Świąteczny sekret

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Świąteczny sekret
Świąteczny sekret
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Świąteczny sekret
Świąteczny sekret
Audiobook
Czyta Joanna Gajór
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zosia dokładnie poczuła, jak to jest. Jej też właśnie się przelało. Nie wiedziała, które słowo spośród tysięcy do tej pory usłyszanych sprawiło, że poczuła, iż nie jest w stanie już tego wytrzymać. Coś w niej właśnie pękło i rozsypało się jak odłamki choinkowej ozdoby.

Była pewna, że nie wytrzyma ani chwili dłużej w tym ponurym mieszkaniu, bez perspektyw na jakąkolwiek zmianę. Nie chce spędzać tutaj świąt.

Zerwała się z tapczanu, aż mama się wystraszyła.

– Nie zrywaj się tak gwałtownie! – pouczyła ją surowo. – Jeden mój znajomy tak się zerwał i od razu dostał zawału. Dwa tygodnie później już nie żył.

– Pogadam z adwokatem – powiedziała Zosia, po czym złapała telefon i plecak. Porwała jeszcze w locie kurtkę i buty. Wyszła na zewnątrz i przez chwilę stała nieruchomo. Musiała zaczerpnąć powietrza. Nie wiedziała, co jest w mieszkaniu mamy takiego, co sprawia, że człowiek się dusi.

Na zewnątrz też nie było lepiej. Krakowski smog dawał się mocno we znaki. Nie trzeba stosować żadnych skomplikowanych urządzeń pomiarowych. W świetle latarni ulicznych był doskonale widoczny dziwny szaro-pomarańczowy dym, jakby mgła, gęsta i oblepiająca. Zosia martwiła się z tego powodu. Lubiła swoje miasto i przykro jej było patrzeć, jak nurza się w oparach brudu i zanieczyszczeń. Zarzuciła kurtkę na plecy i wyciągnęła telefon.

Przyszła jej do głowy szalona myśl. A może cała ta zawierucha ze spadkiem to znak od losu? Prezent od babci? Czy powinna wziąć spadek? Jechać na wieś daleko od tych wszystkich kłopotów i zacząć od nowa?

Głupie to było i naiwne. Doskonale sobie zdawała z tego sprawę. Nie była spełnioną kobietą po czterdziestce, która chce uciec od miasta, lecz zaledwie zwykłą maturzystką, bez żadnych dochodów ani zawodu. Bez szans. Nic przecież nie potrafiła, nawet rosołu by nie ugotowała. Ale tak mocno czuła się postawiona przed ścianą, że już nie mogła zrobić ani kroku do przodu. Musiała ruszyć w innym kierunku.

A żadnego lepszego pomysłu nie miała.

Teraz bardziej niż kiedykolwiek w życiu potrzebowała porozmawiać z bliskimi. Najlepiej z kimś z rodziny, kto dobrze zna wszystkie zawiłości, zarówno małżeństwa rodziców, zerwanych kontaktów z babcią, jak i całego tego pokręconego spadku.

Wybrała numer najstarszej siostry. Czekała chwilę, zanim Alina odebrała, ale bardzo się ucieszyła, gdy usłyszała jej głos.

– Cześć siostrzyczko – powiedziała ciepło.

– Hej! – odpowiedział jej dość przygnębiony ton.

– Co słychać u ciebie? Chciałam z tobą porozmawiać o pewnej ważnej sprawie. – Zosia maszerowała pod blokiem tam i z powrotem, wdychała smog i bardzo pragnęła, by ktoś z nią choć chwilę pogadał.

