Świąteczny sekret

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Świąteczny sekret
Świąteczny sekret
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Świąteczny sekret
Świąteczny sekret
Audiobook
Czyta Joanna Gajór
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Tej samej nocy Wojciech Łącki siedział w kuchni i czekał na syna. Zapadła już noc. Chłopak dawno powinien spać w swoim łóżku, ale na to jego ojciec nie miał żadnego wpływu. Ten czas, kiedy ich drogi się rozeszły, przyszedł o wiele wcześniej, niż mógł się spodziewać.

Wychował chłopaka sam. Włożył wiele trudu, bardzo kochał Maksa, jedynego syna, ale on nie odpłacił mu tym samym. Od samego początku największym marzeniem Wojciecha było ochronić chłopca przed katastrofą, którą miał zapisaną w genach. Na nic zdały się jednak jego wysiłki.

Maksymilian jak po sznurku szedł w stronę swojego przeznaczenia. Był synem swojej matki, nie ojca. Przystojnym tak, jak ona była piękna, czarującym tak, jak ona była urocza, wygadanym, ale równie pozbawionym skrupułów, zahamowań, poczucia odpowiedzialności, nieznającym granic pomiędzy prawdą a kłamstwem. Straszne to było połączenie.

Wojtek bardzo dobrze wiedział, czym to może się skończyć. Powoli tracił już nadzieję, że w ogóle może cokolwiek zrobić. Jego wysiłki, słowa nie miały na Maksa żadnego wpływu. Nie słuchał ojca, który żył uczciwie, pracowicie, zgodnie z zasadami. Im bardziej tata był szlachetny, tym częściej Maks pakował się w nieprzyjemne sytuacje, kłamał, oszukiwał, zwodził.

Maturę zdał cudem. Lista tych cudownych zdarzeń w jego życiu była dłuższa: fakt, że dotąd żadna dziewczyna nie była z nim w ciąży, choć umawiał się z wieloma, fakt, że jeszcze żaden mąż nie stłukł go za spotykanie się z żoną.

Maks pełnymi garściami korzystał z przywilejów miejscowego przystojniaka. Prowadził życie wygodne i totalnie nieodpowiedzialne. Być może trochę tłumaczył go fakt, że kiedy był maleńki, zostawiła go matka, ale przecież to go nie uprawniało do krzywdzenia innych. Bez względu na to, jaką się ma biografię, po prostu nie ma się prawa i tyle. Wojtek to rozumiał, tylko że na nic się to nie zdało. Jego syn bowiem zupełnie się z nim nie liczył.

O pierwszej w nocy Wojtek położył się do łóżka. Nie spał, przymknął tylko oczy i czuwał jak tysiące razy, odkąd został sam z maleńkim synkiem. Dopiero o czwartej nad ranem usłyszał jak – trzaskając drzwiami – chłopak wraca do domu. Zapewne pijany i zapewne w doskonałym nastroju. Nie miał ochoty schodzić na dół, by to sprawdzić. Przewrócił się na drugi bok, po czym otulił szczelnie kołdrą. Bardzo pragnął jakiejś odmiany, czegoś, co dałoby mu nadzieję. Czuł, że w tej przegranej walce zaczyna opadać z sił. A przecież zbliżały się święta. Kolejne spędzone w pojedynkę, bo Maks zapewne przełknie odrobinę barszczu, przegryzie rybą i ruszy do swoich znajomych lub kolejnej dziewczyny.

Wojtek nasunął poduszkę na głowę. Z całych sił chciał, by coś się zmieniło. Ale mieszkał w miejscu, gdzie wszystko toczyło się wyjątkowo stałym rytmem. Las szumiał za oknem tak samo od dziesięcioleci. Zboże rosło na zboczach, a zwierzęta karmiło się o stałej porze.

Miłość i szczęście były zarezerwowane dla wybrańców.

***

Następnego dnia Wojtek wstał wcześnie, nauczony tej dyscypliny od dziecka. Najpierw przygotował śniadanie dla siebie i syna. Kanapki położył na środku stołu i przykrył talerzem, potem zaparzył sobie herbatę z melisy zerwanej w swoim własnym ogrodzie. Towarzyszyła mu od lat. Właściwie była dla niego symbolem ojcostwa. W trudniejszych sytuacjach także krople walerianowe.

Potem wyszedł na ganek, włożył inne buty, zarzucił na siebie ciepłą kurtkę i ruszył do zwierząt. Jego tata – najlepszy gospodarz w okolicy – zawsze mu tłumaczył, że karmienie należy zaczynać w pierwszej kolejności od tych, którzy sami sobie wziąć nie mogą.

