Kołysanka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zaraz po ślubie najważniejszym meblem, jaki stanął w ich małżeńskim pokoju, była właśnie etażerka. Cała, od góry do dołu, od razu zastawiona książkami. Bardzo zdziwiło to świeżo poślubioną małżonkę. Mąż nie zostawił dla niej ani jednej półki. Nie miała śmiałości protestować. Pomyślała, że z czasem zacznie wprowadzać własne porządki i książki znajdą ustronniejsze miejsce, a na etażerce postawi rodzinne pamiątki. Jednak niebawem zmieniła zdanie. Przy pierwszej wizycie w rodzinnym domu Michała poskarżyła się trochę teściowi na te książki na etażerce. Gdy zapytał, czy jego syn dobrze się sprawuje, odpowiedziała szybko:

– Bardzo dobrze. Wszystko się nam układa – zapewniła żarliwie, choć teść natychmiast wyczuł wahanie w jej głosie.

– Jednak coś cię chyba gryzie? – zapytał bardziej z grzeczności niż z ciekawości. Wiedział, że młode żony zazwyczaj miewają zastrzeżenia do charakteru mężów.

– Nie, nie – zaprzeczała z poczuciem wstydu, że już się chciała żalić, chociaż od ślubu minęło zaledwie kilka tygodni. – Nic mnie nie gryzie, a jeśli, to tylko głupstwa.

– Czasami i głupstwa bywają dokuczliwe. Mów, to mu nagadam do słuchu, żeby się poprawił. Może popija w koszarach i wraca podchmielony albo narzeka przy stole, albo źle się do ciebie odnosi? – pytał, choć znał Michała i wiedział, że takie zachowanie do niego nie pasuje.

– Nie. – Kasia roześmiała się sztywno. – Nie marudzi i nie popija, jest grzeczny.

– No, ale co? Wszystko bez zastrzeżeń?

Młoda mężatka spojrzała na teścia, zbierając w sobie odwagę.

– Za dużo czyta – wydusiła wreszcie, lekko zawstydzona. – Do obiadu bierze książkę, do kolacji gazetę, czyta na ławce przed domem, w ogrodzie, a potem, gdy ja już śpię, on ciągle czyta. Czy to jest zdrowe?

Wyznanie synowej wywołało uśmiech na twarzy teścia. Wydawał się rozbawiony, a po skończonym obiedzie powiedział do synowej:

– A teraz idź razem z Marysią na strych, niech ci wszystko pokaże.

Posłusznie poszła na strych za bratową.

– To pokój Michała i wszystko, co po nim zostało. – Pokazała Kasi. W małym pomieszczeniu stało wąziutkie łóżko z wyblakłym siennikiem i kilka starych walizek. Każda z nich była wypełniona książkami. – To jego skarby, masz szczęście, że większość zostawił w domu – dodała z uśmiechem.

Od tego czasu Kasia nie zabierała głosu w sprawie etażerki. Skoro to konik jej męża, taki życiowy bzik, bez którego Michał nie może się obyć, to jej nic do tego. Cieszyła się, że woli książki od innych uciech, z książkami da się żyć, one się nie kłócą. Przyzwyczaiła się do jego codziennych lektur.

– Co tam u dzieci, czytały dzisiaj? – zwrócił się do niej powtórnie.

– A gdzie tam, w taką pogodę, ledwo przyszły na obiad! Chłopcy to obiecali ojcu, że pójdą pozbierać jabłka, ale psocili, więc ich Buraki wysłali po mleko na wieś. Ale i z tego nic nie wyszło, bo Kazik pobił się z Konradem i z płaczem wrócił do domu, bo Konrad mu rozbił kolano. Dało się je szybko opatrzyć, więc pobiegł dalej psocić.

– Trzeba by wciąż na nich krzyczeć. – Michał pokiwał głową. – Wrócą, to się z nimi rozmówię – oświadczył żonie, choć nie był pewien, czy to uczyni.

W gruncie rzeczy synowie nie byli źli. Uczyli się dobrze, zbierali celujące oceny i wiele pochwał, psoty można więc im było wybaczyć. Widział kto chłopaka, który grzecznie spełnia polecenia i nie lubi brykać? Sam też brykał, kiedy był dzieckiem. Krótko, bo krótko, ale zdążył sporo nawywijać.

