Tam, gdzie serce twoje

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 9


Następnego dnia Alfred znowu obudził się o czwartej nad ranem. Co do minuty. Rzucił ze złością poduszką w zegarek z migającymi w ciemności literami. Ale to nie pomogło. Tylko sen uleciał na dobre o tej cholernej godzinie i za nic nie chciał wrócić. Alfred cisnął kołdrę na podłogę i usiadł na łóżku. Głupio było tak samemu leżeć i patrzeć w sufit.

– Należało sobie poszukać lepszej żony, kiedy jeszcze był na to czas! – wymruczał niezadowolony. Gwarancji w tej sprawie życie nie daje, ale nie można było całkowicie wykluczyć, że gdyby się postarał wiele lat temu, miałby teraz obok siebie kogoś bliskiego. I nie chodziło tylko o chorobę, lecz przede wszystkim o to okropne poczucie, że przygoda dla niego się kończy, a przecież nie zdążył na dobre zacząć. Tylu ważnych spraw nawet nie dotknął, nie doświadczył tak wielu uczuć. Okropieństwo.

Po prostu nagle zapragnął mieć kogoś obok. Jakąś bliską istotę. Choćby tylko kota. Ale najlepiej jednak człowieka.

Wszedł do kuchni i zaparzył sobie miętową herbatkę. Usiadł na kanapie w salonie, po czym zapatrzył się w ulubiony widok za oknem. Morze ledwo się rysowało w ciemności, ale słyszał jego delikatny szum. Może będzie sztorm? Kiedyś to by było prawdziwe wydarzenie. Niektórzy szczycili się, że potrafią wyczuć burzę w kościach szybciej niż najnowocześniejsze aparaty pomiarowe. Taka informacja była cenna.

Ale teraz już go to nie obchodziło. Od lat nie chodził na plażę zbierać bursztynów. Nie zrywał się w nocy, nie wsiadał w rozklekotane auto i nie tłukł się w najlepsze miejsca. Już nie polował na skarby.

Ponoć wieść o jego chorobie już się rozniosła. Krążyła też plotka, że zamierza sprzedać swoje bursztyny. Zaraz się pewnie zjadą kupcy. Niektórzy czekali na tę chwilę wiele lat.

– Co za głupek mógł na to wpaść, że cokolwiek sprzedam? – wymamrotał i włączył radio. Chciał sobie poprawić nastrój, ale piosenka, którą usłyszał, była łagodną melodią nastrajającą bardziej do rozmyślań o przeszłości niż podnoszącą na duchu.

Usiadł i wtedy popłynęły łzy. Ręka błądziła gdzieś obok po kanapie, pragnąc ciepłego uścisku, ale nikogo tam nie było. Żadnego człowieka, który mógłby powiedzieć, choćby banalne: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze, spotkamy się po drugiej stronie, czekaj na mnie”.

To niewiarygodne, że dorosły człowiek, który całe życie spędził wśród ludzi, nie miał do kogo zadzwonić o czwartej nad ranem, by się podzielić swoimi przeżyciami, poprosić o pomoc.

Alfred był w Sopocie dobrze znany. Większość ludzi przynajmniej kojarzyła jego nazwisko. Wierzyli w skarb lub nie, ale słyszeli historię Alfreda Zwolińskiego. Kręcili się wokół niego, robili z nim interesy, zapraszali go na piwo. Bywał na festynach, miejscowych imprezach, parę razy jakiś dziennikarz zaprosił go do udzielenia wywiadu w lokalnej gazecie. Wydawało się, że wciąż ktoś jest obok.

Tymczasem teraz w trudnej chwili nie miał do kogo zadzwonić. Jego ojciec już nie żył. Z bratem nie rozmawiał od trzydziestu lat.

Co to w ogóle jest za liczba? – zdenerwował się. – Trzydzieści lat?!

