Szczęśliwy dom

Tekst
Z serii: Jabłoniowy sad #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


ROZDZIAŁ 1


– Miłość jest przereklamowana. – Ciotka Marta postawiła na ganku kosz pełen dorodnych jabłek i z westchnieniem ulgi usiadła na krześle. Wczesne papierówki pachniały latem. Julia schyliła się, wzięła do ręki żółty kształtny owoc i przytuliła do policzka. Ciotka zrywała te jabłka zawsze pod koniec lipca i nie szczędząc komentarzy, zabierała się do letnich przetworów.

– Mówię ci… – Ciotka poprawiła staroświecką chustkę, po czym otarła spocone czoło. – Nie przejmuj się tak bardzo. Przeceniamy miłość. Zbyt wielkie oczekiwania niosą tylko rozczarowania, płacz, zawiedzione nadzieje. Dobry, uczciwy układ jest o niebo lepszy.

Julia wbiła zęby w soczysty miąższ jabłka. Po brodzie pociekł jej słodki sok.

– Uwielbiam takie ciepłe od słońca papierówki – powiedziała, wycierając się wierzchem dłoni, jak w dzieciństwie.

– Chcesz zmienić temat? Proszę bardzo. – Ciotka nie dała się nabrać. – Masz prawo. Ale przecież to ty zaczęłaś.

– Bo już naprawdę nie wiem, co robić – przyznała się Julia.

– A kto wie? – zapytała ciotka filozoficznie. Przesunęła nogą kosz. – Będziesz teraz roztrząsać sprawy ostateczne czy mogę cię zaprząc do jakiejś pożytecznej roboty? Jabłka obrodziły, trzeba obierać…

– Dobrze, ciociu – posłusznie odparła Julia, jakby znów była małą dziewczynką. – A mamy nie ma? – Przezornie rozejrzała się wokół, szukając wsparcia. Na szerokiej werandzie stało już dziewięć koszy wypełnionych po brzegi pięknymi żółtozielonymi owocami. Julia wiedziała, że ciotka będzie pracować tak długo, aż w każdym z nich ukaże się wiklinowe dno.

– Pojechała na pierwsze zakupy. – Ciotka Marta znów poprawiła zjeżdżającą na czoło chustkę. – Jak zwykle przywiezie za dużo jedzenia. A wy wszystkie będziecie się stresować jak przed sprawdzianem z fizyki. Rocznice ślubu twoich rodziców to niebezpieczny czas. Za dużo emocji.

– Nie przewiduj najgorszego. – Julia walczyła o bardziej pogodną wersję. – Może w tym roku stanie się inaczej?

– Mowy nie ma! – Ciotka była zatwardziałą pesymistką. – Jeśli coś może pójść źle, z pewnością tak się stanie. Licho nie zmarnuje okazji.

Julia roześmiała się.

– Zwykle się z tobą nie zgadzam – powiedziała, biorąc do ręki ostry nożyk i jabłko. – Ale powiem ci szczerze, że tym razem sama nie mogę się pozbyć delikatnego niepokoju.

– I bardzo słusznie. – Ciotka obierała równo, pozwalając, by łagodne okręgi skórek opadały na jej kolana. – Tu nie ma czego aż tak bardzo świętować. Czterdziesta rocznica. Starość i tyle. Za nimi najlepsze lata, a w perspektywie… szkoda nawet myśleć, co. Ja i tak się dziwię, że to małżeństwo tak długo przetrwało. Niejedno przecież razem przeszli. Może właśnie to jest powód, żeby urządzać tę całą celebrę? – zastanowiła się.

Julia rozejrzała się wokół z przestrachem. O rodzicach mówiło się wyłącznie dobrze. Zdawali się jedynym trwałym punktem w zmiennym wszechświecie. Mama zwykle powtarzała, że dopóki mają siebie nawzajem, żadna siła ich nie złamie. Julia chwytała się tych słów w każdej trudnej chwili życia. Teraz też przybiegła tutaj, by usiąść na drewnianym ganku, posłuchać, jak szumią drzewa, ogrzać się w słońcu, poczuć zapach obiadu dobiegający z kuchennego okna i złagodzić niepokój, z którym zmagała się od kilku miesięcy.

Nawet słyszeć nie chciała, że coś mogłoby zachwiać tą stabilną twierdzą, którą był dom rodzinny.

– Jak możesz tak mówić? – oburzyła się. – Rodzice są bardzo szczęśliwi, jeszcze wiele dobrego ich czeka.

– Na dodatek twoja mama uparła się, że to będzie najpiękniejsza uroczystość ze wszystkich dotychczasowych – ciągnęła Marta niewzruszenie. – Takie deklaracje niczego dobrego nie wróżą.

