Ostatnie kwadra KsiężycaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Jeszcze nie ochłonęła po rozmowie z Markiem, a następnego dnia, jakby za sprawą telepatii, zadzwoniła Magda. Wtargnęła tak nagle tym telefonem do nowego domu w Radosławiu, że zanim Dorota poznała jej głos i zrozumiała, o czym do niej mówi, minęła chwila. Zapomniała, że przecież niedawno sama ją ścigała telefonem. To pewnie dlatego, że tak bardzo odcięła się od wszystkiego, co było wcześniej, skasowała dawne znajomości, układy, najlepszych przyjaciół. Nastawiła się wojowniczo do rozmowy, odruchowo spodziewając się pytań i pretensji. Gdy w telefonie usłyszała cichy i delikatny głos Magdy, nie mogła uwierzyć. Poczuła dziwne ciepło i nagły poryw radości, uczucia, które od dawna nie gościło w jej sercu. Ale nie wiedziała od czego zacząć, tym bardziej, że Magda była jakaś dziwna. Jeszcze bardziej niż zwykle. Usiłowała coś tłumaczyć, wyjaśniać, mówiła o telefonie, aż w końcu Dorota wszystkiego się domyśliła.

— Tak, dzwoniłam do ciebie jakiś czas temu — pospieszyła koleżance z pomocą. — Miałam problem, chciałam się poradzić — wyjaśniła spokojnie.

Nie wiedziała, co dalej i od czego zacząć. Była bardzo ciekawa, jak dalece Magda jest zorientowana. Nie chciała niepotrzebnie wyskakiwać z nowinami. W końcu nie miała się przecież czym chwalić. Magda, taka święta, dobra żona i matka, zawsze przejęta sprawami domu, pracą męża. Taka uległa i milcząca, nawet wtedy, gdy powinna zabrać głos, zawsze milkła z pokorą. Jak ona wszystko oceni?

— No widzisz, nie oddzwoniłam. Przepraszam, jakoś tak wyszło. Zresztą — przypomniała sobie. — Wiesz, bo odebrał Marek. A ja — chwilę nad czymś myślała — nie byłam, prawdę mówiąc, w najlepszym nastroju, nie czułam się dobrze. On chciał numer twojej nowej komórki, sama mu zaproponowałam, powiedział też, że już z nim nie mieszkasz. — Nabrała znowu powietrza. — Dorota, ja ci teraz nie mogę pomóc — szczerze wyznała.

— Rozumiem Magda, wiem, Tadeusz pewnie by cię zabił, że się ze mną zadajesz. Przecież nie musisz się przede mną tłumaczyć. Zresztą — próbowała skończyć niewygodny temat — jakoś sobie poradziłam. Prośba jest nieaktualna.

— Nie chodzi o to, że nie chcę. Dorota, coś ty — dzielnie się tłumaczyła. — A poza tym, co ma do tego Tadeusz? Dawno go nie widziałam.

— Jak to — nie zrozumiała. — Wyjechał gdzieś? Sama jesteś? — zapytała z grzeczności.

— Sama — oznajmiła Magda. — Zupełnie sama. Pracuję nad nową książką, bardzo mnie pochłania. Mało teraz śpię, dużo pracuję. Wszystko się jakoś wymyka. Mam problemy z głową, często mnie boli.

— Robiłaś jakieś badania? Byłaś u lekarza?

— Byłam, tak, tak — potwierdziła. — Byłam u kilku lekarzy. Nic nie znaleźli. Aha, jeszcze coś, zadzwoniłam do Kuby. Był u mnie, jakiś czas temu. Zobaczył wyniki, podobno anemia. Wiesz, ja często mam niski poziom hemoglobiny, ale potrafię z tym żyć. Myślę, że to przemęczenie.