Kiedyś takie odległości czasowe wydawały mu się nieprawdopodobne. Jakby to była epoka niemożliwa do ogarnięcia umysłem. Tymczasem przemknęły z wielką prędkością niczym spadająca kometa. Miał ochotę cisnąć szklanką o podłogę, ale wiedział, że także i to nic nie pomoże. Niczego nie zmieni.

Czy był na tej planecie choć jeden człowiek, którego teraz mógłby obchodzić los Alfreda? Chyba nie…

Miał dzieci.

Teraz mu się przypomniało. Odłożył na krawędź ławy szklankę i zerwał się, omal jej nie zrzucając. Rzucił się w stronę regałów. Gdzieś tam były albumy ze zdjęciami. Nawet nie sprawdził przez tyle lat, czy żona zabrała je ze sobą. Grzebał szybko w stertach książek, nigdy nieposegregowanych papierzysk, starych gazet, płyt winylowych, które kiedyś tak lubił, i nie mógł znaleźć dwóch zielonych okładek z fotografiami w środku. Już miał się poddać, gdy zobaczył znajomy kolor pod stertą kryminałów Joe Aleksa. Podobno był to jakiś polski pisarz, ale Alfred nie wierzył w coś takiego.

Usiadł na podłodze i położył sobie albumy na kolanach. Zaczerpnął powietrza. Nagle opuściła go odwaga. Zamknął ten rozdział już dawno. Na dobre. Na amen.

Nigdy nie szukał rodziny. Obraził się i okopał w swoim poczuciu krzywdy niczym średniowieczny zgorzkniały król w kamiennej twierdzy, do której jedyna ścieżka z czasem zarosła zielskiem i chaszczami. Nigdy nie wychodził i nikomu nie pozwolił sforsować szczelnie zamkniętej bramy.

Ewelina, jego żona, też nie odezwała się ani razu. Rozwód załatwili przez prawników. Zgodnie, bo ona niczego nie chciała. Ani orzeczenia o winie, ani jego pieniędzy, a przede wszystkim domu.

Zaskoczyła go tak bardzo, że szybko podpisał co trzeba. Później tego żałował, bo przecież nie zaszkodziłoby porobić żonie nieco więcej kłopotów.

Był bowiem na nią wściekły. Zawsze. Całe życie. Przez wszystkie te lata. Każdego poranka oraz wieczoru. I nigdy mu tej wściekłości nie zabrakło. Aż do dzisiaj. Do tego momentu, gdy siedział na podłodze ze starym albumem na kolanach i bał się otworzyć.

Zrozumiał nagle, że cały czas był zły nie na swoją żonę, lecz na siebie.

Gorzko pożałował, że wtedy był tak głupi. Dziś inaczej by pokierował swoim życiem. Nie dał się nabrać na każdy słodki komplement pierwszej lepszej pustej lalki. Wiedziałby, że prawdziwa miłość jest trwała jak cenny bursztyn. Może całe stulecia przeleżeć na dnie morza i nie straci nic ze swojego piękna.

Znał się na tym. Był jednym z lepszych fachowców na rynku. Jednym spojrzeniem potrafił oszacować wartość klejnotu. Rzadko się mylił. A tymczasem w życiu nie umiał odróżnić taniej błyskotki od prawdziwego skarbu.

Był przystojny i często trafiały mu się tak zwane okazje. Ładne, chętne, mało wymagające. Wtedy wydawało mu się, że jest panem świata. Że to on decyduje, rozdaje karty. Czerpie z życia garściami. Teraz, gdy spojrzał za siebie, widział tylko to, co było naprawdę. Puste lata z pustymi rozrywkami. Myślał, że jest na szczycie, ale w rzeczywistości stracił wszystko, co ważne.

W tych garściach, którymi rzekomo tak mocno czerpał, nic nie zostało.

Zdenerwował się. Te wszystkie wnioski mu się nie podobały. Ze złości, nie zastanawiając się nad konsekwencjami, otworzył impulsywnie album i cierpienie chlusnęło mu w twarz bez ostrzeżenia, tak że stracił oddech. Łapczywie próbował złapać choćby jeden haust powietrza, ale nie mógł. Strona, na którą trafił, przedstawiała jego dzieci. Takie, jak je zapamiętał. Tuż sprzed odejścia.

