Kołysanka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ewa coś smutna jak na pannę młodą – zagadnął Jana, czując na plecach jego wzrok. – Może u ojca było jej za dobrze, że chlipie nad talerzem.

– Na to wygląda – przytaknął Kuśmierczyk. – Chciałaby pewnie innego wesela. Młodzi hodują własne myśli o szczęściu. Bo ten ślub trochę na siłę – przyznał się szwagrowi. – Nie wiem, co Żebrowskiego tak przypiliło, że nie chciał czekać do wiosny. Ale Tomek to dobry chłopak, cichy i spokojny.

– Byle nie był leniwy – dorzucił Sornat.

– Mówią, że robotny, ale kto wie, czy uniesie ciężar rodziny. Wszystko z początku wydaje się łatwe. Naiwniak ten, co marzy, że tak już pozostanie. Nie wie, że we wspólnym życiu więcej jest pułapek niż w pobliskich lasach sideł na zwierzynę. Szybko się przekona, jak mu kłopotów przybędzie. Są jeszcze jak dzieci, które martwią się tylko tym, co teraz, a przeszłość i przyszłość według nich należy się starszym.

– No, ciebie życie raczej nie szczędziło. – Przypomniał Janowi, jak po kolei tracił i siostry, i brata. – A teraz ta Rozalka. Nie mieści się po prostu w głowie. Ciężko na sercu, jak dzieci Bóg zabiera, a wy straciliście obydwie córki.

Jan tylko pokiwał głową. Nalał do kieliszka wódki i szybko wypił. Wolał nie wspominać zmarłych dziewczynek.

– Nie chciałem wypytywać Wiktorii. Świeża sprawa i widzę, że źle to znosi. Że Genia umarła na szkarlatynę, to wiemy, pisałeś do Walerki. Straszna wiadomość, bardzo to przeżyła.

– Tak, zmarła na szkarlatynę. Dzieciaki się pochorowały. Nie wiadomo, skąd to przyszło, Lutek też zachorował, ale jemu się udało. A Genia umarła. Biedactwo, tyle się namęczyła. Płakać się chce na samą myśl.

– Walerka stęskniona za wami i często wspomina. – Sornat zmienił temat, widział, że Jan aż poszarzał na twarzy.

– No tak, Walerka była nam jak córka. Nie myślałem, że kiedyś odejdzie na swoje. Uważałem, że tutaj założy rodzinę. Była z nami od samego początku, w najtrudniejszych chwilach, bez niej byłoby ciężko. Szkoda, że wyjechała. My też za nią tęsknimy.

– Nie dała się zatrzymać? – podpytywał szwagier.

– Ano nie dała. Nie czuła się tu dobrze. Chciała wracać w rodzinne strony, nie potrafiłem jej tego odradzić. Miała z tym miejscem niedobre wspomnienia.

– Nic nam nie mówiła, raczej zawsze chwaliła, że dobrze jej u was było.

– Tu, niedaleko, pod Stochodem, walczył jej chłopak. Był ranny, zachorował na tyfus, ale wyzdrowiał i wrócił na front. Potem zginął we Włoszech. Mówiła, że źle jej się Krymno kojarzy. Może to prawda, a może tylko pretekst, żeby wrócić do Gruszczyna, do swoich. Zrobiła, jak chciała, każdy musi sam decydować – podsumował. – Kobiety jakoś nie trzymają się naszej rodziny.

Sornat spojrzał na szwagra. Nie bardzo rozumiał, o co Janowi chodzi.

– Wszystkie odchodzą, nawet Walerka. Teraz idzie Ewa, Mańka też długo nie zagrzeje miejsca. Zostanę ja, Lutek, Antek i Kazik.

– No i jeszcze Wikta – zauważył Sornat.

– O tak, ona jest jak skała. Z inną kobietą dawno bym zginął – odparł Jan i zawiesił głos, jakby przełykał ślinę. Potem znowu nalał sobie wódki i wypił. – A Rozalka nie dożyła nawet roku. Nie było nas przy tym, szczegółów nie znamy. Tylko tyle, co mówili Mańka i Antoś. Zakrztusiła się. Nie było nas wtedy – powtórzył. – Mańka ją karmiła, może kaszka zrobiła się za gęsta, nie wiem, może napuchła w mleku, a Mańka się zagapiła? Każdemu mogło się zdarzyć. Był przy tym Antek, on pierwszy zauważył, że dziecko się krztusi, i pobiegł po Wiktorię. Poszła do obory doglądać cielaka. Jak przybiegła, było po wszystkim. Coś tam próbowała, chciała pomóc, wiesz, jak to jest. Człowiek traci głowę, nawet taki ktoś jak Wikta. To musiało być straszne. Antek tak głośno krzyczał, wołał na nią, że aż się rozchorował. Stracił od tego głos. Trzeba z nim było jechać do lekarza, bośmy się przestraszyli. Lekarz mówił, że krwiaka ma w gardle od tego. Kilka dni nie mógł wydobyć głosu. Mańka uciekła z domu, na pogrzeb nie poszła. Okropne to było, każdemu z nas ta sprawa w myślach stoi, chciałoby się wyrzucić ją z głowy, zapomnieć. – Rozłożył ręce. – Nie da rady. Z Wiktą o tym nie mówimy. To zakazany temat i złe przywodzi wspomnienia, nie pytaj jej, nie współczuj, bo zacznie na nowo płakać.