– Ciociu, proszę cię. Wiesz przecież, że mama przywiązuje wielką wagę do rodzinnych tradycji. Celebruje wszystkie jubileusze. To dzięki niej ten dom jest wyjątkowym miejscem.

– W tym miejscu się zgodzę – przytaknęła ochoczo ciotka. – Normalności u was za grosz.

– Nie o to mi chodziło!

Marta poprawiła chustkę i wyćwiczonymi ruchami szybko obierała kolejne jabłka.

– Helena ogłosiła dzisiaj rano, że zorganizuje perfekcyjną uroczystość i niech nikt nie waży się jej przeszkodzić – powiedziała złowieszczym tonem. – Przewiduję katastrofę tak samo wielką, jak wysoki jest poziom starań, żeby wszystko wypadło idealnie. To się nie uda. Zbyt ciasnego prześcieradła na słonia nie naciągniesz. Zawsze ci gdzieś będzie wystawał kawałek popielatego tyłka.

Julia roześmiała się, choć przyjechała do domu w złym nastroju i żarty wyjątkowo jej nie śmieszyły.

– Obie mamy nie najlepsze przeczucia – powiedziała – ale to na szczęście bez znaczenia. Znam mamę i wiem, że jeśli coś sobie postanowi, osiągnie cel.

– Oczywiście. – Ciotka zgodziła się dla świętego spokoju. – Nie mam zamiaru się kłócić, choć ośmielę się wtrącić, że ja znam twoją mamę, a moją siostrę, o wiele dłużej niż ty. Ale dość o tym. Są teraz ważniejsze sprawy. Co cię trapi, powiedz szczerze. Przecież wiem, że bez powodu tu nie przyjechałaś.

Julia zaczerwieniła się lekko, a krzywo ucięta skórka od jabłka spadła na podłogę.

– Owoców nie marnuj – skarciła ją ciotka. – Darów Bożych.

Julia wyprostowała się odruchowo. Poprawiła ułożenie nożyka i starannie obrała jabłko do końca. Odłożyła owoc, po czym spojrzała na siedzącą po drugiej stronie stołu siostrę mamy. To nie był dobry pomysł. Ciotka natychmiast wykorzystała ten krótki moment nieuwagi, zajrzała siostrzenicy w oczy i tą drogą, jak zwykle bez trudu wniknęła w głąb duszy. Spenetrowała sprawnie wszystkie zakamarki, po czym postawiła błyskawiczną diagnozę.

– Tak przypuszczałam – westchnęła z satysfakcją. – Dorosła kobieta, wykształcona, pani weterynarz prowadząca własny gabinet, a boi się przyznać, że wciąż jest sama i w głębi serca marzy o ognistym romansie…

– Przestań! – zawołała Julia, zrywając się z krzesła. – To nieprawda. Spotykam się przecież z Ksawerym! Od lat – dodała z naciskiem.

– Oczywiście. – Ciotka przyjęła ten wybuch z właściwą sobie rezerwą. – Ja się z aptekarzem też spotykam raz w tygodniu, a bywa, że i częściej. Ale to nic jeszcze nie znaczy.

Julia odłożyła trzymane w rękach jabłko. Była bardzo wzburzona. Nagle pożałowała spontanicznego odruchu, który kazał w trudnej sytuacji chronić się w zaciszu rodzinnego domu.

– Jak możesz tak mówić? Jesteśmy naprawdę szczęśliwi. Wiem, co robię. Całe życie patrzyłam na małżeństwo moich rodziców. Zbuduję takie samo. Przecież to oczywiste, że ich związek jest taki trwały, bo codziennie się o niego starają.

– To prawda – ostrożnie przyznała ciotka. – Ale widzisz, jest tu jeszcze jeden element. Oni się bardzo kochają, choć z pewnością nie są idealną parą. Mają na przykład pewną skłonność do zamiatania problemów pod dywan.

– Ja też kocham Ksawerego! – Julia wstała i rzuciła nożyk na stół. Na gładkiej ciemnobrązowej powierzchni zaznaczyła się cienka rysa.

– W porządku. – Uśmiechnęła się ciotka. – Nie rozumiem, dlaczego w takim razie tak bardzo się gorączkujesz. Nikt przecież nie podważa waszego wzajemnego uczucia. Wręcz przeciwnie, cała rodzina czeka niecierpliwie na zaręczyny. Tylko mnie dręczy pewien niepokój – powiedziała i znów czujnie spojrzała na siostrzenicę.

– Nie lubisz Ksawerego? – zdumiała się Julia.

