Ostatnie kwadra KsiężycaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

1

Sen w nowym miejscu miała spokojny, jakby nareszcie wróciła do domu. Po raz pierwszy od dawna czuła się bezpieczna. Świadomość, że jest naprawdę u siebie, znieczuliła wszelkie obawy. Była pewna, że reszta jakoś się ułoży, że to już koniec tułaczki, że najgorsze ma już za sobą. Teraz tylko do przodu, z górki. Dręcząca ją dotkliwie bezsenność, paranoja kolejnych, przedreptanych nocy, w kolejnych hotelach, u dziwnie nieprzychylnych ludzi, chyba już nie wróci. Samej ze sobą będzie najlepiej. Było jej obojętne, jak wygląda ten dom, to mieszkanie kupione za grosze. Jakoś się dostosuje, powoli zmieni je w przytulny kącik, oswoi, nawet jeśli to będzie chatka na kurzej nóżce.

Znowu przysnęła na moment. Śnił jej się dom i dzieci w ogrodzie przed domem, kot grzejący się na kamieniu nad stawem i ona, przy oknie w swoim gabinecie, zamyślona nad treścią kolejnego wykładu. Stała i nie mogła skupić na nim myśli. Patrzyła na ogród kończący się rzędem wysokich świerków, zasłaniających widok na drogę, patrzyła na taras, znajome fotele, brudne filiżanki po kawie, na klomb pod murem, pełen kwitnących irysów. Wszystko tak blisko, wystarczyło tylko zejść, by stać się tego częścią, tak normalnie, jak zawsze, jak dotychczas. Spoglądała ze łzami w oczach, ona — królowa, banita, uwięziona w szklanej wieży.

2

Plan na pierwszy dzień pobytu miała napięty do granic. Od rana oswajanie z miejscem, adaptacja. Dom na szczęście był murowany. Pokój z kuchnią, to nie jest wiele, lecz na początek wystarczy. Do tego dość duża łazienka. Tylko strop ciut za nisko, jakby spadał na głowę. Ale i do tego można się przyzwyczaić. Trochę inwencji i stworzy sobie prawdziwe gniazdko. Byle tylko dach nie przeciekał, albo nie zapchał się komin, albo coś z takich rzeczy, na których się wcale nie znała. W pokoju podstawowe sprzęty, duży stół z czterema krzesłami, czarna szafa, komoda, dwie skrzynie drewniane, głębokie, bufet bez kredensu, niski, również czarny i olbrzymia kanapa, taka z wałkami na bokach, bez oparć. Kanapę będzie trzeba zmienić. Zdejmie jeszcze grube zasłony, kupi żaluzje albo coś bardzo lekkiego, wyrzuci zjedzony przez mole dywan, zastąpi prostą wykładziną, odświeży meble, koślawe ściany oklei tapetami i jakoś to będzie.

Potrzebny jej był koniecznie odkurzacz, ponieważ spod nóg uciekały pająki. Rozpanoszyły się po całym domu. Nikt im nie przeszkadzał, więc opanowały każdy zakamarek. Nie jakieś maleństwa, mali, pracowici tkacze, ale czarne potwory o dużych, owłosionych brzuchach. Brr!!! Ze strachem pomyślała o nocy spędzonej w takim towarzystwie. Odsunęła na bok niemal wszystkie sprzęty. Pająki pryskały na wszystkie strony w panice. Niestety zbyt szybko, by można je było dopaść w odpowiednim momencie i przywalić miotłą albo butem. Dochodzący zza mebli duszący zapach stęchlizny dowodził, że gdzieś tam, pod kolorową farbą, pod kruchym tynkiem panoszy się pleśń. Dorota z kamienną twarzą, choć z lekkim obrzydzeniem, udawała, że da się z tym żyć. Gdyby tylko to okno chciało się otworzyć. Zamalowane na amen klamki, ale ruchome futryny. Strach było ruszyć.

Dom, w którym spędziła noc, był typową wiejską chałupą z wejściem pośrodku i sienią. Z lewej strony mieszkanie Doroty, z prawej ruina. Zajrzała tam i szybko uciekła. Do domu wchodziło się prosto z ulicy, na szczęście spokojnej, nieco oddalonej od centrum, z rzędem drzew, na oko klonów, okaże się wiosną. Za domem stara lipa, podobno drobnolistna, wysoko sięgająca nieba. To zdrowo mieszkać pod lipą, zawsze mawiała jej babcia. Niestety nie było ogrodu, tylko mały pasek ziemi, pod płotem, ukryty w cieniu budynku. Nic tam i tak nie urośnie. Czego można oczekiwać od domu, który kupiła za grosze.

Do dwunastej sprzątała kuchnię, wyciągała z kartonów przesłane tu wcześniej bagaże — trochę książek, garderoba, pamiątki, prezenty od dzieci, laptop, ulubiony koc, dwa jaśki, parę ręczników, przenośne radio, czajnik elektryczny. Niewiele tego. Resztę musi dokupić — bieliznę, pościel itd. Dla jednej osoby nie potrzeba wiele. Najtrudniej będzie bez pralki, bo lodówka została po poprzednich mieszkańcach, wprawdzie bardzo mała, ale jeszcze całkiem do rzeczy.

