Ostatnie kwadra KsiężycaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Krystyna Januszewska
Ostatnia kwadra Księżyca


Zysk i S-ka Wydawnictwo

I

Mela stała w korytarzu przy oknie i bezwiednie zdrapywała farbę ze spróchniałej framugi. Czuła, jak ostre drzazgi wbijają się w skórę. Znosiła to z absolutnym spokojem. A nawet mocniej zanurzała paznokcie w deskę, raniąc się aż do krwi. Czasami celowo zadawała sobie ból. Potrzeba karania samej siebie towarzyszyła jej nieustannie. Konsekwencja, z jaką to robiła, wyprowadzała wszystkich z równowagi. Nigdy nie było wiadomo, co ją do tego skłania. Jaka myśl albo słowo, jakie wspomnienie wywołuje potrzebę cierpienia?

Za oknem szarzał coraz krótszy dzień. Gołe klony stroszyły bezwstydnie gałęzie za kolczastym płotem. Liście nawiane na sam środek betonowego dziedzińca trafiały w końcu pod okna gabinetu komendanta oraz pod ścianę wąskiej przybudówki, w której znajdowała się obecnie kaplica. Już dwudziesty raz patrzyła na te liście. Z każdym rokiem było ich więcej, drzewa rozrosły się i wybujały, a wysoki gmach więzienia, monumentalny budynek z czerwonej cegły, stał się dla tych liści zaporą. Z okna na trzecim piętrze roztaczał się monotonny krajobraz ze starymi zabudowaniami gospodarczymi, z dachami pokrytymi poszarpaną papą i budynkami należącymi do dawnej cegielni. Na prawo w niskim pawilonie z betonu mieścił się obecnie biurowiec. Od lat nic tu nie cieszyło oka.

Melania czekała na swojego opiekuna, spoglądając z litością na więdnącą dracenę. Blade liście, poszukując światła, zniekształciły grubą łodygę. W zakładzie karnym dla kobiet z pełnym systemem ochrony, czyli o zaostrzonym rygorze, brakowało miejsca na kwiaty. Opiekunem w ich bloku była kobieta, trochę męska i tyczkowata, ale dość znośna i wyrozumiała. Dostała ksywkę Zelówa. Chodziła na podbitych blachami butach. Niektórzy twierdzili, że nosi je celowo, żeby budzić respekt. Gdy nadchodziła, słychać ją było z daleka. Przemierzała długie korytarze z wojskową werwą, a stukot obcasów rozbrzmiewał na wszystkich piętrach. Właśnie kończyła swój dyżur, przekazując obowiązki stróżującym w nocy oddziałowym. Teraz wróci do swojego gabinetu, ale przedtem przejdzie wszystkie cele, sprawdzi, zanotuje, wypyta. Co komu załatwić, czy wszystkie zdrowe, czy czegoś im nie brakuje. Potem wejdzie do dyżurki, przejrzy listy, zanim je wyda, spisze adresy nadawców na wszelki wypadek, sprawdzi grafik na następny dzień i uzgodni plan zajęć na kolejny tydzień, bo jutro sobota. Jeszcze zajrzy do świetlicy, żeby zobaczyć, co robią podopieczne, czy się czasami nie biją. Dopiero wtedy pojawi się w drzwiach na samym końcu korytarza. Spojrzy na stojącą przy oknie więźniarkę i w milczeniu pokona drogę do niej. Potem, również w milczeniu, otworzy drzwi gabinetu z żółtą, olejną lamperią do połowy ściany, wejdzie, usiądzie przy biurku, z twarzą zwróconą w stronę korytarza i dopiero wtedy powie głośno, żeby weszła. Jej ochrypły głos zburzy męczącą ciszę. Mela w tym czasie myślami będzie już tam, w alei łysych klonów, po drugiej stronie krat, na wolności.

— Nie mam jeszcze decyzji — oświadcza bez wstępu, dobrze wie, o co jej chodzi, po co przyszła, dlaczego czeka cierpliwie pod drzwiami. — Obiecali, że do piątku będzie na biurku — rozkłada ręce ze smutkiem. Nie wszystkie emocje da się tu ukrywać. Jest przecież także człowiekiem, rozumie. — Wiem, Mela, wiem — patrzy ostro, ale z wyraźnym współczuciem. — Wytrzymaj jeszcze.

— Boję się — Melania ciągle stoi w progu. Jej blada twarz rozpływa się w grymasie żalu. Nie może grymasić, raczej powinna być wdzięczna.

— Obiecali podarować piątkę, a teraz zwlekają.

— Napisałam ci dobrą opinię. Dla komisji i dla sędziego. Powinni się zgodzić.

— A jeśli nie, jeśli nic z tego? — Melanii miękną kolana.

— Zostało ci przecież niewiele — Zelówa uspokaja. — Jakoś wytrzymasz.

