Tam, gdzie serce twoje

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 2


– Czy może mnie pan kawałek podrzucić? – zapytała Laura, która gdy zamknęła za sobą drzwi samochodu, z całą mocą poczuła niezręczność sytuacji. Zdenerwowała się tak bardzo, że zaczęły jej się trząść ręce.

– Oczywiście – odparł sąsiad ze spokojem w głosie, po czym spojrzał na nią z życzliwością, jakiej się nie spodziewała. Jakby wszystko rozumiał. – Dokąd chce pani jechać? – zapytał.

– A jak daleko pan się wybiera? – Spojrzała na niego czujnie. Nawet nie wiedziała, jak on ma na imię. Nie utrzymywała bliskich kontaktów z sąsiadami. Zbyt była zajęta mężem, staraniami o dziecko, pracą i dopieszczaniem wiecznie niezadowolonych teściów. Kojarzyła go oczywiście. Mówili sobie grzecznie „dzień dobry”, jeśli gdzieś się spotkali, ale okazji nie było zbyt wiele. Każdy był zajęty. W okolicy mieszkało tylu ludzi, niektórzy bardzo blisko. Większości Laura nie znała nawet z widzenia.

Najbliższego sąsiada niekiedy widywała przez okno. Z wysokiego piętra można było obserwować wejście główne do jego domu, a także ogród. Czasami nawet przypadkowo przechodząc korytarzem, spoglądała w tamtą stronę, choć niewiele się działo. Sąsiad mieszkał sam i często przebywał poza domem. Paweł go lubił, bo był niewidoczny, cichy i bezproblemowy.

– Jadę do Sopotu – powiedział mężczyzna. Miał poważną minę i spojrzenie, jakby rozumiał, że to, co się dzieje, nie jest zwykłą błahostką. Laura nie potrzebuje, by ją podrzucić do sklepu po bułki.

– Doskonale – powiedziała i zapięła pas. – Znam to miasto jeszcze z czasów dzieciństwa i zawsze sobie obiecywałam, że kiedyś tam wrócę. To idealna okazja. Jeśli oczywiście nie ma pan nic przeciwko temu.

Głos jej drżał, a ręce się trzęsły. Nawet Drops wyczuł, że nie ma żartów i przestał się kręcić oraz piszczeć.

– Mam na imię Błażej – przedstawił się sąsiad.

– Laura. – Podała mu dłoń.

– Wiem – powiedział i uśmiechnął się ciepło. – Choć nigdy nie mieliśmy okazji dłużej porozmawiać.

– Takie czasy – westchnęła Laura. – Ludzie mieszkają o krok od siebie i wcale się nie znają.

– Moim zdaniem winne są stale otwarte sklepy. – Uśmiechnął się.

– A to dlaczego? – zapytała.

– Nikt nie ma potrzeby pożyczyć soli ani cukru – odparł. – Każdy wsiądzie w samochód i sam sobie poradzi. To wygodne, ale bardzo osłabia więzi międzyludzkie.

– Zgadzam się – odparła Laura nieco nieuważnie. Zerknęła czujnie w okna sypialni. – Czy możemy już jechać? – zapytała, a zdenerwowanie opanowało ją na nowo.

– Jeśli jesteś pewna, to ja ruszam. – Spojrzał na nią jeszcze raz, po czym zamknął bramę pilotem i dodał gazu, wyjeżdżając na drogę.

Zapanowała konsternacja. Teraz w normalnej sytuacji nastąpiłyby jakieś wyjaśnienia, ale Laura zupełnie nie wiedziała, od czego mogłaby zacząć. Tylko Drops nie miał kłopotów. Znów wiercił się i poszczekiwał, ale jako jedyny sprawiał wrażenie zupełnie niezaskoczonego i nawet zadowolonego z obrotu spraw.

Błażej minął dom Laury. Delikatny szum opon samochodowych nie obudził jej męża.

Czasem bardzo ważna życiowa zmiana zaczyna się cicho. Od pozornie nic nieznaczącego dźwięku. Dyskretny szczęk zamykanej bramy, szmer kół na asfalcie. Paweł spał. Nie był świadomy, że z wielkiej, imponującej budowli, jaką było jego życie, ktoś właśnie wyjął jedną cegiełkę z fundamentu i to powoli sprawi, że nic już od tej pory nie będzie jak dawniej.

ROZDZIAŁ 3


Alfred Zwoliński siedział na rozległym tarasie i patrzył na morze. Była czwarta nad ranem. Zapewne najgorsza pora, by w zimie podziwiać horyzont. Porywisty wiatr przenikał nawet ciepłą kurtkę. Alfred miał wrażenie, że jest sam na świecie. Jakby front burzowy zmiótł wszystkich innych ludzi nie tylko z jego ukochanego Sopotu, lecz wręcz całego świata. Był przekonany, że nikt prócz niego nie zmaga się teraz z poważnymi życiowymi decyzjami.

