Kołysanka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

KRYMNO 1935

Wiadomość o śmierci Piłsudskiego dotarła do kolonii dwunastego maja. Kazik razem z kolegami zaraz po szkole wstąpili na chwilę do Maślucha. Pan Józef właśnie kupił radio o nazwie Detefon, ze słuchawkami i akumulatorem. Prawdziwe radio kryształkowe, pierwszy taki aparat w polskiej kolonii Krymno. Dla mieszkańców było to wielkie wydarzenie. Szczególnie pasjonowali się nim młodsi chłopcy. Józef Maśluch, zapaleniec i entuzjasta nowoczesnych wynalazków, pozwalał im od czasu do czasu pobawić się nowym urządzeniem. Ponieważ amatorów było wielu, trzeba to było wcześniej zaplanować i uzgodnić. Przychodzili we trzech, jeden zakładał słuchawki, a pozostali nasłuchiwali z boku. Dla sprawiedliwości robili to na zmianę.

Tego dnia słuchawki miał dostać Kazik. Komunikat o śmierci Marszałka powtarzano co kilka minut. Chłopiec, choć miał dopiero osiem lat, aż zaniemówił. Postać Piłsudskiego znana była w każdym polskim domu.

Oficjalnie o śmierci Marszałka poinformowano następnego dnia we wszystkich urzędach. Nauczyciele ogłosili to w szkołach. Polskie dzieci poniosły smutne wieści do swoich domów. Jednak większość uczniów w klasach była narodowości ukraińskiej i nazwisko Piłsudski niewiele dla nich znaczyło. Mimo to nad wsią poleską zawisły czarne chorągwie.

Tymczasem za tydzień w Kamieniu Koszyrskim dzieci miały przystąpić do pierwszej komunii. Wszystko było już przygotowane i ustalone. W związku z narodową żałobą księża mieli jednak dylemat. W końcu kuria zdecydowała, że trzeba dotrzymać terminu. W grupie dzieci z Krymna znalazł się także Kazik Kuśmierczyk. Do kościoła w Kamieniu mieli dwanaście kilometrów. Droga biegła wzdłuż torów, a później brzegiem sosnowego lasu. Był koniec maja, od dawna nie padało. Koła wozów prawie po osie grzęzły w piachu, koń nie dał rady uciągnąć. Ubrane odświętnie dzieci, chrzestni i rodzice, zamiast jechać, brnęli w piasku po kostki. Grupa była dość spora, niektórzy sprytnie zabrali się jednym wozem, więc nawet starsze osoby musiały w tych warunkach dreptać obok wozu, jeśli chciały dowieźć w całości kwiaty i ozdoby na ołtarz. Dotarli w ostatniej chwili, zakurzeni, zmęczeni i spoceni. Ledwo zdążyli opłukać się trochę w łazience u zakonnic, które z ochotą użyczyły im ręczników i wody.

Umawianie się na wspólną podwózkę było o tyle dobre, że teraz mieli mniej furmanek do pilnowania. Złodzieje tylko czekali okazji. Gdy rodzice uczestniczyli w uroczystej mszy, oni okradali wozy. Jan, jadąc do miasta, zazwyczaj zabierał Lutka albo Antka. Czasem gospodarze umawiali się dwójkami, jeden szedł załatwiać sprawy, a drugi stróżował, i na zmianę. W mieście złoczyńców nie brakowało. Byli tacy, co ukradli konia, ale i tacy, co zabrali konia z wozem i zaprzęgiem. Potem szukaj wiatru w polu. Tym razem przyjechało pięciu woźniców, pełnili więc dyżur na zmianę. Każdy chciał spojrzeć na swoje dziecko, jak się sprawuje w kościele.

Krótko przed główną mszą Kazik przybiegł do ojca. Jan miał akurat dyżur przy furmankach.

– No co, byłeś u spowiedzi, dostałeś rozgrzeszenie? – zapytał syna, widząc, że chłopiec promienieje ze szczęścia. Ostatnio naraził się ojcu i matce i bał się przed spowiedzią, że otrzyma reprymendę od księdza.