– Mają w sąsiedztwie równych sobie, więc całe dnie są poza domem, to o psoty nietrudno – podsumowała Kasia. – Jutro zostaną sami. Muszę uprzedzić mamę, żeby mieli z ojcem na nich oko. I Zosią trzeba się zająć.

– Wybierasz się gdzieś? – zapytał Michał, składając powoli gazetę.

– Zapisałam się przecież na kurs – wyjaśniła. – Rozmawialiśmy o tym. Chcę się nauczyć malować na suknie.

– To już, tak prędko? Mówiłaś mi o tym dwa tygodnie temu.

– No, ale były już zapisy, musiałam, bo miejsc mało. Zosia Tryszczyło mnie zapisała, ona też będzie chodziła.

– A na co ci malowanie? – zapytał żonę z uśmiechem. – Chcesz zostać artystką? Będziesz mi robić portrety? – żartował. – I Zosia z tobą, ona, artystka?

– Nie musisz się z nas nabijać. – Katarzyna udała obrażoną. – Jak można się czegoś nauczyć, to czemu nie. Poza tym – dodała – teraz są modne obrazki na czarnym suknie, maluje się gęstymi farbami, a potem wiesza na ścianach albo szyje z tego kapy, albo pokrycia na poduszki. Skoro mogę to zrobić, to po co kupować i wydawać pieniądze.

– No dobrze, dobrze, idź na ten kurs, nie mam obiekcji – odparł Michał, unosząc ręce w geście pojednania.

Wiedział, że żona ma plastyczne ciągoty i dryg do ręcznych robót. Cały dom wypełniały wykonane przez nią ozdoby. Lubił, jak cierpliwie tworzy swoje dzieła, zresztą całkiem udane, choć często nazbyt odważne. Na przykład wiśniowe kapy na łóżkach i poduszki z jaskrawym podbiciem, a na tym wyszywane przykrycia z batystu. Albo kolorowe makatki w kuchni i w łazience czy też malowane pudełka i firanki według jej projektu. Narobiła tego, że miejsca już brakowało. Nie wszystkie były udane, ale pal licho szmatki, to nie jest sprawa dla wojska.

Od rodziców dostali dwa pokoje i kuchnię na własny użytek, pozostałe dwa, z osobnym wejściem, zajmowali teściowie. Do tego piękny ogród za domem i dorodny sad. Miał więc wszystko, czego mu było trzeba. Kiedyś nawet nie marzył o domu. Pochodził z biednej rodziny. Los i uczciwi ludzie zadbali jednak o niego, a do tego sprzyjało mu szczęście.

Poza rodziną i książkami Michał kochał także kwiaty. Wstyd się przyznać, w końcu to raczej domena kobiet. Tym bardziej że w jego rodzinnym domu nikt się nie zajmował kwiatami. Mieli sporo innych spraw na głowie, a ziemia nie była po to, żeby ją marnować na zbytki. Matkę stracił dość wcześnie, nie pamiętał już, jaka była. Tyle że ładna i dobra, ale niemal każde dziecko tak postrzega swoją matkę.

– Więc cóż, jutro sam sobie weźmiesz obiad – przypomniała mężowi. – Mama dopilnuje Zosi, a ty zajmij się chłopcami.

– Niestety – spojrzał ze skruchą – ja też jutro wrócę później. Będziesz musiała uprzedzić rodziców, że nie będzie nas obojga. A obiad zjem w kantynie.

– Praca? – spytała, poprawiając przed lustrem włosy.

– Nie, co innego.

Jeszcze chwilkę czekała, jednak cisza wydawała się trwać zbyt długo.

– Stało się coś? – zapytała zdziwiona.

Ach, te męskie tajemnice. Niełatwo być żoną żołnierza. Misje wojskowe, tajne mapy, nocne alarmy, a potem jazda na koniu przez kilka dni. Wracał wyczerpany, wychudły, z podkrążonymi oczami, spowity nimbem tajemnicy. Chłopcy czasem lubią się pobawić, stwierdziła w końcu.

– Mam spotkanie. Przysłała mi dzisiaj list przez lokaja. – Michał wyjął z kieszeni kremowy bilecik od Wolańskiej i podał żonie.

Katarzyna poczuła ulgę.

– A, to ona, myślałam, że coś gorszego.

– Tym razem wyznaczyła mi spotkanie w winiarni, na rynku. Nie wiem dlaczego.