Oczywiście było wiele lepszych miejsc na takie obrachunki. Na przykład jasna zaciszna sypialnia z wielkim oknem dachowym, przez które nocą widać gwiazdy. Albo przytulny salon. Z kanapy rozpościerał się widok na morze, równie imponujący jak ten z tarasu. A na kominku przez większą część roku płonął ogień. Ciepły, złoty, trzaskający aż miło.

Sam kominek był wyjątkowy. Alfred zrobił go własnymi rękami. Nie w prosty sposób poprzez zakupienie materiałów w pierwszym lepszym sklepie budowlanym, lecz układając pracowicie kamienie, które sam zdobywał i przynosił, przetykane prawdziwymi bursztynami. Nikt nie miał takiego.

Koledzy śmiali się z niego, straszyli, że zastygła żywica stopi się pod wpływem ciepła, że to głupota używać tak cennego kruszcu do dekoracji. Ale Alfred nie żałował. Zrobił to dobrze i wiele lat cieszył oczy, a także serce pięknem tego miejsca. A bursztynu miał sporo. Nie musiał na nim oszczędzać.

Lubił swój dom ponad wszystko.

To miejsce pod każdym względem stanowiło jego spełnione marzenie. Budynek położony był na klifie, miał drewniany taras i przepiękny niczym nieograniczony widok na pełne morze. Codziennie rozgrywał się tutaj niebiletowany spektakl wschodów i zachodów słońca. Alfred zawsze dostawał najlepsze miejsce w pierwszym rzędzie.

Ta posiadłość była teraz wiele warta, regularnie otrzymywał ciekawe oferty od chętnych, by ją przejąć, ale przecież nie sprzedaje się marzeń. Nie był bardzo zamożnym człowiekiem, w Sopocie setki innych zrobiło większą karierę. Ale jemu udały się dwie ważne rzeczy. Wyłowił z Bałtyku najwspanialsze złoże bursztynu, a także wybudował ten dom. Poza tym wszystko przegrał, ale o tym nie miał zwyczaju myśleć. Kiedy siedział na swoim tarasie, wspominał tylko pierwszą część pewnej burzowej, zimnej nocy, kiedy podczas sztormu, ryzykując życiem, zdobył prawdziwy skarb. Cały kłąb zielska, a wśród zielonych oślizgłych kłączy złoże kamieni. Polskiego złota, magicznego jantaru, obdarzonego zdrowotną mocą bursztynu. Bardzo cennego kruszcu.

Jego ojciec na taki łut szczęścia bezskutecznie czekał całe życie. Stał po pas w zimnej wodzie, nocami łowił. Zrywał się bladym świtem, by się zanurzać w lodowatych odmętach. Znosił smaganie posztormowych wiatrów. Miesiącami i latami wybierał z glonów, piasku oraz szczątków ryb małe kamyczki zastygłej żywicy. Po to, by utrzymać rodzinę, ale też z powodu pasji. Ojciec kochał bursztyn i marzył, że kiedyś uda mu się wydobyć coś wyjątkowego.

Alfred zawsze uważał, że tata kocha swoją pracę bardziej niż jego. Dlatego w tym ważnym momencie zabrał swoje znalezisko, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł. Nie potrzebował już ojca. A przynajmniej tak mu się wydawało.

Nagle teraz zatęsknił. Poczuł ogromy żal, że wtedy, wiele lat temu, nie cieszyli się razem. Nie pozwolił, by sukces stał się wspólny. Dziś zrobiłby to inaczej. Zorganizował kolację z pysznym jedzeniem i muzyką. Zadbał, by w kominku płonął ogień. Radości starczyłoby przecież dla wszystkich. Tata też mógł się cieszyć. Ale to Alfred zrozumiał dopiero dzisiaj. Wtedy schował swój skarb i swoją radość do pilnie strzeżonego sejfu w banku. A ten był tak szczelny, że nawet jeden okruszek szczęścia nie wydostał się na zewnątrz i nie trafił w niczyje ręce.

Alfred westchnął.

Ta jedna noc dawno temu finansowo ustawiła go na lata. Wciąż czerpał z tych zapasów.