Jej chłopak był z kategorii tych, którzy błyskawicznie podbijają serca mam, babć i ciotek. Zawsze starannie ubrany, kulturalny, ułożony. Na dodatek z pierwszymi sukcesami zawodowymi na koncie.

– Bardzo go lubię. – Ciotka Marta podniosła głowę, w jej oczach była powaga. – Ale obawiam się, że ty trochę nie doceniasz. To może być największy błąd twojego życia. Czasem lepiej porzucić mrzonki i skupić się na rzeczywistości. Brać, co los daje.

Tego było dla Julii zbyt wiele. Oczywiście, jadąc tutaj, miała świadomość, że spotka ciocię Martę. Liczyła na szczerą rozmowę, chciała uspokoić pewien zamęt w sercu, który w miarę zbliżających się zaręczyn zdecydowanie się nasilał, ale przecież nie w ten sposób! Co to za dziwne uwagi?

– Niepotrzebnie poruszamy ten temat – powiedziała szybko, zdecydowana zakończyć rozmowę. – Lepiej go zmieńmy, inaczej tylko się pokłócimy. Twoje wnioski są zupełnie bezpodstawne. Poza tym i tak muszę już wracać. Zostawiłam wspólniczkę samą, a mamy dwa koty w sali pooperacyjnej, sprawdzę, co u nich.

– Zrobisz, jak uważasz. – Ciotka ze spokojem patrzyła na falującą od skrywanych emocji pierś dziewczyny, jej kręcone jasne włosy rozwichrzone z powodu gwałtownego poprawiania fryzury, zaciśnięte usta i gniewny wzrok. Wychowała cztery córki swojej siostry. Była trwale uodporniona na wybuchy emocji. – Ale coś ci powiem – odezwała się jeszcze. – Ja bym na twoim miejscu przestała tyle myśleć. Ksawery to świetny facet. Miły, odpowiedzialny, pracowity, do tego dość przystojny. Czego ty jeszcze chcesz?

Julia milczała. Odpowiedź na to pytanie była zbyt zawiła i stanowczo za bardzo osobista.

– Wiem. – Ciotka wrzuciła obrane i podzielone na cząstki jabłko do dużego garnka. – Chcesz iść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko… Nie radzę.

 

– Wychodzę. – Julia ostentacyjnie zeszła po drewnianych schodkach werandy.

– Kiedyś też tak myślałam – powiedziała ciotka, a Julia mimo woli się zatrzymała. – Sądziłam, że gdybym mogła cofnąć czas, ale zachować swój rozum, podjęłabym inne decyzje. Nie poślubiłabym tego człowieka. Pozwoliłabym mu żyć w spokoju. Poszukałabym kogoś o bardziej walecznym sercu. Poszłabym w szał, na wrzosowiska…

Julia stała oparta o dębową barierkę ganku i ze zdumieniem wpatrywała się w ciotkę.

– Tak – westchnęła Marta. – Tak sobie właśnie myślałam i byłam nawet gotowa podejmować z tego powodu życiowe decyzje. Ale dzisiaj wiem, że nic by to nie pomogło. Gdybym poszła tamtą drogą, zapewne całe życie tęskniłabym za bezpiecznym ciepłym domem, jaki dał mi mój mąż. Nie pokonasz systemu. Zawsze czegoś będzie ci brakowało. Nikt nie ma wszystkiego.

Julia wróciła do stołu. Pocałowała ciotkę w czubek głowy i pożegnała się z nią serdecznie. Nie chciała już żadnych rad. Szybko zbiegła po stopniach ganku. Poczuła pod stopami miękką trawę i mimo woli spojrzała na ciągnący się dalej sad. Jabłonie uginały się pod ciężarem dojrzewających powoli owoców. Wczesne grusze złociły się już w rozłożystych koronach starych drzew. Nieco dalej zieleniły się brzoskwinie, a w głębi czekały na swoją kolej sękate śliwy.

Zbliżał się wieczór, ale pszczoły wciąż pracowały, poszukując lepkiego, słodkiego soku w owocach. Kojący dźwięk ich skrzydeł połączony z delikatnym ciepłem zachodzącego słońca łagodził rozedrgane nerwy. Julia odetchnęła. Dom spełnił jednak swoją funkcję. Jak zawsze.

Nie odwróciła się, by spojrzeć na jego doskonale znajomą sylwetkę. Bała się, że ciotka zawoła ją z powrotem na ganek i znów zacznie przytaczać swoje argumenty. Ruszyła ścieżką wysypaną jasnym żwirkiem. Nie musiała się oglądać. Z zamkniętymi powiekami potrafiła odtworzyć każdy szczegół tego miejsca. Szeroką bryłę domu obłożonego dębowymi deskami, otwarte okna, z których wiatr wiecznie wywiewał firanki, i drewnianą werandę od strony sadu z kołyszącymi się kwietnikami oraz kaskadami pnączy całorocznych truskawek.

