Rozbitek@brzeg.plTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Krystyna Januszewska
rozbitek@brzeg.pl


Zysk i S-ka Wydawnictwo

Wrócę przez las do źródła. Cicho. Coraz ciszej

i do końca z tym rytmem jak klasyczny taniec.

Książki w logicznych rzędach. Saska porcelana

drżąca zgodnym staccato zbudzonych klawiszy.


…………………………………………………


I spalę wszelkie ślady po spalonych mostach.

Daremne przęsła dawno nie sięgają brzegów.

Dołem martwe wąwozy i spienione rzeki.

Cichy obłok popiołu zawiśnie w kosmosie.




I tylko z garstką ziemi w zaciśniętej dłoni.

Zanim to co ją trzyma nie stanie się ziemią.

By opowiedzieć jak się w ciało proch przemienia

nie wrócił nikt kto znalazł się po tamtej stronie.



Krystyna Konecka, Cisza

czerwiec 1963

Cokolwiek mogło się zdarzyć, moje losy były przesądzone. Jeszcze niedawno myślałem o przyszłości z lekką ironią, jak o czymś naznaczonym wiecznością, jak o słodkim i bezkresnym czasie przymiarek do życia. Spomiędzy kolejnych dni spoglądał na mnie mroczny, jak mi się wtedy wydawało, i nieunikniony obowiązek wyboru. Dlatego teraz, gdy odnalazłem dla siebie pośród tego mroku wyraźną ścieżkę, a na jej końcu błyszczał, niczym szlachetny diament, wymarzony szczyt, drżałem z niepokoju.

Był maj, gorący i suchy. Rodzice znużeni upałem snuli się po mieszkaniu bez życia. Dopiero mój powrót odświeżył nieco atmosferę. Wchodząc do mieszkania, z rozmachem trzasnąłem drzwiami. Zassane powietrze wyprzedziło mnie o pół kroku i pokonując drogę przez długi, ciemny korytarz, wpadło odważnie do kuchni. Ojciec uniósł lekko głowę znad książki i spojrzał zdziwiony w moją stronę. Białe kartki zatrzepotały uwięzione w grzbietach, próbując zakosztować wolności. Umyłem szybko ręce i usiadłem przy stole. Byłem potwornie głodny.

Mama szykowała obiad i pytaniami próbowała wybadać, co w trawie piszczy. Czuła wiszące w powietrzu napięcie, więc delikatnie, żeby mnie nie spłoszyć, badała teren. Jak miałem się bronić? Ciężko mi było skrywać przed nimi swoje tajemnice. Obawiałem się ich reakcji. Sukces, który osiągnąłem, jego konsekwencje, dla mnie były obietnicą życiowego startu, dla nich otchłanią pełną zepsucia i ślepą uliczką. Przeczucie, że się stopniowo od siebie oddalamy, teraz stało się pewnością. Dzieliło nas wszystko. Miarą tych podziałów były zdarzające się coraz częściej kłótnie i ataki. To nie ja atakowałem. To oni tracili grunt pod nogami. I wtedy, zamiast akceptacji, zachęty, zamiast zrozumienia, mogłem się spodziewać jedynie krytyki.

Nie chcieli pomagać, nie cieszył ich mój entuzjazm, zachłanność na zmiany. Stali w pewnej odległości, chłodni i zdystansowani, dokładnie tam, gdzie osadziły ich czasy i ustrój, któremu nie byli przychylni. Dotykali życia jedynie opuszkami palców, skryci za pozorną zasłoną stabilizacji i nudy.

A mnie wciąż było mało. Głowę pełną miałem wiatru, dymu i tęsknoty za zdobywaniem, otwieraniem, podpalaniem.

Czułem się królem wszechświata, młodym, ambitnym, hojnie obdarzonym i dumnym. Przyszłość, niczym mleczna droga, prowadziła mnie w odległe przestrzenie. Jeszcze na starcie, skromny i nieśmiały, jeszcze bez dworu, początkujący, elekt, zarodek gwiazdy, siedziałem za stołem w swoim rodzinnym domu i jadłem. Wcinałem pierogi. W moim mózgu wrzało, niosło mnie jak licho, ponad domy, ponad ulice, nogi drgały mi nerwowo, gdzieś gnać, gnać bez końca. Patrzyłem przez okno na rysujące się w oddali dachy mojego miasta, na korony drzew, na kominy, na kołujące nad starym kasztanem wrony.