Na początek zakupy, coś do jedzenia w pobliskim sklepie, kilka podstawowych naczyń, kawa, herbata, a o czternastej obiad u Romana. Zaprosił ją do siebie, żeby pogadać, naświetlić sytuację, zapoznać z rodziną. Potem rekonesans w mieście z dokładnym rozpoznaniem miejsc i ulic, którymi od dzisiaj będzie chodziła, a wieczorem wizyta towarzysko-służbowa u dyrektora szkoły, w której od poniedziałku zaczyna pracę jako nauczycielka.

Przebrała się, zrobiła makijaż. Teraz może się spokojnie pokazać. Włączyła radio. Sygnał trzeciego programu, jej ulubiony, sprawił, że poczuła się lepiej, prawie jak w domu. Zanuciła coś, poprawiła włosy. Uśmiechnęła się do odbicia w lustrze. Jeszcze lubi siebie, mimo wszystko.

Tuż przed wyjściem z domu euforia opadła bez śladu. Perspektywa rozmowy z Romanem popsuła wszystko. Była mu wdzięczna za pomoc, za znalezienie taniego mieszkania, za to, że nie pytał wiele. Zdawała sobie jednak sprawę, że będzie chciał wiedzieć więcej. Wciąż tylko tłumaczyć, wyjaśniać, omawiać prywatne brudy. Ohyda.

Gdy wychodziła, wyjrzało słońce. Spuściła oczy, bo tak nachalnie zaglądało w twarz. Resztki śniegu topiły się pod butami, błyszczały poruszane wiatrem powierzchnie rozległych kałuż, świeciły szyby mijanych domów. W górze kawał czystego błękitu zderzał się z grafitem. Coś z tego będzie — stwierdziła, przyspieszając kroku. Minęła rynek z kościołem, który widziała wczoraj, potem mały placyk z kilkoma sklepami, miniaturowy park, teraz pusty, przykryty burym śniegiem ze stadem gawronów na środku, jakiś duży budynek, pewnie urząd. W końcu cmentarz. Stamtąd było już blisko. Liczyła kolejne przecznice, które według planu dzieliły ją od ulicy Polnej.

Spóźniła się trochę. Długo wycierała buty. Zwlekała z wejściem. Z ręką na klamce odliczała sekundy, kradnąc ostatnie bezbolesne chwile.

Nie mogła odnaleźć dzwonka, drzwi łatwo ustąpiły, gdy tylko nacisnęła klamkę. Przedpokój, albo ciemny przedsionek, niechlujnie obwieszony kurtkami, i ten okropny zapach. Na wycieraczce pod ścianą kudłaty pies. To pewno od niego. Przeciągnął się leniwie, spoglądając na Dorotę nieufnie. Pod rudym chodnikiem zobaczyła wytarte lastriko z głębokimi odpryskami betonu. Pomyślała szybko o ucieczce.

Roman ujrzał ją przez szybę. Otworzył drzwi, a ze środka buchnęło kwasem. Jowialna twarz rozpromieniła się na widok Doroty.

— Witaj! — z rozmachem podał jej rękę. Skurczyła się, ciało próbowało ucieczki. Zrobiła krok w tył, nadeptując obcasem na kudłaty ogon. Pies nawet nie drgnął, a Roman trochę zmieszany usiłował nieporadnie rozebrać ją z płaszcza. Szarpali się chwilę. Usłyszała jego śmiech. W dużych, niebieskich oczach widać było szczerość.

— Witaj — odpowiedziała. Strach nagle ustąpił.

Roman otoczył ją ramieniem.

— Wejdźmy — zapraszał. — Za chwilę obiad. Trochę tu duszno — usprawiedliwiał się, otwierając okno. — Mieszkanie jest małe — tłumaczył.

— Pachnie apetycznie — skłamała Dorota. — Uwielbiam domowe obiady — szukała słów, też była spięta. Nie widzieli się przecież od lat.

— Halina mnie rozpieszcza — poklepał się po wydatnym brzuszku. — Zobacz, jak teraz wyglądam. Niewiele zostało z dawnego chudzielca i niejadka.

— Roman, zabierz nakrycie i ustaw na stole! — rozległ się donośny głos jego żony. — Barszcz gotowy. Już odcedzam ziemniaki i możemy siadać do stołu. — Pokazała się w drzwiach. — Cześć Dorota, rozgość się, zaraz do was dołączę.

