Świąteczny sekretTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Świąteczny sekret
Świąteczny sekret
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Świąteczny sekret
Świąteczny sekret
Audiobook
Czyta Joanna Gajór
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Podziękowania

Copyright for the Polish Edition © 2019 Edipresse Kolekcje Sp. z o.o.

Copyright for the Text © 2019 Krystyna Mirek

Edipresse Kolekcje Sp. z o.o.

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska

Redaktor kreatywna projektu: Magda Mazur

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Tatiana Dróżdż

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51);

Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73);

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Beata Turska, Katarzyna Wojtas

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Slotorsz/artnovo.pl

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl e-mail: bok@edipresse.pl tel.: 22 584 22 22 (pon.–pt. w godz. 8:00–17:00) facebook.com/edipresseksiazki facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 978-83-8177-214-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Czy można oszukać przeznaczenie? – zastanawiała się Zosia. W jej rodzinie wszystkie kobiety zakochiwały się w jednym typie mężczyzn. Przystojnym brunecie o pustym sercu, czarującym, lecz niezdolnym do odwzajemnienia miłości. Uroczym, ale nieodpowiedzialnym. Taki był jej dziadek i ojciec, a także mąż starszej siostry.

Zosia nie chciała powtórzyć ich losu. Była wystarczająco dobrze ostrzeżona. Nie szukała więc miłości. Ani szczęścia. Nie była pewna, czy warto o nie zabiegać. A jeśli są zarezerwowane wyłącznie dla wybrańców? Zosia bała się marzyć. W jej niespełna dziewiętnastoletnim życiu mało było dowodów na to, że pragnienia się spełniają.

Wojciech Łącki pewnie by się z nią zgodził. Też zgromadził podobne doświadczenia. Czterdzieści pięć lat zmagał się z losem i wciąż miał pod górkę.

A jednak tego popołudnia oboje odpłynęli w świat marzeń jak z najpiękniejszej baśni.

***

Za oknem padał śnieg, a wychowawczyni mówiła wyjątkowo długo i nudno. W tej sytuacji zmęczony ciągłą nauką i stresem maturzysta odpływa w ciągu kilku sekund.

Zosia nawet ze sobą nie walczyła. Specjalnie usiadła sobie pod oknem, w ławce tuż za najwyższym chłopakiem w klasie. Oparła głowę na dłoni. Już miała przymknąć oczy, gdy jeszcze ostatni raz spojrzała na trzymaną w drugiej ręce bombkę choinkową, którą wychowawczyni kazała dzisiaj przynieść. Prosiła o takie rodzinne pamiątki, które wywołują wspomnienia. Mieli podzielić się opowieściami o rodzinnych tradycjach, ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Cała lekcja została poświęcona kazaniu na temat spóźnień, przewidywanych wyników maturalnych i zagrożeń z matematyki, które w humanistycznej klasie stanowiły cykliczną, powtarzającą się co semestr zmorę.

Zosia spojrzała na swoją złotą bombkę. Sama się dziwiła swojej naiwności, która kazała jej przynieść tę cenną pamiątkę do szkoły. Przecież i tak nie powiedziałaby nikomu prawdy. Co najwyżej podzieliłaby się tylko informacją, że to prezent od babci i tyle. Pewnie nie ona jedna ograniczyłaby się do jakichś zdawkowych słów. Nikt tu nie był tak naiwny, żeby publicznie mówić o tym, co naprawdę czuje i myśli. Nadgryzione łakomym zębem czasu wielkie, a mimo to przepełnione liceum, zlokalizowane na osiedlu ciasno zabudowanym blokami, nie nadawało się do zwierzeń. Na słowa należało uważać.

Za oknem było ponuro i dość nieprzyjemnie, ale w sali lekcyjnej zapalono wszystkie światła i to one odbijały się w pięknej choinkowej ozdobie.

Zosia zamrugała powiekami, bo wydawało jej się, że widzi tam swoją rodzinę. Wigilię sprzed bardzo wielu lat. Pamiętała ją jak przez mgłę. Jakieś pojedyncze obrazy, które nie wiązały się ze sobą. Duży stół, zapach jodły i pierników, ciepło oraz światło, a także niezwykłe poczucie bezpieczeństwa i zaufania do świata. Wrażenie pojawiło się nagle i równie szybko zniknęło.