Krzyż ramy okiennej, dzielącej taflę szkła na cztery części skojarzył mi się z ukrzyżowaniem, a napierające z nieba biało-szare chmury ze skałami na Golgocie. Krzyż na szczęście był pusty, a ja rozpięty pomiędzy wątpliwościami. Kłótnia z ojcem na temat mojego opuszczania niedzielnej mszy wisiała jeszcze w powietrzu. Nie wiedziałem, co począć z dręczącymi mnie ostatnio pytaniami o wiarę, on nie wiedział, jak ze mną rozmawiać. Czuł, że wymykam się spod ojcowskiej władzy, którą dotychczas przyjmowałem jako naturalną, a którą teraz, nagle, nie wiadomo czemu, położyłem na szali przeciwko własnej dorosłości. Wiadomo, że nie miałem szansy zebrać wystarczającej liczby argumentów, żeby ją przeważyć, a jednak chciałem próbować. Syn w końcu kiedyś musi odłączyć od stada, znaleźć swoją własną drogę życia albo przynajmniej zacząć jej szukać. Ja zacząłem od zanegowania tego wszystkiego, co zostało mi narzucone, by później dokonać własnego wyboru, być może podobnego, kto wie.

Było mi ciasno w ojcowskim kołnierzyku. Nasze światy, mój świat i świat ojca, zaczęły wyraźnie odstawać i coraz częściej wchodziły sobie w drogę. W miarę jak nabierałem pychy i odwagi, robiłem się bezczelniejszy, a on gasł w sobie i pokorniał coraz bardziej. Był starym ojcem, ja byłem wojennym wyskrobkiem.

Przed chwilą nad miastem przeszła silna burza. Jeszcze jej ostatnie pomruki niosą się ponad miastem, dudnią w oddali, jeszcze krąży nad Odrą, zalewając okoliczne łąki strumieniami. A tu, nad moją głową rozjaśnia się niebo i mały cypel światła wyłania się zza chmur, ukazując wejście do wszechświata — i kusi mnie. Kołyszą się szarpane wiatrem korony drzew, wszystko jeszcze rozdygotane, zmącone, parne, zgięte wpół pod ciężarem wody, zaczyna znowu oddychać. Powoli wraca spokój. Jeszcze ostatnia błyskawica przecina skrawek jasnego nieba, ginąc w pierwszych promieniach słońca, a przeorana ziemia zachłannie nasiąka wodą. Stado spłoszonych ptaków odrywa się od ziemi i wisi w powietrzu nad domem. Słychać, jak trzepią skrzydłami, może zgubiły kierunek lotu w zgiełku elektronów. Chlusnęło jeszcze deszczem, a szyba z krzyżem bez Chrystusa pokryła się łzami, które powoli spływając, rzeźbiły na szkle koronkowe wzory. Zerknąłem na prawo ciekaw tego, co jeszcze nastąpi. Od ulicy Hanki Sawickiej zbliżał się wielki błękit.

Przełknąłem w pośpiechu ostatniego pieroga. Słońce bezczelnie wpadło mi do kubka z herbatą, a potem rozlało się po stole, jak miód ze słoika, słodkie i lepkie. Mama stała nade mną z pełną miską, zła, że znowu wychodzę, a do tego zaraz po burzy. Kwadratowa salaterka, z wąskim złotym paskiem na brzegu kołysała się nad moją głową jak rozhuśtany żyrandol, a oblepione tłuszczem pierogi tańczyły w niej, gotowe w każdej chwili do lotu na mój pusty talerz. Zaprzeczyłem ruchem głowy, w ostatnim momencie.

— Gdzie cię goni? — Próbowała mnie jakoś zatrzymać. — Dopiero przestało padać. Znowu będziesz chory. — Dotknęła mojego policzka i pod pretekstem troski o zdrowie lekko pogładziła. Po wczorajszej rozmowie, kiedy nocą wyznała mi swoją tajemnicę i przekazała tę jedyną ocalałą kartkę z jej pamiętnika, powstała między nami jeszcze większa więź niż dotychczas. Obarczyła mnie ciężarem dziwnej wyroczni, jakby chciała w ten sposób przestrzec mnie i uratować. Łudziła się pewnie, że kiedy prawda ujrzy światło dzienne, czar pryśnie i złe przestanie działać. A ja miałem przecież całe życie przed sobą. Po co mi coś takiego? Głupstwo, jakiś zabobon z przeszłości, przewidzenie, które urosło w jej głowie do mitu. Spoglądałem nieufnie na pożółkłą kartkę. Pochyłe litery układały się w równe, czytelne zdania. Przełknąłem je po raz drugi i trzeci, już mniej bolały, jakbym przywykł. A może było to jakieś wyjście? Lecz czy można oszukać los, wymknąć się przeznaczeniu? Ona też w to nie wierzyła. Wolałbym tej kartki nie widzieć albo zniszczyć ją i szybko zapomnieć. Zapytałem matkę, czy mogę. Powiedziała, że wszystko zależy ode mnie. Więc trudno. Niech będzie. Przyjąłem ją, tak jak chciała, ale daleki byłem od tego, żeby na serio brać te przestrogi. Słyszałem je przecież codziennie. Wszyscy je słyszeliśmy. Każdy dostawał na drogę garść dobrych rad i krzyżyków. Gdyby się nimi przejmować, trzeba by nie wychodzić z domu.