Synek, Kubuś, miał wtedy cztery latka i to on teraz patrzył pięknymi brązowymi oczami na swojego ojca, a poprzez wszystkie te lata rozłąki niósł się jego głos: „Tato! Gdzie jesteś?”.

Na kolejnych zdjęciach uśmiechała się jego dwuletnia siostrzyczka. Pod choinką, na kucyku, nad urodzinowym tortem. Alfred zatrzasnął album i odrzucił w kąt. Wciąż miał kłopoty z oddychaniem, ale powoli się uspokajał. Był silny. Podszedł do okna i mocno oddychał. Szło mu coraz lepiej.

Pożałował, że w ogóle wracał do tego tematu. W jego stanie zdrowia źle to się mogło skończyć.

Ale największy kłopot miał z wiarą. Nie mógł pojąć tego, co zrobił. Swoich głupich myśli, odczuć i decyzji. Nigdy nie płakał. Ani tamtej nocy, gdy jego rodzina go zostawiła. Ani na pogrzebie ojca, ani wtedy, gdy brat nie chciał podać mu ręki. Teraz łzy płynęły. Jakby wszystkie się zebrały w tym jednym momencie.

***

Podniósł się z podłogi dopiero po dwóch godzinach. Miał mokre rękawy piżamy. Dłonie mu się trzęsły, ale płacz nieco go uspokoił. Wstał, mocno się podpierając rękami. Otarł policzki brzegiem koszuli, wcale nie tak łatwo było znaleźć suchy kawałek. A potem wszedł do łazienki i wziął prysznic. Wytarł się i ubrał ciepło. Wysuszył swoje krótkie marne włosy starca, które w niczym nie przypominały bujnej niegdyś czupryny. Nawet nie spojrzał w lustro. Nie przepadał za gościem, który tam zamieszkał. Wcale nie uważał, że odbicie przedstawia prawdę. Jak świat długi i szeroki, wszyscy wiedzieli, że Alfred Zwoliński to przystojny gość, a ten palant z lusterka to obcy.

Ze złością włożył polar, na niego ciepłą kurtkę, czapkę i szalik tak długi, że starczyłoby dla Alfreda i obcego gościa z lustra. Wcisnął jeszcze dłonie w rękawiczki, po czym wyszedł. Na swoją ukochaną plażę.

Chciał być teraz sam, a o tej porze miał pewność, że nikogo tam nie spotka.

ROZDZIAŁ 10


Laura już zapomniała, jak to jest spokojnie przespać noc. Obudziła się o jakiejś dziwnej godzinie i ledwo otworzyła oczy, a Drops, którego organizm był chyba od urodzenia wyposażony w jakiś specjalny czujnik, podniósł głowę, zanim jego pani zdążyła wykonać jakikolwiek ruch.

– Śpij – poradziła mu Laura, ale ani myślał słuchać. Natychmiast zerwał się i zaczął biegać po łóżku, próbując jednocześnie polizać Laurę po policzku lub złapać jej duży palec u stopy. Ponieważ te dwa strategiczne punkty były od siebie oddalone, wymagało to wzmożonego wysiłku. Ale pies się nie poddawał. Biegał tam i z powrotem.

– No dobrze. – Laura wstała. – Idziemy na jakiś spacer, a potem spróbujemy się nieco ucywilizować. Wykąpać, może nawet jakąś piżamę włożyć do spania. W sumie to i tak wszystko jedno. Nikt nas tutaj nie widzi i na dodatek nie zna. Nie jestem już Laurą Andrychowską, żoną lekarza, lecz zwykłą dziewczyną, która zwiała z domu. Moje włosy mogą fruwać, jak chcą. Fakt, że nie mam makijażu, nikogo nie obejdzie, a dres mogę mieć wymiętolony. Nikt też tutaj nie będzie patrzył na mój brzuch w poszukiwaniu wczesnych objawów ciąży. To urok bycia zupełnie nieznanym w obcym miejscu.

