Nowy podarunekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 5


Bieg po galerii zakończył się późno. Tuż przed jej zamknięciem. Marta kilka razy zanosiła ciężkie siaty do samochodu, bo nie miała siły dźwigać wszystkiego ze sobą. Limit kredytowy wyczerpała aż do dna, nie czuła nóg, w głowie jej się kręciło, ale była bardzo zadowolona. Kupiła mnóstwo wszystkiego. Po raz pierwszy w życiu nie patrzyła na ceny, nie liczyła gotówki w portfelu ani się nie zastanawiała, czy naprawdę potrzebuje wkładanego do koszyka towaru. Jak szaleć, to szaleć.

Wróciła do domu bardzo późno. Pierwsze wrażenie nie było dobre. Złowroga cisza panująca w mieszkaniu sugerowała, że wszyscy członkowie jej rodziny siedzą ze wzrokiem zatopionym w ekranach swoich komputerów. Rozrzucone w przedpokoju buty i wszechobecny, wyraźnie wyczuwalny zapach kurzu dobitnie wskazywały, że jej list nie został potraktowany poważnie. Światło było zapalone tylko w pokoju Łukasza. Zdziwiła się. Jej rodzina rzadko przebywała razem w jednym pomieszczeniu. Najczęściej każdy zamykał się w swoim pokoju, a ona sama stworzyła sobie azyl w małżeńskiej sypialni.

Postawiła ze złością ciężkie siaty na podłodze. Miała nadzieję, że ktoś jej pomoże przynieść resztę zakupów z samochodu, bez zbędnego proszenia i długich dyskusji. Nikt jednak nie zareagował na jej powrót do domu. Przemknęło jej przez umysł wspomnienie. Jeszcze nie tak dawno wszyscy biegli do przedpokoju, kiedy wracała. Mały Łukaszek, jego młodsza siostrzyczka, mąż, a nawet pies, którego wtedy mieli. W ciasnym pomieszczeniu robił się ścisk, wszyscy coś mówili, przekrzykując się nawzajem, i każdy chciał przywitać się z nią jako pierwszy. Teraz było zupełnie inaczej. Od dłuższego czasu jej powrotom towarzyszyła cisza.

Jak zwykle przekroczenie progu własnego domu spowodowało, że odrobina dobrego nastroju, którą udało się wygenerować w ciągu dnia, prysnęła bez śladu. Marta od razu się zdenerwowała. Pokonała przedpokój kilkoma zdecydowanymi krokami i zapukawszy energicznie, otworzyła drzwi pokoju syna. Nikogo tam nie było. Wyłączony i zamknięty laptop stanowił najlepszy dowód, że Łukasz w ostatnim czasie nie przebywał w tym pomieszczeniu. Marta lekko się zaniepokoiła. Otwierała kolejne drzwi, ale w ciemnych wnętrzach zobaczyła tylko poranny rozgardiasz, jakby rodzina została nagle wyrwana z łóżek i udała się dokądś w pośpiechu. Kołdry leżały rozrzucone, po podłodze walały się pojedyncze sztuki odzieży, a na stole w kuchni stały brudne talerzyki i kubki. Po obiedzie nie było nawet śladu.

Marta spojrzała na zegarek. Wskazywał kwadrans po dwudziestej drugiej. Gdzie oni mogli być o tej porze? Złe przeczucie od razu podpowiedziało jej, że zapewne u babci. Usiadła w płaszczu na kuchennym taborecie, po czym westchnąwszy z rezygnacją, wybrała domowy numer teściowej. Czekała dłuższą chwilę, wsłuchując się w przeciągłe sygnały, ale nikt nie odebrał.

Dziwne – pomyślała. Telefon stał w kuchni teściowej, na stoliku pod oknem, i Eleonora zawsze go pilnowała. Jeżeli nie odbierała, to znaczyło, że nie ma jej w domu. Nie martwiła się o nią. Teściowa reprezentowała ten typ kobiet, który zawsze umie o siebie zadbać.

Zapewne poszła do swojej przyjaciółki Marysi albo już śpi – pomyślała Marta, pocierając czoło z rosnącym zdenerwowaniem. – Gdzie w takim razie znajdowała się jej rodzina?

Nagle poczuła strach. O dzieci, a nawet o Obcego Człowieka, który przecież mimo wszystko wciąż był jej mężem. Lista miejsc, w których wszyscy troje mogli przebywać o tej porze, zakończyła się na tym pierwszym punkcie i Marta żadnym sposobem nie mogła wymyślić kolejnego.

Szybko wybrała numer męża, ale zanim usłyszała w słuchawce sygnał, znów błyskawiczne wspomnienie przeszyło jej mózg. Kiedyś numer Krzysztofa był tym, pod który dzwoniła najczęściej. Dziś próżno go było szukać wśród ostatnich połączeń. Musiała skorzystać z listy kontaktów.