U niego mieszkało sporo takich stworzeń. Miał konie, owce, kury, króliki, kozy, psa i dwa koty. Wszystkie zwierzęta cieszyły się, kiedy rano do nich przychodził z wodą oraz pożywieniem. Każde pogłaskał, każdemu spojrzał w oczy. To była jego chwila porannej radości i spokoju, zanim Maksymilian wstanie. Wtedy trzeba sobie będzie przypomnieć także o zmartwieniach.

Ruszył na poranne obejście po polach. Była zima, więc teraz nie kołysały się tu złote kłosy pszenicy, warzywniak spał. Trawa na łąkach czekała na pierwszy ciepły deszcz. Wyraźnie można było zauważyć, że to miejsce rządzone jest twardą męską ręką. Wszystko zostało dobrze zaplanowane, podzielone, bez żadnych zbędnych ozdobników. Kwiaty, które kiedyś sadziła jego matka, dawno już zginęły w trawie. Żona nie miała na to czasu ani ochoty. Tylko jedna malwa kwitła konsekwentnie co roku pod płotem, niepielęgnowana przez nikogo, Jak wspomnienie dawnych czasów, które miały już nie wrócić.

Zatrząsł się z zimna, otulił mocniej kurtką i uznał, że czas wracać do domu. Dziś poranny obchód po gospodarstwie nie pomógł w odzyskaniu dobrego nastroju. I tak było mu smutno. Zbliżały się święta. Może to dlatego wpadł w taki nastrój, a może zwyczajnie mijały lata i zaczynał tracić nadzieję, że w jakikolwiek sposób wpłynie na los i że jego wysiłki mają sens?

Spojrzał jeszcze na dom sąsiadki. Stary, drewniany budynek na murowanych fundamentach. Ten był otoczony pięknym ogrodem. Dało się to zauważyć nawet zimą. Wysokie krzewy kołysały się na wietrze, zieleniły świerki i jałowce. Staruszka do końca swoich dni dbała, jak mogła o swoje otoczenie, ale i to gospodarstwo podupadało. Jeśli nie ma młodych, wszystko niszczeje. Siły człowieka są bowiem ograniczone. A wysiłek włożony w pracę nie zawsze zostaje doceniony.

Sąsiadka zmarła i żadna z jej wnuczek, którym przepisała dom, nawet nie pojawiła się na pogrzebie.

Okropne – zadrżał znowu, a potem wrócił do domu. Kawa o poranku zawsze smakowała wspaniale, przynajmniej to stanowiło jeden niezmienny, dobry element.

***

Zosia miała nadzieję, że pośpi, nie musiała dzisiaj zrywać się wcześnie. Szkoła i matura kojarzyły jej się przede wszystkim z wiecznym niedoborem snu. Dużo zadań domowych, w większości nudnych, zajmowało jej czas do późnych godzin.

Dziś był wolny dzień i świętowanie zamierzała zacząć od porządnego wyspania się. Nawet się to udało. Była już dziewiąta, kiedy mama wparowała do pokoju, budząc ją gwałtownie.

– Ty chcesz, żebym dostała zawału?! – zawołała już od progu.

Zosia aż usiadła na łóżku, czując, jak serce mocno jej łomocze. Właśnie chwilę temu zapadła w wyjątkowo głęboki, smaczny sen i nie mogła oprzytomnieć.

– Co ty robisz?! – zawołała matka. Chodziła nerwowo po malutkim pokoju, omal nie obijając się o ściany.

Zosia rozejrzała się nieprzytomnie wokół siebie.

– Śpię – odpowiedziała niepewnie, zastanawiając się, co mama może mieć na myśli.

– Nie o tym mówię?! – krzyknęła matka. – Dzwoniła do mnie Ewa. Podobno rozmawiałaś wczoraj z adwokatem. Jak mogłaś to zrobić za plecami własnej matki?! Jeszcze podjąć taką głupią decyzję chwilę po tym, jak rozmawiałyśmy i tłumaczyłam ci wyraźnie, co jest dla ciebie najlepsze!

Zosia obudziła się na dobre. Przetarła twarz dłońmi, po czym spojrzała czujnie.

– Co dziewczyny powiedziały? Zgodzą się? – zapytała, a z napięcia i stresu miała wrażenie, że mrówki chodzą jej po plecach. Być może był to jeden z ważniejszych momentów w jej życiu.

– Tak! – powiedziała matka z ogromnym oburzeniem. – Podobno nawet adwokat przesłał już jakieś papiery. Ewa myślała, że to nasza wspólna decyzja. Jasne, że się zgodziły. Po co im ta stara rudera? Będą miały teraz przecież moje mieszkanie.