 

Drops spoglądał na nią jak zwykle wiernie, ale miała wrażenie, że się z nią nie zgadza.

Daj spokój – mówiły jego oczy. – Nie jest przecież tak źle.

Ale ona już nie patrzyła w jego stronę. Szukała smyczy, która gdzieś się na dobre zapodziała. Wreszcie, gdy znalazła ją w szufladzie, której, jak jej się wydawało, nawet nie dotykała, zapięła szybko swojego pupila i cichutko wyszli na zewnątrz.

– Gdzieś tutaj niedaleko jest plaża, skoro z niektórych okien pensjonatu jest widok na morze – powiedziała do Dropsa. – Kiedy się przyjeżdża w takie miejsce, to w pierwszej kolejności tam właśnie należy się udać.

Pies zjeżył się. Miał swoje zdanie na temat najlepszych pór dnia i nocy odpowiednich na takie spacery. Ale nie protestował. Szedł dzielnie za panią, która z pomocą nawigacji w telefonie prowadziła go w upragnionym kierunku. A nie było to łatwe zadanie. Wiał silny wiatr, było bardzo zimno i niemal zupełnie ciemno. Krople wilgoci pokrywały szczelnie wszystko wokół, w tym sierść Dropsa i włosy Laury. Pies wyglądał jak zmokła kura i nie dodawało mu to urody. Na głowie jego pani natomiast pojawiły się loki, mocne skręcone sprężynki, które ani myślały układać się grzecznie zgodnie z oczekiwaniami rodziny Andrychowskich na temat tego, co przystoi żonie lekarza.

Już nią nie była. Choć formalnie nic się nie zmieniło, w jej sercu wszystkie cegiełki poukładały się w inny wzór. Są kobiety, które decyzję o odejściu podejmują łatwo, pod wpływem chwili. Laura długo czekała, wahała się, nie miała odwagi, nie mogła odnaleźć drogi w gąszczu wątpliwości. Kiedy wreszcie zrobiła pierwszy krok, było to rozwiązanie ostateczne. Jeszcze w drodze Paweł miał szansę. Mógł ją zawrócić. I gdyby tylko dołożył odpowiednich starań, pewnie by uległa. Czekała na to i w głębi serca miała nadzieję.

Ale jego skąpe telefony i całkowita bierność stały się pieczęcią, która zamknęła proces rozważań. Laura odeszła na dobre. I teraz, kiedy stawiała energiczne kroki na chodniku, trzymając w dłoniach telefon jak przewodnika, czuła, że jest już inną osobą. Wypuściła swoje włosy na wolność. Niech się kręcą, jak tylko mają ochotę. To był symbol większej zmiany.

Zbyt długo żyła, jak chcieli inni, według ich zasad. I choć starała się wszystkim sprostać, poniosła sromotną klęskę. Długo myślała, że to z powodu ciąży, której do tej pory nie było. Ale teraz uświadomiła sobie, że oczekiwania teściów nigdy by się nie skończyły. Jako matka też by pewnie została poddana presji wymagań. Nie umiałaby doskoczyć do tego ideału, który państwo Andrychowscy stworzyli sobie w głowach.

Po raz pierwszy poczuła, że już jej to nie obchodzi.

Oni przecież też byli do niczego, zarówno jako rodzice, jak i w roli teściów. Jakie mieli prawo, by pouczać innych? Żadnego. Tylko że nikt nie miał odwagi im o tym powiedzieć.

ROZDZIAŁ 11


Paweł szedł szybko szpitalnym korytarzem. Był bardzo zaaferowany, a może po prostu chciał taki być? Praca na oddziale, choć czasem wyczerpująca, nie męczyła go. Nie miał żadnego problemu z cierpliwością wobec pacjentów, którzy chorowali. Odpowiadał wyczerpująco na pytania, czasem wciąż te same, pocieszał, tłumaczył i szukał dla każdego najlepszych rozwiązań.