– Nie teraz, proszę cię – odpowiedziała siostra. – Mam tu mnóstwo kłopotów. Antek się nie uczy, Zuzia bryka, cały czas chce, żebym się nią zajmowała. A mój mąż w ogóle mi nie pomaga. Po prostu uważa, że skoro chodzi do pracy, to już jest super. Cały czas się kłócimy, a do tego wszystkiego jeszcze idą te cholerne święta, które nie wiem zupełnie, kto przygotuje. Ja też przyniosłam z pracy zaległości do domu, ale nie mogę się schować tak jak Romek w sypialni i sobie otworzyć laptopa, bo przecież ktoś musi zająć się dziećmi. – Siostra mówiła i mówiła. Nie zrobiła w tym słowotoku żadnej przerwy, w której Zosia mogłaby choćby odpowiedzieć, że rozumie, albo w jakiś inny sposób skomentować. A już zupełnie niemożliwe było, żeby zdołała opowiedzieć o własnych problemach. Alina zastrzegała co rusz, że nie ma czasu, a jednak nadal mówiła o porannych kłótniach z mężem, braku porozumienia, nieposłusznych, niewdzięcznych dzieciach.

Straszne – pomyślała Zosia. – Jeśli tak ma wyglądać małżeństwo i rodzina, to lepiej trzymać się od tego z daleka.

Było jej coraz zimniej. Ściskała w zdrętwiałej dłoni telefon i słuchała monologu siostry. Miała nadzieję, że chociaż w ten sposób jej pomoże. Jeśli dziewczyna się wygada, to będzie jej lżej. Pół godziny później zrozumiała, że ten sposób w ogóle nie działa. Alina mogła temat swoich kłopotów eksplorować bez końca i wcale nie dochodziła do żadnych konkretnych wniosków, a już na pewno nie odzyskiwała spokoju ducha. Wreszcie skończyła rozmowę, bo coś się stłukło w kuchni i musiała tam szybko pobiec, ale była równie zdenerwowana jak na początku dialogu, a może nawet bardziej. Przez to opowiadanie wszystko jej się przypomniało.

Szybko się pożegnała i pobiegła do swoich spraw.

Zosia usłyszała ciągły sygnał słuchawce i została na chodniku sama. Starała się rozumieć siostrę. Wiadomo, jak człowiek ma takie poważne kłopoty, z którymi musi się mierzyć, to pewnie nie ma ochoty zajmować się jeszcze młodszym rodzeństwem. Ale było jej przykro, bo nie dzwoniła często do Aliny, nie zawracała jej głowy każdą drobną troską, a teraz naprawdę stała przed poważną decyzją. Chciała zrobić coś, co mogło zdecydować o jej życiu i potrzebowała tylko chwili uwagi.

Z nieco ciężkim sercem wybrała numer drugiej siostry. Wprawdzie w szkołach zaczynała się już przerwa świąteczna, ale Zosia nie miała złudzeń co do tego, że Ewa nadal pracuje. Robiła to właściwie cały czas. W Wigilię odbierała maile i odpisywała na wiadomości. I to wcale nie były życzenia, tych nie wysyłała, uważała to bowiem za stratę czasu.

Zgodnie z przewidywaniem nie odebrała telefonu, tylko wrzuciła automatyczną wiadomość, że oddzwoni później. Nie było jednak żadnej pewności, że tak się właśnie stanie. Do Ewy dobijał się cały świat. Kiedy była na jednym spotkaniu, mnóstwo osób domagało się kolejnego. Prowadziła jakąś rozmowę, a w kolejce stali następni chętni. Mnóstwo pracodawców chciało ją zatrudnić, ciągle prowadziła jakieś negocjacje i – nie ma co ukrywać – odniosła ogromny sukces. A teraz walczyła o awans. I nie miała czasu.

Zosia kopnęła grudkę błota, która zaplątała się na chodnik i pomyślała, że nie chciałaby osiągnąć w życiu sukcesu, jeśli miałaby zapłacić za niego taką cenę.

Chyba rzeczywiście mama ma rację – pomyślała niechętnie. – Coś w tym jest. Ani rodziny nie zdołam zbudować, bo nie chcę iść na kompromisy, ani kariery nie zrobię, bo nie jestem gotowa oddać wszystkiego. Może rzeczywiście jedyną moją szansą jest wyjechać i usunąć się wszystkim z oczu. Przecież i tak nikt nie zauważy, że zniknęłam.