Ale też wtedy właśnie został sam. Tamtego poranka, gdy wrócił zmachany i przemarznięty do domu, nie zastał w nim już żony ani dzieci. Głupia kobieta odeszła, zostawiając wszystko, co jej ofiarował. Bezpieczne życie, stały związek. Wiele lat czerpał satysfakcję, wyobrażając sobie, jak ciężkie jest zapewne teraz jej życie. Jak się męczy sama z dwójką dzieci. Ilekroć widział gdzieś w galerii handlowej płaczące dziecko, myślał o niej. Że musi się z tym borykać bez pomocy kogokolwiek. Pewnie nie starcza jej na podstawowe potrzeby, pracuje ponad siły i na wszystko brakuje jej pieniędzy. Płacze wieczorami w samotności, a w weekendy pada na twarz ze zmęczenia. Żałuje swojej decyzji. Dzieci nie stanowią dla niej nagrody za trud, bo przecież wychowane bez ojca na pewno sprawiają kłopoty.

A mogła mieć łatwiej.

Owszem, zdradził ją raz czy dwa. Ale zawsze dyskretnie. Jak dżentelmen, by żona nie musiała się wstydzić na mieście. Jakoś się jednak dowiedziała i zrobiła ze sprawy ogromną aferę. Dostał wtedy cios w samo serce i już nawet nie próbował nikogo pokochać.

Nigdy też nie szukał swojej rodziny, choć bardzo często o nich myślał.

Alfred westchnął. Słońce niedługo wzejdzie łagodnie tą samą co zawsze ścieżką po niebie. Była czwarta nad ranem. Zimno. Ale on nadal siedział na tarasie. Już nic nie mogło mu zaszkodzić. Był chory. Diagnoza wstrząsnęła nim i rzuciła o ziemię jak szmacianą lalką.

Miał umrzeć, choć przecież jeszcze nawet na dobre nie zaczął żyć.

ROZDZIAŁ 4


Jechali w milczeniu, a słońce powoli wznosiło się ponad horyzont. Wstawał mroźny, ale piękny dzień. Dobry, by wreszcie zrobić pierwszy krok we właściwym kierunku. Tylko gdzie on jest? Tego Laura jeszcze nie wiedziała.

Na razie zwyczajnie cieszyła się drogą w poczuciu absolutnej wolności. Nic jej przecież nie ograniczało. Nie miała dzieci, za które byłaby odpowiedzialna. Pracę mogła bez trudu rzucić i znaleźć nową. Jeśli nie ma się wygórowanych potrzeb i rodziny na utrzymaniu, nie stanowi to szczególnego wyzwania.

 

Dotarli do skrzyżowania. Błażej kilkakrotnie pytał, czy się nie rozmyśliła. Może gdzieś ją bliżej podwieźć?

Zatrzymało ich czerwone światło, a on znów spojrzał, jakby dawał jej szansę na zmianę zdania. Mógł jeszcze zawrócić, skręcić w dowolnym kierunku. Ruch był o tej porze niewielki. Wybór należał do niej. I to właśnie okazało się trudne. Zaczęła się zastanawiać, czego by chciała. Ale do tego stopnia odwykła od takiego myślenia, że mózg nie mógł sobie z tym wyzwaniem poradzić. Przez tyle lat jej największą troską było spełnianie oczekiwań innych. Teściów, męża, znajomych Pawła, którzy po żonie lekarza spodziewali się określonych cech i zachowań. Starała się sprostać tym wszystkim wymaganiom. Z miłości, a także dla dobra swojego małżeństwa. Długo godziła się na wszystko.

Jednak była kimś więcej niż tylko inkubatorem do sprowadzania z zaświatów wnucząt, które miały za zadanie przedłużyć ród Andrychowskich. Była wolną istotą z prawem do szczęścia. Na długi czas jednak o tym zapomniała. Pozwoliła sobie wmówić, że jest inaczej.

I teraz nie potrafiła znaleźć żadnej odpowiedzi na pytanie, czego w życiu pragnie. Kim jest w głębi serca? Jakie ma marzenia, prócz tego jednego o dziecku, które najwyraźniej nigdy miało się nie spełnić. Na razie jechała w milczeniu. Z zadowoleniem przyjęła fakt, że Błażej skręcił w stronę autostrady.

To chyba intuicja. Dowód, że pragnęła większej zmiany. Nie drobnego gestu. Wyjazd za miasto mógł się okazać niewystarczający. Tu potrzebna była o wiele znaczniejsza odległość. Laura musiała spojrzeć z dystansu, by znów odnaleźć siebie.

Sopot był na to odpowiednim miejscem, choć znajdował się daleko i stał się kierunkiem z przypadku. Wybranym przez Błażeja.

Przypomniało jej się, że kiedy była małą dziewczynką, pojechała raz z rodzicami nad morze. Do Sopotu właśnie. Skromne to były wakacje, w tanim pensjonacie ze skrzypiącymi łóżkami i niedomykającym się oknem. Ale jeszcze wtedy byli wszyscy razem. Mama, tata, oboje przed rozwodem, i brat, który kilka lat później wyjechał na stypendium do Stanów, by już nigdy nie wrócić do kraju.