Zamrugała raz jeszcze, po czym spojrzała w bombkę, ale teraz odbijała się w niej wyłącznie pyzata twarz Jaśka, jej najlepszego kumpla. Ku ogromnemu rozczarowaniu matki niestety wciąż nie chłopaka. Zosia spróbowała mocniej wejrzeć w bombkę choinkową, bo świat, który na chwilę się jej ukazał, był niezwykle kuszący. Ale widziała już tylko rozmytą, zniekształconą salę lekcyjną i swoją własną twarz rozciągniętą na powierzchni złotej bańki, z wielkim nosem i małymi oczkami lub z wielkimi oczami i małym noskiem w zależności od tego, w jaki sposób spojrzała.

Szkoda! – westchnęła. Uczucie było niesamowite. Dawno już zapomniała, że takie w ogóle istnieją. Spojrzała na zegar. Do dzwonka zostało jeszcze pięć minut. Wszyscy czekali na ten upragniony dźwięk. Nikt nie słuchał bredzącej o magii świąt wychowawczyni. Każdy miał swoje sprawy. Przez dorosłych uważani byli za dzieci, sądzono, że całymi dniami beztrosko cieszą się młodością, ale wielu z nich dźwigało na swoich barkach problemy, które przerosłyby niejednego dojrzałego człowieka.

Nie każdy wracał z radością do domu na świąteczną przerwę. Byli tacy, którzy nigdy nie spędzili tego czasu dobrze. Ale mieli swoje sposoby na przetrwanie: umawiali się na imprezy lub planowali założyć słuchawki na uszy, włączyć ulubioną grę i zapomnieć o całym świecie. Zresztą jak mieli świętować, skoro na ten krótki okres przerwy zadano im tak niewiarygodną ilość zadań domowych, lektur do przeczytania i arkuszy do wypełnienia, że i tak nie starczyłoby im czasu.

Kiedy wybrzmiał wreszcie ten ostatni dzwonek, uczniowie rzucili się do wyjścia, jakby ktoś im dał ograniczony okres na pokonanie tego dystansu, a potem drzwi miały zostać zamknięte i kto nie zdążył, mógł zostać na zawsze. To była prawdziwa gonitwa z przepychankami włącznie.

Ławkę, przy której siedziała Zosia, nagle mocno pchnięto. Zosia się zachwiała i w tym momencie bombka choinkowa wypadła jej z rąk, podskoczyła na ławce i jednym pięknym, łagodnym łukiem znalazła się na podłodze, gdzie natychmiast roztrzaskała się na mnóstwo kawałków.

– Coś ty zrobił?! – zawołała z przerażeniem w stronę swojego najlepszego przyjaciela. – Jak mogłeś?!

– Przepraszam – tłumaczył się Jasiek. – Naprawdę nie chciałem, to zresztą nie ja, to Kaśka walnęła w ławkę. Ja się tylko przesunąłem, żeby ją przepuścić.

Zosia czuła, że za chwilę się rozpłacze, a tego za żadne skarby świata nie chciała zrobić. Nie tutaj.

– Przepraszam cię – powiedział znowu Jasiek. – Nie przejmuj się tak bardzo. To przecież tylko bombka. Odkupię ci. Widziałem takie w Pepco za parę groszy. Kupię ci całe pudełko.

– Głupi jesteś – powiedziała i otarła pospiesznie oczy. Na szczęście udało jej się zapanować nad płaczem. – Taka jest tylko jedna na świecie. Dała mi ją moja babcia.

Jaśkowi wyraźnie zrobiło się łyso. Ale to rzeczywiście nie była jego wina. Po prostu wypadek. Zosia próbowała sprowadzić sprawy do zwykłych rozmiarów. Miała jednak wrażenie, że za chwilę pęknie jej serce.

Klasa już opustoszała. Nauczycielka także wyszła szybko. Widać zniknięcie z tego miejsca jej również sprawiało wielką ulgę. Jej sytuacja nie różniła się aż tak bardzo od uczniowskiej. Ona też na święta zabierała ze sobą mnóstwo pracy i zapewne zdążała w stronę swoich kłopotów. Jak miała spędzić ten czas, nikt nie wiedział. Czy była szczęśliwa w swoim życiu? Tego też nie.

Znali się prawie trzy lata. Teoretycznie rozmawiali o najważniejszych sprawach, ale tak naprawdę niczego o sobie nie wiedzieli.

 

Zosia próbowała zbierać odłamki szkła, ale te wbijały jej się w opuszki palców.

– Proszę cię, nie rób tego. – Jasiek kucnął obok niej i próbował pomagać. – To nie pomoże. Drobinki są zbyt małe, nie damy rady tego skleić.