Został jeszcze jeden ważny człowiek, do którego mogła zadzwonić w trudnej sytuacji. Oczywiście był to tata. Cokolwiek można było o nim powiedzieć, miał dar wprowadzania w dobry nastrój. Może on by jej coś poradził? Przecież sprawa szła o jego dom rodzinny.

Wybrała numer. Też już od dawna nie rozmawiała z tatą. Poznał właśnie miłość swojego życia, już nie wiedziała po raz który, a w pierwszej fazie związku zwykle tracił kontakt z rzeczywistością. Żeby nie cierpieć, brała to na przeczekanie. Wiedziała, że miłości życia ojca kończą się średnio po kilku miesiącach, czasem nawet wcześniej. W przerwach wracał złamany do rodziny i przypominał sobie, że ma córki. Wtedy był najfajniejszy. Obiecywał, że zacznie wszystko od nowa, inaczej. Ona słuchała tego chętnie, choć był to refren stale powtarzający się od dzieciństwa.

Wsłuchiwała się w sygnał telefonu. Miała nadzieję, że nie zastanie taty z tą babą, której odruchowo nie lubiła, choć nigdy jej nawet nie widziała. Nie spieszyła się z poznawaniem kolejnych partnerek ojca, bo wychodziła z założenia, że nie ma sensu budowania głębszej relacji, skoro i tak oni za chwilę się rozstaną. Oszczędzała sobie i tej kobiecie dodatkowego stresu.

Wzięła głęboki wdech, żeby sobie nie wyobrażać, co tata może teraz robić i w czym ona może mu swoim telefonem przeszkodzić, pokonała mocną pokusę, żeby się wycofać i po raz drugi wybrała numer. Tym razem skutecznie.

– Cześć kochanie! – usłyszała w słuchawce promienny głos taty. – Co słychać? Jak się ma moja piękna dziewczyna tuż przed świętami? Bo ja, serce moje, mam się cudownie.

– Cieszę się, tato – odparła i naprawdę się uśmiechnęła. W głosie ojca było tyle szczerej, spontanicznej, wręcz dziecięcej radości, że nie miała sumienia burzyć tego. – Gdzie jesteś? – zapytała.

– Aktualnie w Austrii – powiedział. – Musiałem wyjrzeć za okno, żeby to sprawdzić – dodał – bo tyle się teraz u mnie dzieje, że wręcz nie nadążam. W pracy same sukcesy, a u mojego boku jest fantastyczna kobieta, naprawdę.

– Teraz jest? – zapytała Zosia.

– Tak, oczywiście, leży w pościeli, patrzy na mnie, ma najpiękniejsze oczy świata. Oczywiście oprócz mojej córeczki.

Jasne – pomyślała Zosia z westchnieniem i nie miała odwagi zapytać go, jaki mają kolor. Bała się, że źle odpowie. Mimo że nie było to dla niej komfortowe rozmawiać ze świadomością, że jego kochanka wszystko słyszy, zadała swoje pytanie. Bardziej sprzyjające okoliczności do rozmowy mogły się trafić dopiero za kilka miesięcy, a ona tak długo nie mogła czekać.

– Wiesz, tato, że dziewczyny nie chcą spadku?

– Tak, tak – odparł dość nieuważnie. Miała nadzieję, że się nie całuje w tym momencie i że chociaż chwilę jej poświęci. – Słyszałem. No, wcale się nie dziwię, to stary dom. Nie wiem, jak można byłoby w nim mieszkać. Nie ma nawet centralnego ogrzewania. Tylko babcia go uwielbiała.

– A ty? – zapytała Zosia.

– Ja chyba też. Fajne miałem tam dzieciństwo. Ale bierzcie to bez skrupułów. Taka była decyzja babci i ja ją rozumiem. Ani ja, ani moje siostry na pewno tam nie wrócimy. Babcia zaś była obsesyjnie przywiązana do myśli, że w domu jeszcze ktoś zamieszka. Najlepiej wnuczka.