– Dostałem, nawet mi pokuty nie zadał. Powiedział, że mam się szybko poprawić i mocno żałować za grzechy.

– To i dobrze, poprawa jest konieczna. Matce trzeba o tej poprawie powiedzieć, bo ciągle narzeka na ciebie – strofował syna.

– Mama z innymi kobietami kończą stroić ołtarz. Nam siostry kazały się zebrać przed wejściem.

– To leć, przecież nie będą na ciebie czekać.

– Przyszedłem, bo jestem głodny.

– Głodny? – Jan spojrzał za siebie. Wiktoria przygotowała dla nich trochę chleba. – To sobie chleba pojedz. – Podniósł lnianą szmatkę, pod którą w koszu leżały grube pajdy z masłem.

Chłopak łapczywie połknął dużą kromkę, popił wodą z dzbanka i szybko pobiegł pod kościół. Tam, przed wejściem, czekały w równych szeregach dzieci. Wyspowiadane, święte, niektóre nawet natchnione. Stały według wzrostu. Kazik nie był wysoki, stał trzeci od przodu. Nagle wyrwał się i w te pędy pognał do ojca. Coś mu się przypomniało. Jan zobaczył, jak chłopiec biegnie przez plac prosto do ich furmanki.

– Tato, tato! – zawołał zdyszany. – Co ja mam teraz zrobić? Chleba się najadłem.

– I co z tego? – zdziwił się ojciec.

– Miałem nic nie jeść – wykrztusił zdruzgotany. – Nie dostanę komunii! Ksiądz mnie z kościoła wyrzuci.

Jan zmieszał się i spojrzał ze skruchą na syna. On też zapomniał. W ferworze przygotowań, po trudnej drodze i w całym tym zamieszaniu bezmyślnie nakarmił chłopaka. Spojrzał na drzwi kościoła; siostra zakonna machała do nich, dając rozpaczliwe znaki.

– Byłeś głodny, to zjadłeś – powiedział stanowczo do syna. – Czas na ciebie. – Pokazał palcem kościół. – Drugi raz nie będę cię tu przywoził. Idź, no już – ponaglił go.

– A komunia? – zapytał Kazik. – Bóg się na mnie obrazi.

– Komunia jest obowiązkowa – odpowiedział ostro. – Ja tu sobie z Bogiem pogadam, uzgodnimy, co trzeba, a ty już biegnij.

Kazik pobiegł więc i dalej wszystko odbyło się zgodnie z planem. Msza była uroczysta, kościół pełen ludzi. W połowie mszy Kazik zobaczył ojca, który porozumiewawczo kiwał do niego głową na znak, że wszystko z Bogiem uzgodnione. Spokojnie i bez wyrzutów sumienia biedak przyjął od księdza biały święty opłatek.

Po mszy wybiegł uradowany przed kościół, żeby wypytać, co Bóg powiedział tacie w sprawie tego chleba. Czy długo musiał prosić o przebaczenie? Ale ojca już nie było nigdzie dookoła ani przy wozie. Wraz z innymi mieszkańcami Krymna szukał dyżuranta po knajpach. Drań, zamiast pilnować furmanek i koni, poszedł zalać robaka, a konie rozlazły się niepilnowane po placu i narobiły bałaganu przed kościołem.

Następnego dnia rano miała się odbyć jeszcze jedna msza z udziałem wszystkich dzieci, które przystępowały do komunii. Siostry sercanki z kościoła w Lubieszowie razem z zakonnicami z kościoła w Kamieniu Koszyrskim i proboszczem Leopoldem Aulichem zatrzymały w mieście wszystkie przyjezdne dzieci. Zapewniono im noclegi w tutejszych katolickich domach. Kazia wzięli do siebie państwo Rutkowscy. Zabrali go prosto spod kościoła, ich syn też przystępował do komunii.