— Pewnie ślęczysz po nocach. Pamiętam, zawsze mało spałaś. — Dorota wspominała wspólnie spędzane wakacje. — Będziesz musiała trochę odpuścić, może zrób sobie krótką przerwę. To ci posłuży, książce też. Nieraz powtarzałaś, że to daje świeże spojrzenie na tekst.

— Tym razem nie mogę. Mam mało czasu.

— Rozumiem, chcesz wykorzystać nieobecność Tadeusza. A on co, dalej nie pozwala ci pisać?

— Znasz Tadeusza. Według niego żona powinna zawsze warować przy mężu, nawet jak tylko czyta gazetę, powinna siedzieć wpatrzona niczym w święty obrazek. Cierpieć, kiedy on cierpi, pracować na równi i zanim on coś powie, ona już powinna wiedzieć, o co mu chodzi.

— Za bardzo się tym wszystkim przejmujesz. Powinnaś stanowczo wymagać dla siebie pewnych praw. Magda, nie bądź naiwna i weź się w garść. A Tadeusza pozdrów, jak wróci.

— Chyba nie wróci tak prędko, ale powtórzę, na pewno — zapewniała. — A dzwonię, żeby ci przypomnieć o naszym rachunku, że w tym miesiącu chyba twoja kolej. Jakub płacił w grudniu, Janusz w styczniu, Zosia w lutym, na mnie wypada w maju.

— O kurczę, patrz, zapomniałam. — Dorota uderzyła się w czoło. — Dzięki, że mi przypomniałaś. Zaraz, tylko, wiesz co, Magda, a mogłabyś podać numer konta? Nie mam go przy sobie. Brakuje mi jeszcze paru ważnych rzeczy.

— Zaraz ci prześlę esemesem. Mam go przy sobie.

— Tylko nie zapomnij, proszę. A z Zosią masz jakiś kontakt? — Dorota zmieniła temat. — Dawno jej nie widziałam. Zupełnie nie wiem, co się u niej dzieje.

— Też nie mam od niej żadnej wiadomości. Bardzo rzadko dzwoni. Zapytaj Inkę, wiem, że jakiś czas temu robiła Zosi testy.

— Testy… — powtórzyła Dorota. — Myślisz, że wciąż się starają? — Dorota miała na myśli nieustanne próby Zosi zajścia w ciążę.

— Nic bliższego nie wiem. Tylko tak, ogólnie — oświadczyła Magda. — Myślę, że raczej nie. Daj spokój, w jej wieku, to już chyba nie jest możliwe.

Dorota uśmiechnęła się do siebie ze smutkiem. A więc nic o mnie nie wie — pomyślała od razu. Nie powiedziałaby tego, gdyby wiedziała. Przecież były z Zosią w tym samym wieku.

3

Widok znajomych przedmiotów ucieszył Dorotę i jednocześnie rozczulił. Przesiedziała cały dzień na podłodze, przeglądając wszystko z rozrzewnieniem. Były tu jej zeszyty z notatkami, książki, wszystko, co mogło się przydać i pomóc, a na płytach teksty najlepszych skryptów i ćwiczeń. To rozwiązało problem podręczników. Laptopa przywiozła ze sobą. Potrzebna była jeszcze drukarka. Z tym nie będzie problemu. Po prostu ją kupi.

W głowie powstał gotowy plan i pomysł na szybką edukację. Książki posłużyły do wyjaśnienia podstaw języka. Materiały do bezpośredniej pracy z uczniami postanowiła opracować sama, według najnowszych i najlepiej sprawdzonych metod. Dzięki zasobom znajdującym się w pamięci komputera i na płytach opracowała intensywny kurs językowy w kilku wersjach, w zależności od wieku uczniów. Uszeregowała wszystkie klasy według poziomu wiedzy i do każdej indywidualnie przygotowała materiały.