Mąż nie odbierał i to sprawiło, że Marta poczuła prawdziwą panikę. Człowiek tak sobie żyje z dnia na dzień, martwi się większymi problemami, wyolbrzymia mniejsze i nigdy się nie spodziewa, że może nadejść prawdziwe nieszczęście.

Wypadek! – pomyślała przerażona. Drogi były przecież śliskie, zatłoczone, a przed świętami kierowcy robili się nerwowi.

Drżącymi palcami wybrała numer syna. Kiedy usłyszała jego głos, poczuła, jak miękną jej nogi, a serce zaczyna łomotać z poczucia niewyobrażalnej ulgi.

– Gdzie jesteście?! – krzyknęła do słuchawki.

– Spokojnie – odparł Łukasz. – W szpitalu.

To rzeczywiście spokojnie – przemknęło jej przez umysł, teraz już całkowicie ogarnięty paniką.

– Co się stało? – wyszeptała prawie bez tchu, a oczyma wyobraźni już zobaczyła wszystkich swoich bliskich połamanych i z obandażowanymi głowami. Zerwała się z krzesła. – Który to szpital? – zawołała. – Jak się czujecie? Co z Julką? A ty? Bardzo jesteś pokaleczony?

– Uspokój się, mamo – odpowiedział Łukasz z westchnieniem. – Z nami wszystko w porządku. To babcia zasłabła.

Ach tak – pomyślała Marta i znów usiadła. – Dlaczego od razu na to nie wpadałam? Kolejny genialny pomysł teściowej, by zogniskować na sobie uwagę całej rodziny.

– Siedzimy tutaj wszyscy od jakiegoś czasu – mówił dalej Łukasz i powoli wszystko stawało się jasne. – Ale jest już lepiej. Lekarze mówią, że babcia nie musi zostawać na oddziale, będzie mogła wyjść do domu. Całe szczęście. Święta spędzi u siebie.

Marta milczała. Żadne słowa nie przychodziły jej do głowy. Myśli zaś nie nadawały się do upublicznienia. Nie życzyła teściowej aż tak źle, ale miała nieodparte wrażenie, że ta choroba to fałsz, sposób, by ściągnąć syna i wnuki do siebie. Nie byłby to pierwszy raz.

– Kiedy wracacie? – zapytała.

– Myślę, że jutro – odparł Łukasz. – Będziemy nocować u babci, bo tata się boi zostawić ją samą, a ostatni autobus dawno już odjechał.

– Rozumiem, że nie planowaliście zadzwonić do mnie? – zdenerwowała się Marta.

– Przecież dzwoniliśmy kilka razy, ale nie odbierałaś. Chyba nie masz nic przeciw temu, żebyśmy zostali na noc? – zapytał, ale nie sprawiał wrażenia, że czeka na odpowiedź. Wyraźnie była dla niego oczywista.

– Nie mam – wycedziła przez zęby, ale syn nie wyczuł sarkazmu.

– To świetnie – ucieszył się. – Powiem tacie – dodał i się rozłączył.

Marta położyła głowę na kuchennym stole. Zmęczenie i ogólne zniechęcenie opanowało ją na dobre. Nie chciało jej się wracać na dół do samochodu, żeby przynieść resztę zakupów.

Jest zimno – pomyślała. – Nic się nie stanie.

Zdjęła płaszcz, weszła do pokoju i położyła się na łóżku. Naciągnęła na siebie kołdrę tylko na chwilę, żeby się troszkę rozgrzać. Ani się obejrzała, jak zasnęła mocnym snem.

***

Kaja wracała do domu. Zimny wiatr podwiewał jej płaszcz i bez trudu dostawał się do osłoniętych zbyt cienkimi rajstopami łydek. Mróz wbijał w nie cienkie szpilki zimna. Dziewczyna przyspieszyła kroku. Do przystanku tramwajowego zostało jeszcze kilka metrów. Czuła lekkie wyrzuty sumienia i z tego powodu wyjątkowo długo trwała jej droga powrotna. Jakoś tak trudno jej było się zmobilizować mimo niesprzyjającej aury i głodu ściskającego żołądek.

Kiedy w torebce rozdzwonił się telefon, ledwo zdołała zmarzniętymi dłońmi odsunąć zamek i wyciągnąć aparat. Stłumiła niedobre przeczucie i odebrała.

– Gdzie jesteś? – Głos Daniela był o dziwo spokojny. Kaja spodziewała się raczej krzyków i awantur.