Zosia nie miała siły nawet się kłócić. Zarówno Alina, jak i Ewa nieźle sobie radziły. Ewa kupiła niedawno apartament na nowym osiedlu, a mąż Aliny też dobrze zarabiał. Na pewno ostatnią rzeczą, jaką dziewczyny chciałyby kiedykolwiek mieć, było mieszkanie matki. Ale dla niej to było wszystko. Żyła w przekonaniu, że to najcenniejszy dar, jaki może przekazać swoim dzieciom.

– Może jeszcze zdążysz. – Matka szarpnęła ją za ramię. – Ubieraj się w te pędy albo nawet nie. Weź po prostu telefon, zadzwoń do tego gościa i powiedz mu, że ze wszystkiego rezygnujesz. To była głupota, poza tym nie zapytałaś się matki. To się z całą pewnością nie liczy.

– Liczy się, mamo – powiedziała Zosia i ziewnęła z całych sił. – Mam prawie dziewiętnaście lat. Jestem pełnoletnia, mogę podejmować takie decyzje.

– To jakaś głupota! – oburzyła się mama. – Co za idiota wymyślił takie prawo? Córka mojej znajomej też miała dziewiętnaście lat. Tak pokierowała swoim życiem, że teraz jest na dnie. Może i masz dowód osobisty, ale to nic nie znaczy. Bierz telefon! – Mama porwała aparat leżący na biurku i wcisnęła jej w dłonie. – I dzwoń tam natychmiast!

Zosia była przestraszona. Też nie miała pojęcia, czy to jest dobra decyzja. Bała się, że podjęła ją wyłącznie pod wpływem wczorajszego smutku i emocji. Właściwie miała pewność, że sobie nie poradzi. Ale teraz zrozumiała, że to jej jedyne wyjście.

Cały czas marzyła, że ktoś zmieni sytuację w jej rodzinie. Pomoże jej w życiu. W tym momencie zdała sobie sprawę, że w tej kwestii może liczyć tylko na siebie. To nie było przyjemne uczucie. Ale nie miała czasu się nad tym zastanawiać.

Wzięła wetknięty jej do ręki telefon, spojrzała na niego, a potem na mamę i powiedziała:

– Stanowczo nie zrobię tego. Mamo, proszę cię, nie naciskaj. Wezmę ten dom, spróbuję od nowa. Może to będzie jakaś szansa?

– Co ty bredzisz? Jaka szansa? Tu masz najlepiej! Mogę się tobą zaopiekować, póki żyję. Zapewnię ci zupę na obiad, kanapkę na śniadanie. A kiedy mnie nie będzie, jak sobie poradzisz?

Zosia pomyślała, że mama tymi słowami daje do zrozumienia, że zupełnie w nią nie wierzy. Nawet sobie nie wyobraża, że córka mogłaby dorosnąć, stać się samodzielna, poradzić sobie. A przecież dwie starsze dziewczyny wyfrunęły w świat i to zrobiły.

Zosi zrobiło się przykro. Sama miała mnóstwo wątpliwości. Chciałaby o nich porozmawiać, ale nie z kimś, kto z zasady ją skreśla na każdym polu.

 

– Mówię po raz ostatni! – zdenerwowała się mama. – Bierz telefon i dzwoń. Odkręć całą sprawę, póki jeszcze masz szansę.

– Nie zrobię tego – powtórzyła cichym głosem, nienawykłym do sprzeciwu oraz do komunikowania swoich decyzji.

– W takim razie jedź tam! – krzyknęła mama. Dawno już nie była taka zdenerwowana. – Zabieraj się i jedź, skoro to ma być teraz twój dom! – rzuciła z wściekłością i rozżaleniem. Nieraz już krzyczała na córkę i kłóciły się o różne rzeczy. Właściwie ciągle się kłóciły, ale po raz pierwszy mama, wychodząc z pokoju Zosi, trzasnęła drzwiami tak, że słychać było pewnie trzy piętra w dół i cztery w górę.

Dziewczyna poczuła, jak łzy przykrości napływają jej do oczu. Nie chciała konfliktu. Ponad wszystko marzyła o spokoju. Pragnęła mieć dobry kontakt z bliskimi. Ale za nic się to nie udawało. Nie była w stanie spełnić oczekiwań mamy. Mieszkanie z nią pod jednym dachem sprawiało, że usychała, dusiła się. Kochała ją jednak. Miała świadomość, że mama nie ma nikogo poza nią. Nie chciała jej martwić przed świętami.

To było jednak niemożliwe do pogodzenia. Zosia opadła na poduszki bez sił.

A może dobrze się stało? – pomyślała nagle i aż usiadła z powrotem. – Może właśnie tak należało teraz uczynić? Spędzić święta gdzie indziej? U siebie?

To była zupełnie nowa myśl. Zosia nigdy nie miała niczego swojego. Przede wszystkim rodzinnego domu. Takiego miejsca, do którego czułaby, że przynależy. Dokąd się wraca z radością. Mama na każdym kroku podkreślała, że mieszkanie jest jej. Może kiedyś w łaskawości swojej je Zosi przepisze. Planowała ten krok. Właściwie od lat była to jej najważniejsza decyzja, największe zmartwienie i coś, co przeżywała całymi godzinami.