Zosia spojrzała na niego, a potem na własne dłonie. Z palca sączyła jej się krew. Zaraz potem podjęła szybką decyzję. Wyrwała kartkę z zeszytu i zebrała na nią wszystko, po czym wyrzuciła do kosza.

– Masz rację – powiedziała lekko i nawet uśmiechnęła się do przyjaciela. – To bez znaczenia. Tylko bańka choinkowa. Teraz takich tysiące w każdym sklepie.

Wyszli razem z klasy i dziewczyna jeszcze raz obejrzała się za siebie. Na podłodze wciąż leżał złoty pył. Gdy tu wrócą po świętach, pewnie nic już z niego nie zostanie.

– Odprowadziłbym cię – mówił szybko Jasiek, gdy wkładali kurtki i szykowali się do spotkania z zimową aurą na zewnątrz. – Ale mama zagroziła, że urwie mi uszy, jeśli nie przyjdę do domu zaraz po szkole. A wiesz, że to w moim przypadku groźba nie bez pokrycia.

Zosia uśmiechnęła się, choć wcale nie była w dobrym nastroju. Szła obok kolegi, a jednocześnie cały czas myślami była przy zdarzeniu z klasy. Zgadzała się, że to, co się wydarzyło, to drobiazg, po prostu stłukła się ozdoba choinkowa. Rzeczywiście podobna do innych, nic w niej nie było niezwykłego. Nikt jej przecież nie malował własnymi rękami. A jednak Zosia miała wrażenie, że w niej też coś pękło razem z tą bombką i już nigdy nie poskłada się na nowo.

Spojrzała na uszy Jaśka. Było co obrywać. Solidnych rozmiarów małżowiny odstawały mu już od czasów przedszkola. Przeszli z tego powodu wielokrotnie chrzest stałości ich przyjaźni. Razem stawiali czoła głupim żartom, wyśmiewaniu i trwali już wiele lat obok siebie.

– Jeśli musisz, to idź. Rozumiem przecież – powiedziała i poprawiła szalik. Na zewnątrz panował przenikliwy ziąb.

– Moja mama szaleje – odparł Jasiek i objął ją, żeby obojgu było cieplej. – Posprzątała już calutki dom, a przecież do świąt to się jeszcze milion razy nabrudzi. Ma specjalną listę i tam wszystko rozpisane, co trzeba zrobić, kiedy kupić i kto z nas ma jakie obowiązki. Nawet nie chcę patrzeć na swoją rubryczkę – westchnął ciężko. – Ale w sumie też się cieszę. Przyjadą dwie moje ulubione ciocie, kuzyni, dziadek. Będzie wesoło. Okropnie lubię święta – dodał i nacisnął czapkę na uszy. – Jestem gotowy nawet nosić mamie te wszystkie kukurydze, groszki i majonezy w zębach, gdyby zaszła taka potrzeba.

Znów się uśmiechnęła. Dla niej to wszystko brzmiało jak bajka o Kopciuszku albo jakimś innym Czerwonym Kapturku. Każdy wie, jak mniej więcej wyglądają, ale w życiu ich nie spotkał. U niej było podobnie z tak zwaną magią świąt.

Od dziecka zazdrościła koledze wypełnionego bliskimi ludźmi domu, miłej, kochającej mamy i nawet wszystkich tych obowiązków, które zorganizowana rodzicielka Jaśka, matka pięciorga dzieci, sprawnie rozdzielała pomiędzy domowników.

Na Zosię nie czekało nic. Ani praca, ani perspektywa przyjemności świątecznych.

– A ty? – zapytał Jasiek. – Jakie masz plany na dzisiaj?

– Nie wiem – odparła. – Wczoraj byliśmy u tego notariusza i śmieszna sytuacja, bo nikt nie chce spadku, o którym ci wspominałam. – Cieszyła się, że może o tym opowiedzieć. Zawsze zwierzała się Jaśkowi ze wszystkich swoich spraw. Nie miała niczego, co musiałaby lub chciała przed nim ukrywać. Czasem sądziła, że tylko dzięki temu jakoś się trzymała. Tak było i teraz, rozmowa od razu przyniosła ulgę.

– Jak to? – zapytał Jasiek z przejęciem, jak zawsze w pełni zaangażowany w jej sprawy. – Zwykle ludzie marzą o tym, że kiedyś zadzwoni do nich prawnik, wezwie na odczytanie testamentu i okaże się, że coś dostali.