– W winiarni, a co to, wino będziecie pili? – Aż podniosła głos zaskoczona.

– Wino przecież dla ludzi. – Michał się obruszył. – To chyba nic zdrożnego?

– Tylko się nie upij – dodała już trochę ciszej.

Wstał z fotela. Rozumiał, że żony są złe, gdy ich mąż spotyka się z inną kobietą, nawet wtedy, gdy ta kobieta mogłaby być jego matką.

– Słyszałam plotki, że chcą sprzedać zamek w Grzymałowie i wyjechać do Lwowa.

– Gdzie o tym słyszałaś? – zapytał zdziwiony.

– Od twojej siostry. Ale to nic pewnego – uspokoiła go. – Tylko ludzie gadają, podobno wywozili meble z salonu i odesłali służbę kuchenną.

Córka jego siostry, Marii, od młodych lat pracowała w zamku, zatem powinna wiedzieć najlepiej. Czyżby więc spotkanie miało być pożegnaniem? Ta część życia, której czasem wolał nie znać, znów wkraczała w jego codzienność.

Następnego dnia prosto z koszar, zamiast Bramą Glińską do domu, Michał udał się do winiarni na spotkanie z Julią Wolańską. Właśnie wysiadała z powozu. Podała mu dłoń w ciemnej rękawiczce i weszli do środka. Stolik już czekał; jak zawsze przewidująca, pewnie przysłała wcześniej pokojówkę. Usiedli przy oknie. Widokiem na plac i na kościół wypełnili czas na kilka kolejnych sekund, które ukradli rozmowie. Zanim przyszedł kelner, on wspomniał o ładnej pogodzie, ona o kurzu, który unosił się za odjeżdżającym powozem. Potem Michał zamówił herbatę, zwykłą, czarną, bo taką lubił najbardziej, a ona z konfiturą z róży. Jeszcze kilka słów o pracy, czy jest zadowolony, i o dalszych planach dotyczących jego kariery. W końcu jednak przeszła do rzeczy.

– Panie Michale – zwróciła się doń oficjalnie – przywożę nie najlepsze wieści – zaczęła ostrożnie. Michał słuchał, ale nie czuł żadnych emocji. – Pana opiekun jest chory. Lekarze wprawdzie obiecują, łudzą nas, że jeszcze nie wszystko stracone, jednak stan się pogarsza z dnia na dzień według mnie – dodała. – Jestem w stałym kontakcie ze stryjem. Od śmierci mego ojca bywam u niego codziennie i widzę, co się dzieje.

– Już ostatnio, gdyśmy się widzieli – nawiązał do swej wielkanocnej wizyty – już wtedy nie czuł się dobrze.

– To było zwykłe przeziębienie, minęło bez śladu – weszła mu w słowo. – Teraz to co innego, lekarz twierdzi, że nastąpił wylew.

Michał poczuł się nieswojo.

– Rzeczywiście, smutna wiadomość – powiedział kurtuazyjnie.

Zebrał się w sobie, nie chciał być źle zrozumiany. Czuł wielką wdzięczność, przecież kim byłby, gdyby nie oni, ale ciążył mu taki układ, w którym co jakiś czas musiał za to dziękować. Zadrżała mu ręka, rozsypał cukier na stole, gruby kryształ zadzwonił o spodek. Hrabina Wolańska spojrzała nań przez grube szkła okularów.

 

– Zatem dopóki stan ten nie ulegnie poprawie, na co raczej nie można liczyć, muszę odwołać następne spotkanie, a wiem, że się do pana wybierał i obiecał któremuś z dzieci, że zajrzy w czasie wakacji.

– Tak, obiecywał, zdaje się, Zosi. Coś jej tam naopowiadał, chyba jakąś bajkę, i zapewnił, że dostanie od niego kukiełkę.

– Więc dziecko będzie zawiedzione – stwierdziła ze smutkiem.

– Już chyba nie pamięta tamtej obietnicy – zapewnił ją na wszelki wypadek.

Niczego nie oczekiwał ani o nic nie prosił, dosyć mu dali na starcie. Chciał sam decydować i żyć bez strachu, że czasami kogoś zawiedzie.