Przy długim stole siedzieli w piątkę, razem z dwójką grzecznych i milczących dzieci. Halina pytała o podróż, o zdrowie, o pracę. Roman przedstawił swoje pociechy, bliźniaki Olę i Olka. Potem dowcipkował na temat obiadu, że mięso za twarde, a kotlet za cienki, pewnie sojowy albo ziemniaczany. Halina udawała lekko nadąsaną, też żartowała, że zupa za słona. Pięć razy pytała, czy wszystko smakuje, próbowała dołożyć ziemniaków i sosu. Bardzo się starali. Atmosfera skrępowania psuła radość spotkania po latach. Jakże się różnili — porównywała Dorota. — A może to nie oni są dziwni, to ona za wiele sobie wyobraża.

Słuchała uważnie, robiła wszystko, żeby ich nie urazić. Dołożyła mięsa, buraczków, brała udział w wesołej rozmowie, chciała się dostosować. Ale męczyła ją sztuczność, współczuła sobie i im, że muszą to znosić. I tylko dlatego, że kiedyś się znali? Czuła narastający ból głowy i wielkie znużenie. A przecież to będzie teraz jej życie. Takie same spotkania, rozmowy, sprzęty, zapachy, tacy ludzie jak oni, Halina i Roman — zaniedbani, przedwcześnie postarzali, nieobyci i biedni. Spoglądała ukradkiem na skromne wnętrze, niegustowne meble i dodatki. Na tapczanach kapy, nieświeże koce, plastikowe kwiaty w wazonach, tapety jak z jurajskiego parku. Jakże to się różniło od jej domu, mebli, od tego, co straciła. Spoglądając ukradkiem, dziwiła się, że można mieszkać tak nędznie. Przełamywanie niechęci do obskurnych mebli, do brudnych i cuchnących klatek, do zaniedbanych podwórek będzie dla niej próbą. Czy zda ten trudny egzamin, czy nie ucieknie?

Jadła, choć pokarm trudno przechodził przez gardło. Słuchała z uwagą opowieści o tym, jak to się stało, że trafili tu przed wielu laty, do Radosławia. O ich pracy, o niskich dochodach i marnych perspektywach. Ciągle mówili. Wspominali młodość, wspólnie spędzane wakacje i nie dopuszczali Doroty do głosu, jakby chcieli na wszelki wypadek zagadać czas i nie dowiedzieć się, po co tu przyjechała, co jej się przytrafiło, co zesłało ją w te nieprzychylne strony. Bali się takich nowin. W małym miasteczku trudno jest żyć z piętnem na twarzy. A co może być warta kobieta, która pozostawiła gdzieś własną rodzinę i uciekła do obcych? Nie chcieli złych nowin. Woleli własne problemy. Ze sobą czuli się bezpiecznie. To, co miała im do powiedzenia, mogło nawet przerazić, mogło zniszczyć wiarę i ich plany na przyszłość. Bo oni ciągle marzyli, że gdzieś tam świat jest doskonalszy, że kiedyś uśmiechnie się los i wyrwą się, i odlecą, jak ptaki do ciepłych krajów, hen, za góry i lasy.

 

Obiad dobiegał końca. Pytania wisiały w powietrzu, lecz nikt nie miał odwagi ich zadać. Dorota przełknęła ostatni kęs, popijając kompotem z gruszek. Palce lepiły się do szklanki, a wielka plama wylanego na obrus barszczu rosła pod salaterką, zbliżając się pod talerz Doroty.

— Chciałam ci podziękować — spojrzała na zaczerwienione policzki Romana.

— Za co? — zapytał speszony.

— Za załatwienie pracy i mieszkania.

— Nie ma sprawy — machnął tylko ręką. — To nie było zbyt trudne — zapewniał, wycierając usta wierzchem dłoni. — Dom trafił się okazyjnie. Właściwie miał być rozebrany. Właściciele się pobudowali w podwórzu, a babka umarła na Gwiazdkę. Ale namówiłem ich, żeby sprzedali, że i tak od ulicy przyda się osłona. To się zgodzili, nawet byli mi wdzięczni — zacierał ręce, mówiąc do Doroty. — Tylko tam chyba potrzebny jest remont?

— Przydałby się, ale nie teraz, może dopiero na wiosnę.

— No, wodę masz, sprawdzałem. Jest prąd, instalacja była zmieniana, nie powinno być większych kłopotów. Tylko mało pomieszczeń. Pokój po drugiej stronie i ta skrytka za kuchnią, co to w niej babka mieszkała — zalane. Trzeba tynki skuwać, bo odpadły, jakąś ściankę gipsową postawić, wzmocnić sufit, wiadomo, gliniane stropy. Za mało czasu mi dałaś. Twój telefon tak nas zaskoczył…

— Roman, daj spokój — Dorota była wzruszona. — I tak bardzo mi pomogłeś. Mogłam się od razu wprowadzać. Mnie to na razie wystarczy, naprawdę. Potrzebuję teraz nieco odmiany — wyjaśniła szczerze. — Może być gorzej, byle inaczej, jak mawiała moja teściowa. Potem się zobaczy. Za jakiś czas, kiedy się przekonam, że daję radę — przełknęła ślinę. — Myślę, że zagoszczę na dłużej. Nie chcę wracać. Potrzebuję nowej przestrzeni i spokoju. Chcę urządzić się w życiu na nowo — próbowała jakoś wybrnąć z sytuacji.