– Wracam, stoję właśnie na przystanku. Za jakieś pół godziny będę na miejscu – odpowiedziała radośnie i od razu zrobiło jej się cieplej. Wyrzuty sumienia ulotniły się momentalnie. Skoro Daniel nie był na nią zły, jej obawy straciły rację bytu.

– Skąd wracasz? – To niewinne, zdawałoby się, pytanie natychmiast zmroziło atmosferę. Kaja z trudem przełknęła ślinę.

Skłamać? – zastanowiła się błyskawicznie. Nie zdążyła podjąć decyzji.

– Z galerii. Prawda? – odpowiedział za nią Daniel. – Znalazłaś kogoś, kto ci pożyczył pieniądze! – dodał, a w jego głosie zadźwięczał żal. – Obiecałaś mi przecież, właściwie przysięgłaś, że już tego nie zrobisz, dopóki nie spłacimy starych długów.

Kaja poczuła złość. Nie znosiła mężczyzn, którzy pouczali ją, w jaki sposób powinna postępować. Najchętniej żadnego nigdy nie dopuściłaby do takiej poufałości. Ale w tym kraju kobieta, nawet wykształcona i pracująca na pełen etat, musi brać pod uwagę nie tylko własne pragnienia, lecz także realia ekonomiczne. A te dla samotnych kobiet wciąż są słabsze niż dla znajdujących się w porównywalnej sytuacji mężczyzn.

Kaja stłumiła rozdrażnienie. Lubiła Daniela, nie miała ochoty kończyć tego związku. Wypełniał wieczory, dawał stabilizację finansową. Czy można chcieć więcej?

Nigdy się nad tym nie zastanawiała.

– Proszę cię – powiedziała z trudem, bo zęby szczękały jej z zimna i zdenerwowania. – Są święta, nie kłóćmy się. To już naprawdę ostatni raz.

– W tym punkcie masz całkowitą rację – odparł Daniel stanowczym głosem, jakiego dawno u niego nie słyszała. – Z pewnością się to już więcej nie powtórzy – dodał.

Ucieszyła się, że tak mocno jej ufa. Ostatnio miał coraz mniej cierpliwości i tworzenie miłej atmosfery wymagało od Kai większych niż zwykle starań. Czuła, że zbliża się kryzys. Dostatecznie często przeżywała to w poprzednich związkach, by umieć rozpoznać symptomy.

– Zaraz będę w domu – odpowiedziała szybko i zaczęła nerwowo tupać nogami, jakby to mogło przyspieszyć przyjazd tramwaju.

– Wesołych świąt – powiedział tylko Daniel i rozłączył się.

Nie zdążyła mu odpowiedzieć na te życzenia. Zresztą nie miały one zupełnie sensu wobec faktu, że całe święta mieli spędzić razem. Stłumiła w sobie nagły strach. W ostatniej chwili zatrzymała się przed drzwiami nieodpowiedniego tramwaju. Pośpiech mocno ją gnał. Kiedy wreszcie znalazła się na osiedlu, pędem pokonała ostatnie metry. Trzymane w dłoniach torby obijały jej się o kolana. Największa zawierała prezent dla Daniela.

 

Cały wieczór biegałam po galerii – pomyślała z żalem – żeby tylko znaleźć coś dla niego, i jeszcze trzeba za to wysłuchiwać pretensji. Co za życie! – westchnęła, potykając się na śliskim chodniku.

Stanęła pod drzwiami klatki schodowej swojego bloku i nacisnęła guzik domofonu. Chwilkę czekała, po czym nacisnęła jeszcze raz. Nikt nie odpowiedział i to wystarczyło, by domyśliła się prawdy. Drżącymi dłońmi wysupłała klucze z torebki. Z trudem pokonała dwa piętra, bo schody wydały jej się dzisiaj wyjątkowo strome, po czym weszła do mieszkania. Było ciemne, tak jak przypuszczała, a zapalona natychmiast lampa tylko potwierdziła jej obawy. Pustka ziała z każdego kąta ładnej kawalerki, którą Kaja zakupiła na kredyt trzy lata temu, a następnie, korzystając z systemu ratalnego, wyposażyła w przyjemne meble. Mieszkanie było tak małe, że jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że wszystkie rzeczy Daniela zniknęły. Wyprowadził się na dobre.

Kaja usiadła na brzegu kanapy, a jej umysł bankowca nie oparł się natychmiastowej kalkulacji. Dwudziesty trzeci grudnia. Dwa dni przed terminem spłaty rat kilku zaciągniętych kredytów. Wobec faktu, że zbliżały się święta, był to właściwie ostatni moment na uregulowanie należności. Tymczasem Daniela nie było. Komunikat był jasny. Mężczyzna nie miał już zamiaru płacić jej długów.