Kazik był stremowany. Tyle emocji. Do tego ten dom w mieście. Bardzo się różnił od domów wiejskich. Inne meble, inne łóżka, trochę inne jedzenie. Chłopiec z kolonii Krymno pierwszy raz zobaczył, jak w mieście nakrywa się do stołu. Pani domu podała obiad z deserem, a wieczorem kolację. Był biały obrus, leciutkie białe miski z porcelany, kompot w przezroczystych kubeczkach. Przed każdym domownikiem stały dwa talerze, jeden na drugim, a obok widelec i łyżka, nóż i mała łyżeczka, a na dodatek biała wykrochmalona serwetka. Kazikowi aż się od tego wszystkiego zakręciło w głowie. Przed posiłkiem wszyscy wstawali od stołu i składali ręce do modlitwy, dziękując głośno za posiłek.

Mimo wielkich starań i nadludzkiej ostrożności na białym obrusie wykwitła solidna plama. Serwetka tylko pogorszyła sprawę. Biedak przesuwał talerz, chcąc ukryć swoją niezręczność. Gospodyni, widząc zażenowanie na twarzy chłopca, uspokoiła go, żeby się nie martwił, że to się często zdarza, a brudny obrus się wypierze.

Gdy następnego dnia szli do kościoła, zauważył, że na tej samej ulicy, tylko nieco dalej, znajduje się miejski cmentarz. Powiedział mamie kolegi, że tutaj jest pochowany jego starszy brat Józef oraz siostry Genia i Rozalka. Państwo Rutkowscy spojrzeli ze współczuciem, wzruszeni prostymi słowami chłopca oswojonego ze śmiercią.

***

Wiktoria wracała z pola. Jan z Gołdynem pojechali do Pińska w sprawach finansowych, a Lutka jeszcze nie było, został w szkole na zbiórce harcerskiej.

– A coś ty taki mokry? – spytała Antka, który czekał już na nią pod domem. Wrócił ze szkoły w mokrej marynarce. – Oj, Antek, Antek. – Tylko westchnęła. – Znów rozrabiałeś.

Rzeczywiście, mały, pocieszny Antoś wyrósł i czasem przysparzał rodzicom zmartwień. Nie w nauce, broń Boże. Synowie Jana z nauką nie mieli kłopotów. Różnili się między sobą fizycznie, a przy bliższym poznaniu widać też było wyraźnie różnice w usposobieniu. Najstarszy, Lucjan, śniady i ciemnowłosy, miał urodę młodego poety i pasującą do wyglądu poetycką duszę. Antek, płowy, błękitnooki, bardzo praktyczny, jednocześnie kawalarz i rodzinny żartowniś. Ośmioletni Kazik, najdrobniejszy, o urodzie cherubinka, zachwycał swoim dowcipem i dziewczęcą urodą, kochali go wszyscy, choć ciągle psocił i robił wszystkim kawały. Janek miał cztery lata, jego miłością były zwierzęta, nie rozstawał się z psem Morusem, a dwuletni Heniu, o wielkich niebieskich oczach… – o nim jeszcze nic nie dało się powiedzieć.

Lucjan przypominał Jana nie tylko z urody, odziedziczył po nim liczne umiejętności. Wyrósł na śmiertelnie poważnego i roztropnego młodzieńca. Młodszy, Antoni, był śmielszy do ludzi i tam, gdzie Lucjan nie chciał lub nie mógł, posyłano Antka. Wszędzie się wkręcił i z każdym dogadał. Gdy potrzebował, to potrafił obstawać przy swoim. Lutek, ułożony, zawsze zapięty pod szyję – Antek często wracał z siniakiem na głowie lub guzem na czole. Lubił obczytywać ojcowskie gazety, a potem wymądrzał się w szkole. Nie wszyscy go za to lubili, nieraz obrywał po lekcjach. Rozdarty rękaw koszuli, dziury na kolanach, brakujące guziki – to była codzienność Antka. Więc gdy matka ujrzała go w mokrym ubraniu, pomyślała, że i tym razem wdał się z kimś w niepotrzebną dyskusję.