Roman bez przekonania pokiwał głową. Nie mógł za żadne skarby pojąć, jak to możliwe, że właśnie ona oczekuje od niego pomocy, że pojawiła się w tym zapomnianym miasteczku i jeszcze się z tego cieszy.

— Skąd wiesz, że będzie ci się podobało? To małe miasteczko, wszyscy się znają, rozmawiają o sobie, plotkują. Jeżeli przed czymś uciekasz, to tu również nie zaznasz spokoju. Ludzie wszędzie węszą.

— Muszę spróbować — wyznała. — Muszę zacząć wszystko od początku. Stworzyć nowy dom i odnaleźć siebie. Jestem w trudnej sytuacji — spojrzała mu w oczy. — Wierz mi — dodała z pokorą. Odsunęła od siebie talerz. Słowa same toczyły się z ust, już nie chciała udawać. — Nawarzyłam piwa, teraz muszę je wypić. Niczego nie da się cofnąć, zresztą — dodała — nie chcę już niczego zmieniać.

Roman i Halina, zmieszani szczerością Doroty siedzieli sztywni przy stole. Byli niemal pewni, czuli, że musiało się stać coś strasznego.

Przenieśli się do innego pokoju, żeby wypić kawę. A Dorota miękła. Gdy dzieci poszły do siebie, zaczęła mówić. Już nie chciała niczego ukrywać. Opowie wszystko, szczerze, bez owijania w bawełnę. Raz się oczyści i potem już ani słowa. Wyjaśni im, wypluje to z siebie po raz kolejny, ostatni. Więcej już nie poruszy z nikim tych tematów. Ani swojego wyjazdu, ani utraty dzieci, pracy na uczelni, honoru i Marka oczywiście. Nie było jej łatwo, przerosła ją ta opowieść, przeraziły ją własne słowa.

— To musiało się skończyć aż tak? Nie było innego wyjścia? — Roman wstał szybko od stołu. Nie wiedział, co z sobą zrobić, jak skomentować wyznanie Doroty. Nie chciał jej zranić słowami, ale same cisnęły się na usta. Wyjął z bufetu butelkę wina. — Myślałem, że dorośli, wykształceni ludzie inaczej rozwiązują problemy, że tylko w filmach coś takiego się zdarza. Jestem trochę zdziwiony, głównie postawą Marka — powiedział. — Ja bym się chyba tak nie zachował jak on, no mój Boże, przecież każdemu może się coś przydarzyć, no nie? — wyrzucił z siebie. — Czy on miał sumienie, po tylu latach małżeństwa? Nic ci nie pomóc, tylko prosto na bruk? — Odkorkował butelkę.

Halina drżącymi rękami ustawiała na stole kieliszki, patrząc niepewnie na męża.

— Tylko nie nalewaj dużo, będę miała zgagę. — Dorota spojrzała szybko na nalepkę.

— Pamiętam, że czerwone wino dobrze ci służyło.

— Dawno temu, teraz już nic mi nie służy — żartowała.

Roman przełknął głośno kilka solidnych łyków i cmoknął. — Dobre!

— Uważam — wrócił do rozmowy — że to nie było mądre. Tak ja uważam, ale może jestem w błędzie, tylko — zawahał się — myślałem — powtórzył, patrząc na Dorotę — że jeżeli wy… to znaczy, że ja nie znam się na życiu. — Rozłożył ręce strapiony.

— Skąd wiesz, czy nie postąpiłbyś tak samo jak Marek? Skrzywdziłam go.

— Jest jeszcze coś takiego jak miłość, przywiązanie albo zwyczajna litość — Roman nie ustępował. — Nie mówiąc o odpowiedzialności, zwykłej ludzkiej przyzwoitości i obowiązku.

Dorota próbowała go studzić. Nie chciała robić sensacji. Przecież sama czuła, że Marek przesadził. Mógł zagrać inaczej, ale no cóż, miał chyba prawo.

— Gdy się stoi z boku, łatwiej jest oceniać. Kogo raz żmija ukąsi, ten ucieka na widok sznurka — dodała. — Zraniłam go najbardziej jak tylko można zranić mężczyznę. Czy potrafiłbyś wyobrazić sobie, że jesteś w jego sytuacji?

— Nie bardzo — przyznał. — Ale nie mógłbym żyć ze świadomością, że moja żona włóczy się po wynajętych pokojach, mieszka u obcych ludzi, gdy ja tymczasem, jak pączek w maśle…

— Mógłbyś, wierz mi. Przynajmniej dopóki czułbyś wściekłość, którą on teraz czuje.

— Może jemu już przeszło. Próbowaliście o tym rozmawiać? — podchwycił jej pomysł.

— Próbowaliśmy — Dorota przyznała. — To znaczy, ja próbowałam.