Ale to nie sprawiało, że jej dzieci czuły się tutaj dobrze.

Tata mieszkał w różnych miejscach. Pracował dla rozmaitych firm, jeździł sporo po całym kraju. Wynajmował mieszkania, sypiał w hotelach. Radził sobie zawodowo na tyle, żeby się utrzymać, ale nigdy nie osiadł w żadnym miejscu na stałe. Nie czuł zupełnie takiej potrzeby.

Zosia zawsze miała wrażenie, że w jej życiu nie ma się czego uchwycić. Rodzice żyli we własnych światach, nie funkcjonowali jako całość. Siostry wyjechały. A ona została zupełnie sama.

Nagle poczuła, że chce dostać klucz. Wsiąść w autobus i zobaczyć tamten dom. Nie odwiedzali babci Anny od lat. Zosia ledwo pamiętała, jak tam jest.

Wyskoczyła z łóżka i zaczęła się pakować. Wyciągnęła z szafy torbę i przejrzała zawartość szuflad. Zastanawiała się, co jej będzie najbardziej potrzebne na wsi. Nie miała pojęcia, jak się żyje w takim miejscu. Była dzieckiem blokowiska, tu się wychowała, wyrosła, stąd pochodzili wszyscy jej znajomi. Odwiedziny w rodzinnym domu ojca pamiętała jak przez mgłę.

Dom kojarzył jej się dość sielankowo. Z jakąś zielenią wokół, malinami w ogrodzie. Przeszukała wspomnienia, ale nie znalazła tam żadnych zwierząt. Na szczęście. Panicznie się ich bała, wszystkie miały coś: albo rogi, albo kolce, albo oślizgłą skórę lub groźne pazury. Szczypały, gryzły lub patrzyły nieprzyjemnie.

Brrr – otrząsnęła się na samą myśl.

Jednak ta wieś babci była chyba jakaś inna. Zosia nie pamiętała żadnej złej przygody. Może ktoś zadbał o to, by w gospodarstwie panował spokój? Miała taką nadzieję.

Wrzuciła trochę ciepłych ubrań, kilka osobistych drobiazgów. Miała ochotę zabrać też książkę, ale wiedziała, że jeśli chce przeżyć kolejne tygodnie w szkole, to musi niestety wziąć plecak z podręcznikami i lekturami. Czytanie dla przyjemności musiało poczekać.

Szybko poszła do łazienki i ubrała się. Umyła zęby, a wtedy usłyszała znowu głos matki. Ta najwyraźniej wpadła do jej pokoju i zobaczyła spakowane rzeczy.

– Ty chyba nie mówisz poważnie! – krzyknęła znowu, dobijając się do drzwi. – Przecież sobie tam sama nie poradzisz! A ja w zimie nie będę się plątać po jakichś nieogrzewanych chałupach. Zdajesz sobie sprawę, że tam będzie ciemno w nocy?

Zosia zadrżała. Złapała się mocno za umywalkę i spojrzała sobie w oczy. Nie, nie zdawała sobie z tego sprawy i zapewne było jeszcze tysiąc innych ważnych okoliczności, których teraz nie brała pod uwagę. Mama miała sporo racji. Ale nic już nie miało znaczenia, poza tym jednym pragnieniem, by wydostać się z tego mieszkania i przez chwilę znaleźć się w miejscu, w którym panował spokój. Żeby nie słyszeć tego świdrującego mózg głosu.

– Nie poradzisz sobie! – krzyczała matka. – Każdy młody myśli, że zjadł wszystkie rozumy i poukłada sobie życie lepiej niż rodzice, ale nie ma racji. Córka mojej znajomej też wyprowadziła się z domu i po dwóch miesiącach wróciła z podkulonym ogonem. Dobrze, że nie w ciąży. Przynajmniej weź Jaśka, jeśli jesteś już taka uparta. Może wreszcie coś się między wami wydarzy!

Zosia nie miała ochoty wychodzić z łazienki. Chciała się zabarykadować w niej na zawsze, ale nie mogła. Jeśli chciała ruszyć dalej, musiała wykonać ten najtrudniejszy, jak jej się wydawało, krok, to znaczy, otworzyć drzwi, przejść obok mamy i słuchać jej słów tak długo, aż ona sama włoży buty, kurtkę, porwie torbę oraz plecak szkolny, a następnie wybiegnie z domu.