– Ale to nie u nas – westchnęła Zosia. – Mama powiedziała, że od tej cholery, swojej teściowej, nie weźmie niczego, a zwłaszcza starej chałupy, w którą trzeba byłoby włożyć górę kasy. Uważa, że cały ten spadek po babci Annie to oszustwo i podstęp, który ma na celu uczynić ją bankrutem.

Jasiek pokręcił głową. Pochodził z prawniczej rodziny. Nauczył się, że wszystko jest możliwe.

– Ale i tak mama nie posiada żadnych pieniędzy, które mogłaby stracić, więc nie ma się nad czym zastanawiać.

– A twoje siostry? – Jasiek aż się zachwiał dmuchnięty silnym wiatrem. Powinni byli pędzić do domu, ale nie mogli się rozstać.

– Ewa, która jako jedyna ma środki, bo wbrew obawom mamy całkiem dobrze sobie radzi w korporacji, powiedziała, że rozwalającego się domu na wsi zupełnie nie potrzebuje. Ma dość swoich kłopotów. Nawet nie przyjechała na odczytanie testamentu, bo miała jakąś pilną konferencję. Przesłała tylko pismo, że zrzeka się wszystkiego na rzecz tej osoby, która spadek zechce przyjąć.

– Rozumiem. – Jasiek pokiwał głową. – A Alina?

– Też nie przyjechała. Zadzwoniła tylko, że ma ważniejsze sprawy na głowie i żeby się wszyscy od niej odczepili. Wystarczy, że musi ogarnąć małe dzieci, pracę i zgrzyty w małżeństwie. A mnie nikt nawet nie zapytał o zdanie, chociaż jestem pełnoletnia. Notariusz dał nam czas do namysłu i powiedział, że musimy się zdecydować, inaczej spadek zostanie przekazany dalszej rodzinie.

– To rzeczywiście ciekawa sytuacja. – Jasiek spojrzał na zegarek. Policzki miał czerwone z zimna. – Nie gniewaj się, naprawdę muszę już lecieć. Ale jeśli chcesz, możesz o wszystkim pogadać z moją mamą. Wiesz, że chętnie ci pomoże.

– Dziękuję – powiedziała. – Leć do domu, bo ci uszy odpadną, a bez nich już byś nie był taki sam – uśmiechnęła się i pomachała mu ręką, a on rzeczywiście pobiegł. Przeskakiwał kałuże mokrej brei pokrywającej chodniki, zielony szalik powiewał mu na wietrze. Patrzyła za nim jeszcze chwilę. Bardzo lubiła Jaśka, był najjaśniejszym punktem jej życia.

***

– Gdzieś ty była tyle czasu? – przywitała ją matka, ledwo tylko Zosia weszła do mieszkania. Mama stała w kuchni przy zlewie, myła naczynia. – Ciężki dziś dzień – zaczęła mówić, zanim jeszcze Zosia zdążyła zdjąć kurtkę. – Nasza sąsiadka chora. Mówi, że źle jej wyszły badania. Mają powtórzyć, ale ja już wiem, co o takich sytuacjach myśleć. Jak Franczakowa spod dwójki dostała diagnozę, to nie minęło dwa tygodnie i wszyscy byliśmy na pogrzebie. Ostatnio nic tylko się składamy na te wieńce, a nie wiadomo, skąd wziąć na to wszystko pieniądze.

Zosia zamknęła się w łazience. Wiedziała już, jak skończy się ten wywód. Znała go na pamięć. Mama widziała zawsze wszędzie tylko złe rzeczy. Co gorsze, jej przewidywania czasem się sprawdzały, więc dziewczyna bała się tego słuchać.

– Jasiek cię odprowadził? – zapytała mama, ledwo Zosia zdążyła wyjść z łazienki.

– Nie – powiedziała. – Pożegnaliśmy się pod jego domem. Spieszył się dzisiaj.

– Taki chłopak! – westchnęła mama. – Że też nie potrafisz się konkretniej koło niego zakręcić. Nie masz już siedmiu lat, żebyś nie rozumiała, na czym życie polega. Jasiek jest zamożny, z dobrego domu, ułożony, pracowity, matce pomaga. Gdzie ty takiego drugiego znajdziesz? Lubi cię, odprowadzacie się tam i z powrotem od lat. Jak inny chłopak ma cię gdzieś zaprosić, skoro ty bez przerwy jesteś z Jaśkiem? Ktoś może sobie pomyśleć, że was coś więcej łączy.

– Mamo, proszę cię, rozmawiałyśmy o tym wiele razy.