— I co? — dopytywał.

— Nic z tego. Marek nie wpuszcza mnie nawet do domu. Tak go to wszystko dotknęło. Nie pogodzi się nigdy, taki wstyd, tyle upokorzeń i moja kariera — posmutniała. — Poza tym, dzieci — dodała cicho. — Też nie chcą mnie znać.

— Jezu! — westchnęła Halina.

— Awantura była nielicha — mówiła Dorota. — Marek wpadł w furię, krzyczał. Dzieci wszystko słyszały, teściowa i Agata, nasza pomoc domowa. Potem wieści rozeszły się jak błyskawica. Rodzina chciała mnie zlinczować, znajomi zgorszeni przestali odbierać telefony. Musiałam się wyprowadzić, zresztą on tego zażądał. Na uczelni też szeptano za plecami. W końcu mnie wyrzucili. Co miałam robić?

— A nie byłoby lepiej tylko zmienić pracę, wynająć mieszkanie gdzieś w pobliżu domu?

— To pogrążyłoby mnie jeszcze bardziej.

— Ale miałabyś kontakt z dziećmi — powiedziała nieśmiało Halina.

— Wyobrażasz sobie, jak stoję codziennie pod zamkniętą bramą i skomlę o łaskę?

— Ja bym stała — zapewniła Halina.

— Więc jestem kiepską matką — Dorota stwierdziła spokojnie.

— Przestań — Roman skarcił żonę. — Nie nam oceniać. Zostaw.

— Tylko głośno myślę — tłumaczyła Halina. — Chyba mogę coś od siebie powiedzieć?

Roman po winie pokraśniał jeszcze bardziej. Halina wytrącona z równowagi nie odzywała się wcale, tylko w milczeniu plotła warkoczyki z frędzli obrusa. Dorota spuściła głowę i na chwilę umilkła. Pomyślała, że w rzeczywistości jest nieuczciwa, obwiniając przed nimi Marka. Przecież to nie on zdradził rodzinę.

Jak trudno było szczerze przyznać się do wszystkiego i wziąć na siebie własne grzechy. Gdyby nie była taka zacięta, może dałoby się jakoś ułagodzić sprawę. To ona narozrabiała. Nikomu nawet się nie śniło, że była do tego zdolna. A najgorsze, że nie czuła skruchy. Dlatego tak trudno było błagać o przebaczenie. Trochę, jakby się pławiła w występku. Gdyby nie dzieci, nie dałaby się tak szybko odprawić. Ale odeszła bez walki. Liczył się spokój dzieci i to, żeby nie były w centrum konfliktu. Nie chciała stwarzać dwuznacznych sytuacji. Postanowiła odejść. Tak, to jedyne wyjście. Zniknie z ich życia, da im odpocząć, żeby nie cierpiały. Nikogo nie oszczędziła, im również zrujnowała życie, wszyscy byli poobijani. Może ona najmniej, bo cały czas zdawała sobie sprawę z sytuacji. Na nich to spadło nagle. Musieli się teraz pozbierać.

Roman, wspólny przyjaciel Marka i Doroty, załatwił jej pracę i mieszkanie, a teraz zwaliła mu się na głowę, miała nadzieję, że nie będzie miał przez nią kłopotów. To małe miasteczko, a ludzie są dociekliwi. Czy uda jej przystosować się na tyle, że nie będą jej wytykać na ulicy?

Roman był zdolnym i bardzo przystojnym chłopakiem. Dobrze się zapowiadał, tylko brakowało mu siły przebicia i wsparcia rodziny. Mógł zostać wielkim pisarzem, literatem, krytykiem. Teraz był redaktorem prowincjonalnej gazety i właścicielem kiosku z gazetami. Kiedyś pracował u Marka w redakcji. Potem się ożenił i nie miał gdzie mieszkać, więc wrócił w rodzinne strony.

— Dosyć narzekań — stwierdziła Dorota. — Nie będziemy już do tego wracać. Cóż to może zmienić? Najpierw sama muszę się pozbierać, przemyśleć. Może da się coś uratować. Odpoczniemy z Markiem od siebie, zatęsknimy i się zobaczy — próbowała żartować. — A teraz opowiedzcie o tym waszym Radosławiu, tak żeby zanim minie zima, stał się także moim miastem. Od poniedziałku zaczynam pracę.

Spojrzała przez okno na bawiące się przed domem dzieci i psa, który głośno szczekając, próbował im towarzyszyć. Ostre światło ostatnich promieni zachodzącego słońca odbiło się w smutnych źrenicach Doroty. Przymknęła oczy, pod powiekami czuła piasek. Chciało jej się płakać.