Już dawno tak nie cieszyło ją zadanie, które miała przed sobą. Prawie nie spała. Jadła niewiele, piła głównie kawę. Na ziemi rosły sterty papieru, a w głowie układał się misterny plan działania. Zaangażować się w coś dużego i zrealizować w stu procentach, to było to! Wypieki nie znikały z jej twarzy. Mówiła do siebie półgłosem, to przyspieszało proces myślenia. Uśmiechała się do nowych pomysłów. Skoncentrowana na pracy, zapominała o bożym świecie. Tylko praca dawała ukojenie równe cierpieniu, które przeżywała, ale czy ucieczka od problemów, w całkiem inne problemy jest dobrym wyjściem? Tego nie była pewna. Cóż, jednak decyzja zapadła. Jeżeli chce odzyskać szacunek do siebie, musi zacząć wszystko od nowa. Roboty nie brakowało i to było najważniejsze. Ale praca zawodowa to przecież nie wszystko, musi zadbać o inne sprawy niezbędne do egzystencji. Powinna w najbliższym czasie zająć się mieszkaniem. Z czasem będzie jej brakowało komfortu, do którego zdążyła się przyzwyczaić w swoim poprzednim wcieleniu. Jeszcze nie miała czasu pojąć do końca, co się z nią działo. Opętana nowym zadaniem, nie myślała o niczym. Na razie żyła na wulkanie, który dopiero się budził. Wszystko, co przeżywała, traktowała z powagą. Nie opuszczało jej przeczucie, że kiedy w pełni pojmie swój stan, z pewnością oszaleje z żalu.

Lata pracy ze studentami, częste wyjazdy, publikacje, tytuły dodawały jej splendoru. To, że jest jedną z najlepszych w swojej dziedzinie, stało się czymś oczywistym. Poszło tak gładko, że trudno jej było uwierzyć. A przecież była kiedyś zwykłą dziewczyną, może trochę pyskatą i nieco bardziej przebojową od koleżanek, ale też nie wolną od wątpliwości i kompleksów. Tak jakoś ułożyła sobie życie, że nie musiała niczego się bać. Wszystko czego dotknęła nabierało sensu. Miała pewien dar, niesamowitą zdolność zjednywania ludzi, do tego ujmujący głos i postawę. Budziła tym wiarygodność i respekt. Emanowała z niej solidność, co przyciągało najpierw koleżanki w pracy, potem szefów, a jeszcze później podwładnych. Rosła i rosła, wciąż większa, ważniejsza. Zaczynała zbierać plony, będące rezultatem długich lat pracy i nocy spędzonych nad książkami. W końcu zapominała, że właściwie najbardziej lubi uczyć, ale to już było za nią, pozostało marginesem codzienności, która już tak nie podniecała i nie stawiała wyzwań. W końcu zaczęło jej czegoś brakować.

Popadała w marazm, coraz częściej dopadały ją wątpliwości — co dalej? Zrozumiała, że coś musi się stać. Jakby przeczuwała wielką katastrofę. Była zupełnie wyprana z emocji. Straciła zapał, zaczynała się rozmieniać na drobne. Wpadała w rutynę, brakowało jej nowych wyzwań, dusiła się we własnej skórze. Pojęła nagle, że już nic nie może się zdarzyć, nic zaskoczyć. Że jest w stanie przewidzieć kolejny dzień, każdą godzinę, i że do końca będzie tak samo, te same problemy, zmieniane jedynie naturalną koleją rzeczy, następującą cyklicznie, jak w każdej rodzinie. Czuła się tak, jakby nie było już czego brać, czego dokonać. Czyżby w perspektywie pozostało jedynie czekanie na wnuki, emeryturę i zasłużony odpoczynek? Miała tylko jedną możliwość odmiany. Któregoś dnia pomyślała, że z miejsca, na którym stoi, można jeszcze spaść. I to była wielka pokusa. Zobaczyć siebie na nowo. Sprawdzić w innym wymiarze, potwierdzić powszechną opinię, że czegokolwiek się tknie, zawsze jej wychodzi. Zalęgła się ta myśl w niej i nie dawała spokoju. Ale nie przypuszczała, że tak szybko stanie się faktem.