Zosia wyciągnęła talerz z szafki, nalała sobie zupy. Była bardzo głodna. Wolałaby oczywiście pójść od razu do siebie i zjeść w spokoju. Miała za sobą ciężki dzień. Ale szansa na to, by spożyć coś samotnie, pojawiała się w tym domu dopiero po dwudziestej trzeciej, kiedy mama zasypiała. Tak długo jej boleśnie ściśnięty żołądek by nie wytrzymał. Starała się więc nie słuchać. Połykała pospiesznie pomidorówkę z ryżem.

– Nie jedz tak szybko – usłyszała. – To szkodzi na żołądek. Musisz dbać o siebie, nie masz pieniędzy, więc jedyne, co ci zostało, to zaradność i pracowitość. Do tego trzeba być zdrowym. Chłopaka sobie nie umiesz konkretnego znaleźć, to co ci pozostało? Tylko harować przez całe życie jak ja. Pewnie się zakręci koło ciebie jakiś lowelas o ciemnych oczach z gitarą przewieszoną przez plecy, który nic nie będzie wart. Ale ty za nim pójdziesz i zmarnujesz sobie życie jak ja.

Zosia westchnęła. Tajemniczym brunetem z gitarą na plecach była straszona od dzieciństwa. Był to według mamy określony typ mężczyzny, który pojawia się w życiu kobiety wyłącznie po to, by złamać jej serce i zniszczyć życie.

Zosia nauczyła się go bać. Ilekroć ktoś naprawdę przystojny pojawiał się obok niej, natychmiast włączał jej się bufor bezpieczeństwa. Słowa mamy stały się dla niej niczym szczepionka. Bardzo skutecznie chroniły przed niewłaściwym zakochaniem. Można nawet powiedzieć, że w ogóle chroniły przed zakochaniem. Zosia miała prawie dziewiętnaście lat i zupełnie nie znała tego uczucia. Nigdy jeszcze z nikim nie chodziła. Jej koleżanki miały już za sobą zarówno swoje pierwsze razy, jak i tysięczne razy, a jedna zamierzała tuż po maturze wyjść za mąż. Ludzie spotykali się, umawiali, przeżywali swoje kłopoty w związku, było bowiem w dobrym tonie mieć kogoś obok siebie. Choćby tylko na pokaz.

Ona miała o tyle łatwiej, że przyjaźniła się z Jaśkiem i niektórzy zwyczajnie nie wierzyli w to, że nic więcej ich nie łączy.

Odłożyła talerz do zlewu i umyła.

– Ja ci to mówię. – Mama stanęła za jej plecami. – Zobaczysz, jakie to jest uczucie zostać samemu, kiedy on wreszcie zacznie się spotykać z inną. Długo nie wytrzyma, to w końcu chłop. Mężczyźni są strasznie prymitywni. Włoży któraś krótką spódniczkę, dekolt obciągnie i zobaczysz, będzie po Jaśku. Wtedy przyjdziesz mi tu płakać, ale na wszystko będzie już za późno.

Zosia nie wyobrażała sobie takiej życiowej tragedii, po której miałaby przyjść do kuchni i płakać w obecności mamy. Nauczyła się już bardzo dawno temu, że ta czynność niczemu nie służy. Mama – sama bardzo nieszczęśliwa – nie była w stanie nikomu udzielić pomocy. Dziewczyna odwróciła się nagle.

– Planujemy jakieś święta? – zapytała. Wiedziała, że to zły pomysł. Czuła już, kiedy wypowiadała to zdanie, jakie będą konsekwencje, a jednak nie zdołała się powstrzymać.

– Jasne – powiedziała mama. – Kupiłam nawet pierogi w delikatesach. W pudle w piwnicy stoi choinka, już ubrana z tamtego roku. Wystarczy ściągnąć z niej worek. Strasznie to praktyczny pomysł – dodała z dumą. – Dookoła posprzątane – rozejrzała się pobieżnie – więc właściwie to jesteśmy gotowe.

Powiedziawszy to, zabrała talerz z kanapkami z kiełbasą i poszła do pokoju, by włączyć telewizor. To był jej ulubiony sposób spędzania czasu po południu. Zosia lubiła popularnego dystrybutora seriali. Zapełniał mamie czas. Kiedy wciągnęła się w kolejny odcinek, przestawała mówić, a to było niezwykle cenne.