Rzeczywiście było to dokładnie tak trudne, jak się spodziewała. Mama nie ustawała w wyszukiwaniu potencjalnych źródeł jej klęski oraz opowiadaniu anegdot o córkach jej znajomych, które spotkało wszystko, co najgorsze. Zosia chciała się z nią pożegnać, nie wiedziała nawet, na jak długo wyjeżdża, ale mama nie dała jej takiej szansy. Nie przestała mówić. Dziewczyna wybiegła więc, zamykając za sobą drzwi.

Jeszcze na schodach słyszała, że kiedy jej się nie uda, sama będzie sobie winna. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Ale i tak było to niesamowite uczucie, po raz pierwszy w życiu podjąć samodzielną decyzję. Była ona dziwna. Zosia nie spotkała się nigdy z żadną koleżanką czy kolegą, którzy byliby w takiej sytuacji. Spadki i domy to był świat zarezerwowany dla dorosłych.

Wyszła przed blok i szybko skierowała się w stronę przystanku. Pamiętała, że gabinet adwokata znajdował się w centrum Krakowa. Jechały tam z mamą tramwajem.

Wyciągnęła telefon i napisała do prawnika SMS-a z prośbą o spotkanie. W brzuchu jej burczało i trochę kręciło jej się w głowie, zwłaszcza że tramwaj był dość mocno ogrzewany i w środku panowała spora duchota. Mnóstwo ludzi jechało w tę samą stronę, a na kolejnych przystankach wsiadało ich jeszcze więcej.

Chwilę później telefon zapiszczał. Przyszła wiadomość z odpowiedzią, że może się stawić za dwie godziny. Napisał jej, że wszystko jest w porządku, dokumenty od sióstr zostały już przesłane, dotarły też w wersji elektronicznej. Można więc podpisać akt notarialny i odebrać klucz. Zosia ucieszyła się ogromnie, chwilę później jednak zrobiło jej się zimno, mimo wciąż hulającego w tramwaju ogrzewania.

Uświadomiła sobie, że za taką wizytę trzeba przecież zapłacić. Ona nie miała pieniędzy. Dwadzieścia złotych wciąż spoczywało w jej portfelu. Oprócz tego miała jeszcze pięćset z ostatniego prezentu urodzinowego od ojca, ale musiała coś dla siebie zachować, jeśli chciała wyjechać i zacząć od nowa zupełnie sama. Poza tym i tak na pewno by to nie wystarczyło. Nie miała pojęcia, jakie stawki obowiązują w prawniczym świecie, ale z pewnością nie takie jak wśród maturzystów.

To był już drugi odważny gest tego dnia. Drżącymi dłońmi wystukała SMS-a z zapytaniem, ile to będzie kosztowało. Miała świadomość, że być może za minutę, kiedy przyjdzie odpowiedź, jej przygoda się zakończy. Czuła, że to będą jakieś kwoty niemożliwe do osiągnięcia: pięć tysięcy, trzy tysiące. Właściwie wszystko jedno, każda z nich była jednakowo daleko poza jej zasięgiem.

Kwota jest spora – odpisał jej adwokat. – Uzależniona od wartości nieruchomości, około 3500 zł. To tak promocyjnie, ale nie martw się, rozłożę Ci to na raty, poczekam.

Aż jej się zimno zrobiło, kiedy to przeczytała. Wkraczanie w dorosłość miała nieco przyspieszone. Uświadomiła sobie, że to oznacza nie tylko wolność i prawo do podejmowania ważnych decyzji, nie tylko życie na własnych warunkach, lecz także odpowiedzialność za to, by mieć na to finanse. Skąd wziąć? Zosia była tylko niespełna dziewiętnastoletnią maturzystką. Bez zawodu, jakichkolwiek sensownych możliwości zarobkowania. Uczyła się do matury i wkładała w to sporo wysiłku. Owszem, miała koleżanki, którym to przychodziło łatwiej, ślizgały się po obowiązkach i jakoś sobie radziły, ale ona na niektóre przedmioty, zwłaszcza na matematykę, musiała naprawdę poświęcić sporo czasu, choć i tak potem zwykle dostawała tróję.

Westchnęła.

Co by się nie działo w jej życiu i tak zawsze wszystkie rozmyślania prowadziły ostatecznie do szkoły.

Teraz jednak miała większe zmartwienia. Zastanawiała się, co mogłaby odpisać. Uczciwie powinna powiedzieć: „Nie ma takich rat, które byłabym w stanie spłacać”, ale wtedy szansa by przepadła. Na myśl o tym, że miałaby wrócić teraz do mieszkania mamy, przyznać się do klęski i siedzieć z nią przez całą przerwę świąteczną, wysłuchując opowieści o kolejnych znajomych, których życie zakończyło się niepowodzeniem, poczuła potężny opór.