– Mam nadzieję. Gdyby jednak wspomniała, że czeka, to proszę do mnie napisać. Postaram się zastąpić stryja. Tymczasem w zamku sporo się dzieje, więc byłabym wdzięczna za wiadomość, bo mam teraz zbyt wiele na głowie. Moja matka wybiera się za granicę. – Hrabina zmieniła temat. – Uważa, że tutaj robi się niebezpiecznie. W sumie to dobrze, gdyby doszło do rozruchów, będę o nią spokojna – zwierzała się Michałowi. – Z drugiej strony szkoda, bo teraz, gdy skończył się remont zamku i zabudowań gospodarczych, jest gdzie odpoczywać.

– W mieście mówi się, że Grzymałów sprzedany.

– Jak to sprzedany? Teraz, gdyśmy się zadłużyli, żeby go wyciągnąć z ruiny? Po wojnie, w roku dwudziestym w zamku nie dało się mieszkać, a teraz to prawdziwe cacko – dodała z uśmiechem satysfakcji.

– Rzeczywiście, zamek z roku na rok wygląda piękniej, byłoby żal. – Michał próbował jakoś z tego wybrnąć.

– Wie pan – podniosła na niego ciemnoszare oczy – posiadanie majątku ziemskiego to nie tyle przywilej, ile przede wszystkim odpowiedzialność. To nie są moje słowa, ale w rodzinie często się je przytacza jako memento i główną zasadę.

– Mądre słowa – wykrztusił Michał.

Julia dyskretnie wytarła oczy i spojrzała w okno. Michał najchętniej zakończyłby tę rozmowę, lecz Wolańska odezwała się znów, bardzo trzeźwo i w zupełnie innej sprawie.

– Panie Michale, właściwie chciałam pana o coś prosić – powiedziała.

– Jeśli mogę do czegoś się przydać. – Michał nastawił ucha, nieco skrępowany, że tak szybko chciał się jej pozbyć.

– Chodzi o naszą ochronkę, sióstr służebniczek. Jak co roku będę szyła ciepłe ubrania na jesień, dla najuboższych dzieci. Słyszałam, że pana żona ma dryg do szycia. Już sobie z tym nie radzę, a potrzebujących przybywa. Gdybym tak podesłała materiał, nici i wykroje? – zapytała wprost.

Michał w pierwszej chwili nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Oczywiście, zapytam, z pewnością nie odmówi – szybko się zreflektował.

Nie wypadało inaczej, mimo że nie był pewny reakcji żony. Nie była altruistką, to już wiedział. Będzie się wić i wykręcać, wyrzucać mu, że dokłada jej pracy. Przecież nie lubiła jego koneksji. Korzystała z nich, jeśli zdarzyła się okazja ku temu, ale wdzięczności nie chciała okazywać.

– Cieszę się, panie Michale. To dla mnie duża pomoc. Dzieci przybywa, a rąk do pomocy mało. Tym najmłodszym siostry szyją wszystko, a ja muszę zadbać o starsze. Dostarczę, co trzeba, a potem przyślę kogoś po odbiór – powiedziała, wstając. – Przepraszam, że już uciekam, czekają na mnie konie. – Spojrzała na zegar na wieży kościoła. – Pod koniec miesiąca przyślę służącą, wyjaśni wszystko żonie, zaoferuje zapłatę.

– O zapłacie nie ma mowy – zaprotestował Michał.

– A więc coś symbolicznego, w ramach wdzięczności. – Julia ucieszyła się szczerze. – Coś z domowych zapasów, dla pańskich dzieci – dodała radośnie.

Po chwili usłyszał stukot jej obcasów i zobaczył, jak skręciła w wąską uliczkę. Zapłacił kelnerowi, dodając niewielki napiwek, poprawił mundur i wyszedł na ulicę. Po drodze rozmyślał o tym spotkaniu. Czym zasłużył na troskę ze strony tej zacnej kobiety? Obiecał sobie, że następnym razem za wszystko jej podziękuje. Spojrzał w stronę, w którą odeszła. Była taka elegancka, grzeczna i dystyngowana, budziła w nim szacunek i onieśmielenie. Dogoniłby ją, gdyby wiedział, że to ich ostatnie spotkanie.

***

– Tylko czy ja potrafię tak dobrze szyć, żeby ją zadowolić? Dla siebie szyję, ale dla niej mogę być mało dokładna – lamentowała Katarzyna.

– Kasiu, to nie mają być suknie na bal, tylko proste ubrania, bez falbanek i bez kokardek. Przecież niedawno uszyłaś płaszczyk dla Zosi, marynarkę Zbyszkowi, a matce nową spódnicę i co, chodzą w tym?