Zdziwiła ją trochę własna reakcja. Żadnego żalu, zero tęsknoty, tylko ta obawa, czy zdoła zapłacić rachunki.

Przecież go kochałam – tłumaczyła się sama przed sobą. Zdjęła płaszcz i napiła się soku prosto z kartonika. Musiała przełknąć jakąś dziwną gorycz, którą nagle poczuła w ustach.

Za oknami wirował śnieg, w rogu pokoju stała ubrana przez Daniela choinka. Ale już nie śmieszyła. Zwisająca z gałęzi marynarka sprawiała wyjątkowo przygnębiające wrażenie, a zapomniane bokserki wskazywały dobitnie, że związek jest już tylko wspomnieniem, skoro prezent świąteczny nie był na tyle cenny, by go zabrać choćby na pamiątkę.

***

Eleonora Barska wyszła ze szpitalnej izby przyjęć tuż przed północą. Lekarz stwierdził znaczne osłabienie organizmu, mocno nieregularny rytm serca i podniesione ciśnienie.

– Coś ty, mamo, zrobiła? Jak mogłaś się doprowadzić do takiego stanu? – Krzysztof głaskał ją po pokrytej brązowymi plamkami dłoni.

– Trochę tylko posprzątałam i coś tam niewiele ugotowałam na święta, żeby dzieci miały. – Jego mama opuściła powieki. – Naprawdę nie chciałam wam narobić kłopotów tym szpitalem. Wiem, że teraz macie mnóstwo spraw na głowie, ale nie miałam do kogo zadzwonić.

Odwróciła głowę, a Krzysztof zagryzł wargi.

– Dobrze zrobiłaś – powiedział. – To przecież oczywiste. W końcu jestem twoim ulubionym synem. I jedynym – dodał jak zwykle, ale się nie uśmiechnął. Stary żart nie miał takiej mocy, by przełamać ponury nastrój.

– Tak, wiem – westchnęła. – Ale Marta będzie zła.

– Ależ skąd! – Krzysztof zdecydowanym gestem uścisnął jej dłoń. – Właśnie dzwoniła do Łukasza. Wszystko rozumie i cię pozdrawia – skłamał.

Mama nic nie powiedziała. To oczywiste, że nie uwierzyła w te słowa, ale nie chciała drążyć tematu.

– Nie martw się, to dobrze, że jedziesz do domu – mówił dalej Krzysztof. – Zostaniemy u ciebie na noc. Gdyby ci się pogorszyło, natychmiast zawiozę cię do szpitala.

Eleonora poczuła nieprzepartą ochotę, by skorzystać z tego pretekstu i zatrzymać syna oraz wnuki u siebie. Jutro Wigilia, mogliby wspólnie usiąść do wczesnej kolacji, poświętować razem jak za dawnych dobrych czasów. A do Marty pojechaliby później. Z trudem stłumiła w sobie to pragnienie. Wiedziała, że za tę chwilę przyjemności syn musiałby potem zapłacić wysoką cenę.

– Zawieź mnie tylko do domu i wracaj do żony – powiedziała przez ściśnięte gardło. – Nie chcę, żeby się Marta gniewała.

Krzysztof chciał odruchowo zaprzeczyć, ale powstrzymał się. Prawda była taka, że czuł się rozpaczliwie rozdarty pomiędzy miłością do matki, tym mocnym wewnętrznym impulsem, który nakazywał mu otoczyć opieką starszą, samotną kobietę, a skomplikowanym uczuciem do żony, które, czuł to wyraźnie, wymagało pilnych działań naprawczych. Te dwa pragnienia od lat były niemożliwe do pogodzenia i kładły się cieniem na każdym aspekcie rodzinnego życia.

A nie był to jego jedyny problem.

ROZDZIAŁ 6


W wigilijny poranek Kaja obudziła się w pustym łóżku. Było jeszcze bardzo wcześnie, ale nie mogła już zasnąć, mimo iż uporczywie zaciskała powieki i przewracała się z boku na bok, otulając szczelnie miękką kołdrą. Gryzły ją wyrzuty sumienia.

Po chwili wstała gwałtownie, zarzuciła szlafrok na ramiona i mocno zawiązała pasek. Przetarła oczy, po czym nastawiła mocną kawę w ekspresie. Nowoczesna maszynka szybko wyprodukowała smaczny napój. Kaja piła małymi łyczkami, dmuchając w parującą powierzchnię, i patrzyła na spokojny krajobraz za oknem. Po wczorajszej śnieżycy nastał łagodny poranek. Mróz skuł i utrwalił zaspy oraz śnieżne czapy na wszystkim, co znajdowało się w zasięgu wzroku.