Laura pamiętała smak jagodowych lodów, gęstej zupy kalafiorowej z baru mlecznego i słonej morskiej wody. A także wszechobecne pełne pokus kramy, które rodzice mijali zawsze z tym samym komentarzem, żeby nie nudzić, bo nie mają pieniędzy na takie głupoty.

Ale przecież żadnych głupot tam nie było. Sześcioletnia Laura widziała same cuda. Kolorowe lizaki, dmuchane baloniki, watę cukrową na patyku, długaśne zapiekanki i przede wszystkim pierścionek z bursztynem. Srebrny klejnocik, który zerkał na nią każdego dnia, gdy mijali jeden ze straganów w drodze na plażę. Nigdy nawet nie wzięła go do ręki i może dlatego urósł w jej pamięci do rangi symbolu. Czegoś niebywale pięknego. Już wtedy uczono ją rezygnować z marzeń, a nawet potrzeb.

Bo zawsze były większe zmartwienia.

Na przykład rozwód rodziców, który stał się tak wielką traumą, że potem Laura gotowa była na wszystko, byle tylko ocalić własne małżeństwo. Godziła się na kolejne kompromisy, znosiła upokorzenia, bo nie chciała jeszcze raz przechodzić przez ten koszmar.

Albo samotne macierzyństwo niezaradnej matki, która ciągle mówiła: nie ma i nie będzie nas stać. Na ubrania, na studia, na wyjazd, lekcje angielskiego, prezent urodzinowy. Prawie na wszystko. Rezygnowanie stało się drugą naturą Laury. Nauczono ją, że tak trzeba. To sprawiło też, że jako młoda dziewczyna bardzo podziwiała Pawła i jego bliskich. Byli dla niej niczym mityczni tytani. Bo oni jednak dali radę. Mieli w sobie siłę i moc. Umieli zadbać o potrzeby rodziny. Ochronić się.

Może gdyby wtedy tata pozwolił jej głośno wypowiedzieć prośbę i kupił ten pierścionek, byłaby silniejsza? Nauczyłaby się, że jej potrzeby też są ważne? A może nie? Zapomniałaby o tym i mimo wszystko poszła tą samą drogą? Jedno wydarzenie nie wystarczy przecież, by się nauczyć żyć.

Ale to był ten pierwszy raz, do którego sięgała pamięcią, kiedy się zgodziła ustąpić. Zrezygnować z małego marzenia. Potem nastąpiły takich sytuacji tysiące.

Teraz więc, kiedy mogła wybrać, postanowiła wrócić do tego symbolicznego drobiazgu. Zdarzenia, na które nikt inny może nie zwróciłby uwagi, ale dla niej było ważne. Oczywiście mogła sobie kupić pierścionek z bursztynem gdziekolwiek. Choćby i w sklepie, w którym pracowała. Szefowa bez problemu sprowadziłaby dla niej coś ładnego w hurtowej cenie. Tylko że nie o to chodziło.

Laura czuła, jak drżą jej dłonie, kiedy poprawiła pas, i ostatni raz odpowiedziała na pytanie, czy naprawdę chce jechać tak daleko. Sopot. Koniec lutego nie jest wymarzoną porą, by się wybierać w tamte strony. Ale ona nie podróżowała tam dla promieni słońca, lecz pokazania sobie i innym, że potrafi zbudować dobre życie. Także sama. Też ma coś do zaoferowania, choć nie jest to ani dyplom wyższej uczelni, ani odziedziczone po rodzicach pieniądze.

Nie była pewna, czy ma rację. Wciąż drżały jej kolana i nie mogła się rozgrzać, mimo że włożyła najcieplejszą kurtkę. Zawsze było jej zimno, gdy się denerwowała. Parę razy miała ochotę wysiąść i zawrócić. Jeszcze mogła. Nikt by się nie zorientował. Paweł zapewne wciąż spał. Pokusa była silna, ponieważ Laura nie miała cech urodzonego buntownika. Ta decyzja wiele ją kosztowała. Ale wiedziała, że jeśli teraz ustąpi, zostanie w klatce na zawsze.

Spojrzała przed siebie.

Autostrada ciągnęła się aż po horyzont niczym pas startowy, po którym można ulecieć w nowe życie. Laura po raz pierwszy poczuła, jak to jest, gdy człowiek naprawdę rusza w drogę. Jakby wsiadł do jakiegokolwiek pociągu pod wpływem impulsu na spotkanie z przygodą. Lekki, wolny. Niczego nie musi i wcale go nie obchodzi, co inni sobie pomyślą.