– Wszystko przez nauczyciela – wyjaśnił, zanim przekroczył próg domu. – To on polał mnie wodą – tłumaczył żarliwie.

– Oblał cię tak bez powodu? – Wiktoria nie dała się łatwo przekonać. – Ostatnio to ty, a nie nauczyciel, pofarbowałeś na czerwono kredę. Ojciec musiał zapłacić za całą skrzynkę – wspominała niedawne zdarzenie i psotę, której jej syn był autorem. – Przebierz się, zanim będziesz się znowu tłumaczył. I zaraz rozwieś mokre ubranie przed domem, na słońcu szybciej wyschnie. – Nie była nadopiekuńczą matką, nie miała córek, przysposabiała więc synów do prac w domu.

 

– Jestem bardzo głodny – zaprotestował. – Od rana nic nie jadłem, zapomniałem zabrać śniadania.

– Nie pierwszy raz – stwierdziła. – Kiedyś zapomnisz wziąć własną głowę. Najpierw zanieś świniom i nalej wody do wiader, konia trzeba napoić.

– Ale konia nie ma, ojciec o świcie zaprzągł go i pojechał do miasta.

– Wiem. – Spojrzała na niego z wyrzutem. – Ale niedługo wróci i koń będzie spocony.

– Jak spocony, to zimna woda mu zaszkodzi.

– Antek! Czy ty długo będziesz się ze mną przepierał? Postaw wiadra na słońcu, woda się nagrzeje i koń ciepłej się napije.

– Ciepłą się nie schłodzi. Kto by chciał w upalny dzień napić się ciepłej wody. – Syn obstawał przy swoim.

– Antek! – Wiktoria złapała ścierkę ze stołu. To był znak, że przeholował. – Zrobisz, co trzeba, to przygotuję obiad, a nie, to możesz pojeść z garnka dla świń, który czeka przed sienią.

Chłopiec bez słowa podniósł worek z książkami i pokonany poszedł się przebrać. Wiktoria w tym czasie nakarmiła Henia. Janek za domem pasł gęsi, ale znała go dobrze, za chwilę przybiegnie po swoją porcję klusek, miał doskonały węch, a szczególnie gdy obiad się gotował.

W sporej kałuży za domem zbierała się wiosną woda i jak nie było suszy, a rzadko się zdarzała, powstawało tam małe jeziorko. Początkowo Jan chciał je zasypać ziemią, lecz Wikta mu odradziła i miała rację: jeziorko było w sam raz dla gęsi i kaczek. Woda okazała się bardzo przydatna, a Wikta zyskała możliwość kontrolowania kolejnego w rodzinie pastuszka.

Posadziła Henia na stołeczku obok siebie. Nakarmiony bawił się grzecznie szyszkami, które mu ojciec przyniósł z lasu. Układał piramidę i burzył na zmianę. Po chwili wrócił Antek. Nałożył starą koszulę Lutka, którą dostał w spadku po bracie. Okazała się jeszcze za duża, musiał więc mocno podwinąć rękawy. Między chłopcami było pięć lat różnicy, Lutek urodził się jeszcze w Krasocinie, Antek już na Polesiu.

– Masz, jedz. – Podsunęła mu pod nos talerz pełen klusek. – Wolisz słoninę czy śmietanę?

Antek wolał śmietanę, był wielbicielem mleka i wszystkiego, co z mlekiem związane.

– A ta kreda wcale nie była czerwona – powiedział z pełną buzią.

– A jaka? – Matka spojrzała zdziwiona. Dostał od ojca burę i karę od nauczyciela, a jeszcze szkoła kazała odkupić cały zapas.

– Właściwie to wyszła różowa – wyjaśnił. – Sok był za rzadki, należało buraki mocniej wygotować. Ale różowa też ładnie pisała.