V

Mela spojrzała przez okno. Ostre światło poranka odbiło się w jej źrenicach. Każdego dnia robiło się coraz cieplej, tylko nocami zmarznięta ziemia hamowała wczesną wegetację. Słońce wzniosło się już ponad dachy więzienia i z dnia na dzień śmielej zaglądało do celi. I jeszcze ten zapach powtarzających się co roku narodzin. Mela promieniała. Na ścianie naprzeciw łóżka pojawiły się wesołe zajączki, oswojone pasemka światła. W mozolnej wędrówce pełzły coraz wyżej, oświetlając w końcu nędzne pomieszczenie. Śledziła z lubością, jak głaszczą bezwstydnie jej nogi, wystające poza brzeg przykrótkiego łóżka.

Jak co dzień ślęczała nad angielskim. Powtarzała pod nosem świeżo wyuczone słówka, zdumiona, że gdy jest szczęśliwsza, to one same wchodzą do głowy. Opanowała ich już wiele, ale czy kiedykolwiek będzie mogła użyć? Część koleżanek uczyła się języków z czystej nudy, ale niektóre miały w tym swój cel. Wychodziły na wolność i krótko po tym wyjeżdżały z kraju. Jedne drugim załatwiały pracę za granicą. Więzienne układy przenosiły się czasem na życie za bramą. Wspólna niedola łączyła ze sobą ludzi i wiązała na długie lata. Często nie było innych możliwości. Po dłuższej odsiadce część z nich nie miała już do czego wracać. Ale byli też tacy, którzy znikali bez śladu i jak ognia unikali kontaktów z niezbyt chwalebną przeszłością.

Co zrobi Mela, gdy zamknie się za nią więzienna brama, u kogo znajdzie oparcie? Propozycja Jakuba była pewnie szczera, ale nie do przyjęcia. Przecież nie zwali się komuś na głowę. Nie, tak nisko jeszcze nie upadła, sama musi sobie poradzić. Trzymała w zanadrzu kilka adresów. Jeśli deklaracje koleżanek nie były gołosłowne, któraś z nich pewnie jej pomoże. Znajdzie sobie w końcu pracę. Pracy się nie boi, jakakolwiek by była, będzie w sam raz. Sprawy ambicji już się nie liczą, w jej sytuacji chodzi jedynie o przetrwanie. Tylko to jej zostało. Przeżyć w spokoju pozostałe lata i cieszyć się wolnością. Może odzyska jeszcze kiedyś spokój ducha, może zapomni.

Zapomnieć, czyż to może się ziścić? Jak wykasować z serca wiecznie żywą miłość, ukoić smutek, wybaczyć sobie? Przestępcy po latach spędzonych w więzieniu tracą dystans do popełnionych zbrodni i z czasem zamiast skruchy czują złość do własnych ofiar, członków ich rodziny albo do sędziów, którzy im zasądzili wyroki. Rośnie w nich poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Mela nie miała takich objawów. Jakoś udało się jej zachować trzeźwe spojrzenie na siebie i to, co jej się kiedyś przydarzyło. Niestety, nie mogła już cofnąć faktów ani im zaprzeczyć. Stało się, zrobiła to z premedytacją i dlatego swój wyrok musi odsiedzieć.

Niestety Roma ciągle chorowała. Nic ją nie cieszyło, ani wiosna, ani to, że w celi nareszcie zrobiło się ciepło. Wydawała się bardziej odległa i mniej gadatliwa. Jej ciężki kaszel przeszkadzał Meli. Brzmiał złowieszczo w nocnej ciszy, budził obawy, że tak szybko nie przejdzie. Ale Roma uparła się, żeby to przetrzymać. Powtarzała jak mantrę, że lepiej, coraz lepiej się czuje, że za kilka dni wszystkim pokaże… itd. Niestety z każdym kolejnym dniem jej stan się pogarszał. Pewnej nocy, gdy atak kaszlu nie mijał i wydawało się, że Roma w końcu się udusi, Mela wezwała lekarza. Miała dość okropnego kaszlu. Te noce bywały koszmarem, poza tym żal jej było kobiety.

 

W konsekwencji tego Roma znalazła się w więziennym szpitalu. Zwykły, choć dość upiorny kaszel okazał się najwidoczniej czymś bardzo poważnym, skoro wciąż nie wracała do celi. A przecież chorymi z zakładów karnych nikt się specjalnie nie przejmował. Leczyli ich tylko doraźnie i najczęściej na wszystko brakowało leków. W przypadku osób mieszkających w niedużej odległości od zakładu sytuację ratowała rodzina. Przy lekkich przeziębieniach trzeba się było wspomagać zwykłymi sposobami, czyli na gardło woda plus sól, a na żołądek ziołowe herbatki. Dopiero jak ktoś zachorował poważnie, można było liczyć na pomoc. Dlatego tak długa nieobecność Romy budziła w Meli niepokój. Poza tym nie narzekała. Cieszyła się samotnością. Była zmęczona trudną towarzyszką. Ucichł upiorny kaszel i nic nie mąciło nocnej ciszy. Ale zrobiło się jakoś smutno. Żeby pognębić Melę, w tym samym czasie na wolność wyszła Irena, jedna z najlepszych koleżanek Meli, długoletnia, choć młodsza od niej więźniarka. Jej wyjście poprzedziła spora awantura. Tutaj awantury były na porządku dziennym. Zazwyczaj pretekst był błahy. W takim nagromadzeniu temperamentów, pośród zbieraniny najróżniejszych typów idealny spokój panował rzadko. Poszło o miejsce w celi, które miała opuścić Irena. Cela była jedną z tych najlepszych, świeżo po remoncie. Jakoś tak się złożyło, że na ich piętrze zaprzestano odnawiać cele kilka lat temu. Tylko ta jedna jedyna była w dobrym stanie. Pozostałe pomieszczenia, które przecież zamieszkiwały kobiety, wołały o pomstę do nieba. Od kiedy rozeszła się wiadomość o wyjściu Ireny, zaczęto spekulować, kto dostanie miejsce po niej. Wszystkie wiedziały, że nie one będą decydować, ale już sam fakt wywołał spore zamieszanie.