Było tak cicho. Zwykle w świąteczne poranki piszczała z radości w objęciach swojego chłopaka lub rozpakowywała pierwsze prezenty, drąc z zapałem błyszczący papier.

Tym razem wszystko ułożyło się inaczej. Ale nie była to dla niej jakaś szczególna nowość. Niespodziewane rozstania były częścią jej życia. Kolejni mężczyźni często tracili do niej cierpliwość zupełnie znienacka. Nagle robili sobie bilans finansowy znajomości i okazywało się, że urok Kai ma zbyt wysoką cenę. Wtedy odchodzili.

Nigdy ich nie żałowała. Czego jak czego, ale mężczyzn na tym świecie naprawdę nie brakuje. W przeciwieństwie do pieniędzy.

***

Wszyscy jeszcze spali. Marta siedziała w kuchni nad stertą nierozpakowanych zakupów i zastanawiała się, od czego zacząć. Szczerze powiedziawszy, wcale nie miała ochoty niczego zaczynać. Źle się czuła od jakiegoś czasu, a dzisiaj objawy szczególnie się nasiliły. Może dlatego, że miała wolny dzień? Za dużo czasu na myślenie, za mało bodźców, które mogłyby pomóc odwrócić uwagę od tego, co ją nieustannie gryzło w sercu. Nawiasem mówiąc, ten niezbędny do życia organ musiał u niej już od dawna wyglądać jak porządny szwajcarski ser. Duże dziury z każdej strony. Zmartwienia bowiem męczyły ją od tak dawna, że właściwie nie wiedziała, jak smakuje zwyczajne, spokojne życie.

Co za cholerny pech! Pierwszy raz, kiedy postanowiła niczym się nie przejmować i zorganizować sobie święta po swojemu, siły fizyczne zablokowały jej działania. Dawno już nie czuła się tak źle jak teraz.

Przesunęła nogą siatkę z warzywami. Miał z nich powstać doskonały barszcz, ale prawda była taka, że nie miała ochoty zabierać się do jego przygotowywania. Popełniła wielki błąd, kupując składniki zamiast gotowych potraw. Grzybki na farsz suchuteńkie tkwiły w woreczkach, ciasto miało postać mąki i jajek, sernik – wciąż wyłącznie jako ser – znajdował się w pudełku, a makowiec w formie licznych składników rozrzucony był po kilku siatkach.

A mogła mieć wszystko przygotowane do podania na stół, gdyby podjęła inną decyzję. Nie musiała się przecież szarpać na własnoręczne przygotowanie świątecznych potraw. Postanowiła jednak inaczej. Zrobiła to oczywiście z powodu wiecznego i nieustającego kompleksu, w jaki sprawnie oraz fachowo wpędziła ją teściowa. Matka Krzysztofa chyba nigdy w życiu nie splamiła się zakupem gotowej potrawy. Ciągle dawała synowej do zrozumienia, że pod żadnym względem nie spełnia obowiązujących w rodzinie standardów.

Marta w głębi serca bardzo chciała zasłużyć na akceptację teściowej. Tęskniła za prawdziwym domem i rodziną, której mogłaby być częścią, a w najgłębszych i najtajniejszych zakamarkach serca za mamą. Chciała, by Barscy przyjęli ją do swojego grona. Ale to zadanie okazało się dla niej zbyt trudne. Jej rodzinny dom różnił się zasadniczo od tego, w którym wychował się mąż. Marta nic z niego nie wyniosła. Żadnych umiejętności, tradycji ani dóbr materialnych.

Dlatego w swoich staraniach od początku była skazana na klęskę. To bolało.

Czuła jednak, że coś się zmienia. Może właśnie leżące wszędzie siaty, pełne produktów, z których i tak nie miała siły niczego przyrządzić, przelały czarę goryczy? A może bunt rósł w niej już od dłuższego czasu i właśnie osiągnął dostatecznie duże rozmiary, by się ujawnić? To nie miało znaczenia. Najważniejsze, że czuła w sobie gotowość do podjęcia walki. Nie tylko o uwolnienie się od przemożnego wpływu teściowej, lecz także o zmianę swojego życia. Jeszcze nie wiedziała, co dokładnie zrobi, ale poczucie buntu buzowało w niej jak lawa w świeżo przebudzonym wulkanie. Byle co już nie było w stanie go ugasić.

Przez otwarte drzwi widać było wnętrze nieposprzątanego salonu, w którym rzucał się w oczy brak jakiejkolwiek świątecznej dekoracji. Marta kupiła mnóstwo pięknych ozdób, trzeba je tylko było rozpakować i rozwiesić, ale nie miała na to siły. Rozważania o buncie zmęczyły ją. Postanowiła trochę odpocząć, bardzo chciało jej się spać.