— Zależy mi, zbliżają się święta…

— Wiem, doskonale rozumiem. Ale niewiele mogę ci pomóc. Musisz cierpliwie czekać — oznajmia jej krótko i stuka nerwowo w metalowy blat, chce pokazać Meli, że to koniec, że nic nie wskóra tym staniem w progu, z tym głodem w oczach i w ruchach. Jej spojrzenie aż boli. Zelówa znacząco chrząka, przesuwa źrenice na wiszący zegar, zatrzymuje na nim wzrok dłużej, specjalnie, żeby nie widzieć ciemnych jak studnia oczu Melanii. Milczenie pomiędzy nimi jest męką. Już nic nie można powiedzieć, regulamin zabrania zbytnich poufałości. I tak zrobiła wiele, więcej niż dla innych więźniarek, widać ma do niej słabość. Do tej twardej, a jednocześnie wrażliwej kobiety, która w więzieniu przesiedziała najlepsze lata i teraz czeka na obiecaną wolność.

— Nie mogę spać — Melania zmieniła temat. Robi lekkie „spocznij”, upewnia się, że to już koniec rozmowy. Chce jeszcze coś dla siebie załatwić, ugrać nieco czasu, nawiązać kontakt z osobą, która ma dla niej sporo sympatii. — Nie mogę spać — powtarza. — Chyba z nerwów — nabiera powietrza. — Jestem niespokojna, to pewnie dlatego.

Zelówa wstaje od biurka. Krótkie, kasztanowe włosy prześwitują na tle okna. Widać kształt wąskiej czaszki z wysuniętą nieco potylicą. Przypomina teraz faraona. Prostuje się, obciąga sztywny mundur i spogląda pod nogi, na swoją skórzaną torbę i schowaną w tyle siatkę z zakupami. Przez folię widać chleb i kostkę masła, i mleko w kartonie. Popycha ją nogą, chce ukryć przed oczami Melanii swój związek ze światem zewnętrznym, swoją babskość, którą tutaj tak skrzętnie maskuje.

— Przeszłaś pozytywnie długi proces resocjalizacji, program aktywizacji pięć razy — próbuje zatuszować zmieszanie. — Odsiedziałaś trzy czwarte kary, za posłuszeństwo i zdyscyplinowanie wychodzisz wcześniej. Powinnaś być z siebie dumna. Do tego zdobyłaś zawód, nie jesteś stara, dasz sobie radę. Nie wiem, naprawdę nie rozumiem, czego się boisz? — Zmieniła ton na ostrzejszy. Chciała się pozbyć Melanii. Zrobiła krok w jej kierunku. Tak, zrobi to, zamknie jej teraz drzwi przed nosem, niech wreszcie wraca do celi.

Melania wie. Już nie warto zaczynać. To na nic. Rozmowy dalszej nie będzie, więc po co zbędne słowa. Zelówa ma dość.

— Dostanę coś na sen? — pyta jedynie o to.

— Zadzwonię do ambulatorium. Zgłoś się tam za chwilę — mówiąc to, spuszcza wzrok i lekko popycha drzwi. Mela widzi przed sobą białą tabliczkę z nazwiskiem. Dziwne imię, Ludmiła. Jak z takim imieniem można pracować w więzieniu? Tu jakby wszystko z jednej strony było pozbawione płci, a z drugiej tę płeć podkreślające. Trzeba było specjalnej taktyki, żeby równać wszystkich pod to samo prawo, a jednocześnie traktować z wyczuciem.

Stosunek skazanych do służby więziennej z zasady był wrogi. To nic dziwnego. Nigdy pomiędzy ciemiężcą a ciemiężonym nie będzie zgody. Wszystko ich dzieli, więc czuje się do nich nienawiść i złość, jakby byli sprawcami nieszczęść. Zemścić się na nich, odegrać, utrudnić życie. Szeroki wachlarz zachowań więźniów, trzeba wiedzieć jak się przed tym obronić. Pracownicy muszą być twardzi, najlepiej bez serca. Gdy są zbyt pobłażliwi, tracą poważanie, gdy nadmiernie gorliwi, sprawia się im kłopoty, celowo, tak dla hecy, żeby było weselej. Więźniowie wyczuwają też słabszych, natychmiast przejmują inicjatywę i kpią z nich i szydzą. Mela sama czasami stosowała podobne metody. Bezsilność i marazm doprowadzały ją nieraz do szału. Kąsała wtedy jak żmija. Nieraz jej się upiekło, ale czasem była karana. Zabierali jej telewizor albo możliwość wyjścia na spacer. Pół biedy zimą, ale wiosną, gdy wszystko budziło się do życia, albo latem, ciepłym, czasami upalnym, kiedy chciało się wystawić bladą skórę do słońca, to była ogromna strata. Dziś też czuje rozpacz, ale już inną. Już nie chce nikogo zabijać. Chce wyjść stąd i odejść, najdalej jak to możliwe.