Doszła do bocznej furtki i zamknęła ją za sobą. Stanęła na chodniku, po czym starannie ominęła wzrokiem posesję sąsiada. Nie było to takie proste. Dorodne stare dęby nie pozwalały się ignorować, dominując nad otoczeniem. Julia zerknęła tylko na chwilę na ich imponujące korony. To był błąd. Wzrok bowiem szybko ześlizgnął się z majestatycznych drzew, by utknąć w rogu ogrodu, gdzie, dyskretnie osłonięte przed światem gęstymi leszczynami, kłębiły się maliny. Ale nie takie zwykłe, ogrodowe, karnie posadzone w równych rzędach. To był prawdziwy gąszcz, pełen tajnych ścieżek i ukrytych zakamarków, mieniący się w słońcu czerwienią owoców. Ich kolor kojarzył się z krwią i gorącą miłością.

Julia przyłożyła kluczyki samochodowe do rozpalonego nagle policzka.

Nie myśl – nakazała sobie i skierowała się szybko w stronę zaparkowanego niedaleko auta. Ale stanowcze polecenie na nic się zdało. Wspomnienia napływały falami, choć wydawało się, że już dawno dały jej spokój. Nieszczęsna rocznica znów burzyła poukładane życie.

Tamtego wieczoru rodzice też świętowali.

Julia wzięła głęboki oddech i wreszcie odpędziła niebezpieczne obrazy. Malinowy chruśniak to dla niej nie tylko zwrot z wiersza Leśmiana. Doświadczalne sprawdzanie prawdy zawartej w poezji przez dwoje świeżo upieczonych maturzystów sprawiło, że do tej pory Julia nie mogła spokojnie jeść tych owoców ani nawet spoglądać w stronę ogrodu sąsiada. Choć minęło wiele lat…

Miał Leśmian, skubaniec, rację – pomyślała Julia. – Poezja mówiła prawdę. To, co wtedy przeżyła w rozpalonym słońcem malinowym chruśniaku, było równie namiętne i niezwykłe jak scena z wiersza opisana przez poetę. Wszystko się zgadzało, a nawet można by się pokusić o stwierdzenie, że przeszło najśmielsze oczekiwania.

Julia otarła czoło i na lekko tylko drżących nogach podeszła do samochodu.

Dlaczego tutaj zaparkowałam? – zastanowiła się przez chwilę. – Przewidziałam spór z ciotką? Wiedziałam, że trzeba będzie uciekać na skróty?

Ciotka miała trochę racji. Bliskość rodzinnej uroczystości nie pozostawała bez wpływu na cztery siostry Zagórskie. Wszystkie czuły się zwykle o tej porze roku jak wezwane do raportu. Ich życie, przyłożone do idealnego wzorca, którym był związek rodziców, nigdy nie prezentowało się wystarczająco dobrze. Mniej lub bardziej świadomie próbowały trochę podkręcić swój wizerunek. Rocznica ślubu rodziców miała być w tym roku świętowana wyjątkowo uroczyście, ale i bez tego zawsze stanowiła okazję do różnych podsumowań i postanowień.

Czy to dlatego chcę się zaręczyć właśnie teraz? – Julia zastanowiła się chwilę, ale szybko odrzuciła tę niedorzeczną myśl.

Związek z Ksawerym od lat dojrzewał do tego kolejnego etapu, a taka ważna decyzja wymagała odpowiedniego momentu. Julia uspokajała się logicznymi argumentami.

Fakt, że właśnie dzisiaj wspomnienia zaatakowały z taką mocą, również uznała za zupełnie przypadkowy. Bo przecież nie zostawiła tutaj samochodu specjalnie, żeby przywoływać obraz niewidocznego od frontu malinowego zagajnika. Po cóż miałaby to robić? Żeby potem atakowały ją wyczerpujące, choć rozkoszne sny o niemożliwym? Z takich mrzonek wyleczyła się dawno. Sama wymyśliła terapię. W końcu była lekarzem, choć o zupełnie innym profilu. Kuracja, którą sobie zaaplikowała, początkowo bardzo bolała, ale okazała się skuteczna.

Pozbyła się wszystkich pamiątek. Wyrzuciła zdjęcia i listy. Wyczyściła dysk komputera. Obcięła włosy, które on tak bardzo lubił, i pozwoliła Ksaweremu zaprosić się na wspólny wakacyjny wyjazd. Jak surowy strażnik pilnowała czujnie swojego umysłu. W bramie postawiła wartę. Jeśli tylko jakieś wspomnienie próbowało się dostać, zabijała je bez litości. Po kilku miesiącach zaczęła się przyzwyczajać. Po paru latach wydawało jej się, że już zupełnie zapomniała.