Położyła na chwilę głowę na kuchennym stole, żeby zebrać choć troszkę sił. Sen spłynął w mgnieniu oka.

***

Krzysztof obudził się i natychmiast porwał do ręki leżący na nocnym stoliku telefon. Wyświetlacz był jednak pusty, więc mężczyzna odetchnął z ulgą. Mamie noc musiała minąć spokojnie, skoro nie zadzwoniła ani nie przysłała żadnej wiadomości.

Wybrał szybko jej numer.

– Cześć, synku – usłyszał w słuchawce już po drugim sygnale, co oznaczało, że mama przebywa w kuchni i jest w dobrej formie, zdolna do szybkiego odbierania telefonów.

– Jak się czujesz? – zapytał. – Dobrze ci noc minęła?

– Oczywiście. – W głosie Eleonory słychać było zwykłą energię i optymizm. – Nie martw się.

Na chwilę zapadła pomiędzy nimi niezręczna cisza. Krzysztof nie miał pojęcia, gdzie się w tym roku odbędzie nieszczęsna kolacja wigilijna. Kiedy wczoraj wrócili, Marta sprawiała wrażenie bardzo zmęczonej. Podała dzieciom późną kolację, zapytała o stan zdrowia babci i położyła się spać. Rano wstała wcześniej niż on i nie miał jeszcze okazji, by z nią porozmawiać. Zresztą na samą myśl o kolejnej kłótni, bo nie miał wątpliwości, że to tak właśnie się skończy, czuł opór nie do pokonania.

Cholerne święta – pomyślał ze złością. Kiedyś je lubił. Teraz marzył tylko, żeby się jak najszybciej skończyły.

Cisza się przedłużała i mężczyzna panicznie szukał jakichś słów, którymi mógłby ją wypełnić.

– Wiesz – odezwała się mama. – Marysia zaprosiła mnie do siebie na wieczór. Chce mi przedstawić nowego narzeczonego. To dla niej ważna znajomość. Mam nadzieję, że nie będziecie mieć nic przeciwko temu, że w tym roku do was nie przyjadę.

Krzysztof poczuł ulgę tak wielką, że aż się zawstydził.

– To szkoda – skłamał. – Ale oczywiście rozumiem – dodał szybko, bojąc się, by mama przypadkiem nie zmieniła zdania.

– Zadzwonię do ciebie po południu, to jeszcze porozmawiamy. Pa.

Mama rozłączyła się dziwnie szybko i Krzysztof westchnął. Coś go dręczyło, ale nie umiał tego nazwać. Nie znał się na przeczuciach, zasadniczo ich nie miewał. Ale najwyraźniej oto nadszedł pierwszy raz. Dręczyło go mocne przeczucie i nie było ono wcale dobre.

Wstał z łóżka i ruszył na poszukiwanie żony. Miał dla niej wiadomość. Chyba dobrą. Marta pewnie się ucieszy, że jego mamy w tym roku nie będzie na rodzinnej wigilii. Wreszcie będzie mogła zrobić wszystko po swojemu, tak jak zawsze chciała. Westchnął. Wyszedł powoli z pokoju i zastanawiał się, jakich użyć słów. Coraz trudniej rozmawiało mu się z żoną i nie miał pomysłu, jak zacząć, by nie zakończyło się obustronnym uczuciem przykrości.

Zanim jednak zdążył cokolwiek postanowić, stanął zaskoczony w kuchennych drzwiach. Zobaczył Martę śpiącą na stole. Jedna ręka zwisała jej niewygodnie wykręcona, druga leżała pomiędzy licznymi pakunkami rozłożonymi chaotycznie na blacie. Na podłodze stało mnóstwo siatek wypełnionych po brzegi najróżniejszymi produktami.

Marta musiała zrobić naprawdę wielkie zakupy – pomyślał. – To by znaczyło, że planuje święta w domu i nie liczy na zaproszenie ze strony teściowej. Dobrze się składa – stwierdził.

 

Usiadł na kuchennym stołku i spojrzał na żonę. Dawno już nie przyglądał jej się z tak bliska. Nie wyglądała dobrze. Miała mocno podkrążone oczy i bardzo bladą cerę. Na co dzień się malowała, więc nie można było tego dostrzec, ale teraz w świetle poranka widać to było wyjątkowo mocno. Krzysztof oparł się na dłoni i patrzył. Różne myśli przebiegały mu przez głowę. Dominująca była jednak tęsknota. Za Martą, którą kochał. Za wspaniałą dziewczyną, jaką kiedyś była.

***

Eleonora odłożyła słuchawkę, po czym opadła na krzesło. Serce znów zakłuło lekko, więc szybko włożyła pod język zapisaną przez lekarza tabletkę. Przymknęła oczy i czekała, aż zadziała substancja lecznicza. Objawy powoli ustępowały.