Ale bała się też ruszyć przed siebie. Jak człowiek, który musi wejść do lodowatej wody w zimowy dzień. Normalnie nigdy by tego nie zrobił, ale jeśli tuż za nim szaleje pożar, skoczy czym prędzej. Wie bowiem, że nie ma się dokąd cofnąć. Czuła się dokładnie tak samo. Nie miała dokąd wrócić, wystukała więc odpowiedź, mimo że palce drżały jej ze strachu. Nie wiedziała, jakie będą konsekwencje tego czynu.

Odpisała adwokatowi, że serdecznie mu dziękuje. Sporo dla niej zrobił. Widziała, że ma w nim sprzymierzeńca. Nigdy człowiek nie wie, z której strony spotka go dobro, tego się nauczyła już dawno.

Zaraz potem zadzwonił Jasiek.

– Co robisz? – zapytał. – Bo ja myję okna. Paskudna robota w taki ziąb – powiedział. – Ale wiem, że mama nie odpuści. Jak się z tym uwinę, to popołudnie będę miał wolne. Może się spotkamy gdzieś?

– To raczej będzie niemożliwe – odparła i opowiedziała mu o wszystkim. Miała wrażenie, że cały tramwaj ucichł. Ewidentnie ludzie podsłuchiwali, a historia była dość niezwykła. Opowiedziała, że przyjęła spadek, jak bardzo się boi i że nie może już dłużej tak żyć. Kiedy ją skończyła, była wręcz pewna, że wszyscy spoglądają na nią z ciepłem w oczach, że jej kibicują. Zmieszała się strasznie, ale to było miłe uczucie.

– O której będziesz na dworcu? – zapytał Jasiek.

– Sądzę, że około dwunastej. Sprawdziłam połączenie, autobusy jeżdżą tam co półtorej godziny. Zobaczymy, na który się załapię.

– To powodzenia, mała – powiedział. – Trzymam za ciebie kciuki. Pamiętaj, że cię kocham.

– Ja też cię kocham – odpowiedziała.

Mama byłaby dumna, gdyby słyszała te słowa, ale pewnie zaraz by się okropnie zdenerwowała, gdyby się dowiedziała, co one tak naprawdę oznaczają. Często to sobie mówili, a także przytulali się, całowali w policzek lub w czoło. To nie było jednak wyznanie takiej miłości, o jaką chodziło matce. Zosia i Jasiek kochali się naprawdę, ale innym uczuciem. Dobrze sobie życzyli, mogli na sobie polegać i byli wobec siebie lojalni, lecz absolutnie niegotowi na inny, dojrzalszy związek. I to nie była prawda, co wciąż wykrzykiwała jej mama, że kiedyś, gdy Jasiek się z kimś zwiąże, Zosia będzie strasznie cierpieć. Dobrze mu życzyła, chciała, żeby się szczęśliwie zakochał.

Wysiadła na przystanku i wcisnęła czapkę mocniej na uszy. Było okropnie zimno i brzydko. Zima w mieście często daleka jest od sielankowych obrazków prezentowanych w internecie. Jest szaro, ponuro, paskudnie, a do tego jeszcze nad ulicami unosi się smog.

Zosia weszła z ulgą do ciepłej kancelarii. Adwokat siedział za biurkiem ubrany w ładny garnitur. Sprawiał wrażenie odprężonego i zadowolonego ze swojej sytuacji życiowej. Zosia pozazdrościła mu. To musi być niesłychane uczucie tak sobie poukładać własne sprawy, że człowiek z satysfakcją rozpoczyna każdy nowy dzień.

– Dzień dobry – powiedziała i uśmiechnęła się do niego. – Bardzo panu dziękuję, ogromnie mi pan pomógł. Nie jest przecież tajemnicą, że nie mam pieniędzy.

– Zdawałem sobie z tego sprawę – odpowiedział. – Zanim rozpocząłem działania. Nie martw się, idą święta. W tym czasie nawet prawnicy lubią zrobić coś dobrego. Oczywiście nie anuluję ci tej opłaty, ale mogę na nią poczekać. Jakoś tak dziwnie jestem przekonany, że należysz do tych osób, którym się w życiu uda.

Popatrzyła na niego z powątpiewaniem.

 

– Naprawdę pan tak sądzi? Dlaczego?

Rzeczywiście, kiedy na nią spojrzał, zdawało się, że nie ma ku temu żadnych przesłanek. Była chudą, dość bladą nastolatką ubraną w powyciąganą kurtkę i znoszone, choć czyste buty. Nic jej nie wyróżniało z tłumu innych. Nawet jej włosy, jasne, proste, do połowy ramion, z grzywką poprzecznie przecinającą czoło przypominały fryzury wielu nastolatek, które spotykał w galeriach. Tylko oczy miała inne. Duże, jasnoniebieskie, patrzące na świat z powagą, nielicujące z jej wiekiem. Jakby należały do człowieka, który sporo już przeżył. Polubił tę dziewczynkę, bo miał wrażenie, że dzielnie stawia światu czoła, a on sam kiedyś też zaczynał od zera. Pochodził z biednej rodziny, nie miał w nikim wsparcia. Był jednym z tych dorosłych, którzy osiągnąwszy sukces, nie zapomnieli, jakie to jest uczucie.