Włosy odrosły i już nie przywoływały skojarzeń. Skończyła studia, założyła gabinet weterynaryjny i ze wszystkich sił pielęgnowała związek z Ksawerym.

Feliks, jej młodzieńcza miłość, wyjechał tuż po maturze, co znacznie ułatwiło jej zadanie. Studiował w Monachium, a potem został tam na stałe. Rzadko odwiedzał ojca. Do Julii po ich burzliwym rozstaniu nie odezwał się ani słowem. Dzięki temu oboje mogli raz na zawsze zamknąć ten romantyczny rozdział i spokojnie zacząć dorosłe życie. Ale sprawy nie chciały układać się w prosty sposób.

Julia otworzyła drzwiczki swojego wysłużonego forda, strzepnęła z fotela psią sierść, która wiecznie fruwała wokół. Samochód służył niejednemu zaprzyjaźnionemu zwierzakowi. Na tylne siedzenie rzuciła opakowanie suchej karmy dla chomika. Od tygodnia woziła je tam i z powrotem, ciągle zapominając zabrać do domu. W końcu mogła usiąść za kierownicą. Spojrzała na zegarek. Późno. Ruszyła z piskiem opon, nie rozglądając się na boki, i szybko pokonała pustą, senną uliczkę niewielkiego podkrakowskiego miasteczka. Wyjechała na poprzecinaną światłami dwupasmówkę, po czym przepchnęła się z większym już trudem przez zakorkowane o każdej porze centrum i poruszając się coraz szybciej, wyjechała w stronę swojego osiedla.

Stare blokowisko budowane w czasach, gdy samochody stanowiły dobro wydzielane na talony, służyło wolnymi miejscami parkingowymi wyłącznie przed południem, kiedy znaczna część mieszkańców przebywała w pracy. W późniejszych godzinach wąskie ulice zapełniały się szczelnie pojazdami, utrudniając przejazd, a wolna przestrzeń przenosiła się w sferę marzeń niemożliwych do zrealizowania. Julia była do tego przyzwyczajona. Cierpliwie jeździła pomiędzy ciasno ustawionymi autami, by w końcu, jak wytrawny łowca, błyskawicznie zareagować na niespodziewaną okazję i z precyzją zaparkować w wąskiej szczelinie, szybciej niż czająca się na to samo miejsce konkurencja.

Mężczyzna w czarnym audi uderzył dłonią w kierownicę.

Julia uśmiechnęła się do niego, starając się osłodzić przegranemu porażkę. Potem trzasnęła mocno drzwiczkami i pobiegła w stronę wejścia do bloku, w którym wynajmowała mieszkanie.

Nie lubiła tego miejsca, ale na razie nie miała wyboru. Wysokie wieżowce otaczały – a wręcz można by powiedzieć – osaczały z każdej strony. Ciasno postawione, zasłaniały widok. Żeby zobaczyć większy skrawek nieba, należało bardzo wysoko unieść głowę, a i tak był to tylko mały, nędzny kwadrat. Za każdym razem, kiedy Julia szła z parkingu w stronę klatki schodowej, widziała nad głową zbliżający się cień potężnego szarego bloku. Dzisiaj już się takich nie buduje. Kilkaset metrów dalej powstało nowoczesne osiedle dwupiętrowych zaledwie budynków z ładnymi funkcjonalnymi mieszkaniami wyposażonymi w przestronne balkony. Ale ceny kupna czy choćby wynajmu były dla Julii zaporowe. Nawet nie spoglądała w tamtą stronę.

Od kilku lat najważniejsza była przychodnia. Faza inwestowania we własną działalność, charakterystyczna dla rozwijających się firm, zdawała się nie mieć końca. Ale Julia była cierpliwa i gotowa na poświęcenie. Wiedziała, że jeśli przetrwa, będzie mogła pracować na własnych warunkach. A to było warte każdej ceny.

***

Helena stanęła w ogrodzie. Pomasowała dłonie, na których odbiły się czerwone pręgi od wtaszczonych właśnie do domu ciężkich siat z zakupami. Mąka, cukier, mleko, woda mineralna, ziemniaki – wszystko to ważyło naprawdę sporo. Jan znowu będzie zły, że zrobiła to sama, ale nie chciała czekać. Z natury była dość niecierpliwa i lubiła, kiedy jakąś pracę, zwłaszcza niezbyt przyjemną, można było uznać za skończoną i przejść do następnego punktu.