Zosia uśmiechnęła się. Żałowała, że nie miała okazji dobrze poznać tej kobiety. Kiedy rodzice się pokłócili, matka zerwała kontakty z rodziną ojca.

– A jeśli chodzi o wartość materialną, to ona nie jest zbyt duża – mówił dalej tata. – Próbowałem przeprowadzić prawnie kwalifikację z pola ornego na działki budowlane. To może się kiedyś udać, ale będzie trwało milion lat. Tam są jakieś strasznie skomplikowane procedury, tereny ochronne. Nie wchodziłem w to głęboko. Myślę, że jest to też kwestia układów i znajomości, bo przecież parę metrów dalej budują się nowe domy, ale póki co to tylko ziemia słabej kategorii, prawie sam kamień. Nic tam nie urośnie, za mało, żeby rozpędzić i rozhulać jakiś biznes, zaledwie trzy hektary. To tylko takie miejsce, żeby się zaharować i nic z tego nie mieć. Nie pakuj się w to, córeczko. Sprzedajcie, podzielcie tą niewielką kwotą i kupcie sobie coś ładnego na święta.

 

– Jak sądzisz? – zapytała Zosia. – Dlaczego babcia Anna zapisała to nam, a nie swoim dzieciom?

Tata westchnął. Chyba przerwał to, czym się zajmował, bo jego głos nagle stał się klarowny i poważny.

– Wiesz, jacy są starsi ludzie – powiedział. – Mają swoje fiksacje. Babcia znała nasze zdanie. Wiedziała, że po jej śmierci chcemy to sprzedać i dlatego nam zapowiedziała, że nie dostaniemy domu. Nikt się specjalnie nie przejął. Szczerze powiedziawszy, kochaliśmy naszą mamę. W końcu ten dom do niej należał i miała prawo zrobić z nim, co chce. Wszystkich nas wykształciła i wypuściła w świat dobrze przygotowanych. Ale od początku podejrzewałem, że nic z tego nie będzie. Że wy też nie dacie się wkręcić w taki kanał. Żeby zadbać o ten dom, tak jak to sobie wymarzyła moja mama, ktoś musiałby w nim mieszkać, a to przecież niemożliwe.

– Chciałabym wziąć ten spadek – przyznała się Zosia. – Jeśli oczywiście dziewczyny się zgodzą.

– To zły pomysł – powiedział od razu tata. – Dziewczyno, jesteś jeszcze dzieckiem, a to nie jest inwestycja na przyszłość. Pozostawiona sama sobie w ciągu dwóch lat pójdzie w ruinę. To jest takie miejsce, o które trzeba nieustająco dbać. Moja mama krzątała się od świtu do zmroku. Wydawało się, że nic ważnego nie robi, nosiła jakieś rzeczy, coś sprzątała, coś wycinała, coś przestawiała, wycierała, myła. Ale wystarczyło, że kiedyś wyjechała na tydzień i wtedy okazało się, jak niewiarygodną wykonywała pracę. Cała rodzina razem wzięta nie mogła sobie z tym poradzić. A ty jesteś sama. Nie masz jeszcze pieniędzy, nie pracujesz. Baw się, dziecko. Korzystaj z życia. Wielkie miasto to jest odpowiednie miejsce dla młodej dziewczyny. Szukaj miłości – powiedział – bo to ona jest najważniejsza.

Miała wrażenie, że te ostatnie słowa skierował do kogoś innego, nie do niej.

– Muszę kończyć – dodał szybko. – Ale nie zaprzątaj sobie głowy takimi problemami. Kupię ci na święta coś pięknego. Lepiej mi się ostatnio powodzi, więc stać mnie na to, żeby rozpieszczać moją małą księżniczkę. Pa, kochanie – usłyszała śmiech kobiety towarzyszący temu pożegnaniu.