– Podpisz – powiedział i przekazał jej dokumenty – W tej chwili dom przechodzi na twoją własność. Może się napijemy z tej okazji herbaty? – zapytał. – Ja mam niewiele czasu, bo za dziesięć minut czeka mnie kolejna wizyta, ale na zewnątrz jest bardzo zimno, a domyślam się, że czeka cię jeszcze długa droga. – Spojrzał na jej torbę i pełną determinacji twarz.

– Tak, to prawda – powiedziała. – Czuję się trochę nierealnie – dodała, biorąc do ręki klucz, który jej podał.

– To tylko taki symbol – uśmiechnął się. – Ale pani Anna nalegała, żeby go przekazać nowej właścicielce.

– Dziękuję – odparła. – Babcia miała rację. Dzięki temu czuję, że to wszystko dzieje się naprawdę. Sam papier by chyba tego nie dokonał.

Schowała dokumenty do teczki, a potem włożyła do szkolnego plecaka. Ten gest doskonale obrazował, jak nietypowa jest to sytuacja, jak bardzo ta teczka z logo kancelarii notarialnej nie pasuje do życia zwykłej maturzystki.

– Jedziesz tam od razu? – zapytał.

– Tak. Chcę spędzić w moim nowym domu święta.

– Sama?

– Owszem. Chyba że siostry zdecydują się do mnie przyjechać. Może tata? – dodała z nadzieją.

Adwokat spojrzał na nią z powagą. Miał przeczucie, że te życzenia się nie spełnią.

– Dobrze się przygotuj – powiedział. – Zima na wsi potrafi być trudna, zwłaszcza dla młodej dziewczyny. Trzeba będzie zadbać o jakieś towarzystwo, przyjaciół, o pieniądze. Przypilnować też spraw formalnych, przepisać na siebie prąd, gaz, telefon, internet. Udać się do odpowiednich urzędów. Jeszcze może się uda zdążyć przed świętami przynajmniej z tym, co najważniejsze – uśmiechnął się. – Domyślam się, że zapewne będzie to łącze internetowe.

Zosia poczuła, jak kręci jej się w głowie. Tego też nie przewidziała. Początek listy setek rzeczy, o których nie ma żadnego pojęcia, bo pochodzą ze świata dorosłych. No, ale teraz właściwie nie miała już wyjścia.

– Jeszcze raz serdecznie dziękuję – powiedziała i napiła się herbaty. – Ale pyszna! – zawołała. – Pachnie prawdziwymi malinami, latem i słońcem. Na dobrą wróżbę.

Adwokat uśmiechnął się do niej serdecznie. Naprawdę jej kibicował.

***

Zaraz potem Zosia pobiegła na dworzec. Szybko sprawdziła, z którego stanowiska odjeżdża autobus. Kupiła sobie bilet w kasie, potem jeszcze bułkę i sok na drogę. Zaczęła się kierować ku wyjściu i wtedy ktoś ją gwałtownie objął od tyłu.

– Cześć, mała! – usłyszała znajomy życzliwy głos Jaśka.

– Co tu robisz? – zapytała, a ulga, jaką poczuła, była ogromna.

– Nie mogłem przecież puścić cię samej – powiedział ciepło.

– Jedziesz ze mną na wieś?

– No, tego niestety nie mogę obiecać, ale odprowadzę cię teraz na autobus, następnie dostarczę na miejsce i przynajmniej razem obejrzymy tę rozwalającą się ruderę, jak twierdzi twoja matka, i sprawdzimy, czy możesz tam bezpiecznie zostać na noc. W przeciwnym razie zabieram cię z powrotem. I nie ma mowy o żadnych protestach. Wiesz, że u nas zawsze jest dla ciebie miejsce. Możesz nawet zostać całe święta. Mój tata bardzo cię lubi.

– Wiem – powiedziała Zosia. – Ale myślę, że on też ma do nas pretensje, że nie chcemy zacząć ze sobą chodzić jak ludzie, jak to kiedyś powiedział. Jest miły, zupełnie inny niż moja matka, ale w tej kwestii oboje dobrze się zgadzają.

– Może – przyznał Jasiek. Zdjął czapkę, a jego uszy ukazały się w pełnej krasie. Czerwone od mrozu, pięknie odstające, sprawiały, że człowiek musiał się uśmiechnąć, kiedy na niego patrzył. – Ale to mnie nie powstrzyma.