A jak tu usiedzieć, gdy na dworze taka pogoda! Jak jej wytłumaczyć, że po burzy świat wygląda najpiękniej? Magiczna przemiana, oczyszczenie, boski chrzest, woda niepokalana na grzeszącą ziemię.

Było jeszcze tyle pracy. Na dziewiętnastą umówiłem się z Adamem w „Piwnicy”. Trzeba wprowadzić pewne poprawki w mojej mozaice na głównej sali za sceną.

Dumny byłem z tej ściany. To moja pierwsza samodzielna praca, tak duża i czasochłonna. Wszystkim się podoba. Wciąż zbieram gratulacje. Tylko rodzice jeszcze o niczym nie wiedzą. Bałem się, że nie będą zachwyceni. W mieście różnie się mówi o naszej „Piwnicy”.

W zeszłą sobotę odwiedził nas Staszek Jopek. Chętnie tu przyjeżdżał. W końcu to również i jego miasto. Jest stąd, jak my wszyscy. Tu się wychował, skończył szkołę, a teraz jeździ po świecie z „Mazowszem”. Takiemu to dobrze. Aż zazdrość bierze. Mnie też marzył się wielki świat. Śniła mi się po nocach sława, może zdarzy się cud w moim życiu?

„Piwnica” nam się rozśpiewała. Jak tu nie śpiewać, wychowaliśmy się na tych piosenkach. Śpiewali wszyscy. Staszek zaczynał, zespół za nim, a potem cała sala. Brzmiało jak rytualny śpiew narodu, równo i pełną piersią, szczerze i bez ociągania. Normalnie wstydziliśmy się takiej muzyki, każdy tylko jazz i jazz, ale jak przyszło co do czego, nie ma to jak swojska nuta. Aż się wszystkim oczy śmiały. Marycha też próbuje swoich sił. Może przyjmą ją do zespołu. Jest jeszcze za młoda, mama nie puści jej z domu. Chyba że się coś wymyśli. Niech dziewczyna ćwiczy, ma przecież ładny głos.

 

Czułem się świetnie, coś na kształt euforii, jakbym nosił w sobie ogromny balon wypełniony helem. I ta pogoda, cudowna. Odbierałem dotkliwie każdy szczegół. Cisnęły mi się do oczu kolory, aż piekło pod powiekami.

Piastowska cała w lipowych kwiatach, mógłbym tak stać i wyć z rozkoszy. Wszystko błyszczało w słońcu, nawet płyty chodnikowe, wyczyszczone słonecznym blaskiem. Światło załamywało się w podcieniach bram, balkonów, odbijało w zachodnich oknach półkolistych wykuszów i schodziło nisko. Kładło się niemal poziomo nad ulicą i podświetlało wszystko od dołu. Wynurzały się przede mną, jak z wód Pacyfiku, kolejne domy, ukryte pozornie za czerwonym światłem zachodu, niektóre ze śladami niedawnej przeszłości, zdobione ręką ówczesnych mistrzów. Nazwiska ich zapomniane, zatarte przez lata wojny, zamazane dziejami przewrotnej historii, co wychwalała ich talent za wyszukany smak, za oryginalny styl, za nowatorskie wzory, a teraz gani za nadmierny przepych, jarmarczną urodę, symbol imperium, którego już dawno nie ma.

Emanowała z nich przeszłość, z jednej strony melancholijna i bliska, a z drugiej daleka, jakby zakazana, nawet trędowata. Zawsze ogarniał mnie smutek na myśl o tym, że to nigdy już nie powróci. Te zdobne murki, piękne gzymsy, ząbkowane fryzy, te kwiaty z kamienia na murach, liście, całe wieńce laurowe pod okapem dachów, ozdobne taśmy. Kto jeszcze dziś zaryzykuje i zawiesi na swoim domu wielkie maszkarony, kto się odważy opleść dom cementową kokardą albo ornamentami kwiatów, kto? Betonowe kostki wyrastają na miejscu secesyjnych kamienic i kojarzą się raczej z jenieckim obozem niż z przytulnym, rodzinnym mieszkaniem. Jak dobrze, że moja kamienica ocalała choć w części i być może za kilka lat uświadomi wszystkim, co stracili.

W tych domach, które od kilku lat pędzą swój kombatancki żywot, na pewno mieszkają jeszcze duchy wymarłych mieszkańców, dawnych właścicieli. Przeznaczenie kazało im powrócić w te strony, pomiędzy mury niegdyś ich, dziś na zawsze stracone, i dotykać pozostałych po wielkim kataklizmie okruchów przeszłości.