Całe życie Melanii, poza dzieciństwem, było prawdziwym dramatem. Pasmo więziennej niedoli, wyparcie ze świadomości możliwości szczęścia, czekanie na nic. Teraz jest nadzieja, ale kapryśna, mazgai się i przeraża. Wyrzutek społeczeństwa — jaka miła ksywka. Codziennie budzić się i wiedzieć, że tak już zostanie do końca. Już nic nie udowodni, nikogo nie przekona, że miało być całkiem inaczej, że powinno. Czeka na to od lat bez nadziei i nagle bach. Zdjęli z niej tę klątwę jednym krótkim orzeczeniem. Idź i nie grzesz więcej. Wspaniale, lecz ciągle nie puszczają, tylko dręczą i zwodzą — wyjdzie, nie wyjdzie, wyjdzie, nie wyjdzie. Dni jak płatki stokrotki, liczydełka, wróżby beznadziejne. Tyle ich już opadło na ziemię. Kilka wagonów kwiatów przeliczyła. Zmęczyła się. Matematyka nigdy nie była dobrą stroną Meli. Dostała dwadzieścia pięć lat, bo zabiła człowieka, ale w afekcie, więc nie dożywocie. Po latach złagodzono karę do dwudziestu. Obiecali, że wyjdzie jeszcze o rok wcześniej, więc czeka, ale chyba nic z tego.

Pierwsze lata odsiadki były koszmarne: wyrzuty sumienia, tęsknota, łzy matki, ojca. Nie miała wątpliwości, czy słusznie zabiła. Ubolewała jedynie, że to nie ofierze zrobiła krzywdę, tylko swoim najbliższym i sobie. Świat nie jest sprawiedliwy do końca — to nie jest żadne odkrycie, to wie nawet dziecko, że świat jest do kitu.

Dali jej pół tabletki na spanie, malutki kawałek wybawienia od bezsenności. Trzeba połknąć kilka minut przed wejściem do łóżka, bo szybko działa. Tylko połówka, żeby nie spać zbyt długo. To Melanii zupełnie wystarczy. Chodzi o to, żeby w łóżku nie myśleć. Cóż za piękne uczucie, gdy nagle urywa się film. Rozkosz prawdziwa, odlot w nieświadomy byt. Czy śmierć w takim razie nie jest wybawieniem? Brała pod uwagę takie rozwiązanie.

 

Strażniczka z trzaskiem zasunęła drzwi od jej celi, ciężkie, żelazne, jak wszystko wokół. Jak ciężka odsiadka, ciężka samotność i jeszcze cięższa tęsknota. Minęło dwadzieścia lat, a ona ciągle nie wierzy. Czy to naprawdę jej się przydarzyło? Czuje się gościem w tym dziwnym świecie, w świecie niczyim, do którego nikt nie chce się przyznać, a wszyscy tkwią w nim tylko chwilowo zawieszeni. Adaptacja do miejsca, w którym przyszło jej żyć trwa nieprzerwanie i nigdy się nie dokona. W tym tyglu przeróżnych typów, pomiędzy desperacją a deprawacją nie było większych różnic. Dla osoby wrażliwej i delikatnej to wstrząsające doświadczenie. Musiała zapomnieć o swojej godności, o subtelności uczuć, o współczuciu. Korytarze, cele, kraty, zgrzyt kluczy, zamków, kolor strażniczych mundurów, monotonne polecenia. Do tego zupełny brak zieleni, czerwieni. Jedynie skrawki błękitnego nieba i żółte lamperie. A przecież była taka młoda, gdy stanęła pierwszy raz obok swojej pryczy.

Zmarznięta, jak zawsze o tej porze roku, w szarym kombinezonie, który jednego dnia stał się dla niej strojem codziennym, błądzi oczami wspomnień po krajobrazach mazurskich. Wróci tam jeszcze. Milutki sweter z białej angory i ciepłe spodnie ze sztruksu zniknęły w więziennej szatni dwadzieścia lat temu. — Angorę pewnie zjadły mole, a ja wciąż żyję — myśli. — A ja wciąż zipię. — Przyzwyczajenie do luksusu, upodobania, pasje, codzienne potrzeby wrażliwego człowieka stały się kamieniem u szyi. Dlatego nigdy nie awansowała na „git człowieka”. Do końca odsiadki pozostanie „frajerem”.