Denerwowali go tylko ci, co chorobę najpierw dobrowolnie zapraszali do życia, a potem pomstowali na los, Boga i lekarzy, że źle się czują. To byli wszyscy ci, którzy całymi dniami siedzieli na kanapie przed telewizorem, jedli tłusto, słodko i byle jak. Denerwowali się z powodu każdej głupoty, kłócili, nikomu nie odpuszczali. Nie umieli sobie odmówić paczki czipsów, jednej marnej marchewki zjeść, żeby się lepiej poczuć. Liczyli na łatwe rozwiązania. Tabletki, które zrobią za nich wszystko. Domagali się coraz mocniejszych leków, kolejnych recept. Udawali, że chcą się zmienić, a on udawał, że im wierzy.

Właśnie wyszedł z gabinetu po starciu z trzema takimi pacjentami. Wszyscy ze znaczną nadwagą, leniwi, z doskonałą znajomością seriali na wielu kanałach, oporni na jakąkolwiek prośbę, by pili więcej wody, chodzili na spacery, jedli warzywa. Obrażali się i mówili, że nie mają czasu. Ale mieli go, codziennie przecież godzinami oglądali telewizję.

Paweł zgrzytnął zębami i przyspieszył kroku. Wszedł do pokoju lekarzy, po czym odruchowo sięgnął po kawę. Też miał swoje na sumieniu, jeśli chodzi o niezdrowy tryb życia. Kawę pijał niczym smok wodę z Wisły. System nocnych dyżurów sprawiał, że właściwie zawsze miał za mało snu.

Ledwo zatrzymał się na minutę, napił aromatycznego napoju, a wróciły myśli, które tak skutecznie odpędzał pracą. Zapulsowały pod czaszką i spowodowały natychmiastowy ból głowy. Paweł zdążył już dawno wytrzeźwieć, ale alkohol wypity z ojcem wciąż dawał mu się we znaki, choć pił o wiele oszczędniej niż tata.

A może jego kac miał swoje źródło w czymś innym?

Paweł nie czuł jeszcze tak naprawdę, że Laura odeszła. Jego praca była bardzo wymagająca i często nie widywali się z żoną przez dłuższy czas. Brał dodatkowe dyżury, wyjeżdżał na weekendy. Przyzwyczaił się, że czasem są osobno dwa lub nawet trzy dni. Łatwo mu było teraz zapomnieć, że coś się zmieniło. Zwłaszcza gdy był w szpitalu. Miał wrażenie, że wszystko jest jak dawniej. Wróci do domu, a Laura tam będzie.

Na samą myśl się wzdrygnął i poczuł chłód. Już od dawna nie lubił tego momentu, kiedy przyjeżdżał z pracy, a żona witała się z nim i odwracała wzrok. Jakby to on nawalał, jakby coś źle robił. A przecież szło mu świetnie. Jego pozycja zawodowa rosła, był przystojny, zaczął prace nad doktoratem, dobrze zarabiał. Czego ona jeszcze chciała?

Ostatnio bał się tego momentu i opóźniał powrót do domu, jak tylko mógł. Tworzyło się cholerne błędne koło. Im mniej spędzał czasu z Laurą, tym ich małżeństwo słabiej funkcjonowało, a to powodowało, że uciekał jeszcze bardziej. I było coraz gorzej.

Potarł czoło. Zatęsknił za wyjazdem. Gdzieś daleko, najlepiej w góry. Położyłby się na rozgrzanej słońcem trawie, popatrzył na niebo i może coś przyszłoby mu do głowy. Jakieś rozwiązanie. Bo tutaj tylko gonił jak kot za własnym ogonem.

A może ojciec ma rację? To wszystko nigdy się nie uda, bo oni z Laurą zwyczajnie do siebie nie pasują? Może nie ma sensu się męczyć, tylko ułożyć sobie życie raz jeszcze? Zrobić to prościej? Nakichać na takie głupoty jak miłość i zwyczajnie wybrać sobie jakąś zwykłą dziewczynę, która wprawdzie nie powoduje, że serce się rwie, ale też i nie generuje takiego cierpienia?