Z westchnieniem włożyła telefon do kieszeni. Tata też nie miał dla niej czasu. Nawet nie wysłuchał dokładnie, co chciała powiedzieć, nie zastanowił się. Odpowiedź przyszła u niego automatycznie. Nie znał jej. Traktował jak nastolatkę marzącą tylko o tym, by się bawić, dostać nowy model telefonu na święta. A ona taka nie była. W jej głowie kłębiły się ważne pytania, chciała znaleźć swoją drogę w życiu, martwiła się losem zanieczyszczonej planety i czuła się odpowiedzialna, chociaż zupełnie nie miała pojęcia, co mogłaby zrobić, by poprawić sytuację.

Stała nadal na chodniku i bardzo mocno już zmarzła. Rozmowa z bliskimi niczego nie zmieniła. Wszyscy radzili, by odwróciła się na pięcie, wróciła do mieszkania matki, wysłuchała jej narzekań i pogodziła z tym, że nic nie można zrobić.

Ani w wielkich, ani w zupełnie małych sprawach.

Chciało jej się okropnie płakać, a jednocześnie narastał w niej bunt i pragnienie, by wreszcie coś zmienić.

Został jej jeszcze jeden telefon do wykonania, można powiedzieć rozmowa ostatniej szansy.

***

Zosia wybrała numer adwokata.

Nie miała pewności, czy odbierze o tej porze, ale mężczyzna przyjął połączenie.

– Dobry wieczór – usłyszała jego uprzejmy rzeczowy ton, który bardzo lubiła. Był ciepłym, pełnym konkretów człowiekiem i miała wrażenie, że naprawdę mu zależy, żeby sprawa spadku zakończyła się jak najlepiej. Chyba tylko on, choć nie należał do rodziny, pragnął wypełnić wolę babci.

– Dobry wieczór, panie mecenasie – przywitała się Zosia. – Przepraszam, że dzwonię tak późno. Mam tylko jedno szybkie pytanie. Co musiałabym zrobić, gdybym się zdecydowała przyjąć spadek?

– Porozumieć się z siostrami na temat warunków, zgodnie z którymi zgodziłyby się zrzec swojej części.

– Musiałabym im pewnie zapłacić? – zapytała rozczarowana. Mogła się domyślić, że tak czy inaczej, sprawa rozbije się o pieniądze. Miała w kieszeni zaledwie dwadzieścia złotych. Choćby babcia zapisała im najstarszy dom świata i tak z pewnością wart był o wiele więcej.

– Naprawdę byś tego chciała? – zapytał adwokat. Miała wrażenie, że faktycznie jej słucha i chce pomóc.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – odpowiedziała szczerze. – Ale może to dla mnie szansa? Potrzebuję zacząć od nowa. Nie mam żadnej pomocy ani wsparcia. Nie wiem, czy sobie poradzę, ale chciałabym przynajmniej spróbować.

Poczekał chwilkę, jakby potrzebował czasu na przemyślenie tych słów, po czym odpowiedział:

– Pomogę ci. Sądzę, że to nie będzie aż takie trudne. Rozmawiałem z twoimi siostrami, żadna z nich nie chce tego kłopotu. Jest szansa, że ci to oddadzą, nawet jeśli nie będziesz miała z czego ich spłacić. I tak rozważają całkowite zrzeczenie się. Nie wiedzą, komu ostatecznie to przypadnie, więc być może tym chętniej zrobią to dla siostry.

– Nie wiem – odparła. – Prawda jest taka, że nie mamy ze sobą dobrego kontaktu.

– Rozumiem – powiedział. Współczuł tej miłej dziewczynie od pierwszej chwili, kiedy poznał jej matkę. Po rozmowie z jej siostrami też nie pozostało dobre wrażenie. Pomyślał, że zbliżają się święta. To taki czas, kiedy człowiek chce zrobić dla innych coś dobrego. On też chciał, a ta sprawa nie była specjalnie trudna.

