. Przestrzegam przed precyzyjnym opisywaniem swojego ideału. Im dokładniej taki wzorzec zostaje przez nas określony, tym mniejsze mamy szanse na jego znalezienie, bo stawiamy mu wyższą poprzeczkę. I tym samym kurczy się prawdopodobieństwo jego spotkania. Nie mówiąc o tym, jak trudno byłoby zostać partnerem/partnerką tego wyidealizowanego kogoś. Co się jednak dzieje, kiedy ten ideał staje na naszej drodze?

I w dodatku nie odwzajemnia naszych uczuć?

Im dłużej był poszukiwany, tym bardziej dramat braku uczuć z jego strony jest szczególnie bolesny. Tym bardziej że szansa znalezienia drugiej takiej osoby wydaje się znikoma. Wtedy najczęstszym wyborem jest walka o odwzajemnienie uczuć.

...zwana obecnie stalkingiem.

Jeżeli przybiera neurotyczne formy, polega na nieustannym nagabywaniu i śledzeniu, to rzeczywiście można ją odbierać w tej kategorii. Robią to osoby z przerośniętym ego, wielkimi ambicjami, a brak wzajemności może podsycać działania. W rezultacie okazuje się bowiem, że nie chodzi tu o miłość, ale o własny honor, ambicję, o akceptację. W takim przypadku niekiedy samo uzyskanie akceptacji ze strony osoby, o której uczucie się zabiega, oznacza koniec miłości – ambicjonalny cel został bowiem osiągnięty.

Są osoby, o których się mówi, że są stworzone do jednej wielkiej miłości. Czy ta jedna wielka również może być nieodwzajemniona?

Niestety, tak również bywa. Miałem pacjentów, którzy rezygnowali w ogóle z życia rodzinnego, ponieważ nie mogli go stworzyć z tą ukochaną przez siebie osobą. Albo – co gorsze – decydowali się na stworzenie związku tzw. zdroworozsądkowego z jakąś przypadkową osobą i myśleli całe życie o tej jedynej niedoścignionej. Często może to trwać całe życie... Ale miłość nieodwzajemniona może się także realizować w zupełnie nieoczywisty sposób. Jeden z moich pacjentów miał nieudany związek, nie był w stanie realizować w nim swoich marzeń, pragnień. Do tego wszystkiego zdradziła go żona, ale zdecydowali się pozostać nadal małżeństwem. Spotkał jednak kobietę, która także była w związku, i zakochał się...

Zgaduję, że miłością nieodwzajemnioną…

Tak, i w tym ujęciu ta jego miłość była niczym innym jak tylko wyrazem jego podświadomych potrzeb. Kobieta, w której się zakochał, stała się dopełnieniem tego, czego nie mógł otrzymać w związku. I znowu powtórzyłby się scenariusz: gdyby tę miłość odwzajemniła – natychmiast przestałaby być obiektem jego westchnień. A tak mógł obdarzyć ją miłością platoniczną, marzycielską. Nie skończył związku, w którym był, a jego podświadomość wybrała taki obiekt uczuć, który nie mógł spełnić jego pragnień.