Oni śpią. A ona już nie była częścią ich życia. Pędziła ku wschodzącemu słońcu, a muzyka sprawiała, że miała wrażenie, że za chwilę uleci w powietrze, by jednym ślizgiem znaleźć się na plaży.

***

Paweł obudził się w dziwny dla niego sposób. Sam. Nikt nie potrząsnął go delikatnie za ramię, jak wtedy, gdy przysypiał na dyżurze. Nie zadzwonił budzik i do sypialni nie weszła żona, by go zaprosić na śniadanie. A przecież tak się właśnie wczoraj umówili. Najpóźniej o dziewiątej mieli usiąść w zimowym ogrodzie, czyli przeszklonej części salonu, by napić się aromatycznej kawy i schrupać rogaliki, które Laura przynosiła z pobliskiej piekarni zawsze, gdy Paweł nie miał porannego dyżuru i nie musiał się spieszyć do szpitala. Stara tradycja jeszcze ze studenckich czasów, kiedy właśnie na takie rogaliki zabierał swoją dziewczynę, gdy mieli ochotę razem zacząć dzień.

Dzisiaj jednak Laura nie przyszła. Paweł nie czuł też żadnych zapachów, które mogłyby świadczyć o tym, że właśnie ktoś starannie parzy dla niego kawę czy też podgrzewa pieczywo. Było cicho, sennie. Przez szczelne zasłony z trudem przedostawało się słabe zimowe światło. I wtedy Paweł poczuł radość. Coś się zmieniło! Laura zachowała się inaczej niż zwykle. Czy to mogło oznaczać, że wreszcie się im udało?! Test ciążowy pokazał te cholerne dwie kreski, na które wszyscy tak długo czekali?

Ułożył wygodniej głowę na poduszce i poczuł przedsmak tej ogromnej ulgi. Miał już tak serdecznie dość tego napięcia i oczekiwania. Był człowiekiem nastawionym na cel. Zadaniowcem. Niektórzy uważali wręcz, że maszyną do osiągania zamierzonych rezultatów. Uwielbiał ten moment, kiedy odhaczał kolejny sukces. Tak wyglądało jego dotychczasowe życie. Nie było łatwe, ale za to bardzo skuteczne. Nawet ukończenie medycyny w praktyce nie okazało się aż takim wielkim wyzwaniem, jak go wcześniej straszono. Z każdym kolejnym zdanym egzaminem utwierdzał się w przekonaniu, że jest do tego stworzony. W szpitalu także czuł się jak w naturalnym środowisku. Swobodnie się poruszał po szlakach, które dla innych stanowiły zawiły labirynt. Ścieżki kariery nie miały dla niego tajemnic. Czuł, jak powoli, ale konsekwentnie zostawia wszystkich w tyle. Sukces stał się dla niego codzienną strawą. Uwierzył w swoją nadludzką moc. Pędził przez dni nakręcony endorfinami i wysokim poziomem emocji. Kochał swoje życie.

Tylko w domu było inaczej. To tutaj od lat raz na miesiąc rozbijał się o ścianę. Bezsilny i nieskuteczny. Nocami czuł, jakby tłukł najdelikatniejszą częścią męskiego ciała w mur.

Bo nie potrafił dać swojej żonie dziecka. Widział przecież, jak bardzo Laura tego pragnie.

Bo nie umiał zapewnić rodzicom wnuków. Pełne rozczarowania spojrzenie ojca wwiercało mu się w mózg. To naruszało jakieś podstawowe fundamenty, na których stał. Dlatego z trudem utrzymywał równowagę i łapał się kurczowo pracy, po to, by się nie przewrócić.

Wstał z łóżka i cicho otworzył drzwi. Spodziewał się żony w każdym miejscu. Może w łazience lub w salonie? Na kanapie? Wyobrażał sobie, że siedzi gdzieś uśmiechnięta i wreszcie jej oczy błyszczą. Nie są już rozpaczliwą studnią smutku.

Chodził po kolejnych pokojach, ale żony nigdzie nie było. Nadzieja, że ten poranek przyniesie radykalną odmianę, powoli w nim gasła. Gdyby Laura miała mu do przekazania radosną wieść, już by go znalazła. Nie tak zapewne by to wyglądało. Czuł, jak rodzi się w nim wściekłość. Rozczarowanie. Znowu to samo.

Nie udało się. Jak zawsze w domu. Tu nic nie wychodziło.

Na myśl o wieczornym spotkaniu z ojcem splunął na czystą podłogę, choć zwykle zachowywał nienaganne maniery. Ślina miała gorzki smak.