Ten zdecydowanie bardziej jej się podobał. Spacer w sadzie. Odprężający jak zabieg w najlepszym spa. Delikatny wiatr pachnący trawą z okolicznych pól, słodyczą dojrzewających owoców i aromatem kwiatów pieścił łagodnie jej twarz. Bose stopy masowała miękka trawa, lekko już wilgotna od wieczornej rosy. Helena wdychała ożywcze powietrze, zrywała borówki prosto z krzaka i przyglądała się jabłoniom. Ich obficie obsypane owocami gałęzie prawie sięgały ziemi.

Żałowała, że nie zdążyła spotkać się z Julią. Szkoda, że Marta nie zatrzymała jej dłużej. Można by porozmawiać o zaręczynach. Był to temat wielokrotnie już poruszany, ale dla obojga rodziców tak przyjemny, że właściwie niemożliwy do wyczerpania.

W marzeniach Helena już widziała swoją córkę w pięknej białej sukni, schodzącą po drewnianych schodach z piętra jak w najbardziej romantycznych starych filmach.

Kobieta zatrzymała się pod rozłożystą koroną złotej renety. Stara odmiana późnych jabłek rosła tu od wielu lat. Helena podniosła głowę, by przez zieleń liści spojrzeć w niebo. Było piękne, a liście rysowały na jego tle niepowtarzalną i piękną zieloną koronkę. Odetchnęła głęboko. Czuła, że dla jej rodziny, po ostatnich kłopotach, zbliża się lepszy czas.

Z przyjemnością zaczerpnęła powietrza, po czym ruszyła dalej. W myślach znów planowała rocznicowe przyjęcie. Bardzo lubiła, kiedy rodzina w komplecie gromadziła się przy stole.

***

W tym samym czasie po drugiej stronie ulicy Leszek Trąbski usiadł na tarasie. Miał stąd doskonały widok na ogród sąsiada i większą część sadu. Nie umiałby już zliczyć wieczorów, które spędził w ten właśnie sposób. Dzisiaj jednak było mu szczególnie trudno. Wiedział, że zbliża się czterdziesta rocznica ich ślubu.

Kiedy te lata minęły, nie umiałby powiedzieć. Dla niego wszystko było tak żywe, jakby działo się teraz. Wspomnienie tamtego dnia bolało dokładnie tak samo jak wtedy. A jeśli tylko choć na chwilę zapomniał, co roku mu o tym hucznie przypominano. Już trzydzieści dziewięć razy obserwował gości podjeżdżających pod dom Zagórskich, by świętować rocznicę ślubu Heleny i Jana. Zmieniały się samochody, rozrastał dom, drzewa w sadzie stawały się coraz starsze i wciąż przybywało nowych. A on tkwił niezmiennie na tarasie, patrzył, cierpiał, obmyślał mniej lub bardziej trafne sposoby zemsty. Nigdy jednak nie wykonał żadnego konkretnego kroku.

Oni wciąż byli dwiema najbliższymi mu osobami. Nie mógłby ich skrzywdzić.

Teraz jednak poczuł, że dłużej tego nie wytrzyma. Doszedł do jakiejś granicy. Czterdziesty raz nie zdzierży. Tym bardziej że tego roku święto miało być wyjątkowe. Słyszał oczywiście o planowanych zaręczynach Julii. W małym miasteczku nic się nie ukryje. Zwłaszcza wśród bliskich sąsiadów. Już sobie wyobrażał tę uroczystość. Na tej cholernie pięknej werandzie, którą Jan skonstruował własnymi rękami, albo romantycznie w sadzie, wśród drzew. Z wyjątkowym jedzeniem, piękną dekoracją oraz liczną rodziną zgromadzoną przy stole. Żeby dopełnić tego wzorcowego obrazka, należy jeszcze dodać dzieci biegające po trawie. Bo Zagórscy, w przeciwieństwie do niego, doczekali się dwóch udanych, żywiołowych wnuków oraz uroczej wnuczki.

 

Leszek zgrzytnął zębami. Starał się nie zazdrościć. Dobrze wiedział, jak destrukcyjne jest to uczucie. Ale to było bardzo trudne.

W każdej innej sprawie był człowiekiem walczącym. Zbudował od zera świetnie prosperującą firmę, był jednym z najbardziej zamożnych mieszkańców miasteczka, a kiedy wcześnie owdowiał, wychował samotnie dwóch synów, co nie jest łatwym zadaniem.

Tylko w tej jednej kwestii nie mógł się zdobyć na stanowczość.

Jednak właśnie poczuł, że coś się zmieniło. Zamierzał zawalczyć o przynajmniej jeden kawałek słodkiego rocznicowego tortu. Nie wszystko przebiegnie zgodnie z pięknym planem Heleny.