I oto spadła. Utraciła naprawdę wszystko. Jeszcze jeden stopień niżej, byłaby na dnie. Właściwie już go dotknęła. Kilka dni po wszystkim sięgnęła po wódkę, zaczęła pić, łudziła się, że alkohol przyniesie ulgę. Na szczęście nigdy nie była przekonana, że zapijanie problemów cokolwiek załatwi, więc następnego dnia skończyła pić. Wódka nie dawała Dorocie żadnej odpowiedzi, tylko rozbudzała żal. A przecież nie o to chodziło, żeby się poddać. Myśląc o klęsce, marzyła o nowych wyzwaniach, więc co tu zapijać, skoro w rezultacie tragicznych wydarzeń dostała szansę, a może nawet drugie życie? Czyż to nie piękne, dwa razy żyć? Każdy o tym marzy w skrytości. Więc skoro już stało się to, co się stało, to trzeba się brać do roboty.

 

Wdzięczna była Markowi, że w końcu przełamał złość. W naturalnym odruchu wdzięczności postanowiła mu za ten gest podziękować. Pomyślała, że napisze list; nie zadzwoni, nie wyśle krótkiego i zdawkowego maila, lecz zwykły tradycyjny list, na białej kartce papieru. Żeby można go było przeczytać jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze, tak często, jak to będzie potrzebne, aby mąż uwierzył w jej skruchę.

4

Teraz ciężko pracowała. Przygotowała swój własny program nauczania. Najpierw usystematyzowała całą wiedzę, wyjaśniła w logiczny sposób filozofię języka, jego strukturę i melodię, by przełamać niechęć uczniów do mówienia i myślenia po angielsku. Poświęciła kilka godzin na rozprawianie o możliwościach wykorzystania języka, przydatności w dalszym procesie kształcenia, mówiła o korzyściach intelektualnych i gimnastyce umysłu. Potem nakreśliła wyraźnie jego zasady, porównała różnice i podobieństwa między angielskim a polskim i niemieckim. Chciała mieć pewność, że ich przekonała. Wyszła z założenia, że dopóki nie wzbudzi ich sympatii do tego, czego się mają uczyć, niczego nie osiągnie.

Szybko przełamała pierwsze opory, zaraziła młodzież swoją energią, rozweseliła te dziwnie mroczne nastroje i pewnego dnia poczuła, że nareszcie ich ma. To było jak objawienie. Gdy weszła któregoś dnia do najgorszej z klas, już ją dopadli pod drzwiami, podtykając pod nos pierwsze samodzielne prace. Byli zachwyceni, jak im łatwo poszła nauka i jak dużo zostało w pamięci. Nie było lepszej nagrody. To jeszcze bardziej dodało jej skrzydeł. Pogrupowała uczniów według własnych kryteriów, opisując każdy przypadek. Wyznaczyła terminy dodatkowych zajęć, korepetycji dla chętnych i bezpłatną pomoc. Czasu miała dużo. Tylko zdrowie zaczęło nawalać. Utyła, coraz częściej dokuczały jej nogi i bolały plecy. Postanowiła zająć się sobą i rozejrzeć za odpowiednim lekarzem. Była już w czwartym miesiącu ciąży. Pomyślała o Zosi, swojej dobrej znajomej. Dlaczego nie ona? Tyle lat marzy o dziecku. Byłaby szczęśliwa. Pamięta jej rozpacz po utracie ciąży, jedynej, jaka się jej przydarzyła.