Kończył się kolejny dzień, kolejny piątek. Jutro kolejna sobota, kolejna niedziela. Dwa dni, w których obowiązują nieco inne zasady i śpi się ciut dłużej. Ale więźniom na śnie nie zależy. To raczej przywilej dla służby więziennej. W niedziele nie ma apelu. Kto chce, może iść do kaplicy. O ósmej jest msza. Czasami idzie się tam dla rozrywki. Ksiądz jest emisariuszem z innego wymiaru. Przynosi ze sobą okruchy wolności, które gdy stąpa po kamiennej posadzce, odrywają się od jego sutanny i spadają na ziemię, i świecą w ciemności jasnym blaskiem. Mela widzi ten blask, dla tego blasku stara się być co tydzień w kościele. Kościół jest bardzo skromny i trudno w nim znaleźć ślady boskości. Ołtarz ginie na tle białej ściany w mrocznym pomieszczeniu. Tlą się tylko zwykłe białe świece i czerwone światełko w kryształowym sercu.

Roma, koleżanka z celi, jest niewierząca. Chwali się tym bez końca. Twierdzi, że wiara robi z ludzi niewolników. A ona dość się w życiu nasiedziała. Przyjęła wygodną postawę i myśli tylko o sobie. No, jeszcze martwi się czasami, że w domu chłop się rozpije z tęsknoty, ale tu, na bloku jakoś sobie radzi.

— Komar jutro wychodzi — oświadcza zmartwiona. Z trudnością ukrywa swój smutek. Kilka godzin milczała. Dąsała się od obiadu. Mela nie wiedziała z jakiego powodu. Czasami potrafi tak milczeć przez tydzień, innym razem gada bez końca, wtedy można oszaleć. Jest wyniszczona i chyba chora. Jej szara cera, cienie pod oczami, to znak, że już niejedno przeszła. W wąskich, skręconych artretyzmem palcach trzyma papierosa i zachłannie wciąga w siebie nikotynę. Siwe włosy, zebrane w cieniutką kitkę opadają na zgarbione plecy. Ma zaledwie pięćdziesiąt pięć lat, a wygląda na siedemdziesiąt. Siedzi już trzeci raz za rozbój z bronią w ręku i nie jest łatwą towarzyszką niedoli. Szybko wpada w złość i szuka zaczepki. Już żyć bez tego nie może, musi na podorędziu mieć jakąś ofiarę, choćby tylko słowami mogła ją ranić. Ale Mela odpiera ataki. Po tylu latach odsiadki zna już skuteczne sposoby na takich narwańców jak Roma. Gdy się jest z kimś całe dnie, jak one ze sobą, trzeba się dostosować. Ale równie ważną rzeczą jest umiejętność duchowej separacji, po to, żeby zachować stan psychicznej równowagi.

Roma bez przerwy pali. Na wolności piła, ale tu rzadko uda się załatwić alkohol. Czasami ktoś sprzeda. Wtedy Roma zapija robaka i gada, i gada bez końca, dopóki nie padnie.

Komar to młoda dziewczyna. Jakaś taka cienka i wiotka, wyglądem przypomina owada. Do tego cichutko brzęczy, gdy mówi. Oskarżona o zabójstwo, ma za sobą długi proces, ale za tydzień wychodzi na wolność. Mela widzi w niej siebie sprzed dwudziestu lat. Ale Komar była jedynie bezwolnym świadkiem okrucieństwa, a Meli wina to sprawa bezsporna.

— Będzie smutno — twierdzi Mela, ziewając. W zaciśniętej dłoni trzyma połowę tabletki. Nie połknie, zanim Roma nie zaśnie. Nie chce jej dawać satysfakcji. Znowu będzie marudzić, że się ze sobą certoli.

— Denerwuje mnie tylko — Roma kłamie. — Obnosi się z tą niewinnością. Niech spada na drzewo — oświadcza, spuszczając wzrok. To tylko dla niepoznaki, bo od dawna kocha się w małej, Mela wie, platonicznie. Nie tknie jej. Niewinnych nie tyka. Poluje na wyuzdane, bo ceregieli nie lubi. Szkoda czasu na zaloty, w więzieniu nie uchodzą romanse. Zwłaszcza w wykonaniu Romy. Delikatność to nie jest jej sposób na życie. Z Melą też próbowała, ale tylko raz. Ta wykręciła jej rękę, przygniotła kolanem do ściany.

— To jeszcze dziecko — podejmuje temat. — Dobrze, że wychodzi.

— Taaa… — Roma dodaje krótko. — Napatrzyła się i starczy. Niech spada! — Dopala i gniecie niedopałek w palcach. Resztki tytoniu, tlącego się jeszcze, lecą na podłogę. Rozdeptuje to nogą i spluwa.

— Nie pluj — Mela syczy. — Już całą celę zaplułaś. Śmierdzi jak w chlewie. Obie śmierdzimy fajkami i twoim pluciem. — Odwraca się twarzą do ściany i patrzy na znajome rysunki. Ściana cała w gryzmołach. Ktoś grał sobie w kółko i krzyżyk. Wydrapał gwoździem dziesiątki krzyżykowych wzorków. Mela zna je na pamięć. Krzyżykowy wzór ma w oczach, kiedy zasypia.