– Tylko czemuś pofarbował całą skrzynkę, nie wystarczyła ci jedna sztuka?

– To był przypadek. Ktoś mnie potrącił, przecież ci mówiłem, i cały sok wlał się do pudełka. Miałem przy sobie jeszcze sok z borówek, byłaby też niebieska. Kolorowa kreda jest bardzo praktyczna, nie rozumiem, czemu używa się białej.

– Ciekawe, że nikt jakoś się nie przyznał do potrącenia głównego winowajcy.

– Pewnie ze strachu – wyjaśnił matce.

– A dzisiaj też ktoś cię oblał ze strachu, mówiłeś, że nauczyciel?

– Ze strachu to nie, raczej w celach naukowych – wyjaśnił. – Pan od geografii zapytał wszystkich, w jakim kierunku płynie woda w rzece i od czego ten kierunek zależy – tłumaczył Wiktorii. – Nikt nie wiedział, ja też nie wiedziałem.

– No i? – Matka zawiesiła głos, ciekawa dalszej relacji.

– Ale się zgłosiłem – dodał, przewracając oczami. – Powiedziałem, chociaż nie byłem tego pewien, że zależy od tego, z której strony wieje wiatr. Tak sobie strzeliłem, dla żartu.

– I co nauczyciel?

– Nalał wody do garnuszka, kazał mi kucnąć przy ławce i zaczął lać na ławkę wodę, a mnie kazał dmuchać.

– Dmuchałeś?

– Dmuchałem – przyznał z pokorą.

– Oj, ty głupi, głupi.

– Tak dla żartu powiedziałem – powtórzył.

– No to on dla żartu kazał ci udawać wiatr.

– No i udawałem. Pod koniec lekcji uciekłem do domu, bo się ze mnie śmiali. Przez pomyłkę zostawiłem zeszyt i nie będę mógł odrobić lekcji. Ale jutro nie mam geografii – dodał na wszelki wypadek. – A Lutek gdzie, nie ma go jeszcze? – zapytał, odwracając uwagę od swojej osoby.

– Był na zbiórce, a teraz pewnie naprawiają krzyż. Poszedł razem ze Staszkiem Gołdynem. Jak chcesz, możesz im pomóc, tylko najpierw umyj talerz.

Polscy mieszkańcy w kolonii Krymno zachowali obyczaje z rodzinnych stron. Pragnęli, aby nowe miejsce było bliskie ich sercu, jak to, z którego przybyli. Stawiali święte kapliczki, a także krzyże, urządzali place do zabaw i sportów. Wszystko, co ze sobą przywieźli, co stanowiło o ich polskości i starej jak świat tradycji, próbowali odtworzyć na obcym terenie, głównie po to, żeby zyskać lokalną ojczyznę, żeby ją bardziej oswoić. Na głównym placu postawili krzyż. Zrobili go z wielkiej sosny wydartej z korzeniami z leśnych torfowisk spod Hołob. Postawili krzyż na siedem metrów wysoki, z ramionami po dwa metry w obie strony.

Na krzyżu umieszczono figurkę Chrystusa, a nad nią osłonę z blachy. Pod nią zaś owalny obrazek z wizerunkiem Matki Boskiej. Obrazek zabezpieczony był szybą. Żeby uświetnić to miejsce, mężczyźni ustawili sztachetowy płotek, a obok dwie ławeczki. Każdego roku kobiety przynosiły kwiaty, a ławki ozdabiały młodymi gałązkami brzozy. Dziewczęta wiązały gałązki w pary i nad ławką powstawało zielone sklepienie. Dobre miejsce na romantyczne spotkania.