– Do cholery! – zaklął. – Czy to nie mogłoby być prostsze?! Nie żądam przecież wielkich rzeczy. Zaledwie zwykłego prawa do posiadania dziecka. Najbardziej naturalnej sprawy tego świata.

W tym momencie nawet był zadowolony, że Laury nie ma. Nie chciał teraz spotkać się z żoną. Chyba by się nie zdołał opanować. Miał już tego wszystkiego serdecznie dość. Małżeństwa, które nie spełniało oczekiwań. Presji, jaką codziennie odczuwał. Dostatecznie ciężko było codziennie być idealnym zastępcą ordynatora, by się jeszcze po godzinach tak męczyć we własnym domu. A gdzie miejsce na odpoczynek? Inaczej to sobie wyobrażał.

Denerwował się coraz mocniej, wchodząc ze złością pod prysznic. Gorąca woda, a potem lodowaty strumień na plecy pomogły mu obudzić się na dobre. Wytarł się, mocno szorując ręcznikiem o skórę, ubrał wygodnie i wyszedł z łazienki.

W domu wciąż było pusto. Nawet pies nie plątał się pod nogami. I dobrze. Od dawna Paweł miał wrażenie, że Drops nie jest jego sprzymierzeńcem. Wprawdzie zwierzak nie posuwał się do daleko idących działań niszczycielskich jak w przypadku ojca. Pawłowi pogryzł tylko raz stary pasek od spodni, ale za to zawsze spoglądał, jakby był niezadowolony z zachowania swojego pana.

Do jasnej cholery, był tylko psem, a też oceniał i wtrącał się w jego rodzinne sprawy! A to był akurat w tym domu drażliwy temat. Ojciec kontrolował życie Pawła na każdym kroku. Czasem go to drażniło. Zdawał sobie sprawę, że pozwala mu na zbyt wiele. Ale z drugiej strony zawdzięczał tacie wszystko. To po nim miał dobre geny, talent, umiejętność budowania kariery. To on wszystkiego go nauczył. Wdzięczność sznurowała Pawłowi usta, gdy powinien był ostrzej się sprzeciwić.

Bywało, że miał na to ogromną ochotę. Wszystko się w nim burzyło, kiedy słuchał, jak ojciec wypowiada się o kobietach. Ale ilekroć zdobył się na słaby choćby protest, tata zaczynał swoją litanię poświęceń, jakie poniósł dla syna. Paweł był jego kopią, stworzoną na wzór i podobieństwo. Nie mógł krytykować oryginału. Był bowiem jego częścią.

Dobrze, że Laura zabrała Dropsa. Chociaż jedne rozczarowane oczy mniej.

Zadowolony z tego stanu Paweł nalał sobie kawy do kubka i stanął w cichej kuchni. Spojrzał w okno. Na podjeździe nie widać było żadnych śladów kół na niewielkiej ilości śniegu, jaka wczoraj się posypała i nie została jeszcze roztopiona przez wschodzące słońce.

Laura gdzieś pojechała? – zastanawiał się. – Może na zakupy? Tylko czym, skoro auto najprawdopodobniej stoi w garażu?

Żona powinna była zostawić jakąś wiadomość, ale już dawno się zorientował, że nie nadąża za jej tokiem myślenia. Nie ma pojęcia, co jej wpadnie do głowy. Ostatnio chodziła szczególnie podenerwowana. Cieszył się, że jeszcze jej nie ma. Zyskał chwilę spokoju, by zebrać myśli i przygotować się na poranek pełen rozczarowania. Właściwie to nie chciało mu się już udawać, że jeszcze ma nadzieję. Nie miał ochoty także na wspólne śniadanie ani na grzeczną rozmowę. Zamierzał wreszcie powiedzieć, jak bardzo cholernie to jest nie w porządku.

 

Miał dość swojej żony. To oczywiste, że wszystko było jej winą. On przecież na każdym kroku udowadniał, że jest świetny. Czegokolwiek by nie dotknął, wychodziło mu. Każdy jego pacjent mógł to potwierdzić. A także asystenci, ordynator, pielęgniarki. Mnóstwo świadków jego doskonałości. W pracy Paweł był naprawdę kimś. Jakże trudno było z tego wysokiego pułapu pochwał i zachwytu wrócić do domu.

Najwyraźniej źle wybrał żonę i teraz nie wiedział, jak się wydostać z pułapki. Oszukano go. Zakochał się w barwnej kobiecie. Pięknej dziewczynie w kolorowej sukience i ciemnych lokach targanych przez wiatr. Laura często się śmiała, kochała otwarte przestrzenie, z których można było podziwiać szeroko ciągnący się horyzont. Wciąż go zabierała w takie miejsca. Miała swoje pasje i marzenia.