VII

Mam na imię Zofia. Kiedyś próbowałam spisać historię rodziny. Szukałam jakiegoś zajęcia. To był trudny czas. Nic mnie nie cieszyło. Byłam w rozpaczy, bo właśnie straciłam dziecko. Nic nie było mnie w stanie ukoić poza pracą. Szperałam więc w pożółkłych kronikach, wybierając kawałki może bolesne, ale bliskie mojemu sercu. Historia zaczynała się tak:

Zakopane, luty, rok 1909. W rodzinie hrabiostwa Krzesińskich oczekiwano pierwszego potomka. Zofia Krzesińska, z domu Bocheńska, leżała rozpostarta na haftowanych poduchach, rozmiarami przypominała największą budowlę świata. Bóle zwiastujące nadejście porodu trwały już całe dwie doby. Wprawdzie lekarz zapewniał, że to normalne u młodej pierwiastki, lecz domownicy zdjęci trwogą szeptali po kątach gorliwe zdrowaśki. W salonie zebrały się przydzielone do rodziny stare ciotki i swymi rozłożystymi zadkami rozpychały kanapy. Wykrochmalone służące donosiły gorącą herbatkę i lukrowane ciasteczka, przynosząc świeże wieści z sypialni. Młody pan Krzesiński, spokojny i zrównoważony, stał przy oknie i wpatrując się w oślepiającą biel śniegu, palił papierosa, rozmyślając nad konsekwencjami ojcostwa.

Zofia przyjmowała cierpienia z anielskim spokojem. Po prostu przez cały czas czytała. Była osobą wielce uduchowioną, kochającą literaturę i rozmiłowaną w muzyce. Obnosiła się z tym dość ostentacyjnie, lecz nie odbierało to jej pasjom ani trochę z autentyczności. Rozczytywała się w szczególności we współczesnej owym czasom literaturze. Głównie polskiej. Quo vadis przeczytała ukradkiem przed rodzicami, rok po jego wydaniu w Krakowie, miała wtedy zaledwie jedenaście lat. Książka wstrząsnęła i poruszyła do głębi dziewczęce serce. Gdy w 1905 roku Sienkiewicz dostał za nią nagrodę Nobla, była zachwycona. Śmierć Wyspiańskiego w 1907 poważnie odchorowała. Jego pogrzeb stał się w Krakowie wielką narodową manifestacją. Zofia koniecznie chciała w nim uczestniczyć, lecz przezorni rodzice uznali, że młodej pannie tuż przed ślubem nie wypada narażać reputacji i pokazywać się publicznie w „takich miejscach”. Zofia, podobnie jak wszyscy miłośnicy talentu Wyspiańskiego, z troską śledziła ostatnie tygodnie jego życia, gdy złożony chorobą, nie mogąc już mówić, zapisywał ostatnie myśli i zalecenia dotyczące rękopisów.

Teraz zmuszona kobiecą powinnością, leżała w pościeli z kolejnymi tomami Chłopów Reymonta, nowego zauroczenia. Głowę miała wypełnioną losami bohaterów chłopskiej epopei, uwikłanych w poplątane perypetie rodzinne, obrazami bogatej panoramy ludzkich typów, ze wszystkimi realiami, konfliktami i problemami codziennego życia. Brakowało jej czasu na to, by skupić się na własnym ciele i na tym, co się z nim właśnie działo. Coraz częstsze fale skurczów przyjmowała spokojnie i z honorem, myśląc o młodych wiejskich kobietach, którym przychodziło rodzić w polu lub na miedzy.

Czas mijał, lecz potomek rodu nie spieszył się z przyjściem na świat. Rozczarowana rodzina w końcu zrezygnowała z czuwania i udała się na spoczynek, opróżniając wcześniej kilka butelek gęstego wina. Z ciężkimi głowami, nieco słabi w nogach, poukładali się w wygodnych łożach, rozrzucając nie wiedzieć czemu po całym domu swoją garderobę. A Zofia czytała.