— Jeszcze będziesz tęskniła za tym smrodem — warczy do niej Roma. — Jeszcze zatęsknisz. Mówię ci, a ja znam się na tym dużo lepiej. Wolność to wielkie gówno. — Roma kaszle. Usiłuje wycharczeć z siebie całą nienawiść do świata.

— Nie bój się — uspokaja Mela. — Jeszcze nie wychodzę. Sama widzisz jak jest. Zwodzą mnie już od lipca. Posiedzę do wiosny. — Zniża głos niemal do szeptu.

Roma przestaje dreptać. Spogląda w okno.

— Widać gwiazdy — dodaje tylko. — Będzie mróz — dotyka kaloryfera. — No tak, ledwo ciepły. — Wyciąga zapasową kapę. — Przykryj się, będziesz chora — warczy w kierunku Meli.

— Nie trzeba. Mnie i tak wciąż gorąco. Już nie wiem, co to takiego. Jak szmata się czuję — narzeka Mela. — Pocę się niemiłosiernie i serce tak jakoś mi wali.

— To, kurwa, klima! Nacierpiałam się od tego paskudztwa.

— Jakbym się dusiła.

— O, to, to! Wydusi z ciebie całą moc. Rozflaczy. Skończysz jak ja — postukała się w klatkę piersiową. — Żyła się zrobisz i suchar. Jak ja — szybko dodała. — Jak ja. — Ostatnie słowa spłynęły z jej ust powoli, z rezygnacją. Zdjęła buty, kopnęła je nogą pod ścianę i weszła pod koc. — No, dosyć narzekań. Czas spać.

— Rozbierz się, nie śpij w ubraniu. Nie zadzieraj z dyżurną — Mela mruczy przez ramię.

— Rozbieranie i dyżurną mam w dupie. Jutro sobota. I tak wstanę wcześniej od niej.

Nie było sensu wciąż się sprzeczać z Romą. Zamilkły obydwie. Ile można gadać? Przecież w ich życiu jest tylko gadanie. Ile można wspominać i co?

Tabletkę połknęła na sucho, nawet nie poczuła — taki okruszek. Czekała, aż zacznie działać. Lubiła ten moment wpadania w beztroski letarg. Jeszcze przez chwilę krążyła myślami wokół mętnych spraw tego świata. Ledwo zdążyła ich dotknąć, kiedy nadszedł sen. Wtedy szybko pomyślała o Norce i jej złamanym życiu, które stało się częścią jej życia. Jak spojrzą sobie w oczy po latach?

1

Roma zanosiła się kaszlem. Wstała o świcie. Chyba czegoś szukała. Rzucała po cichu przekleństwa. Robi to bez przerwy. Byle co i już leci wiązanka, jak na zamówienie. Zna chyba wszystkie brzydkie słowa. Repertuar ma raczej bogaty, pełna gama. Przez chwilę było ją słychać, jak tłucze się i rozbija po celi. Mela mimo wszystko zasnęła. Spała jeszcze godzinę, ale zaczęło jej dokuczać zimno. Zegar na ścianie tykał niemrawo. Przez okno sączył się listopadowy mrok. Nie chciało się wstawać, zmarzła solidnie. Jednak szkoda, że nie wyjęła koca. Teraz nie warto, lepiej chyba wstać. Miną wieki, zanim rozrusza przemarznięte kości, ale woli to, niż zgrzytanie zębami i bezsensowne czekanie na sen.

Życie w zakładzie zaczynało się budzić z hałasem. Dźwięki, zwielokrotnione akustyką budynku niosły się po wszystkich piętrach z równym natężeniem. Mela spojrzała przez ramię. Romy nie było w celi.

Umyła zęby i z oporem wykonała kilkanaście przysiadów. Ciało się buntowało, zwiotczało, osłabło. Zmuszała się do gimnastyki. Gdyby nie ruch, czułaby się gorzej. Widziała, jak inne w jej wieku starzeją się i zmieniają w kaleki. Nie chciała tak skończyć, zwłaszcza teraz, gdy zbliżał się koniec odsiadki i trzeba będzie jakoś sobie radzić. Więc dzisiaj również, zanim ogłoszą pobudkę, zdąży chwilę poćwiczyć.

O ósmej otworzyły się drzwi. Mela wyszła na zewnątrz, żeby zabrać taboret ze swoim ubraniem. Usłyszała jak starsza składa raport. Za chwilę przyniosą śniadanie. Dzisiaj sobota, dzień odwiedzin, zazwyczaj sprawdzają czy ktoś nie przemycił w jedzeniu grypsów. Wszystko odbywa się zawsze tak samo, w ściśle ustalonej kolejności. Jest jedna zasada, której się przestrzega konsekwentnie: dwie cele nie mogą być otwarte jednocześnie. To rozprasza strażników, odwraca ich uwagę.