Taką ją poprosił o rękę.

A kto teraz czekał na niego, gdy wracał z pracy? Smutna kobieta w dziwnych sztywnych bluzkach i w wyprostowanych pracowicie włosach. Jej zgaszone oczy zwykle patrzyły w okno, nie na męża. W nocy płakała i wciąż miał wrażenie, że jest o coś na niego zła.

To okropne oszustwo, tak człowieka zwieść.

Małżeństwo stało się żeliwną klatką, zimną i nieprzyjemną. Już od dłuższego czasu zastanawiał się, jak z niej uciec.

Dwie godziny później wciąż był sam. Burczało mu w brzuchu, więc przeprosił się ze śniadaniem. Zjadł chleb z masłem, bo nikt nie zadbał o rogaliki, i po raz pierwszy pomyślał, że może coś się stało. Zadzwonił do żony, ale ona nie odbierała. Lekki niepokój ścisnął mu gardło. To on był w tym małżeństwie osobą, która jest tak zajęta, że oddzwania dopiero wtedy, kiedy znajdzie chwilę. Laura zawsze była na posterunku.

Zawsze, ale nie dzisiaj.

***

Jedenasta godzina – pomyślała Laura, odkładając telefon. – Dopiero teraz kochający mąż zorientował się, że mnie nie ma. To i tak niezły wynik. Gdyby pracował, mogłoby to trwać o wiele dłużej. W niektórych przypadkach nawet dwa dni.

Paweł nie dobijał się jakoś rozpaczliwie. Zadzwonił dwa razy i zrezygnował. Nie nagrał się na pocztę, nie wysłał wiadomości.

A tymczasem jego żona była już daleko. Właśnie się zatrzymali przy drewnianej karczmie stylizowanej na góralską chatę. Na parkingu stało sporo ciężarówek, Błażej uznał więc, że dobrze tu karmią. Stali bywalcy wiedzą zwykle, co najlepsze w okolicy.

– Nie byłeś tu nigdy wcześniej? – zapytała.

Pokręcił odmownie głową.

– Kiedy sam jadę w trasę, nie zatrzymuję się tak często. Ale Drops powinien pobiegać. Już za długo siedzi zamknięty.

Pies z wdzięcznością przyjął propozycję i mocno szarpnął smyczą, choć Laura rozwinęła ją do maksymalnej długości, żeby miał więcej swobody. Sądziła, że zostanie na parkingu sama z psem, ale Błażej towarzyszył jej podczas całego prowizorycznego spaceru.

– Często jeździsz do Sopotu? – zapytała.

Spojrzała na niego z ciekawością. Miał oczy dokładnie na wysokości jej wzroku. Nie musiała podnosić głowy, by w nie spojrzeć, jak w przypadku jej wysokiego męża. Ciemne włosy nosił krótko obcięte. Najładniejsze miał usta. Pięknie wykrojone i pełne.

– Różnie, kiedyś to nawet raz na dwa tygodnie – powiedział, znosząc cierpliwie jej trwające dłuższą chwilę oględziny. Może dlatego, że sam przez cały czas intensywnie na nią patrzył. – Teraz rzadziej – dodał. – Nie wszystko w firmie wymaga już mojego osobistego działania. Mam dobrych pracowników. Ale pewne sprawy lubię zrobić sam. Tego tak do końca nie da się zastąpić.

– Rozumiem. – Laura próbowała wyplątać się ze smyczy, którą Drops skutecznie ją oplątywał. Chciała zapytać o wiele rzeczy. Dlaczego Błażej mieszka sam, czym zajmuje się jego firma, po co dokładnie jedzie do Sopotu? To byłyby jednak dość natarczywe pytania. Ona też by nie chciała, żeby ktoś tak ją przyciskał do muru.

Kiedy pies już trochę się wyszalał, weszli do środka i zamówili śniadanie. Laura poprosiła o dużą kawę oraz porządny, godny umięśnionego tirowca posiłek. Jajecznicę, dwie podsmażane kiełbaski, bułkę, musztardę oraz sałatkę z pomidorów. Do tego jeszcze spory kawałek szarlotki z bitą śmietaną i polewą czekoladową.

– Nie wierzę, że zjadłaś to wszystko – powiedział na koniec Błażej, który cały czas intensywnie jej się przyglądał. W oczach wciąż miał te same emocje, co na początku, życzliwość i zadowolenie. Jakby się cieszył, że wsiadła do jego samochodu.

Ja też nie wierzę – mówiła mina Dropsa, który oblizywał się dookoła głowy, choć też dostał swój posiłek.

– To chyba zdenerwowanie – westchnęła Laura. Nie chciała się zwierzać, że także pierwszy dzień miesiączki tak na nią działał.