Łatwo zauważyć, że nikt nie chroni interesów Zosi ani babci staruszki, która z dobrego serca zapisała swoim wnuczkom wszystko, co miała. Dorobek całego swojego, zapewne niezwykle pracowitego i pełnego trudów życia. Nikt jednak tego nie chciał docenić. Starsze dziewczyny wyrażały się o domu na wsi z lekceważeniem. Z rozmowy dowiedział się też, że nawet nie były na pogrzebie. Postanowił zadbać o to, by wola pani Anny została wykonana należycie. To był w końcu jego zawód. Skoro staruszka chciała, by w jej domu zamieszkała wnuczka, postanowił do tego doprowadzić.

– Nie martw się – powiedział do Zosi. – Mam doświadczenie w takich sprawach. Spróbuję to załatwić szybko. Prześlę twoim siostrom dokumenty do podpisania. Jeśli dobrze pójdzie, niedługo będziesz mogła dostać klucz do domu i zacząć nowe życie. Jakie masz marzenia?

Zosia uśmiechnęła się. Nie spodziewała się takiego pytania z ust twardo stąpającego po ziemi prawnika. Ale było ono jak odpowiedź na wszystko, o czym w ostatnich dniach tak intensywnie myślała.

– Wielkie – powiedziała i uśmiechnęła się. – Dziękuję panu. Nie wiem, czy dobrze robię, to czas pokaże. Nigdy na pewno nie zapomnę, że zaproponował mi pan pomoc.

Adwokat się pożegnał. Pomyślał, że warto dla takiej dziewczyny trochę się postarać. Jako jedna z całej rodziny przynajmniej znała słowo „dziękuję”.

***

Kiedy Zosia wróciła do domu, zastała mamę przed telewizorem. Nie zareagowała na wejście córki. Spojrzała tylko w stronę przedpokoju i natychmiast wróciła do śledzenia wątków filmu. Dzięki temu Zosia mogła w spokoju zdjąć kurtkę, nawet zaparzyć sobie herbaty i wejść do swojego pokoju. Zanim zamknęła drzwi, usłyszała jeszcze czołówkę ulubionego serialu mamy, to oznaczało, że właśnie załadował się nowy odcinek, czyli czterdzieści pięć minut spokoju. Zosia postanowiła wykorzystać ten czas, wykąpać się i przygotować do snu.

Przynajmniej ten jeden pożytek z przerwy świątecznej – pomyślała – że nie trzeba odrabiać zadania na jutro.

Zamierzała cieszyć się tym faktem tak długo, jak tylko mogła. Przez chwilę jeszcze pooglądała zdjęcia od Jaśka, który próbował wpłynąć na jej decyzję w kwestii wspólnego spędzenia świąt i przesłał fotkę ogromnego stołu po brzegi zastawionego pierogami.

Zrobiliśmy tego jak dla pułku ułanów – napisał. – Sami nie zjemy. To dobry uczynek. Przyjedź do kolegi i pomóż.

Trochę się zawahała. Nie tylko dlatego, że w domu oprócz zupy były tylko chleb i masło, lecz także z tego powodu, że w kuchni u Jaśka tak łatwo zapominało się o problemach. A do Zosi w tej chwili wszystkie wróciły wielką falą. Czuła się zmęczona i przytłoczona decyzją, którą podjęła. Bała się, co się stanie, kiedy mama się dowie. Jak zareagują siostry? Czy to w ogóle się uda? Była też w głębi serca przekonana, że robi głupotę i wszyscy ją zwyczajnie wyśmieją.