Następnego dnia w godzinach popołudniowych rozeszła się po Zakopanem wiadomość o zaginięciu w Tatrach Mieczysława Karłowicza. Ten młody utalentowany człowiek, wielbiciel ciszy i majestatu Tatr, wyszedł ósmego lutego, wcześnie rano w góry i nie wrócił. Wstrząśnięte miasto rozpoczęło poszukiwania. Zofia zmożona godzinami boleści, usłyszawszy o tym, postanowiła w swojej afektacji, że jeśli urodzi syna, na cześć i ku pamięci, dostanie na imię Mieczysław. Dopytywała się ciekawie o nowe wieści, a gdy gruchnęła wieczorem wiadomość o znalezieniu ciała przysypanego lawiną pod Małym Kościelcem, w ostatnich bólach i wielkich krzykach wydała na świat dużego, zdrowego chłopca. Narodził się oczekiwany przez wszystkich niecierpliwie Mieczysław Krzesiński, potomek zamożnego i szanowanego rodu Krzesińskich.

1

Od tamtej zimy minęło dziewięćdziesiąt pięć lat. Świat z pożółkłych fotografii wydaje się teraz taki śmieszny. Kobiety w wielkich kapeluszach, w sukniach z wąskimi taliami, opiętymi ciasnym gorsetem, wydatnie podkreślone piersi, bufiaste rękawy, infantylne uśmiechy na retuszowanych obrazkach. Twarze tak różne od dzisiejszych, że aż brzydkie. Ustawione w nienaturalnych pozach, trudno uwierzyć, że odległe od nas tylko o dwa pokolenia.

Zofia Krzesińska to moja babka i moja imienniczka. Dzięki wspólnym działaniom jej i dziadka Edwarda, dziewięćdziesiąt lat temu urodził się mój tata. Pojawił się na świecie i jak samotny żagiel, gnany przez kolejne wiatry historii, przepłynął mętne wody tego świata. Zofia zaopatrzyła syna na życie w oręż szczytnych ideałów i wiarę w wielkie i szczere intencje. Wydała na świat mężczyznę, a zrobiła z niego niechcący kalekę, zdruzgotanego później latami kolejnych wojen, okaleczonego psychicznie, fizycznie, a w szczególności materialnie. Wojna światowa, rewolucja październikowa, pozbawiły ich rodzinę majątków, rozsianych szeroko i gęsto po całym kraju, a druga wojna ogołociła z nadziei i dobiła głęboką nędzą, spychając z pałacowych pokoi do przybudówki dla służby.

Gdy ożenił się z moją matką, najpiękniejszą córką z bogatej rodzinny Mossowskich, był właścicielem czternastu pałaców. Część z nich znajdowała się na Litwie, dwa w okolicach Krakowa i jeden w Wiedniu. W Krakowie posiadał własne domy, gdzie zatrzymywał się tylko dla kaprysu.

Kiedy skończył trzydzieści pięć lat, nie miał już niczego.

Resztki świetności, kokietujące fotografiami z początku wieku, poruszyły nutę żalu, że to już nigdy nie wróci. Wychowałam się przecież w świecie z innej epoki i wśród mniej dzisiaj popularnych wartości. Rodzice wpoili mi, że kto mniej posiada, mniej straci, a nic tak bardzo nie boli, jak rozstanie. Dom rodzinny, ciemny pokój na ulicy Żelaznej, półki z książkami i szkoła. Nawet rówieśnicy byli zagrożeniem. Posiadanie przyjaciółki, a potem jej strata, to zbyt duże ryzyko. Ze szkoły wracałam sama, nigdy nie miałam znajomych, nie wiązałam się uczuciowo z żadną grupą. Wszystko wydawało mi się mało trwałe. Istniałam we własnym świecie, gdzie za nich wszystkich starczyły mi książki. Jak moja babka, Zofia Krzesińska, odpływałam w urojone krainy, przeżywając cudze losy i cudze emocje.