Wiedziony urodą mojej ulicy maszerowałem przed siebie z głową zadartą do góry, jakbym w chmurach nad miastem, w drobnych obłoczkach zwiastujących pogodę próbował znaleźć jakiś znak świadczący o tym, że najgorsze już za mną. Marzyłem o lepszych czasach dla nas młodych, urodzonych w dniach niepokoju i głodu, a teraz wodzonych na pokuszenie obietnicami raju. Wpatrywałem się w wystającą powyżej pierzei dachu wieżyczkę na szczycie starej kamienicy, na jej wierzchołek płonący milcząco, na złotą blachę jakimś cudem ocalałą przed rabusiami, i myślałem, że wszystko jest możliwe. I nic to, że poniżej na murach kamienic widać było jeszcze ślady kul, jesteśmy po to, żeby je naprawić. Tyle jest do zrobienia.

Widziałem wczoraj z kuchennego okna, że w ogrodzie u Neugebauera rozkwitły rododendrony. Ile razy z wysokości drugiego piętra spoglądam za ceglany mur, tyle razy mi się zdaje, że wchodzę do innej krainy. Tam czas zatrzymał się na latach przedwojennych, tam jakimś cudem nie dotarły ustrojowe zmiany. Choć pamiętam, jak kilka lat temu część ogrodu z fontanną i basenem stała się podwaliną dla placu zabaw. Ale to, co zostało, jakby nietknięte wojną, ocalałe w każdym szczególe, obrazuje tym po drugiej stronie nędzę, w której żyją, i bałagan, który robią wokół siebie, nie wiadomo dlaczego. Jakby tak trudno było na czas zgrabić liście, podciąć gałęzie, wyrwać chwasty. Jakby rynny na dachu warsztatu stojącego na naszym podwórku musiały zarosnąć tak bardzo, że już młode brzozy zapuściły korzenie w szarą ze starości papę. Lubię ten dach, jest mu nawet dobrze w tej zieleni, ale tam, tam po drugiej stronie czerwonego muru jest inaczej, jak w bajce. W dawnej rezydencji właściciela brzeskich cukrowni zrobili teraz żłobek i mają ogrodnika, może dlatego wszystko tu jeszcze nietknięte, takie nieskazitelne i czyste. Dlaczego dobrobyt idzie w parze z porządkiem, a bałagan z ubóstwem, co te dwie sprawy mają ze sobą wspólnego?

Minął mnie autobus. Niebieski san, wypełniony po brzegi pasażerami zacharczał za moimi plecami. Na zakręcie ulicy ostro zahamował. Autobus miał wgnieciony zderzak i długą białą rysę na karoserii. W środku pełno było ludzi. Blade twarze widoczne przez okno, ręce stojących wsparte o szyby. Ciężko podróżować w taką pogodę. Na prawo dwóch żołnierzy, w hełmach, w spłowiałych ze starości mundurach. Niby nic, a jednak wyczuwa się w ich ruchach jakiś niepokój, napięcie, nienaturalne podniecenie. Pewnie niedługo będzie tu jechać wojsko, może nawet czołgi. Tędy jedzie się do jednostki. A obok zwykła uliczna wrzawa, jakiś wóz z sianem, kilka rowerów, rozkrzyczane dzieci na skwerku, zwykły dzień.

Czułem się dumny ze swojego miasta. Szkoda, że nie było mi dane zobaczyć go w czasach świetności. Po obu stronach ulicy budynki dawnych fabrykantów, zamożnych mieszkańców, przedwojennych oczywiście. Dziś siedziby szkół, przychodnia, garnizonowy klub dla wojska. Jak długo czas łaskawie będzie się z nimi obchodził, ile lat wytrzymają w obecnej świetności, czy będą tu jeszcze stały, gdy moje dzieci kiedyś pójdą tą ulicą?

Minąłem ulicę Trzech Kotwic, Łokietka, Powstańców, wchodzę na Długą, przechodzę obok ruin więzienia, obok zniszczonego kościoła św. Mikołaja, ciągnie mnie nad rzekę. Lubię chodzić do parku ulicą Nadodrzańską. Widać stąd Kępę i Wyspę Młyńską, most, a potem park. To mój prywatny szlak, to trasa, którą pokonuję, gdy mam więcej czasu lub gdy szukam natchnienia. Cieszę się, że mogę mieszkać w tym mieście, bo przecież mógłbym mieszkać gdzie indziej, w jakimś nijakim miejscu, bez historii, bez duszy, bez tej atmosfery, która mnie unosi nad ziemię i wypełnia. To moje miasto, najpiękniejsze na świecie, mój dom, na teraz i na zawsze. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Mam wielki apetyt na życie. Sam też będę wielki.