Położyła się spać. Zamknęła oczy, ale nie mogła się uspokoić. Zewsząd atakowały ją dźwięki. W bloku nigdy nie było ciszy. Mama stukała swoimi obcasami, sąsiedzi z góry też biegali tam i z powrotem w różnym obuwiu, trzaskali drzwiami, czasem się głośno kłócili. Bardzo dużo wiedziała o życiu małżeństwa mieszkającego nad nią. Lubili omawiać swoje sprawy, nawet te najbardziej intymne, w nocy i wtedy ona też, chcąc nie chcąc, uczestniczyła w dyskusji. Czasem stawała po stronie żony, czasem męża i nieraz się zastanawiała, co czują, kiedy widzą ją na ulicy. Czy zdają sobie sprawę, że ona wie, ile razy, w jaki sposób z sobą sypiają, czego im brakuje, o co się nawzajem obwiniają? Nieraz miała nawet ochotę podejść do nich i powiedzieć, że przecież to wszystko słychać. Ale bała się tego, jak i wielu innych rzeczy.

Przewróciła się na drugi bok, a potem mocniej zacisnęła powieki. Prócz dźwięków, które dochodziły z klatki schodowej, a także z ulicy, w pokoju było też dużo światła. Na zielono błyskał zegarek elektryczny, świeciła dioda od komputera i listwy, a także uliczna lampa za oknem. Zosia nie lubiła ciemności, bardzo jej się bała, dlatego czasem jeszcze zapalała małą lampkę biurkową. Ale światło nie pomagało w zasypianiu.

Wierciła się jeszcze długą chwilę, lecz w końcu zmęczenie wzięło górę. Gdy już zaczynała odpływać, przejechała dłonią po kołdrze, żeby ją poprawić i nagle poczuła coś wielkiego, jakby żywego.

Krzyknęła z przerażeniem, po czym zerwała się z łóżka. Spadła przewrócona lampka.

– Święty Boże! – Mama wpadła do jej pokoju. – Czego się tak drzesz?! Chcesz, żebym na zawał padła?! Wiesz, że mam słabe serce! Kto się tobą zaopiekuję, jak mnie zabraknie?! Nie masz przecież nikogo więcej. Matka mojej jednej znajomej wykitowała już po pierwszym zawale i potem to dziecko bujało się samo przez życie.

– Przepraszam, mamo – powiedziała szybko Zosia, oddychając pospiesznie. – Myślałam, że to pająk.

– A nawet gdyby to był pająk, to co z tego? Przecież by cię nie zżarł. Jesteś taka chuda i koścista, że zęby by sobie połamał, jeśli w ogóle je ma. Żadne stworzenie się na ciebie nie rzuci. Obawiam się, że żaden facet również. Ja też jestem chuda. Ale w moim wieku to nie ma znaczenia. Natomiast dla nastolatek to jest bardzo ważne. Córka jednej mojej znajomej była taka chuda, a potem okazało się, że ma anoreksję. Nie wyszła z tego.

Zosia cała się trzęsła z zimna, bo stała w samej piżamie w chłodnym pokoju. Od okna ciągnęło zimnem. Wystraszyła się. Panicznie bała się małych stworzeń. Najbardziej tego, że mogłyby wejść jej na twarz, kiedy śpi. Nic nie odpowiedziała. Miała świadomość, że zwierzanie się z tych odczuć nie ma żadnego sensu. Mama i tak nie zrozumie.

– Przepraszam – powiedziała jeszcze raz i weszła do łóżka. – Idę spać. Już nie będę ci przeszkadzać. – Otuliła się ciasno kołdrą i odwróciła. Miała nadzieję, że mama wyjdzie.

– Przynajmniej tyle – usłyszała jej stanowczy głos. – Musisz dużo spać. To jest bardzo ważne przed maturą. Jak nie zdasz, nie będziesz mieć w życiu już w ogóle żadnych perspektyw.

Tym optymistycznym akcentem zakończyła, po czym wreszcie wyszła z pokoju. Zosia poczuła, jak po jej policzkach płyną łzy. Bardzo teraz zapragnęła, by adwokatowi się udało. Chciała wyjechać gdziekolwiek, choćby i do starego, rozwalającego się domu na wsi, byle tylko jak najdalej stąd.