— Co z Romą? — pyta w czasie odbierania posiłku. Na tacy widzi porcję dla jednej osoby.

— Źle się poczuła — słyszy krótką odpowiedź.

— Miała tylko kaszel — dziwi się Mela.

— Mówiła, że coś ją dusi.

— O której wróci?

— Nie mam pojęcia. Czeka na lekarza.

Roma wróciła po dziewiątej.

— Całą noc mną telepało — chrypiała. — Ledwo doczekałam rana. Zaraza jedna, oskrzela — zaczęła kaszleć, manifestując swój stan. — Lekarz mówi, że oskrzela mi siadły.

— Wczoraj nie było tak źle — Mela spojrzała na Romę z uwagą.

— Zimno tu, kurwa, jak na Syberii. Nie grzeją po ludzku, chcą nas tu wszystkich wykończyć. Najlepiej zagłodzić, wyziębić, otruć — spojrzała na pudełko z antybiotykami. — Trzy tabletki, widział to kto? Chcą mnie tym wyleczyć? — Splunęła do zlewu.

— Nie pluj — Mela ryknęła. — Myję się w tym zlewie.

Romy spojrzenie zabijało.

— A ty, co taka wrażliwa? Paniusia — podsumowała. — Będzie mi plucia zabraniać. Patrzcie, kurwa. — Wyjęła z pudełka tabletki, długo oglądała. Potem jedną z nich cisnęła ze złością przed siebie. Tabletka odbiła się od powierzchni talerza i odskoczyła pod ścianę, za łóżko.

— Lepiej poszukaj — Mela spojrzała na Romę z odrazą.

— Mam w nosie, to jakieś gówno — warknęła, wydymając wargi.

— Głupstwa opowiadasz. Dali ci antybiotyk. Zjesz, to będziesz zdrowa. Nie zjesz, to cię kaszel wykończy. Pomyśl o nocy.

Roma obrażona wzruszyła tylko ramionami. Potrzebowała czasu i kilku kolejnych przekleństw, żeby trochę okiełznać emocje. Dobry kwadrans kiwała się na krześle, patrząc na ścianę przed sobą, zanim weszła posłusznie pod łóżko w poszukiwaniu tabletki. Coś przy tym mruczała, ale Mela miała to w nosie. Spoglądała ciekawie na drzwi. W korytarzu rozległy się kroki. To do nich, czuła wyraźnie, ostatnia cela na trzecim piętrze. Chrobot zasuwki dowodził, że się nie myli.

— Idziesz na widzenie, masz gościa — ryknęła strażniczka, trzaskając z rozmachem drzwiami. — Zbieraj się!

— Ja? — Mela zdębiała. — Pomyłka — powiedziała niegrzecznie.

— Dalej, dalej, kobieto! Rusz dupsko, bo gość ci ucieknie! Wygląda mi na kogoś ważnego.

— Może to prawnik — Mela podskoczyła z radości. — Może w sprawie zwolnienia — zerwała się szybko.

Roma warknęła z pogardą.

— Zobaczysz tu prawnika, akurat się tobą przejmują.

— Może i prawnik. Sprawdź sama — strażniczka czekała za drzwiami.

Melania spojrzała w lustro. — Mój Boże, jak ja wyglądam — zdążyła pomyśleć. Palcami przeczesała rozwichrzone włosy. — Nic nie pomoże, jest jak jest, trudno. — Drżała, idąc przez ciemny korytarz. Wydawał się dwa razy dłuższy. Strażnik otworzył drzwi z małym szklanym okienkiem i weszła do sali odwiedzin, przedzielonej na pół metalową kratą.

Po drugiej stronie ujrzała Jakuba. Poznała go bez większych problemów, choć był tu… trzy, może cztery lata temu. Już nawet dla wygody zapomniała o jego istnieniu, podobnie jak o wielu rzeczach, które przeszkadzały dogorywać w spokoju. Takie bolesne wspomnienia psu na budę. Więc usunęła je niemal w całości, jak zbędny balast. Wtedy był u niej razem z Januszem. Potem się już nie pokazał. Pomyślała więc, że ją chyba wykreślił. Nie miała nawet ochoty, żeby teraz spojrzeć mu w oczy. Usiadła naprzeciw, zdumiona siwizną kolegi. Ludzie na wolności też się starzeją? Straszne. Czas nie oszczędza nikogo.

 

Patrzył z tym swoim ciepłem w oczach, jakby była dla niego wciąż ważna i bliska. Skąd tyle w nim empatii i troski? Widać nic się nie zmienił. Zawsze wrażliwy, niepoprawnie romantyczny i nieznośnie naiwny.

— Żyjesz? — zapytał zwyczajnie, jakby dla żartu.