***

Weszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. W tej małej, bardziej można powiedzieć, klitce niż pomieszczeniu miała kawałek swojego własnego świata. Na ścianach wisiały plakaty przedstawiające głębie oceanów, fragmenty porośniętej trawą sawanny i czyste strumyki. Zosia czuła się odpowiedzialna za to, jak wygląda planeta, ale jednocześnie obezwładniało ją przekonanie, że tak niewiele może zrobić. Nie miała wpływu nawet na swoją matkę, która podczas jednorazowych zakupów potrafiła zużyć około trzydziestu torebek foliowych. Kiedy Zosia sobie wyobraziła, ile takich kobiet jest w Polsce, a także na świecie, jak wielkie morze plastiku idzie do śmieci każdego dnia, ogarniało ją przygnębienie.

Niewiele jednak mogła na to poradzić.

Usiadła na tapczanie i kopnęła plecak z książkami głęboko pod biurko. Ogromnie nie chciało jej się czytać nudnych lektur, choć uwielbiała książki, ani wypełniać sążnistych zestawów zadań z matematyki. Nauczyciele starali się przekazać im przekonanie, że szkoła to wszystko, co powinno ich obchodzić, a zdanie matury jest nadrzędnym celem życia. Jakby nic prócz tego nie istniało. Zosia jednak przypuszczała, że nie mają racji i świat poza szkołą jest ogromny, są też o wiele ważniejsze umiejętności niż rozwiązywanie równań oraz cenniejsze kompetencje niż znajomość dat.

Na to jednak też nie miała wpływu. Była tylko zwykłą licealistką, która musiała jakoś funkcjonować w systemie, a ten nie pytał nikogo o zdanie. Niezdana matura zamykała zbyt wiele drzwi. Zosia nie mogła sobie pozwolić, by ją zlekceważyć.

Korzystając z dobrodziejstw dystrybutora filmu, włączyła sobie serial Nasza planeta, by pooglądać piękne ujęcia nieskażonej, chociaż walczącej o przetrwanie przyrody. Chwilę później zapiszczał jej telefon, sygnalizując wiadomość od Jaśka.

 

Przesłał zdjęcie. Wyrwał się z domu pod pretekstem zakupów. Stał właśnie na dachu jakiegoś bardzo wysokiego budynku i rozpościerał ramiona, jakby chciał odlecieć. Wyglądało to groźnie, Zosia wiedziała jednak, że przyjaciel jest bardzo rozsądnym człowiekiem i nie zrobi żadnej głupoty. Po prostu kochał wysokość i marzył o lataniu. Chciał być pilotem. Tylko że jego mama, choć była prawdziwie kochającą i mądrą kobietą, w tej jednej sprawie strasznie się upierała. Ojciec Jaśka był prawnikiem, mama też skończyła takie studia, choć nie pracowała w zawodzie. Ale oboje rodzice marzyli o tym, że najstarszy syn pójdzie w ich ślady.

Latania, samolotów i wysokości mama Jaśka bała się panicznie. Wszelkimi możliwymi siłami zniechęcała więc syna do realizowania tego marzenia. Efekt tych działań był taki, że Jasiek wszędzie szukał strzelistych drzew, wielopiętrowych budynków, gór. Wspinał się, wchodził na nie i wyobrażał sobie, jak by to było móc latać. Sporo czasu spędzał na lotnisku w Balicach i obserwował startujące samoloty, podziwiał pilotów zmierzających na swoją zmianę.

Zosia sądziła, że jego mama będzie musiała się pogodzić z tym, że syn sam wybierze swój zawód. Pragnienie bycia lotnikiem zakodowało się w nim na mur. Jednocześnie ogromnie kochał swoich rodziców i czuł się rozdarty. Nie chciał ich zawieść.

Okropnie to wszystko trudne – westchnęła. Nie wiedziała, czemu dorośli ludzie, nawet bardzo kochający, serwują swoim dzieciom takie trudne przeżycia. Czemu zwyczajnie nie pozwolą im być sobą? Nie dają im możliwości, by podjąć decyzję, a wymagają potem odpowiedzialności. Ale skąd ma się ona wziąć, jeśli człowiek nigdy nie dostaje szansy na sprawdzenie swoich sił. Odpisała mu:

Uważaj na siebie, wariacie. Wciąż jeszcze nie masz skrzydeł ani licencji pilota.

Jedno z tych dwóch muszę koniecznie zdobyć – odpisał. – Jak myślisz, co będzie łatwiejsze? Co jest bardziej prawdopodobne? Że wyrosną mi skrzydła, czy że mama zgodzi się posłać mnie do szkoły lotniczej?