Było jej przykro, ale czuła, że dobrze zrobiła. Nie miała oczywiście takich planów, by spędzać wigilię z Marysią. Przyjaciółka wybierała się do swojej córki, a w święta zamierzała zaprosić wszystkie dzieci do siebie, żeby im przedstawić nowego narzeczonego. Eleonora nie miała zamiaru pakować się w sam środek czyjegoś życia rodzinnego. Choć przyjaźniła się z Marysią prawie całe życie, nie wyobrażała sobie, by mogła tak po prostu zapytać: „Słuchaj, zostałam sama na święta, czy mogę do ciebie przyjść?”. Chociaż była pewna, że przyjaciółka przyjęłaby ją z otwartymi rękami.

Takich rzeczy nie robiła jednak nigdy. Swoje zmartwienia zachowywała dla siebie.

Spojrzała z westchnieniem na pięknie przystrojony salon, a potem na kuchenny stół zastawiony smakołykami czekającymi na podanie. Reszta znajdowała się w lodówce i w piwnicy.

Cóż, chyba przyjdzie jej to wszystko podarować jakimś bezdomnym, choć naprawdę nie miała pojęcia, gdzie mogłaby ich teraz szukać.

Telefon znów się rozdzwonił. Wiedziała, kto jest po drugiej stronie, jeszcze zanim podniosła słuchawkę.

– Cześć, mamusiu. Co słychać? – rozległ się szczebiot jej córki.

– Wszystko w porządku – odparła, bo cóż mogła powiedzieć. Nie da się w kilku zdaniach, na dodatek przez telefon, opowiedzieć tak prawdziwie o swoich problemach, zwłaszcza jeśli już bardzo dawno nie rozmawiało się twarzą w twarz.

– Cieszę się. – Ulga w głosie córki utwierdziła tylko Eleonorę w słuszności podjętej decyzji. Magda wcale nie interesowała się jej sprawami, chciała tylko dopełnić obowiązku i krótko pogadać. – Dzwonię, żeby ci złożyć życzenia. Pięknych świąt – powiedziała szybko.

Żeby się spełniły, musiałabyś przyjechać osobiście – pomyślała jej mama i przez chwilę milczała, bo nie mogła znaleźć żadnych uprzejmych, pozbawionych znaczenia słów, którymi mogłaby wypełnić zapadłą nagle ciszę.

– To ja dam ci dzieci – powiedziała Magda i po chwili wnuki złożyły swej dawno niewidzianej babci zdawkowe życzenia. W ich głosach słychać było pewien przymus, jaki dzieci odczuwają w sytuacjach oficjalnych, tak dalekich od ich codzienności. Wypełniły co do joty polecenie mamy i szybko się rozłączyły. Eleonora patrzyła jeszcze chwilę na milczącą słuchawkę, czekając, aż Magda zadzwoni znowu, by kontynuować przerwaną rozmowę, ale nic takiego się nie stało.

– Widać nie czuje takiej potrzeby – wyszeptała. – Jest zadowolona, że ten punkt świątecznych działań ma już z głowy.

Zamyśliła się głęboko nad swoją sytuacją. Nagły dzwonek u drzwi sprawił, że zerwała się stanowczo zbyt szybko, co spowodowało kolejne mocne kołatanie serca.

– Cześć, staruszko! – Po otworzeniu drzwi usłyszała wesoły głos Marysi. – Przyniosłam ci pierniczków.

Przyjaciółka weszła do środka, wnosząc ze sobą zapach świeżego powietrza oraz dobrą energię i optymizm.

– Przecież ja mam pierniczki – odparła zaskoczona Eleonora. – Sama widziałaś, jak piekłam.

– Nie bądź taka drobiazgowa. – Marysia machnęła dłonią i zaczęła się wyplątywać z długiego szalika, kurtki, rękawiczek, a następnie z mozołem odsuwać zamek wysokich butów. – Potrzebowałam pretekstu – wysapała, ponieważ suwak był wyjątkowo oporny. – A nic innego nie przychodziło mi do głowy.

– Od kiedy potrzebujesz pretekstów? – Eleonora zaprosiła ją gestem dłoni do środka.

– Od zawsze – uśmiechnęła się Marysia. – Zrób mi coś gorącego do picia – dodała, siadając za stołem. – Zmarzłam jak psiak.

Eleonora włączyła czajnik.