– Dziękuję ci – powiedziała z całego serca. – Będzie mi dużo raźniej. Szczerze powiedziawszy, jestem przerażona tym wszystkim. Nawet nie wiesz, co ja dzisiaj zrobiłam. Byłam u adwokata, podpisałam jakieś papiery. Nie jestem pewna, co tam dokładnie było napisane, bo dopiero teraz przyszło mi do głowy, żeby to przeczytać. Cztery strony drobnym drukiem. Adwokat wyglądał na człowieka godnego zaufania, ale kto go tam wie? Podjęłam dorosłą decyzję, stałam się właścicielką domu, a nie stać mnie właściwie na nic. On mówił o jakichś prądach, gazach, rachunkach. Święty Boże, co tam jeszcze się na miejscu okaże, to strach myśleć.

Jasiek sięgnął do kieszeni i wyciągnął kopertę.

– Nie odzywaj się – powiedział stanowczo. – Ani jednego słowa nie chcę od ciebie teraz usłyszeć. Znamy się od przedszkola. To nie moja zasługa, że ojciec dobrze zarabia, ani nie twoja wina, że twoja matka kompletnie sobie nie radzi. Dla mnie pieniądze to nie temat. Dostanę pewnie mnóstwo prezentów pod choinkę, babcia da jakąś kasę, dziadek też. Każdy wujek coś tam mi wciśnie do ręki… Poza tym ilekroć poproszę, ojciec po prostu i tak mi daje. Nie jestem głupi, nie naciągam go na byle co. Zaoszczędziłem sobie sporo i mam prawo zrobić z tym, co chcę. Możesz to potraktować jako pożyczkę, jeśli sobie życzysz, ale wolałbym darowiznę. Będę do ciebie przyjeżdżał na lato i dasz mi pokój za free.

Zosia się wzruszyła, aż kącikach oczu pojawiły jej się łzy.

– Przecież wiesz – powiedziała drżącym głosem – że i tak masz zawsze u mnie pokój za free.

Przyjęła od niego kopertę z pieniędzmi. Wiedziała, że to bardzo ważna pomoc i głupotą byłoby wybierać się w taką drogę zupełnie bez finansowego wsparcia. Była mu ogromnie wdzięczna. Mama pod tym jednym względem miała rację, Jasiek był bardzo wartościowym człowiekiem. Dziewczyna, która kiedyś się z nim zwiąże na stałe, będzie miała faktycznie dobre życie. Może nawet rzeczywiście będzie to ona? Może kiedyś ich relacja się zmieni? Dorosną i poczują do siebie coś zupełnie innego, czego teraz nawet nie potrafią sobie wyobrazić?

Uściskała go mocno, a potem pocałowała w oba policzki.

– Jesteś najlepszy – powiedziała. – I nawet nie będę udawać, że nie chcę tego przyjąć. Bardzo, bardzo jest mi to potrzebne. Nie wiem, czy przed maturą będę mogła podjąć jakąś pracę, jak długo tam zostanę, ale ponad wszystko nie chcę wrócić do mieszkania matki.

– Poczekaj chwilę – powiedział. – Muszę sobie kupić bilet na autobus powrotny. Wezmę od razu dwa, na wypadek, gdyby ci się tam nie spodobało. Niestety na noc nie mogę zostać. Mama stanowczo nakazała mi wracać. Nie powiedziałem jej, że zostajesz na noc sama, bo pewnie kazałaby też wracać tobie albo narobiła paniki, a przecież wiem, że jesteś dorosłą dziewczyną i sama potrafisz podjąć decyzję.

Zosia uśmiechnęła się.

– Chyba na całym świecie tylko ty tak myślisz.

Ledwo Jasiek zdążył skoczyć do kas, autobus podjechał, więc szybko wyszli na zewnątrz i stanęli w tłumie kłębiących się pasażerów. Wrzucili torbę Zosi do bagażnika, po czym wsiedli do środka.

Jechali ponad dwie godziny. Zosia zasnęła, opierając głowę na ramieniu Jaśka.

Może to właśnie jest miłość – zastanowiła się, zanim na dobre zamknęła oczy. – Bezpieczeństwo, przyjaźń, życzliwość. Może nie ma czego więcej szukać?

***

Cieszyła się, że pojechał razem z nią. Raźniej było teraz maszerować przez wąskie ulice, szukać drogi, która całkowicie już zatarła się w pamięci. Była dopiero trzecia po południu, ale już szarzało, a zimno przenikało do szpiku kości. Ubrania porywał silny wiatr i szybko okazało się, że może zima w mieście nie ma specjalnie dużo uroku, ale i na wsi bywa bez szału, zwłaszcza kiedy śniegu tyle, co na lekarstwo, za to mocno ściska mróz, a pola są szarobure.