Zosia uśmiechnęła się. Odruchowo chciała odpowiedzieć, że prędzej ujrzy piórka na jego ramionach niż fakt, że jego rodzice zmienią zdanie, ale nie chciała go dołować.

Wszystko jest możliwe – odpisała. – Po prostu daj im trochę czasu.

Skrzydłom:-)? – zapytał.

Nie, rodzicom.

A co u ciebie?

Siedzę sobie w pokoju i zastanawiam, się jak spędzić święta.

Wpadnij do nas – zaproponował jak co roku.

Była to kusząca propozycja. W rodzinie Jaśka umiano celebrować wspólne chwile. Była tam częstym gościem od dziecka i pozwalano jej korzystać z ogólnej atmosfery serdeczności, śmiać się z dowcipów wujków i zajadać smakołykami. Ale dorastała i coraz mocniej czuła, że to przecież nie jest jej świat. Tęskniła za własną rodziną i jeszcze bardziej odczuwała pustkę panującą w jej domu.

Święta zawsze były tu takie same. Siostry wpadały tylko na chwilę. Żadna tak naprawdę nie miała na to ochoty. Na każdym kroku czuło się przymus. Mama szybko wprowadzała napiętą atmosferę, a w ciasnocie mieszkania wszyscy sobie nawzajem wchodzili w drogę. Uciekali więc tak szybko, jak tylko pozwalały na to pozory.

Tata był jeszcze bardziej nieprzewidywalny. Przyjeżdżał zwykle bez zapowiedzi, czasem kilka razy, a czasem wcale. Nie można było polegać na jego słowie, ale miał tyle uroku osobistego, że Zosia nie była w stanie złościć się na niego. Czekała choćby na te okruszki uwagi, które jej dawał. Mimo wszystkich swoich wad tata jako jedyny potrafił do tego smutnego, zapomnianego mieszkania wnieść odrobinę światła i radości. Mama wciąż tłukła jej do głowy, że to nic niewarte, tata jest niebieskim ptakiem: ładnym opakowaniem, lecz pustym w środku. Pewnie miała sporo racji. Zostawił ją przecież z trójką dzieci dawno temu. Słabo wywiązywał się ze swoich obowiązków. A jednak Zosia go kochała. Czuła jednocześnie, że i on żywi wobec swoich dzieci szczere uczucia, choć okazuje je w dość niekonwencjonalny sposób.

Przymknęła oczy i rozmarzyła się. Jak by to było fajnie, mieć na co czekać. Spodziewać się dobrych chwil w czasie świąt. Żeby się wszyscy spotkali i porozmawiali ze sobą. O ważnych sprawach. Zosia chciała podzielić się swoimi wątpliwościami co do wyboru studiów. Nie miała pojęcia, co chce robić, a wszyscy naciskali na jakąś decyzję. Czy iść do pracy, czy uczyć się dalej? A jeśli tak, to na jakim kierunku? Opowiedzieć o tym, że nie może sobie znaleźć przyjaciółki, a kilka podjętych prób skończyło się dość przykrym rozczarowaniem. Że nie ma chłopaka, skrycie marzy o miłości, ale nie takiej, jaką radzi mama, z wyrachowania i rozsądku. Że czuje się samotna i pozbawiona jakiegokolwiek wpływu na swoje życie.

Z kim jednak miałaby o tym wszystkim pogadać? Na pewno nie z mamą ani z siostrami, które sprawiały wrażenie, jakby los najmłodszej Zosi zupełnie ich nie interesował. Najstarsza Alina miała twoje problemy, cały czas dawała do zrozumienia, że nikt jej nie rozumie i nie popiera. Zwłaszcza mąż. Środkowa Ewa robiła karierę w dużej korporacji, świetnie sobie radziła, a jej życie było pasmem sukcesów. Czasem przesyłała pieniądze. To oczywiście pomagało, ale nie na tym Zosi zależało najbardziej.

Dzwoniły rzadko.

Zamknęła oczy. Odpisała Jaśkowi, że w tym roku nie da rady wpaść do niego w święta. Może gdzieś wyjedzie? Oczywiście była to wymówka, nie miała bowiem dokąd pojechać. Ale miała nadzieję, że zdoła chociaż trochę odpocząć po bardzo ciężkich tygodniach, które przed świętami zafundowała jej szkoła, kiedy nie było dnia bez kartkówki, sprawdzianu, powtórki czy też innego stresu. Zosia uczyła się nocami, permanentnie chodziła niedospana.

Położyła się na tapczanie i przymknęła oczy.