– Jak tu pięknie u ciebie! – Przyjaciółka spojrzała na widoczny z kuchni fragment jadalni oraz ciągnącego się za nią salonu. Owalny dębowy stół przykryty był elegancką serwetą, w rogu stała błyszcząca choinka, ale największą ozdobą były duże półkoliste okna, ukazujące widok na pokryty śniegiem ogród. – A pachnie tak kusząco, że chyba się poczęstuję swoimi pierniczkami, skoro ty nie chcesz – powiedziała i rozpakowała zawinięty w folię talerzyk z ciastkami.

– Mogę ci jeszcze zaproponować makowiec i sernik. – Eleonora usiadła naprzeciwko.

– Dawaj – zarządziła Marysia. – Mam dzisiaj doskonały humor, kalorie mi niestraszne.

– Co się stało? – zapytała gospodyni i ukroiła od serca spory kwadrat wilgotnego makowca pełnego bakalii.

– Wyobraź sobie, wymyśliłam, co chcę włożyć na dzisiejszą kolację – zaskoczyła ją przyjaciółka.

Eleonora spojrzała na nią z ciekawością, po czym roześmiała się. Marysia była niesamowita.

– Co takiego zaplanowałaś? – zapytała.

– Twoją bordową sukienkę, twoją cieniowaną apaszkę i twoją srebrną bransoletkę – wyrecytowała Marysia jednym tchem.

– Ach tak – uśmiechnęła się znowu Eleonora. – Widzę, że moja szafa stanowi dla ciebie niewyczerpane źródło inspiracji.

– Jak zwykle – odparła Marysia. – Bardzo się cieszę, że mam do niej dostęp. A co u ciebie? – spoważniała nagle. – Czemu masz taką skwaszoną minę?

Eleonora westchnęła. Poczuła wewnętrzny opór przed zwierzeniami, jak zwykle zresztą, ale po chwili przełamała się i postanowiła opowiedzieć chociaż o jednym swoim zmartwieniu. Zawsze to choć trochę lżej.

– Magda dzwoniła – przyznała się i spojrzała z uwagą na serwetę pokrywającą kuchenny stół. Bała się, że zaraz zacznie płakać.

– Rozumiem – westchnęła jej przyjaciółka. – Nadal ma do ciebie żal.

– Jaki żal? Do licha! – zdenerwowała się Eleonora. – Przecież zawsze chciałam dobrze, to moje dziecko. Nie mogłam przewidzieć, że wyjazd do Anglii okaże się takim niewypałem. Poza tym skoro im tam źle, to dlaczego nie wracają?

– Dobrze wiesz, że to nie takie proste – powiedziała Marysia spokojnie. – Po tylu latach i z trójką dzieci. Tam się już jakoś urządzili, a u nas o pracę nie jest łatwo, a mieszkać też nie mają gdzie.

– Jak to nie mają? A u mnie? – zawołała Eleonora.

Zadrżała mocno. Dom stał pusty. Tyle się słyszy o kłopotach mieszkaniowych młodych małżeństw, a stąd wszyscy się wyprowadzili, by się poniewierać za granicą albo po wynajętych mieszkaniach.

– Zupełnie nie rozumiem moich dzieci – westchnęła. – Doradzałam Magdzie ten wyjazd, owszem, co mi ciągle teraz wszyscy wypominacie, bo chciałam, żeby mieli lżej niż my. Skąd mogłam wiedzieć, że ona zajdzie trzeci raz w ciążę? Niczego takiego przecież nie planowali.

– Nie mogłaś wiedzieć – przyznała Marysia i spróbowała sernika. – Ale skutek jest taki, że Magda poczuła się wypchnięta za granicę, a kiedy tam pojawiły się problemy, ciebie przy niej nie było, została sama.

– Przecież powinna zrozumieć, że ja tutaj też miałam swoje obowiązki.

– Elciu, sama wiesz, że żal to nie jest kwestia rozumu, tylko uczuć. Człowiek może sobie latami różne rzeczy rozsądkowo tłumaczyć, a ból i tak nie ustępuje. Żal również. Gdyby to zależało od naszego rozumu czy woli, nikt by na tym świecie nie cierpiał z powodu uczuć. Ale nie martw się tak bardzo. Myślę, że to wszystko niedługo dobrze się skończy.

– Nie jestem tego taka pewna. – Eleonora znów wygładziła obrus, choć nie było na nim ani jednej fałdeczki. – Ale na razie i tak nie mam pomysłu, co mogłabym zrobić. Chodź, poszukamy sukienki – zmieniła temat. – Nie ma co w kółko rozdrapywać moich problemów. Czas płynie, a ty pewnie masz jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia.

– Nie jest tak źle. – Marysia wstała od stołu i wzięła do ręki jeszcze jedno ciastko. – Na wigilię każdy coś przynosi do jedzenia – powiedziała – więc nie ma stresu. Dla mnie został tylko barszcz i pierniczki. Dawno gotowe.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?