– Chodzą.

– A ludzie chwalą czy pokazują palcem? – żartował.

– Chwalą. Zosia Tryszczyło nawet chciała przynieść materiał na bluzkę dla siebie.

– No, to czego się boisz?

– Jeszcze nigdy nie szyłam dla obcych.

– To biedne dzieci, chodzi o to, żeby nie marzły zimą. Dostaniesz gotowe wykroje, materiał i wystarczy wszystko pozszywać – stwierdził bezkrytycznie.

– Łatwo ci mówić. – Kasia nie była tym zachwycona. Siedziała markotna przy stole. – Nawet nie wiesz, ile to pracy i czasu, a kto się zajmie domem? – zmartwiła się nie na żarty.

Michał wiedział, że będą kłopoty. Musiał jednak jakoś ją przekonać. Rozmawiali o tym cały wieczór. Kilka razy fuknęła na niego zła, rzuciła kilka zdań, którymi go dotknęła, ale koniec końców wyraziła zgodę. Kolejny raz przekonał się, że nie ma jak negocjacje. Z kobietą trzeba długo rozmawiać, dać jej czas, a wtedy na wszystko się zgodzi.

Dzień był pochmurny, lecz ciepły, a wieczór w końcu dość parny. Usiedli wspólnie w ogrodzie. Georginie pod płotem wyrosły wysoko. Wielkie głowy wychylały się poza sztachety. Michał musiał podwiązać kwiaty.

– Krępuje mnie ta sytuacja – wspomniał rozmowę z Wolańską. – Ale cóż mam zrobić? Nie wybierałem swojego losu, sam się do mnie przyczepił – stwierdził pokornie. – A oni, no cóż, zrobili, co mogli, i muszę być im wdzięczny, to mój obowiązek. Ale nie mówmy o tym przy innych – prosił żonę. – Wymknie się przypadkiem, któraś z sąsiadek usłyszy, to zaczną nas obmawiać. Ludzie bywają zawistni. Przed dziećmi sza, nie mogą o niczym wiedzieć.

– Zobacz. – Kasia kiwnęła głową w kierunku drogi. – Znów siedzi.

– Kto? – zapytał Michał.

– Nasza córka. – Pokazała palcem. – Chyba patrzy na księżyc. Dziwne dziecko.

– Po prostu wszystko ją ciekawi, to dobry objaw, nie widzę w tym niczego dziwnego – uspokajał żonę.

– Ciągle tylko duma.

– Jest jeszcze dzieckiem.

– Ma sześć lat.

– Daj spokój, Kasiu.

Następnego dnia Michał przywiózł wiadomość, że w niedzielę wszyscy idą do koszar na uroczysty obiad w wojskowej kantynie, a potem pojadą za miasto, tam, gdzie trzymano konie. Odbędą się zawody jeździeckie i wojskowa parada. Wojsko miało własną ujeżdżalnię i specjalny tor wyścigowy. Przy okazji była zazwyczaj smakowita kuchnia i wojskowa orkiestra. Pułk Strzelców Konnych imienia Hetmana Wielkiego Koronnego Stanisława Żółkiewskiego kilka razy do roku organizował takie imprezy na wolnym powietrzu.

Za miastem rozciągał się las zwany Harajem. Legenda mówiła, że pewnego dnia stanął w tym lesie hetman Żółkiewski i zawołał: „Ha, tu jest raj!”. Echo połączyło słowa w jedno. Od tego okrzyku wywodziła się nazwa Haraj. Urządzano tu majówki, festyny dla kadry i żołnierzy. Dzieci je uwielbiały, Katarzyna również. Codzienność nabierała wtedy barw, można było snuć plany dotyczące stroju i umawiać się ze znajomymi.

Każdego roku, z końcem wakacji, rozpoczynał się okres polowań. Najpierw jednak pod koniec września uroczyście witano pułk powracający z manewrów. Żony oficerów organizowały bal dla swoich mężów oraz podoficerów, którzy brali udział w zawodach. A już trzeciego listopada we wszystkich jednostkach obchodzono uroczyście Dzień Świętego Huberta. Urządzano bieg „za lisem”, w trakcie gonitwy podawano bigos, a wieczorem odbywał się uroczysty bal w kasynie.