– Zaręczyn nie będzie – powiedział głośno, choć nikogo obok nie było. – A już na pewno nie w waszym ogrodzie. – Spojrzał w stronę domu sąsiadów. – Nie dopuszczę do tego.

Sięgnął po telefon i szybko wybrał odpowiedni numer.

***

Julia weszła do środka, po czym otworzyła drzwi do wynajmowanej kawalerki, której zasadniczą i właściwie jedyną zaletą był niski czynsz. Jak zwykle na chwilę przymknęła oczy, by przygotować się psychicznie na znajomy widok. Ciemna boazeria, pamiętająca jeszcze czasy głębokiej komuny, sięgała aż pod sufit i sprawiała, że maleńki pokój robił dość ponure wrażenie. Mimo wielokrotnie podejmowanych prób nie udało się przekonać właściciela, by zerwał to draństwo i zastąpił je jakąś optymistyczną jasną tapetą. Mężczyzna kochał swoją boazerię wielką miłością. Kto wie, może nawet namiętną. W każdym razie na żadną zmianę się nie zgadzał.

Żwirek, ukochany chomik Julii, spał zwinięty w kłębek w kącie klatki. Kiedy Julia położyła kluczyki na stoliku, nawet się nie poruszył, choć zwykle natychmiast reagował na powrót pani.

– Obraziłeś się? – Julia podeszła do klatki. – Wiem, że jest późno, ale miałam dzisiaj sporo pacjentów.

Kupka trocin zdawała się wyniośle trwać nieruchomo.

– Przepraszam – mówiła Julia. – No wyjdź.

Włączyła górne światło, a pomieszczenie zyskało nieco ciepła. Góra trocin lekko się poruszyła się i wreszcie Żwirek zdecydował się wyjść. Stanął na dwóch łapach i patrzył na swoją panią. W ciemnych oczkach miał wyraźny wyrzut. A może tak jej się tylko wydawało? Może to tylko własne nieczyste sumienie ją gryzło?

– Chodź, kochany. – Delikatnie wyciągnęła zwierzątko. – Już jestem i zadbam o ciebie. Dzisiejszy wieczór należy do nas. Jak prawdziwi ludzie biznesu zadbamy najpierw o przyjemności, a obowiązkami, zwłaszcza nieprzyjemnymi, zajmiemy się później.

Żwirek spojrzał na nią z jawną ironią. Nigdy nie prowadził żadnej działalności, ale chyba nawet on był świadomy, że taka polityka do niczego dobrego nie doprowadzi.

– Wyluzuj. – Julia pogłaskała go najmniejszym palcem po głowie. – Trzeba być innowacyjnym. Ja właśnie jestem. Mam wyjątkowo nowoczesny stosunek do biurokracji. Wierzę w nią i liczę na to, że załatwi się sama.

Włożyła ulubieńca do specjalnej prostokątnej skrzyni bez pokrywy, w której Żwirek miał przemyślnie skonstruowany wybieg. Z kawałków drewna, rolek papieru i innych bezpiecznych materiałów powstały przeszkody, które lubił pokonywać w swoim własnym tempie. Julia uważała popularne kule do biegania za barbarzyństwo ograniczające swobodę zwierzaków.

Kiedy już wysprzątała jego klatkę, wypuściła ulubieńca na chwilę na wolność, żeby sobie pobiegał po pokoju. Ale Żwirek jak zwykle zlekceważył tę prostą rozrywkę. Błyskawicznie schował się za szafą, by po chwili wyjrzeć po drugiej stronie, i prezentując sam koniuszek nosa, błyskać koralikami oczu.

Uwielbiał tę rozrywkę, a Julia pozwalała na nią, bo szczelina za szafą była szeroka i bezpieczna.

– Wyłaź stamtąd – zawołała pro forma, ale zwierzak jak zwykle nawet nie drgnął. – No dobrze. Siedź, jeśli jesteś taki uparty. Zobaczymy, jak długo wytrzymasz.

Julia podeszła do niewielkiej wnęki kuchennej.

Przygotowała sobie skromną kolację, po czym na jedynym wolnym rogu stołu postawiła talerzyk z kanapkami oraz kubek. Odsunęła faktury, oparła głowę na obu dłoniach i zaczęła się zastanawiać, czym martwić się w pierwszej kolejności: problemami prywatnymi czy słabą kondycją firmy. Wybrała zawodowe kłopoty. Były bardziej konkretne i mimo wszystko łatwiejsze do rozwiązania.

Spojrzała na stos firmowych dokumentów z jawną niechęcią. Musiała podjąć jakieś stanowcze decyzje. Dalsze chowanie głowy w piasek mogło bowiem doprowadzić do utraty przychodni, a takiego ciosu by nie zniosła.