— Żyję — uśmiechnęła się do niego serdecznie. Trema puściła. — Ale co to za życie — powtórzyła wysłużony slogan. — Liczę już dni — dodała szybko.

— Myślałem, że może już cię tu nie ma. Jak długo można mieszkać w jednym miejscu? Czas zmienić mieszkanie.

— Daj spokój. — Rozśmieszył ją. — Pierwszy byś się dowiedział.

— Mam twoje książki, płyty i zdjęcia. Czekają na ciebie.

— Trzymasz je przez cały czas? — Była zdumiona. — Wyrzuć to wszystko do śmieci.

— Nie będę się rządził, sama je wyrzucisz — powiedział z powagą.

Mela połykała łzy. Boże, gdyby wiedział. Czy ktokolwiek może pojąć jak cierpi?

— Jesteś przejazdem? — przemogła wzruszenie. Jej dłonie zostawiały na spodniach plamy potu. Tak już będzie, aż nie zostanie sama i nie przetrawi spokojnie słów, które tutaj wypowie i które od niego usłyszy. Dlatego przyjechał? Zamarła na moment. Spłoszonym wzrokiem zerknęła za siebie, jakby szukała ucieczki. Wpadła w panikę. A może… Chyba nie? Boże, daj mi dość siły! Chyba nikomu nic…?

— Nic się nie stało — Jakub dojrzał przerażenie. — Wpadłem, żeby odwiedzić starą znajomą i zapytać o zdrowie. — Patrzył na nią z troską, wyławiając w jej twarzy ślady udręki. Głębokie bruzdy wzdłuż policzków, załamanie pomiędzy brwiami, jakby przez te lata bez przerwy marszczyła czoło.

— Nie żartuj — złapała oddech. — Już dawno straciłam poczucie humoru. U mnie bez zmian. Kulam się jakoś. Trzymam figurę, żebyście mnie poznali, jak wrócę; ćwiczę trochę, trochę pracuję, takie tam szycie pokrowców, nuda. To wszystko, nic szczególnego. Powiedz lepiej, co u was, u ciebie. Jak Jurek, jak czuje się Norka, co z Magdą? Już do mnie nie pisze. A Janusz, co z jego firmą? Jak był ostatnio, to mówił, że dobrze. Ania podobno odzyskała córkę, czy dalej zajmuje się wnukiem? Jestem spragniona wieści — atakowała go pytaniami wymawianymi na jednym oddechu.

— Wszystko zmienia się z roku na rok — odpowiedział Jakub. — Trudno to prześledzić. Rzadko się teraz widujemy, prawie wcale. Kiedyś częściej, teraz prawie wcale. Powiem ci szczerze, że ich ostatnio bardzo zaniedbuję.

— Ty? — nie chciała uwierzyć.

— No tak, tak to wygląda. Kontakt mam tylko z Anną, wiesz przecież, że razem pracujemy. Widzimy się co dzień, ale tak tylko, służbowo. Powie do mnie dwa zdania i biegnie do domu. Ma ciągle przy sobie Julka. I chyba tak już zostanie. A z innymi rzadko się widuję, raz po raz jakiś telefon.

— To dość oględna relacja — spojrzała z wyrzutem.

— Coś do mnie dochodzi, czasami więcej, czasami mniej. Już nie siadamy razem na gałęzi — zażartował. — Pomagamy sobie, gdy trzeba, a na co dzień każdy żyje po swojemu.

— Wygląda na to, że straciłam niewiele… — Mela zmarkotniała. Czuła, że wyidealizowała sobie życie na wolności albo że Jakub nie ma ochoty na szczere zwierzenia. Tak mało mają już ze sobą wspólnego. Uczepiła się myśli, że gdy wróci, zastanie ich na swoich miejscach. On rozwiewał tę nadzieję bezlitośnie.

— Nie miałem tego na myśli — Jakub czuł, że nie został zrozumiany. — Nie porównuj w ten sposób. To, co dla ciebie jest bardzo istotne, dla nas to jeden z odcieni. Żyjemy jak w kotle, nieraz wszystko gotuje się na raz, żeby potem zwolnić na dłużej. Trudno za tym nadążyć, czasem lepiej nie wiedzieć.

— A u mnie jak pod sznurek. Osiem godzin snu, łóżko, pościel, trzy posiłki dziennie, herbatka przed spaniem, opieka lekarska, telewizor, radio, prasa, trochę stara, ale jakaś tam. Żyć nie umierać.

— W pewnym sensie nawet ci zazdroszczę.

— Nie kpij. Jakoś nie wierzę.

Złożył ręce jak do modlitwy i ponad czubkami palców spojrzał na Melanię. Była spięta, szukała zaczepki. Widać tu nie można inaczej. Obrona przez atak, to podstawa dialogu. Jakub zmienił front, postanowił się przyznać. Dalsze udawanie nie miało już sensu. Teraz, gdy zbliżał się koniec wyroku, powinna poznać prawdę. Stopniowo, nie od razu, bo prawda może ją zabić.