Był człowiekiem czynu. Poza tym potrzebował wytchnienia, jakiegoś dobrego przeżycia. Rozmowy, podczas której nikt nie ma do niego o nic pretensji.

Ojciec ma rację – pomyślał, żeby sobie dodać animuszu, i usiadł na służbowej kanapie. Zaczął się zastanawiać, kogo mógłby dzisiaj zaprosić do siebie. Za nic w świecie nie chciał wracać do pustego domu. Zwłaszcza wieczorem. Tam nie mógłby się już łudzić, że wszystko jest jak dawniej. Dojmujące poczucie klęski dopadłoby go natychmiast.

Odpędził od siebie wątpliwości i zaczął iść drogą wskazaną mu przez ojca. Pielęgniarki zatrudnione na oddziale, wbrew opinii starego lekarza, nie stanowiły haremu, raczej grupę oddanych pracy kobiet. Idealistek, bo kto inny chciałby dzisiaj dobrowolnie pracować w służbie zdrowia? Wiele z nich miało już swoje lata, a także mężów i dzieci. Ale rzeczywiście w zespole znajdowała się dziewczyna, która mogła być smakowitym kąskiem dla każdego mężczyzny.

Czy marzyła o romansie z żonatym lekarzem?

Nad tym Paweł się nie zastanawiał, jego mózg był zbyt mocno przesiąknięty naukami ojca, jego poglądami. Czasem targały nim wątpliwości, ale teraz pomyślał, że tata ma przecież większe życiowe doświadczenie. Po co wyważać otwarte drzwi? Lepiej korzystać z wiedzy innych.

A może po prostu chciał tak myśleć?

Paweł zerwał się z kanapy i nagle poczuł, że w jego żyłach mocniej zaczyna krążyć krew. Po tych wszystkich latach jałowego małżeństwa zapragnął znów zasmakować prawdziwej radości.

Przekroczył służbowe uprawnienia i wezwał Jagodę, miłą, ciemnowłosą jak Laura pielęgniarkę, by się z nią umówić w prywatnej sprawie. Przyszła szybko. Podobało mu się, że jest taka żywiołowa i gdziekolwiek się znajdzie, wnosi dobrą energię. Miała piękny uśmiech. Czasem pacjenci żartowali, że leczy on lepiej niż kroplówki. Paweł się z tego nie śmiał. Jako lekarz miał mnóstwo pokory wobec medycyny. Wiedział, że sukces w leczeniu zależy od bardzo wielu czynników. W tym także od atmosfery, jaka towarzyszy podawaniu leków, nastawienia pacjenta, tego, czy potrafi zaufać lekarzowi.

– Dzień dobry, panie doktorze – przywitała się Jagoda. – Jeszcze się dzisiaj nie widzieliśmy. – Uśmiechnęła się i on też mógł na chwilę skorzystać z dobrodziejstw tego gratisowego lekarstwa. Zadziałało. Lżej mu się zrobiło na duszy.

– Witam – powiedział i wstał. Nagle opuściła go odwaga. Jednak nie był taki jak ojciec. Tylko w jego obecności umiał wygłaszać śmiałe sądy o kobietach. Sam na sam z nimi stawał się o wiele bardziej niepewny. – Jak dyżur? Dużo pracy? – zaczął banalnie, sam zły na siebie, że nic lepszego nie przyszło mu do głowy.

– Mnóstwo – powiedziała. – Ale tym razem niebiosa nam sprzyjają. Pani Agata spod siódemki lepiej się czuje, a pana Bogusława z dziewiątki wypiszemy szczęśliwie do domu, zanim swoim pesymizmem zarazi cały oddział.