Zerknęła na zegarek. Późna pora nie sprzyjała pracy ani poważnym decyzjom.

Zacznę jutro – postanowiła uroczyście. Uspokoiwszy tym pozornym działaniem swoje sumienie, zaczęła się przygotowywać do snu. Włożyła chomika z powrotem do jego „domku” i nastawiła budzik na bardzo wczesną porę, żeby przed pracą ze świeżym umysłem zabrać się do porządkowania dokumentacji.

Jednak kiedy bladym świtem telefon rozśpiewał się skoczną melodią, zareagował na to wyłącznie Żwirek. Wygrzebał się z kupki trocin i stanął na dwóch łapkach, gotowy do działania. Ale jego pani daleka była od takich zdecydowanych ruchów. Jedyne, na co mogła się zdobyć o tak nieludzkiej porze, to wystawić dłoń spod kołdry i prawie na oślep wyłączyć telefon.

Zrobiła to, po czym z westchnieniem ulgi odwróciła się twarzą do ściany.

Jeszcze zdążę. – To była jej ostatnia myśl tuż przed ponownym zanurzeniem się w świat snu. Za folgowanie lenistwu została ukarana natychmiast i na miejscu. Powinna była wstać, jak wcześniej zaplanowała. Ledwo bowiem na dobre zamknęła oczy, sen przeniósł ją w dobrze znane miejsce, do którego na jawie starała się nigdy nie wracać. Znów szła aleją ocienioną koronami kwitnących kasztanowców, wokół niej szalał maj, prezentując wszystkie swoje wdzięki. Pachniały bzy, wiał lekki wiatr, a trawa błyszczała nowiutką, świeżą zielenią. W oddali, na końcu alejki stał ciemnowłosy chłopak w dżinsowej kurtce. Czekał na nią. Nie miała wątpliwości. Wciąż na nią czekał.

Zerwała się gwałtownie. Serce mocno jej biło. Drżącą dłonią wzięła stojącą na podłodze butelkę z wodą i łapczywie wypiła prawie połowę zawartości, oblewając sobie brodę, dekolt i koszulę nocną.

Otarła spocone czoło, po czym szybko wyskoczyła z łóżka. Spojrzała z wdzięcznością na faktury. Po wczorajszym zniechęceniu nie było już ani śladu. Właśnie tego teraz potrzebowała najbardziej. Konkretnej pracy, wysiłku umysłowego, całkowitej koncentracji na mozolnych obliczeniach. Było to niezbędne, aby ujarzmić wspomnienia.

Godzinę później stos papierów znacznie się skurczył, a cztery kolorowe segregatory pęczniały starannie poukładanymi dokumentami. Julia przetarła zmęczone oczy, ale nie przerwała pracy. Wiedziała, że niebezpieczne wspomnienia wciąż czają się na obrzeżach świadomości. Potrzebowała jeszcze większej dawki wysiłku.

– Nie ma po co wracać do zamkniętej przeszłości – szeptała, otwierając kolejną kopertę z plamami po kawie. – Swoją rzeczywistość trzeba budować świadomie. Podejmować dobre decyzje i być konsekwentnym. Szczęśliwe związki są możliwe. Ja taki zbuduję. Będzie tak samo piękny jak małżeństwo moich rodziców.

Codziennie obserwowała ich starania, była przekonana, że doskonale wie, jak to zrobić.

Rodzice sporo pracowali. Utrzymanie domu i gromadki dzieci nie należy do łatwych zadań. Ale zawsze znajdowali czas dla siebie. Jedną z wielu żelaznych zasad stanowiło wspólne przygotowanie i spożycie przynajmniej jednego posiłku w ciągu dnia. Czasem była to tylko wieczorna herbata na tarasie, ale ta chwila na rozmowę musiała się znaleźć.

Zawsze się też wzajemnie wspierali, przymykali oczy na drobne sprawy i celebrowali własne tradycje, święta, rocznice. Dużo rozmawiali i mieli wspólne pasje.

Julia próbowała podtrzymać się na duchu wiedzą, która w jej mniemaniu gwarantowała szczęśliwy związek, ale dziwnie właśnie teraz przypomniały jej się stare opowieści o czyjejś zdradzie. Niejasne plotki, strzępy informacji krążące od lat po rodzinie, nigdy tak naprawdę uczciwie nie sprawdzone. O tyle nieistotne, że dotyczące czasów przed ślubem rodziców, a jednak w niewytłumaczalny sposób kładące się cieniem na życiu wszystkich domowników.

Znowu zabolało. Zdrada była jedynym tematem, do którego Julia nie umiała podejść racjonalnie.