Aha, zapomniałem, wczoraj widziałem gardenię, pierwszy raz w życiu. Gardenia to taki kwiat, zawsze biały. Wygląda jak róża z plasteliny, w zapachu przypomina jaśmin. Kojarzy mi się z pogniecioną kartką papieru.

czerwiec 2003
UMIERAM

Powiedzieli mi, że umieram. Nie, żeby od razu, nie. Ale umieram, bo jestem chory. Więc na razie chory. Więc jeszcze nie teraz. Najpierw będę chory, a martwy później, za jakiś czas. Nie wiem za jaki. To oczywiste, że kiedyś umrę, to oczywiste. Wiem o tym. Mam swoje lata i zdrowie już kiepskie. K…, niech to szlag, więc umrę. Myślałem tylko, że jeszcze mam czas. A więc nie mam, więc umrę. No cóż, to nie jest dobra nowina. Najpierw usłyszałem, jak pielęgniarka, ta niska, ruda, powiedziała do drugiej z innego oddziału, że umieram. Usłyszałem przypadkiem. Stałem za drzwiami przy oknie w korytarzu.

— Ten z dziesiątki, co leży pod ścianą, kończy się.

— Skąd wiesz? — pytała ta druga.

— Wystarczy spojrzeć… A zresztą przyszły wyniki. Ma już przerzuty.

Potem przysłali lekarza. Lekarz był delikatny i miły. Uśmiechał się. Podrapał w głowę, a potem jeszcze za uchem. Zauważyłem, że jest spocony. Tak, na pewno był spocony. To nic dziwnego, jest upał. Od paru tygodni grzeje słońce i ani śladu deszczu. Lekarz się topił. Strużka potu spływała mu po skroni, wzdłuż policzka, przedzierała się poprzez wyżłobienia w skórze, pomiędzy ciemnymi końcówkami dyżurnego zarostu, rozmazując się na wystającej brodzie.

A więc umieram. Coś takiego. Dziwnie mi było. Patrzyłem i nie czułem nic, zupełnie nic. Tylko chciało mi się śmiać. Naprawdę! Sam nie wiem, jak to możliwe. Przecież to nie jest wcale śmieszne. Może myślałem, że to żart. Ja umieram? Ja przecież nie umiem umierać. Nikt mnie tego jeszcze nie nauczył.

Kiedyś chciałem się zabić. Coś mi odbiło, jakaś okresowa szajba. Załamałem się. Każdy ma takie chwile. Więc czemu nie ja? Wprawdzie byłem ciut inny i moje kłopoty były ciut inne, ale nie mniejsze. Doprawdy, czasem i ja cierpiałem. To dziwne? Taki pener, zdechlak, takie nic, a dusza cierpi? Czy moralny trup może czuć, mieć dylematy, skrupuły? Taki, który już nie mówi, bo nie potrafi, a nawet jak potrafi, to nie śmie, bo i tak nikt go nie słucha. A jeśli słucha, to z wymalowanym na twarzy zdziwieniem lub pogardą, a w najlepszym wypadku z rezerwą. A jednak wtedy chciałem się zabić, skończyć ze sobą. Wszystko stało się męką, każdy dzień coraz gorszy, każda godzina. Nie umiałem temu zaradzić. Rozłaziło się moje życie, jak stara szmata. Miałem same kłopoty, z rodziną, ze sobą, z pracą. Miałem ich mnóstwo i chciałem się zabić. Ale bałem się. Wiedziałem, że tego nie zrobię, bo byłem tchórzem. Gdybym nie był tchórzem, żyłbym inaczej, lepiej, może całkiem nieźle, i umierałbym też inaczej. To pewne. W końcu miałem talent. Byłem zdolny, umiałem malować jak nikt. Gdybym nie stchórzył wtedy, przed laty i zacisnął tę pętlę na szyi, dziś miałbym już spokój. Jak wyglądałoby wtedy życie moich najbliższych? Mogę się tylko uśmiechnąć i podrapać w głowę.

Umieranie czasami było blisko. Umarli rodzice, znajomi, koledzy, umarł Janusz, umarli inni, ale ja? Teraz? To śmieszne, myślałem jednak, że jestem inny. Zawsze uważałem, że jestem dziwny, więc wszystko w moim życiu będzie dziwne, nawet umieranie. Przede wszystkim ono. Mówili o mnie: To artysta. Jemu trzeba wybaczyć. Myślałem, że żyć będę wiecznie, pewnie każdemu tak się wydaje.

Zrobiłem chyba głupią minę, bo lekarz zastygł na moment i dopiero po chwili odezwał się znowu. Stękał, jakby gadał z głupim. A niby z kim, dobre sobie.