Latem pod krzyżem pojawiał się drewniany ołtarz z obrazem Matki Boskiej i stały zawsze świeże kwiaty, bo latem, przy ładnej pogodzie odprawiano tam msze. W dni świąteczne zbierali się mieszkańcy i odmawiali ulubione modlitwy. Ludwik Kaliszewski, najlepszy we wsi śpiewak, intonował Maryjne pieśni, a głos miał Kaliszewski donośny. W powszednie dni, po pracy, gdy słońce kryło się już za lasem, zbierali się pod krzyżem na wieczorną modlitwę, którą kończyli o zmroku Aniołem Pańskim. Później, przy świecach lub lampach naftowych, chłopcy odprowadzali swoje dziewczyny, szczególnie te, które miały daleko do domu.

– A co z tym krzyżem? Rano stał jeszcze, widziałem go z drogi – dopytywał się Antek.

– Zaczął się przechylać, drewno od dołu przegniło. Była zbiórka w kościele na naprawę. Zebrali trochę grosza i kupili cement, jakieś kawałki szyn i teraz naprawiają.

– Po obiedzie pobiegnę zobaczyć. A Kazik już wrócił? – zapytał o brata, który chodził pierwszy rok do szkoły i bez przerwy chorował. Ciężko przeszedł zimę, trzeba go było wiecznie kontrolować.

– Wrócił, siedzi z Jankiem i chwali się przed nim nową książką do matematyki.

– Płacze jeszcze po koniu?

– Czasem płacze – potwierdziła Wikta, wycierając Heńkowi umazaną buzię. – Ubzdurał sobie, że to jego wina, że jakby nie podkradał ulęgałek, to Siwek by nie zdechł.

– Ale on śmieszny! – zawołał Antek. – Przecież Siwek już wcześniej był chory.

– Jemu nie wytłumaczysz, myśli, że to przez niego, bo jak ojciec wyprowadził Siwka z obory na ostatnie oglądanie świata, bo już widział, że biedak ledwo zipie, to on w tym czasie zajadał gruszki, zamiast się modlić o zdrowie dla konia, jak obiecał przy wieczornym pacierzu.

– Ale on śmieszny – powtórzył Antek.

Żal mu było młodszego brata. Taki był czasami dziecinny i rozbrajający. Lubił się bawić z Kaziem, bo w zabawach był niezmordowany, zapominając czasem, że na niektóre z nich brat jest jeszcze za mały. Na przykład na grę w palanta albo w dwa ognie. W dwa ognie grali piłką z krowiego włosia. Niektóre rzuty były bardzo mocne i uderzenie bolało. Ale Kazik aż rwał się do gry, choć czasem uciekał do mamy z płaczem, że dostał w brzuch albo w głowę. Potem Wiktoria ze ścierką po sadzie ich ganiała.

– Za to dobrze toczy fajerki. – Wiktoria broniła młodszego synka. – Ma do tego dryg. Żeby jeszcze zaczął więcej jeść – narzekała. – Ostatnio je tylko chleb moczony w śmietanie. Cukrem go posypie i to całe jego jedzenie. Kaszę to trzeba w niego wciskać na siłę. Jak ma być później zdrowy i ganiać za innymi?

Rzeczywiście, Kazik miał wyczucie równowagi i sprytne ręce. Najpierw ojciec zrobił mu obręcze z wikliny i haczyk z grubego drutu, żeby się wolniej toczyły, aby Kaziu się nie spocił. Ale chłopiec chciał gonić z innymi i szybko się przerzucił na fajerki ze starej płyty kuchennej. Za tymi trzeba się było solidnie nabiegać. Kaszy nie znosił, jadł tylko pod przymusem. Latem, przy ładnej pogodzie, jadali na ganku. Matka stawiała pośrodku ławę i przynosiła kaszę w wielkiej misce, czasem dodawała do niej mleka, innym razem polewała topioną słoniną. Można sobie było nabierać do woli. Ale chłopcy często psocili, Wiktoria musiała stale mieć ich na oku. Jednego dnia Kazik przycisnął głowę Jankowi, który się właśnie nachylał nad miską. Śniadanie wylądowało częściowo we włosach chłopca, częściowo na ławie. Kazik jak zawsze ratował się ucieczką. Bał się matczynej ścierki.