Ale starą panną nie jestem. Sama się dziwię. Mój mąż, Jerzy, na szczęście ulepiony jest z podobnej gliny. Pasujemy do siebie. Jest moją przysłowiową połówką, niezawodnym towarzyszem i opoką. Dzięki niemu jestem teraz inna. Nagle odkryłam, że można żyć w tym bezwzględnym świecie całkiem bezpiecznie, nie gwałcąc jednocześnie wierszyków o małym Polaku i Białym Orle. Wcześniej żyłam tylko przeszłością. Śmieszne sukienki, które nosiłam, długie warkocze — byłam inna. Dorastałam w samotności, nie licząc rodziców i dalszej rodziny, która spowita w pajęczynę rodowych wspomnień, pogarszała jedynie relacje z moimi rówieśnikami. Wpajano mi, że jestem kimś wyjątkowym i zniżanie się do poziomu ulicy nie przystoi pannie z dobrego domu. Według nich, wszystko, co mieściło się poza naszymi murami było bardzo be.

Powoli kasują się w pamięci złe wspomnienia. Sama nie wiem, dlaczego właśnie dzisiaj zebrało mi się na retro. To chyba przez te albumy. Zdjęcia z dawnych lat. Małe, milczące dowody istnienia, odmierzające czas, ożywiające tych, co odeszli. Te najstarsze, pochodzące z początku wieku, w złotych kolorach świetności, pawich piórach chwały, te późniejsze, małe, bardzo szare, niewyraźne i potwornie smutne, bo ubrane w robocze drelichy, babcine poprute szale, stare ukraińskie kapy. Tych zdjęć boję się najbardziej. Ale czasem ogarnia mnie tęsknota za smutkiem i szarością, przyciąga jakaś magiczna siła, malująca tamte czasy kolorami cierpienia.

Żyliśmy wtedy w wielkiej więzi z rodziną. Pamiętam święta z dzieciństwa. Długie stoły otoczone wiankiem ukochanych głów z dostojnymi profilami, rozmowy o wielkich sprawach, etykieta przy stole, której nie sposób było lekceważyć. Jeszcze dziś nucę czasami patriotyczne pieśni swoich dziadków, stare kolędy, odmawiam zapamiętane modlitwy, robię krzyż na bochenku chleba. Schodząc do coraz głębszych jaskiń wspomnień, jak archeolog odkrywam na nowo swoją tożsamość, korzenie i swój związek z utraconą na zawsze krainą. Nie da się zapomnieć tiulowych aniołków na choince, szklanych ptaków i lekkich jak piórko owoców rumieniących się na zielonych gałązkach, ani pełnych magii opowieści o czasach i miejscach, które dziś nie istnieją, a kiedyś stanowiły kręgosłup rodziny. Widzę kształt głowy mojego ojca, zawieszony na ścianie w blasku świecy, i dokładnie przygładzone włosy. Odkąd go pamiętam, zawsze był siwy.

Po wojnie rodzice nie wrócili już do swoich rodzinnych majątków. Wszystkie stracili. Duży dom w Warszawie, w którym kiedyś mieszkali, został zasiedlony. Zamieszkali w końcu obok, w niskim budynku od podwórza, w którym dawniej mieszkała ich służba.

Lata osiemdziesiąte podzieliły rodzinę. Polityka, nowi współmałżonkowie (ludzie spoza sfery), pogoń za pieniądzem zniszczyły pokoleniowe więzy. Mój ojciec, najbardziej zatwardziały wróg systemu, wyrzekł się zdrajców, zamknął w sobie i tak zestarzał. Teraz jest bardzo stary i niewiele się zmienił. Zbyt biedny, by starać się o odebranie rodzinnych gruntów, pałaców, zbyt dumny, by szarpać się o nie.