Ledwo jednak odrobinę się odprężyła, usłyszała charakterystyczny tupot nóg. To mama uporczywie chodziła po domu w kapciach na obcasie, drażniąc sąsiadkę piętro niżej. Z tego powodu było wiele awantur, ale mama nigdy nie zmieniła swojego obuwia. Kiedy jedne pantofle się niszczyły, kupowała drugi identyczny model. Miały niewysoki kwadratowy obcas, od spodu podkuty blaszkami.

Zosia miała z tego jeden pożytek: zawsze była ostrzeżona, kiedy mama zbliżała się do jej pokoju. Teraz też, gdy rozległo się szybkie pukanie, a następnie drzwi się otworzyły, czuła się w miarę przygotowana. Jeśli w ogóle możliwe jest przygotować się na takie spotkanie.

– Dzwoniła Alina – powiedziała mama, wchodząc do środka. – Pyta, co zrobimy ze spadkiem. Adwokat nas molestuje, chce zamknąć sprawę przed świętami. Bo jeśli odmówicie wszystkie trzy, dom odziedziczy ktoś z dalszych krewnych. Pewnie wasz ojciec albo któraś z jego sióstr, chociaż one swoje już dostały. Pieniądze. Tylko dla was stara rudera.

– Chcesz, żebym ja go wzięła? – zdziwiła się Zosia. Jeszcze kilka dni temu mama nawet nie brała takiej możliwości pod uwagę.

– Ależ skąd? – Mama przysiadła na brzegu tapczanu. – Co to za głupi pomysł?! To rozwalająca się chałupa, która wymaga remontu. Chyba tylko jakiś milioner, który ma przewrócone w głowie, chciałby tam zamieszkać i zainwestować w nią swoją kasę. Do tego zapuszczone gospodarstwo, działki nie są budowlane, więc ich wartość też nie jest zbyt wysoka.

Zosia słyszała już te wywody wiele razy. Zrobiło jej się znowu przykro z powodu stłuczonej bombki choinkowej. Może gdyby mogła w nią spojrzeć, wróciłoby to poczucie bezpieczeństwa, którego bardzo teraz potrzebowała.

– Ale mam pomysł! – mówiła dalej mama, a w jej głosie zabrzmiał szczególny entuzjazm. – Jeśli namówisz swoje siostry, żeby to wzięły i jednocześnie zrzekły się praw do tego mieszkania, to wygrasz los na loterii. Będziesz tu sobie mogła mieszkać razem ze mną aż do mojej śmierci, a potem zostaniesz tu sama.

Zosia nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. Mina mamy wskazywała na to, że uważa tę perspektywę za fantastyczną, tymczasem to było gorsze niż wyrok. Mieszkać do końca życia na starym blokowisku wśród betonu z mamą, która zwykle nie mówi dziennie ani jednego dobrego słowa, za to mnóstwo złych, a potem zostać w tym ponurym miejscu samemu. Aż się człowiekowi od razu przestaje cokolwiek chcieć: zdawać maturę, walczyć, starać się. Do czegokolwiek dążyć.

Zosia przymknęła oczy. Przypomniała jej się rozbita bańka choinkowa, a pod powiekami pojawiły się łzy.

– Czego znowu płaczesz? – zdenerwowała się natychmiast mama. – Nie można w ogóle z tobą spokojnie porozmawiać. Masz prawie dziewiętnaście lat, a zachowujesz się jak przedszkolak. Czego ty chcesz? Musisz jakoś się ustawić w życiu. Nie masz zamożnej rodziny, nie chcesz się zakręcić wokół Jaśka, to co ci zostało? Kombinuj. Może chociaż tak się ustawisz. Przynajmniej dach nad głową będziesz mieć, z głodu nie umrzesz.

A jeśli chciałabym czegoś więcej? – pomyślała Zosia. Nie powiedziała jednak tego na głos.

– Ciesz się, że jesteś zdrowa – mama kontynuowała swój wywód. – Córka mojej znajomej ma cukrzycę i jakieś poważne kłopoty ze skórą. W życiu męża nie znajdzie. Nie wiem też, czy ty znajdziesz, ale przynajmniej jakaś szansa jest. I nie płacz tyle. Dziecko jednej mojej koleżanki płakało, a potem się okazało, że ma chore serce. Ja też czuję, że mam chore serce od tych ciągłych zmartwień. Niechby przynajmniej jedna sprawa się poukładała. Nie na darmo ktoś powiedział o kropli przelewającej czarę. Moja jest pełna.