– Skaranie boskie z tymi chłopakami! – Ulubione powiedzenie Wiktorii często rozbrzmiewało przed domem. – I pamiętaj – pogroziła Antkowi – żebyś mi go więcej na dach nie ciągał, jak was tam jeszcze kiedyś zobaczę, będziecie biedni.

Pomiędzy studnią a stodołą, której szczyt był cofnięty o metr od linii zabudowy, Jan dostawił drewutnię. Obok składował drewno. Leżały tam przeważnie gałęzie z przecinek i pniaki wykopane z poręby. Chłopcy z okolicy, korzystając z tego, że stos pniaków sięgał czasem aż do okapu szopy, wchodzili po nich na stodołę, a później od kalenicy zsuwali się na portkach. Zabawa była przednia, ale karkołomna. Jeśli skaczący nie trafił na upatrzony wcześniej pniak, mógł się pogruchotać. Jednego dnia Kazik poszedł za Antkiem i też sobie skoczył. Niestety, niezbyt fortunnie. Rozbił sobie kolano i otarł całe udo, nie mówiąc o drzazgach, które mu ojciec jeszcze przez kilka dni wydłubywał spod skóry.

– Zeszłej niedzieli, wtedy gdyśmy go wszędzie szukali – przypominał matce – poszedł na mszę do cerkwi.

– Wiem, przyznał się ojcu. Chciał zobaczyć, jak modlą się Ukraińcy i dlaczego tak długo – wyjaśniła Antkowi.

Starsi chłopcy na co dzień mieli styczność z ukraińskimi kolegami, chodzili do wspólnej szkoły. Ukraińskiego uczyła Raja, córka popa z Krymna. Zachęcała małych Polaków, żeby poznawali też kulturę współmieszkańców i przychodzili do cerkwi w czasie nabożeństw. Rzadko któremu chciało się przeznaczać wolny czas na poznawanie tradycji, a Kaziu był dzieckiem ciekawym. W szkole większość uczniów była narodowości ukraińskiej. Mimo to zajęcia prowadzono po polsku, więc specjalnie dla tamtych wyznaczano dodatkowe godziny lekcyjne na naukę języka ukraińskiego oraz osobne lekcje religii dla dzieci o wyznaniu prawosławnym. Kazik rzeczywiście poszedł wtedy do cerkwi. Obejrzał razem z kolegą całe nabożeństwo. Opowiadał potem rodzicom, że w cerkwi nikt nie siada, a ludzie modlą się na stojąco, od czasu do czasu pochylając się i żegnając. Spowiedź, co bardzo mu odpowiadało, była dla wszystkich jednocześnie. Pop wypowiadał głośno formuły spowiedzi, a ludzie szeptali i uderzali się mocno w piersi.

– Bałem się trochę, że jak mnie zobaczy, to przegna z cerkwi, a chciałem wytrwać do końca – mówił w tajemnicy matce.

– Miałeś szczęście, że cię od razu nie ochrzcił na prawosławnego – żartowała z syna.

– Uciekłbym do domu. Biegam najszybciej z całej klasy.

Mimo niepozornej postury i słabego zdrowia przewyższał wszystkich aktywnością. Nie tylko szybko biegał, trudno mu było nawet usiedzieć w miejscu. Należał do harcerzy, dobrze walczył na lance, długie drewniane tyczki, i strzelał do celu z korkowca. Wszędzie go było pełno. Bez przerwy płatał figle. Gdy spali, zaplątywał rodzicom ubrania, rękawy albo nogawki wiązał w supły, czasami splatał mamy bluzkę z taty koszulą, a o świcie, gdy oboje próbowali ubrać się po cichu, żeby nie pobudzić dzieci, słyszał ich śmiech i przekleństwa. Wieczorem zawiązał im rękawy od nocnych koszul, czekał i nasłuchiwał, co się będzie działo, gdy zaczną się przebierać do snu. Ojciec lubił wykorzystywać chwile nocnej ciszy, żeby się powygłupiać z matką.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?