Część rodziny lepiej to przetrwała. Pogodzili się z nowym porządkiem i nie patrząc za siebie, wykorzystali swoje atuty, by móc przenieść wszystko, co dobre, w nadchodzące lata. Nie brzydzili się czerwonych uczelni ani pierwszego maja. Zdobywali wykształcenie, stanowiska, nosząc w sercu pamięć o tym, co zostało za nimi. Szli w pochodzie pierwszomajowym z kolorowymi balonami w ręku, podśpiewując cichutko, pod nosem „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”. Mój ojciec pierwszego maja ubierał się w roboczy drelich, brał łopatę i na oczach odświętnych sąsiadów ostentacyjnie kopał ogród. Dwa dni później, trzeciego, w białej koszuli i krawacie szedł do kościoła. Był nieugięty. Schodził coraz niżej po drabinie społecznej i podnosił coraz wyżej głowę. Dostawał batem po karku i broczył nienawiścią. Ociekały nią ściany w naszym domu, brakowało ciepła, nikt nie wyznawał sobie miłości, wieczna żałoba. Urazy spiętrzane do rozmiarów absurdu zmieniły się w rozszalałe piekło.

 

Ojciec nigdy nie miał czasu dla dzieci. Mój starszy brat szybko opuścił rodzinny dom, rzadko do niego wracał. Mnie ojciec omijał z daleka, jakby się bał ujrzeć istotę, którą spłodził. Odsuwał się dyskretnie, gdy podchodziłam zbyt blisko. Nigdy nie przytulił. Czuł się winny, że niczego oprócz goryczy nie może mi przekazać we wianie i uważał, że im trudniejszą szkołę życia otrzymam, tym będę lepiej zahartowana. Stało się zupełnie inaczej. Dorastałam i coraz częściej dawały mi się we znaki drakońskie metody. Rozdarta przez domowe zakazy i przepełniona posianą wrogością, wiecznie samotna, zaczęłam się w końcu buntować.

Mój mąż jest dzieckiem z małej miejscowości pod Krakowem. Wychował się w starych dzielnicach, miniaturowych zaułkach, w których wszystko zatrzymało się w poprzedniej epoce, a ludzie żyli z dnia na dzień. Stare, odrapane kamieniczki, z oknami pół metra od ziemi i kotami na parapetach, śnią jeszcze sen lat trzydziestych i modlą się do Boga wystawionymi na parapety świętymi obrazami, lichtarzami i kwiatami z wosku. Na dachach brakuje anten satelitarnych, w oknach żaluzji. Jeszcze pod połacią dachu wiszą przegniłe ze starości rynny, na murach sterczą resztki kunsztownych rzeźbień, a przy wejściach trzymają wartę porośnięte mchem wilgotne kolumny. Wejścia do tych domów otwierają ciężkie, dębowe drzwi z kutymi klamkami i szczerbatymi resztkami kolorowych witraży. Klatki śmierdzą stęchlizną, zgniłymi ziemniakami i moczem, straszą czernią rozwartą jak wrota do piekieł.

Ani ja, ani Jerzy, nie potrafiliśmy się przystosować. On również nie stał zbyt mocno na ziemi. Przebywając ze sobą, coraz bardziej oddalaliśmy się od realiów. Rodzice nie przekazali nam tej mądrości, która bezboleśnie toruje drogę młodym ludziom. Wychowaliśmy się w przedwojennych domach, w których do rodziców nie mówiło się na ty, nie trzaskało drzwiami i nie oglądało komunistycznej telewizji. Mówi się — „rodzina i dom to łuk, z którego wylatuje się w przyszłe życie”, a dla mnie był to w ostateczności przygniatający ciężar.

Żyliśmy z dnia na dzień, licząc na cud, na przysłowiowy łut szczęścia i nikt nie potrafił przekonać nas do aktywności. Obrazy Jerzego i moje malowane ptaki rzadko znajdowały nabywców. Przyjęliśmy z pokorą i wygodnictwem wyroki, w skrytości ducha chowając nadzieję, że nadejdzie dla nas jeszcze lepszy czas. I nadszedł.