Paweł uśmiechnął się ze zrozumieniem. Pacjent spod dziewiątki rzeczywiście od dwóch tygodni mocno dawał im się we znaki. Spojrzał z podziwem na Jagodę. Nagle zastanowił się, dlaczego została pielęgniarką. Zarobki w tym zawodzie słabe, praca ciężka, perspektywa, że coś się zmieni, mglista, a przed taką młodą, zdolną dziewczyną świat stał otworem. Zapytał o to, zanim zdążył pomyśleć, że przecież miał się z nią umówić na randkę.

Jagoda była wyraźnie zaskoczona. Przyszła tutaj po służbowe polecenie, nie na pogawędkę, miała mało czasu, bo obowiązki wzywały. Ale odpowiedziała grzecznie:

– Zostałam pielęgniarką, bo czuję potrzebę, żeby zrobić coś dobrego – powiedziała. – Nie wiem, jak długo wytrzymam. Może kiedyś będę musiała zmienić zawód, ale na razie staram się zmienić rzeczywistość chorych na lepszą. – Uśmiechnęła się znowu. – Czy to wszystko? – zapytała. – Bo jeśli tak, to niestety muszę lecieć.

Nie było w jej zachowaniu nic z kokieterii. Ani jednym gestem nie dała do zrozumienia, że chciałaby przedłużyć rozmowę, może przenieść ją na inny grunt. Była konkretną, skupioną na swojej pracy kobietą. Co nie przeszkadzało jej w posiadaniu uroku i wdzięku. Pozazdrościł mężczyźnie, który będzie się mógł z nią spotykać. A potem sobie przypomniał, że Laura, jego żona, też kiedyś taka była, pełna wdzięku i uroku, radosna. Zrobiło mu się przykro.

– Dziękuję, to wszystko. – Poddał się na całej linii. Marny był z niego podrywacz i musiał się chyba z tym pogodzić. Jagoda popatrzyła na niego ze współczuciem.

– Gdyby pan potrzebował pomocy, proszę mówić. – Spojrzała jeszcze raz i wiedział, że ona rozumie więcej, niż by chciał. Traktowała go jak pacjenta, zauważyła, że jest słaby i rozbity.

Czuł się upokorzony. Odwrócił się lekko, dając do zrozumienia, że rozmowa jest zakończona. Nie o to przecież chodziło. Chciał być męski i zdobywać, a tymczasem potraktowano go jak chorego, który potrzebuje diagnozy i opieki. To było okropne. Jagoda okazała się kimś innym, niż się spodziewał. Kobietą godną szacunku. Dlaczego tata nigdy o takich nie wspominał? Paweł cieszył się, że nie wyskoczył z jakąś propozycją, bo tylko by się najadł wstydu.

Widać, nie każda kobieta marzyła o romansie z nim. Może nie dla wszystkich było szczytem ambicji umówienie się na kawę z żonatym mężczyzną, żeby go pocieszać w kryzysie małżeńskim.

Tata by powiedział, że to oznacza, iż świat schodzi na psy.

Ale Paweł z coraz większą wściekłością przyjmował jego głupie teksty. Do tej pory ich nie kwestionował. Zakładał, że ojciec nie mówi poważnie. Nauczony był też ogromnego szacunku wobec seniora rodu. Odruchowo się z nim zgadzał.

Na walkę z nim zwyczajnie nie było też czasu. Jego życie pędziło przed siebie w dobrym tempie. Zawsze dużo się uczył. W liceum zarywał już noce, na medycynie też musiał mocno się starać, by spełnić pokładane w nim wysokie oczekiwania, potem zajęła go kariera. Dni spadały jeden za drugim jak krople w lasach deszczowych. Szybko, nieprzerwanie.

 

Aż napotkały opór.

Na szczęście mógł przestać na chwilę o tym myśleć. Zadzwonił telefon, wzywano go na jedną z sal. Przez moment mógł znowu zapomnieć o wszystkim, co nie jest szpitalem. Zanurzyć się w pracy. Tu się nie mylił, nie miał wątpliwości. Naprawdę był dobry.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?