Życie rodzin wojskowych nie było nudne. Mimo że wachmistrzowie, żeby szkolić swoje szwadrony, często pracowali popołudniami, jednak znajdowali jeszcze czas na rozrywki. Zresztą dość sztywny regulamin pułku przewidywał i zalecał ścisły kontakt z resztą społeczności, chodziło o poznanie nastrojów i aktualnych spraw, o których dyskutowano w kawiarniach i klubach. Dlatego oficerów i podoficerów często widywało się w restauracjach, teatrach i na dansingach.

W każdym garnizonowym mieście były określone miejsca, które mogli odwiedzać. Oficerowie z reguły uczęszczali do lokali pierwszej kategorii. Szeregowych rzadko tam widywano, chyba że przyszli w cywilu.

Michał Gruda w imię obowiązków służbowych potrafił się czasem zasiedzieć i, niestety, wracał wtedy do domu na rauszu. Potem się rehabilitował, z oddaniem dbając o rozrywki żony lub atrakcje dla dzieci. Zresztą było w czym wybierać.

– Ładnie ci w tej sukience – skomplementował Kasię, widząc, że żona szykuje kreację na festyn.

– W zielonym kolorze zawsze mi było do twarzy, tylko kapelusz trochę nie pasuje. – Stała przy lustrze wpatrzona we własne odbicie.

– Wystarczy, jak zmienisz wstążkę – poradziła matka. – Niebieska gryzie się z zielenią, weź żółtą. – Obserwowała, jak córka odwraca się w obie strony, sprawdzając, czy sukienka leży, jak trzeba.

– Masz rację, muszę tak zrobić albo po prostu włożę kapelusz bez wstążki, zostawię tylko ten biały otok i kwiaty. – Kasia oddaliła się nieco od lustra.

Pani Barbara towarzyszyła córce w czasie przymierzania sukni, choć sama od dawna chodziła w habicie. Zapomniała już, co znaczy stroić się i przebierać. Zaraz po śmierci syna wstąpiła do świeckiego zakonu, przywdziała franciszkańskie szaty i zawiesiła na szyi krzyż. Złożyła też śluby życia w czystości, prostocie i ściśle według zasad Ewangelii. Każdego dnia o świcie szła do kościoła modlić się za życie i szczęście córki oraz jej rodziny. Chciała w ten sposób ustrzec swoich bliskich od nieszczęść, których sama doświadczyła. Mąż, Jan, uszanował jej śluby bez zastrzeżeń, sam nie miał dość sił, żeby aż tak służyć Bogu, z pokorą więc przyjął poświęcenie żony, które stało się jednocześnie pokutą dla niego.

A tuż za miedzą, w środkowej i wschodniej Ukrainie, działy się rzeczy straszne. Wielki głód pochłaniał niewinne ofiary szaleńca. Barbara dziękowała Bogu w modlitwach, że ich od tego uchronił. Nie ocalił wprawdzie jej dzieci, zabrał i córkę, i syna, lecz na otarcie łez zostawił Kasię. Miała więc za co dziękować i o co prosić Pana w niebiosach. Dziękowała za Piłsudskiego, że ich wyzwolił z rąk szatana. Jakie mieliby szanse na życie po drugiej stronie granicy, gdyby nie Bóg i modlitwa? To cud, że nie wyjechali z rodziną na wschodnie tereny. Jej całe rodzeństwo przepadło bez śladu w okropieństwach gułagów i głodu. Nikt nie znał ich losu, zapadli się jak kamień w wodę. Tymczasem ona mogła się cieszyć dostatnim życiem, udanym zięciem i wnukami. Choćby taką Zosią, która siedziała teraz w kąciku przy łóżku. Błyszczącymi oczami z miłością wpatrywała się w matkę. Podziwiała jej sukienkę i kapelusz, być może trochę zazdrościła, a z pewnością, znając bliżej to dziwne stworzonko, marzyła, że może kiedyś dostanie podobną kreację i kapelusz z żółtymi kwiatami.

– Muńciu – zwróciła się nagle do Katarzyny. – A w co mnie ubierzesz na festyn?

Barbara popatrzyła na córkę i wnuczkę z czułością. Ten mocny łańcuch, kontynuacja kobiecych losów, objawiona i widoczna jak na dłoni, dawał jej siłę. Miała teraz piękne życie, wierzyła w to z całych sił, wierzyła, że dożyje późnej starości w poczuciu spełnienia.