— Przykro mi, panie Antoni. Wynik jest zły. Bardzo mi przykro. To jest, niestety, nowotwór — powiedział szybko, jakby od niechcenia, a potem głośniej powtórzył i nawet się uśmiechnął — ale to jeszcze nie wyrok. Będziemy o pana walczyć — dodał z uśmiechem. — Wielu z tego wyszło. Dlaczego nie pan? Pan też z tego wyjdzie. Może się uda — poklepał mnie po kołdrze w tym miejscu, gdzie była noga, moja noga. Ta złamana raz, potem drugi, aż w końcu poskręcana drutami, jakoś się jeszcze trzymała. To już nie była noga. To była biedna kość obciągnięta cienką skórą. Właściwie wrak, a nie noga, kulas całkiem do niczego, na śmietnik i tyle. Mięśni już na niej nie było. Kiedyś owszem, takie normalne, jak u faceta niezbyt tęgiego. Co ja mówię — tęgiego. Zawsze byłem szczupły, za szczupły, ale dość ładny. Podobno byłem dość ładny. Nie przystojny, a ładny. Tak mówiła moja mama. Dobrze, że mnie nie widzi. Moja uroda pozostawia teraz wiele do życzenia. Gdy umierała, byłem jeszcze do rzeczy. Mam nadzieję, że nie widzi z nieba. Załamałaby się bidula, tęga ze mnie teraz szkarada. Sam widzę.

Mamy zawsze mówią o swoich synach inaczej niż kobiety. Mówią, że ich syn jest ładny, bo to odbiera mu tę atrakcyjność, która zagraża matkom. Matki chcą synów dla siebie, jak najdłużej. Nie za długo, ale dłużej niż trzeba, niż wypada. Robią za nich to wszystko, czego nie chcą już robić za nich kobiety. Gdyby kobiety rozumiały, gdyby wiedziały, że ich mężczyzna musi jeszcze przez jakiś czas być traktowany jak chłopiec… Szkoda, że tego nie wiedzą.

— Panie doktorze — powiedziałem naiwnie, jakby to, co usłyszałem przed chwilą, oznaczało tylko podwyższoną temperaturę albo zapalenie wyrostka. — To znaczy, że nie wyjdę tak szybko do domu? — zawiesiłem na nim wzrok, był moją wyrocznią. — Myślałem, że wyjdę do domu — powiedziałem zmartwiony. — Myślałem, że jak będą wyniki, to potem pójdę sobie do diabła. Czekają na mnie dwa psy, Mika i Mops — wyliczyłem mu stan mojego dobytku. — Oprócz psów jest jeszcze siostra, też na mnie czeka. Jest młodsza i nie może zostać w domu sama. Musi mieć kogoś, jakiegoś opiekuna, a ja jestem jej opiekunem — podkreśliłem dobitnie.

— Siostra jakoś sobie poradzi — uspokajał mnie lekarz. — Była tu dzisiaj, ale wtedy nie mieliśmy wyników, więc nie wie, że zostanie pan u nas na dłużej. Tydzień albo dwa, może trzy, zobaczymy. Od jutra zaczniemy leczenie. Nie będzie tak źle. Dostanie pan lepszy pokój, wygodniejszy, bliżej łazienki i zaraz obok dyżurki.

— Lubię chodzić — próbowałem interweniować. — Po co mi te przenosiny? Lubię spacerować.

— A pańska noga? Nie jest całkiem sprawna.

— Dlatego powinienem chodzić. Przestanę, to całkiem zaśnie, jak kosmonaucie.

— Kosmonaucie? — zdziwił się lekarz. — Co ma do tego kosmonauta? — zapytał z dziwnym uśmiechem.

— W kosmosie, w stanie nieważkości niepotrzebne są nogi i mięśnie. Mięśnie zasypiają z lenistwa, a potem klops. Kosmonauta nie umie chodzić. Uczy się od nowa. Ćwiczy całymi dniami, żeby umiał. To się nazywa…

— Skąd pan o tym wie? — lekarz przerwał mi i spojrzał wymownie na moją zarośniętą twarz, długie włosy, siwe i poskręcane.

— Jak to, przecież to każdy wie. Nawet dziecko. Chyba o tym czytałem, nie raz. Często o tym czytałem.

 

Lekarz uniósł do góry brwi i znowu się uśmiechnął. Przecież to nie było śmieszne.

— A pan dużo czyta, panie Antoni? — zapytał.

— Kiedyś tak, dużo — zawahałem się. — Ostatnio coraz mniej.

— A co pan najczęściej czyta? — w jego głosie wyczuwałem kpinę. — Jakie książki lubi pan najbardziej?

— Wszystkie książki lubię. Jak mam coś do przeczytania, to czytam. Ale są dla mnie za drogie — dodałem. — Wypożyczam więc z biblioteki. Czasem. Lubię Dostojewskiego, znam wszystkie, które napisał, wolę stare książki, najbardziej historyczne. Kilka wagonów książek w życiu przeczytałem, panie doktorze. Naprawdę — podkreśliłem, spoglądając mu w oczy.