Część kobiet skazanych wyrokiem sądu na karę pozbawienia wolności za czyny ciężkie znajdowała się w trudnych sytuacjach życiowych. Niektóre z nich zostawiły na pastwę losu dom pełen dzieci, czasem z ojcem pijakiem albo z dziadkami, którzy nie chcieli lub nie mogli się nimi zaopiekować, bo sami już wymagali opieki. O zapłon w takiej sytuacji nietrudno. Tym bardziej, że mieszano młode razem ze starymi, nowicjuszki z recydywistkami.

Koleżanka Meli, Irena, siedziała za zabicie męża. Miała swoje powody. Jak wynikało z relacji Ireny, był dla niej tyranem. Alkohol i narkotyki pomieszały mu w głowie. Katował ją i dzieci. Maltretował rodziców. Nie było na niego rady. Przed policją zgrywał anioła, a potem katował. Syn Irki dostał od tego padaczki, córka bała się własnego cienia. Tak dalej nie mogły żyć. Musiała go zabić. Przesiedziała swoje. To była z jej strony czysta kalkulacja. Wiedziała, w co się pakuje. Chciała uratować życie swoich dzieci, dać im szansę na normalne dorastanie i zapewnić spokój rodzicom. Po wszystkim uciekła z domu, była przerażona. Chciała nawet uciec za granicę. Gdy minął szok, sama się zgłosiła. Potem był krótki proces, obrońca z urzędu i wyrok. Karę odsiedziała z pokorą. Za dobre sprawowanie i pracę w poradni z młodocianymi przestępczyniami (była z zawodu psychologiem) zwolniono ją kilka lat wcześniej.

Teraz wracała do domu. Miała do czego. Czekali na nią szczęśliwi rodzice i dorosłe dzieci. Jakże Mela zazdrościła jej tego. Nie zdążyła sobie ułożyć życia — ani wyjść za mąż, ani urodzić dzieci. Śmierć własnych rodziców przesiedziała w zakładzie. Nawet nie potrafi wyobrazić sobie miejsca, w którym są pochowani. Podobno sąsiedzi opiekowali się grobem jakiś czas, ale teraz, po latach? Aż bała się myśleć. Prześladowały ją sny, że całymi dniami szuka ich grobu i błąka się bez końca, sprawdzając nagrobki na wszystkich cmentarzach. To były nocne udręki. Potem przychodził dzień, w którym perspektywa wolności raz budziła w niej radość, drugi raz lęk. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Czy sprosta problemom czekającym na nią za bramą?

A tymczasem oczekiwana wolność wciąż nie nadchodziła. Cierpiała więc podwójnie. Pewnie zwolnienie utknęło gdzieś w szufladzie urzędnika i ciągle nabierało mocy. Dni się dłużyły, trudno było przespać do rana, nie myśląc z nadzieją o tym, że może jutro?… Kto z żyjących na wolności potrafi ocenić miarę czasu spędzanego w zamknięciu? Co znaczy o jeden dzień dłużej w więzieniu. A Melania czekała codziennie.

W końcu do celi wróciła Roma. Była w świetnym humorze. Tryskała energią. Kaszel już minął, spadła gorączka, uznano, że jest całkiem zdrowa. Zapewniała, że nie weźmie do ust papierosa, że nie wypije nawet kieliszeczka. Choroba widać nieźle jej dopiekła, skoro potrafiła sobie aż tyle odmówić. Kilka dni wcześniej otrzymała z domu wiadomość, że jej córka urodziła syna i nadzieja, że wkrótce zobaczy wnuka, dodawała jej sił. Zaczęła nawet ćwiczyć. Każdego ranka pod okiem Meli wykonywała wytrwale ćwiczenia wzmacniające mięśnie, próbując za wszelką cenę odzyskać wigor i nabrać sił przed wyjściem do domu. Był z tego niezły ubaw. Zazwyczaj kpiła, wyśmiewała Melę za jej „wygłupy”. Teraz stała się nagle zwolenniczką ruchu. Gdy poczuła się całkiem normalnie, a lekarze potwierdzili poprawę, znowu zaczęła palić. Dwa, potem trzy papieroski dziennie. Chciała pewnie przechytrzyć los.