– Uciekasz? – Błażej spojrzał na nią. Najwyraźniej on nie miał oporów, by zadać pytanie wprost.

– Tak – odparła szczerze. Nie zamierzała go okłamywać. – Odeszłam od męża i chcę zacząć od nowa.

Nie wierzyła, że to mówi. Tak bardzo nie pasowały do niej te słowa.

– Czasem nie ma innego wyjścia – odparł Błażej. Miała wrażenie, że on się cieszy i to byłoby bardzo głupie. Wcale się nie znali, a rozpad czyjegoś małżeństwa to nigdy nie jest powód do radości.

– Przypilnujesz mi na chwilę psa? – zapytała, żeby zmienić temat. – Muszę sobie coś przynieść z samochodu.

– Jasne – odparł i podał jej kluczyki.

Ruszyła biegiem na parking. Potrzebowała kosmetyczki i tabletek przeciwbólowych. Brzuch dawał się jej coraz mocniej we znaki.

– Może pomóc? – zapytał jakiś mężczyzna, kiedy tylko otwarła bagażnik i próbowała przesunąć walizkę. Facet był wysoki, miał szerokie ramiona, które z trudem opinała podniszczona kurtka puchowa. Dwudniowy zarost i zaczerwienione oczy zapewne świadczyły o tym, że już długo jest w trasie.

– Dziękuję – odparła. – To nie jest ciężkie.

– Nocuje pani tutaj? Szkoda, żeby taka ładna dziewczyna sama spała – odparł niezrażony odmową. – Ja się w razie potrzeby polecam. – Otaksował wzrokiem doświadczonego łowcy jej figurę, po czym dodał: – Droga poczeka.

Proste to były komplementy i marnej wartości. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje nieszczęśliwa kobieta w pierwszym dniu bolesnej miesiączki, jest przygodny seks z nieznanym mężczyzną. Ale Laura uśmiechnęła się do niego słabo. Tak dawno nie słyszała niczego miłego, że nawet taka nędzna uprzejmość sprawiła, że wątły uśmiech pojawił się na jej twarzy.

– Dziękuję – powtórzyła jeszcze raz. – Ale jestem zajęta – dodała i pokazała mu obrączkę. Nie wiedziała, czy to coś dla niego znaczy. Czy będzie argumentem dostatecznym, by zakończyć rozmowę.

– A to szacun! – odparł mężczyzna, po czym wycofał się. – Ja też mam żonę.

Laura pokręciła głową z niedowierzaniem. Jakże dziwni są ludzie. Gotowi do przygodnej zdrady, a jednocześnie przyznający się do tego, że cenią wierność małżeńską.

Nie był to jednak jej problem.

Wyciągnęła potrzebne rzeczy, odwróciła się na pięcie i szybko ruszyła w stronę restauracji. Błażej siedział przy stole, dopijał kawę i kończył sernik. Uznała, że ma jeszcze chwilkę.

Sięgnęła po telefon. Czekało ją pierwsze zadanie na nowej drodze. Musiała zadzwonić do szefowej. Powinna była zrobić to wcześniej, ale nie miała odwagi. Teraz jednak nie mogła już dłużej czekać. Starsza pani była jej zawsze życzliwa. Nie zasługiwała na to, by ją tak zostawić z dnia na dzień bez słowa wyjaśnienia. Co innego mąż. Tego postanowiła nieco potrzymać w niepewności. Zwłaszcza że Paweł wcale się do niej nie dobijał zbyt intensywnie.

Laura stłumiła uczucie przykrości i wybrała numer szefowej.

– Dzień dobry – przywitała się. – Przepraszam, że daję pani znać dopiero teraz, ale to wyjątkowa sytuacja. Nie przyjdę dzisiaj do pracy – powiedziała szybko.

– Siedzę tu właśnie sama i się zastanawiam, dlaczego cię nie ma – odparła szefowa. – Ale nie dzwonię, żeby nie przeszkadzać. Czy ja się słusznie domyślam, że świętujesz? – zapytała ostrożnie.

Laura westchnęła. Tyle osób nadaremnie kibicowało jej staraniom.

– Nie – powiedziała i westchnęła głęboko. – Dzisiaj rano cykl się skończył jak zawsze.

– Moja biedna. – Szefowa była kobietą o silnych instynktach macierzyńskich. Opiekowała się Laurą trochę jak własnym dzieckiem i zawsze dobrze jej życzyła. Też liczyła dni i wspólnie z nią czekała. – Bardzo ci współczuję – powiedziała.

– Mam jeszcze jedną wiadomość. – Laura poczuła, jak po policzkach płyną jej łzy. Szybko je otarła. – Będę musiała zmienić pracę.