— To świetnie — powiedział jak do dziecka. — To bardzo dobrze — powtórzył w podobnym tonie i uśmiechnął się z niedowierzaniem. — Więc nie będzie się panu nudziło. Siostra przyniesie z domu coś do czytania, a my w tym czasie będziemy pana leczyć.

Rozbolała mnie głowa. Ostatnio często boli. Najpierw z tyłu, tak lekko cierpnie mi skóra na plecach i zaczyna boleć głowa. Potem ból wnika głębiej i pojawia się z przodu, okropny, nie do wytrzymania. Dostaję tabletkę albo plasterek i mija.

W domu było gorzej. Ten ból przychodził znikąd. Nagle czułem taki chłód, zawrót głowy i już, już bolało. Tak było przez kilka miesięcy. Potem to gardło. Paliłem, wiadomo, to przez papierosy. Paliłem sporo, mówiąc szczerze, jak fabryczny komin. I cóż z tego, nie ja jeden paliłem, nie jeden. Ale to ja zachorowałem, nie ktoś inny. Gardło jak gardło, po prostu angina, krtań, a potem wszystko naraz. Wtedy był koniec. Musiał być szpital, ale żeby aż tak, żeby było ze mną tak źle, nie myślałem. Żeby od zwykłego gardła, od migdała, od krtani takie zło. Kto to widział, żeby umierać z powodu głupiego gardła. Chyba tu sobie ze mnie stroją żarty. „A może to spisek, może podstęp, może szykują mnie na organy dla kogoś, jakiegoś polityka, bogacza, biznesmena?” — przemknęło mi przez myśl. „Jakie organy? — zaraz stuknąłem się w czoło. — U mnie organy? Koń by się uśmiał”. Nie wiedziałem, co o tym myśleć, a dzień taki gorący. Chciało się pić jak diabli.

Pomyślałem o wodzie. Najpierw myślałem o takiej wodzie do picia, z kranu albo z czajnika. Lubiłem zwykłą wodę. Mdłą, bez smaku, niezbyt zimną, taką zwykłą. Teraz piję tylko wodę z butelki, niegazowaną. Inne rzeczy mi szkodzą. Wszystko mnie piecze, uraża, tylko nie woda. Więc w pierwszej chwili pomyślałem o takiej wodzie z butelki, a potem ukazała mi się przed oczami Odra. Co za pomysł i skąd? Nie wiem dlaczego. Wody z Odry nie da się pić, jest brudna jak licho. Ale Odra to Odra, moja rzeka. Lubiliśmy się. To była nawet miłość, miłość odwzajemniona i na całe życie.

Tak mi się jakoś skojarzyło i zaraz po chwili ujrzałem ją przed oczami jak żywą. Ciemna, głęboka woda i brzeg rzeki, zarośnięty, zniszczony, ale swojski. Z wypustkami cypli, na których zawsze siadałem. Właściwie siadałem zazwyczaj na tym cyplu, który wyłaniał się zaraz za zakrętem. To było dobre miejsce. Widziałem bieg rzeki z dwóch stron. Gdy znudziło mi się spoglądanie w górę rzeki, patrzyłem sobie w dół, a gdy… A zresztą, co miałem robić? Byłem artystą i szukałem natchnienia. A natchnienie to takie paskudztwo, co czasem tłucze się w głowie i szuka wolnej chwili, żeby się stworzyć. A czasem zaszyje się głęboko pod czaszką i udaje Greka. Że niby go nie ma, że potrzebuje spokoju, chwili zadumy, refleksji. Trzeba wtedy uciec daleko od ludzi i wyciągać to natchnienie spod skóry i kusić.

Życie widzę jak rzekę. Płynie korytem przed siebie i musi radzić sobie z zakrętami, czasami pęknie na pół, zabłądzi, to znów zawróci. To opadnie, to zatopi wszystko po drodze, aż do ujścia, gdy umiera w słonym cmentarzu rzek.

Kiedyś przesiedziałem na cyplu trzy dni. Wtedy byłem młody. Siedziałem i patrzyłem, godzinami. Nikt, kto tak nie siedział i nie patrzył, nigdy się nie dowie, co można w tym czasie zrozumieć, ile się nauczyć i jak to człowieka wzbogaca.

Patrzę, a woda płynie. Skąd jej tyle? Spływa z gór, to wszystkim wiadomo, ale żeby wciąż tyle jej było? Przecież kiedyś musi się skończyć. Wiem, że istnieją pewne prawa, że obieg wody w przyrodzie jest niezmienny, ale i tak dziwi mnie, skąd się tej wody tyle w górach bierze. Przecież od tygodni nie pada. W tej wodzie samo życie. Tyle tego życia, aż trudno uwierzyć. Gdy się długo na nią patrzy, to to życie wyraźnie widać. Po co mi jakieś tam Discovery, Planet albo Travel? Ja mam własne Discovery, takie że aż! I nic nie kosztuje. Ani za prąd, ani za abonament. Wszystko za friko.