Niestety, to nie był finał choroby. Wszystko zaczęło się całkiem niewinnie — wymioty po sytym obiedzie i bóle żołądka. To trwało kilka dni. Roma znosiła wszystko cierpliwie, twierdząc, że to zwykłe zatrucie. Niestety, z dnia na dzień stan się pogarszał. Wszystko jej szkodziło. Zaczęła się pocić, nie chciała jeść, pojawiły się silne bóle w klatce piersiowej. W konsekwencji zaczęła słabnąć. W sobotę po kąpieli zemdlała. Wróciła do celi sinozielona. Lała się Meli z rąk.

— Coś jest nie tak — wyszeptała. — Podle się czuję. Ten cholerny szpital wyssał ze mnie duszę. Nie chcę tam wracać — patrzyła błagalnie. — Nie wzywaj strażniczki. To minie — prosiła.

— Wyglądasz okropnie — powiedziała Mela, pomagając jej usiąść na łóżku. — Jak śmierć — zauważyła i zaraz pożałowała tych słów. Zobaczyła w oczach Romy przerażenie. Sama się przeraziła. Czyżby było tak źle? Przecież to nie średniowiecze. Jakoś chyba można pomóc człowiekowi.

— Za cztery miesiące kończy mi się wyrok — Roma przypomniała. — Myślisz, że nie dożyję? Cholera, ale pech.

— Przestań krakać, to tylko osłabienie. Długo leżałaś.

— Pieprzysz, Mela. Jak mamuśka nawijasz. Dwa miesiące w szpitalu, a ja jestem jak szmata. Zobacz, schudłam, wszystko na mnie wisi. Lagę na mnie położyli i tyle. Nie będą inwestować w złodzieja. Tak, tak, Mela. Taka jest prawda i nic na to nie poradzisz.

— Przestań palić. Nie masz apetytu, bo palisz za dużo. Nie zganiaj na innych.

— Kiedyś to ja paliłam — warknęła. — Teraz tylko puszczam dymek.

— Z tym dymkiem też musisz skończyć. Miałaś zapalenie płuc, nie możesz palić. Jak chcesz wrócić do domu i zobaczyć swojego chłopa i wnuka, weź się, kobieto, w garść. Jedz więcej i zacznij się ruszać. Cały dzień leżysz, sflaczałaś.

— Nie mogę. Robi mi się niedobrze na widok jedzenia — powiedziała zduszonym głosem. — Boję się, Mela, że to coś gorszego. Czuję, że coś mnie zjada od środka. To nie może być tylko zapalenie puc. To jakaś gorsza cholera. Mela, ja chyba zostanę w tym pierdlu do końca. Zdechnę tu, mam takie przeczucie.

Dobrze przeczuwała. Po tygodniu osłabła tak, że nie miała siły wstawać z łóżka. Nie było innego wyjścia, jak o wszystkim zameldować. Mela miała wyrzuty sumienia, że tak długo czekała. Następnego dnia, tuż przed wizytą lekarza, Roma wpadła w apatię. Wynosili ją z celi na noszach, a potem wieźli karetką na sygnale. Następnego dnia doszły je wieści, że straciła przytomność. Okazało się, że to nie były jedynie płuca. Kaszel tylko zatuszował źródło prawdziwej choroby. W obrazie zniszczeń, jakie dokonały się w jej organizmie przez picie i nałogowe palenie, uszły uwadze właściwe symptomy. Nic się już nie dało zrobić. Rak żołądka zjadał Romę od środka. Ocknęła się na krótko, chyba tylko po to, żeby pojąć prawdę, a dwa tygodnie po świętach umarła. Zdążyła jeszcze zobaczyć wnuka. Rodzina zabrała ją kilka dni wcześniej do domu. — Dobre i to — pomyślała Mela. Umierała pewnie szczęśliwsza. Była prostą kobietą, całe życie kradła i szkodziła innym, ale kochała swoją rodzinę i swojego chłopa. Czekała na wnuka, przeżywając jego narodziny. Miała swoją historię, jak każdy. Historię życia człowieka, której nikt nigdy nie spisze, bo po co? To przecież nic ciekawego. Takich kobiet są miliony. Po co rozczulać się nad marnym żywotem złodziejki. Żegnając się w myślach z Romą, wspominała swoje dzieciństwo. Podwórko, na którym bawiła się, kopiąc dołki do gry w korale. Pięć dziewcząt: Dorota, Zosia, Melania, Inka i Magda, z kieszeniami pełnymi szklanych kulek, plastikowych korali. Wszystkie miały jakieś marzenia i życiowe plany. Co teraz z nimi się stało, jak życie ma się do tych planów? Znała ich adresy, zawody, z grubsza stan rodzinny i tyle. Mogła sobie jedynie wyobrażać. W więzieniu miała dużo czasu na rozpamiętywanie.