— O tym, że wyjdziesz, dowiedziałem się już pół roku temu. Jako jeden z pierwszych — zaczął i natychmiast zamilkł. Czekał na reakcję Melanii. Dał jej czas na nabranie powietrza. — Prawnik, który nawiązał z tobą kontakt, to dobry znajomy Marka. Jest jego doradcą w wydawnictwie. Znają się od lat. To dzięki niemu wznowiono sprawę. On poprowadził wszystko.

Mela siedziała skupiona. Słuchała jak do niej mówi, ale nie rozumiała wiele. Dwadzieścia lat izolacji, walki o przetrwanie, rola frajera, więziennego mięczaka i całkowita utrata godności. A teraz ktoś do niej mówi dawno zapomnianymi słowami, że o niej myśli, że się martwi, współczuje, pomaga? Czy powinna się tych słów uchwycić jak liny ratunkowej?

Jakub mówił powoli.

— Czy ty mnie słuchasz? — zrobił dłuższą pauzę, czuł, że jest przestraszona.

— Kobiety zwykle popełniają zbrodnię w zamroczeniu alkoholowym albo pod presją partnerów — Mela pozornie zmieniła temat. — Są przerażone, skatowane, zaszczute albo mają problemy z psychiką. Ja zrobiłam to z wyrachowaniem, zaplanowałam niemal każdy szczegół.

Jakub rozplótł dłonie i ułożył równo na kolanach.

— Przecież znamy prawdę, wszyscy. — Zajrzał jej z bliska w oczy. — Dwadzieścia lat temu nie wyznałaś jej w sądzie do końca. Zgodziliśmy się na to, bo nas prosiłaś.

Meli było to obojętne, wzruszyła tylko ramionami.

— A ona? — spojrzała na niego, przekrzywiając lekko głowę, tak, jak robiła to zawsze, w krytycznych momentach.

— Pytasz o…?

— Tak, tak. Pytam, co na to Norka?

— Zeznała jak było. Odbarwiła twoją historię.

— To są tylko odcienie, jak powiedziałeś przed chwilą. To tylko odcienie.

— Zabiłaś drania.

— Zabiłam. I dlatego siedzę.

— Nie miałaś wtedy wątpliwości.

— Teraz mam — powiedziała ciszej i dodała: — Przecież wiesz, przeszłam tu długą resocjalizację, program naprawczy, jestem po szkoleniu, jestem teraz innym człowiekiem — zakpiła. Spuściła wzrok i zaczęła płakać.

Jakub spojrzał na zegar. Za chwilę koniec widzenia. Nie zdąży jej wszystkiego powiedzieć.

— Nie chcę słuchać tych bzdur. Odpokutowałaś. Ja ci to mówię. — Nachylił się bliżej. — Niedługo wyjdziesz na wolność, wtedy pogadamy. Chcę tylko, żebyś wiedziała — podkreślił wyraźnie — że pamiętamy o tobie. Chcemy ci pomóc. Nie martw się o nic.

Mela płakała na dobre. Wycierała oczy rękawem.

— Nie płacz — uspokajał. — Wszystko się dobrze ułoży.

— Nie mam gdzie mieszkać — mówiła przez łzy. — Mój dom sprzedany, rodzice nie żyją. Mam trochę oszczędności, niewiele. Gdzie się podzieję po wyjściu. Znam wyrok, miałam wyjść teraz, ale nie ma widoków, chociaż było już wszystko nagrane. Teraz nic z tego. Gdybym zdążyła przed świętami, miałabym gdzie mieszkać. Znajoma wyjeżdża, do męża, on pracuje w Szwecji — wyjaśniała. — Wyszła przed miesiącem, obiecała pomoc. Ale jak wyjedzie, zostanę na lodzie.

— Zamieszkasz u mojej mamy. Nie martw się — pocieszał. — Na początek — zaznaczył. — Bardzo cię lubi. Ciągle pyta o twoje zdrowie.

— Jeszcze żyje? — zdziwiła się Mela.

— Tak — uśmiechnął się Jakub. — Jest w dobrej formie.

— Pozdrów ją. I podziękuj. — Zbierała siły. — Nie wiem, co zrobię po wyjściu. — Głos jej się łamał. — Nie chcę być kulą u nogi. Dla nikogo — mocno podkreśliła. — Czegoś się tu nauczyłam. Jakoś sobie poradzę. Żeby tylko wyjść. Śni mi się po nocach, jak spaceruję po naszej ulicy. Zobaczyć dawne miejsca, domy, starych przyjaciół... Boże, jakie to będzie cudowne — głośno marzyła.