Z tą Odrą to dziwna sprawa. Kocham ją z dwóch powodów: z powodu jej mądrości i z powodu Danki. Chyba bardziej z powodu Danki, ale też mądrości. Park nad Odrą, to miejsce, do którego tęsknię. Już nie jest taki uroczy. Jego urok dawno przeminął. Nie dlatego, że się zestarzał, nie o starość tu chodzi. Ale o wspomnienia. Coś wymazało je z pamięci bezpowrotnie. Jakaś destrukcja, dziwny proces, nad którym od dawna już nie panuję. Pamiętam swoją młodość, a potem wielka dziura wyziera z myśli. A za tą dziurą, po drugiej stronie jest moja teraźniejszość. Niewiele warta egzystencja, wegetacja postpijaka, postartysty, postwielkiejnadziei ludzkości.

Danusia, Danuśka, Danuta. Ona jak ja, kochała tę rzekę. Ciekawe, czy mnie też? Tego już nie pamiętam. Czasami sobie wmawiam, że kochała. Któż to wie. Nawet ona pewnie zapomniała. Czterdzieści lat to szmat czasu. Dawno wywietrzałem jej z głowy. Czterdzieści lat ma w już głowie kogoś innego.

Siadaliśmy nad samym brzegiem. Szukaliśmy ustronnych miejsc. Wiadomo, byliśmy młodzi. Po co nam byli ludzie, po co? Byliśmy młodzi i chcieliśmy zmieniać razem świat. Szkoda, że się nie udało. Pamiętam jeden bardzo ciepły wieczór. Był czerwiec, bo na wodzie pływały wianki. Ile było tych wianków! Wyłaniały się zza zakrętu jeden po drugim i rozbijały o brzeg. Staliśmy po kolana w wodzie, żeby je ratować. Danka chwytała, a ja z całej siły rzucałem jak najdalej, żeby złapały nurt. Cali byliśmy mokrzy. Moja szara koszula ociekała wodą. Danka miała na sobie zieloną sukienkę. Ukradkiem spoglądałem na odbicie piersi i ud pod tą sukienką. Byłem nieśmiały. Szkoda, to był błąd. Błąd i wielka strata. Teraz to wiem, ale dopiero teraz. Szkoda.

Miała też mokre włosy. Kosmyki wpadały jej do oczu i do ust. Wskazującym palcem odgarniała je bez przerwy i wciąż się śmiała. Pamiętam te usta, ale byłem nieśmiały, Boże!

Z tej nieśmiałości nie wynikło nic. Gdybym wtedy o tym wiedział, gdybym miał tę mądrość, jakoś bym ją pokonał. Do licha, gdybym wiedział… Było tak ciepło. Czerwiec w naszym mieście zawsze jest ciepły. Powietrze w naszym mieście latem ma specyficzny smak i zapach, jedyny. Niebo granatowe, pełno gwiazd, szum wody i my.

Danka zawsze pachniała szarym mydłem. Lubiłem ten zapach. Zamykałem oczy i myślałem — zimowe święta, czysta pościel, świeży ręcznik, moje koszule powiewające na wietrze w ogrodzie, Danka. To wspomnienie pozostało we mnie żywe, jakby się działo wczoraj, albo nie, jakby zdarzyło się dzisiaj, rano, a może nawet przed chwilą. Dużo bym teraz dał za kostkę szarego mydła z tamtych czasów. I za Dankę.

Zawsze, gdy przekroczę granicę czasu, ten otwór pomiędzy teraz a kiedyś, i znajdę się po drugiej stronie, w przeszłości, umysł oczyszcza się jakimś cudem, widzę wszystko jaśniej i lepiej rozumiem. Otwór działa jak zaklęta szafa, jak dziura w podszewce, przez którą przechodzę i zmieniam się w kogoś, kim byłem kiedyś. Moje życie, moja młodość, moja uroda. Takie marzenia, które nie mieściły się w żadnej walizce, w największej z szaf. Wszystko się kończy, to straszne. Myślę o tym z szacunkiem. Bo nie wątpię, że śmierć to będzie wreszcie coś ludzkiego, co mi się przydarzy w tym nieludzkim już od dawna życiu.

Więc oddaję się spokojnie wspomnieniom. Znów słyszę szum wody, zapach mułu, widzę mętną toń, delikatne odbicia światła, czuję, jak mokną moje pepegi w obmywanym przez fale piasku.

Odra płynęła przez moje życie bez przerwy. Miałem pięć lat, gdy usłyszałem jej szum po raz pierwszy.