– Nasza Julka też straciła córkę. – Sornat próbował go pocieszać. – Mała utopiła się pod samym domem, miała dwa latka. Wystarczyła chwila, poszła na rów za kurczętami. Gdzieś chlupnęło, Julka usłyszała i pobiegła, ale było już po wszystkim – opowiadał. – Jest, jak mówisz, Jasiu, smutki przylegają do serca jak smoła do buta, a radość powszednieje. Szkoda, lepiej byłoby nam teraz, jakbyśmy nie wspominali.

– Mądre słowa. – Jan przyznał mu rację. – Jest czas wesela, to chyba czas się weselić. – Szturchnął szwagra łokciem i podniósł kieliszek. – Przed nami droga powrotna, czas rozgrzać ciało do czerwoności.

– Może i racja. – Sornat nalał sobie wódki do szklanki. – I za zdrowie młodej pary! – Uderzył w stół butelką, aż podskoczyły naczynia.

– A no, na zdrowie – przypił do niego Jan.

Wesele rozkręcało się na dobre. Goście zapomnieli o mrozie i o tym, że czeka ich jeszcze otrzeźwiający powrót do domu. Ewa dała się wreszcie namówić na kilka kieliszków wódki i zapomniała o smutkach. Marianna zerkała na przystojnego chłopaka, który pojawił się niespodziewanie na weselu. Przyszedł na obiad, nie wiedział, że lokal zajęty. Okazało się, że to znajomy Olka Głowali, tego samego, co to nie chciał Walerki za żonę. Podpici weselnicy zaprosili przybysza do stołu. Okazał się wesołym kompanem. Mańka nie spuszczała go z oczu, aż ją Wiktoria musiała przywołać do porządku.

Jan patrzył na swoje córki i cieszył się, że obie tak mu się udały, każda inna, a każda na swój sposób doskonała. Nie powie tego żonie, to nie jej dzieci, jest o nie zazdrosna. Jeszcze coś złośliwego rzuci, jak to czasem kobieta, a jemu będzie przykro. Nauczyli się nie podsycać w sobie złości i smutku. Przecież życia to nie ułatwi.

KRYMNO 1931

W styczniu Wiktoria znowu była w połogu. Kolejny chłopak w rodzinie. Długo szukała dla niego imienia. Liczyła, że urodzi dziewczynkę. Myślała, że może los da jej trzecią szansę. Dziewczynka miała mieć na imię Janka, więc Wikta zdecydowała, że chłopak zostanie Janem. Będzie w rodzinie drugi Jan Kuśmierczyk, stwierdziła przekornie.

Była już zmęczona porodami. Za kilka miesięcy skończy czterdzieści lat. Czuła, że traci siły. Ósmy raz noszenie przed sobą ciężaru, ósmy raz strach, obawa, czy wszystko dobrze się skończy. Z każdym kolejnym bała się coraz bardziej. Straciła już troje dzieci, ciężki los matki, trudny los kobiety, rodzić i żegnać w bólu. Wieczny lęk i niepewność, czy uda się tym razem, czy nie.

Tymczasem kolejna mroźna zima zawitała do polskiej osady na Polesiu. Z każdym rokiem mieszkańcy oswajali się z zimowym krajobrazem i uczyli zasad przetrwania. Wystarczyło umiejętnie zabezpieczyć zapasy, zadbać o paszę dla zwierząt i opał dla ludzi, a okazywało się, że życie pośród lodu i śniegu ma swoje dobre strony. Gdy pierwsze mrozy ścinały rzeki i strumienie, rozlewiska Prypeci łączyły się w jeden biały ląd, a jeśli gospodarz miał odpowiednie sanie, nie było miejsc, do których nie dałoby się dojechać. Zamarznięte koryta wód zamieniały się w bezpieczne i szybkie drogi. Tam, gdzie wcześniej były łąki i pola, wśród piaszczystych łachów, leśnych ostępów latem pełnych ptaków i zwierząt, zimą nastawała niezmącona cisza, którą od czasu do czasu przerywał krzyk spłoszonego kosa, skrzeczenie sroki lub odgłosy gawronich kłótni. Ziemię przykrywał śnieg, a pod nim lód twardy jak granit. A po tym śniegu i lodzie mknęły sanie, bo nic oprócz leśnych kniei nie było dla nich teraz przeszkodą. Z każdym tygodniem zimy przybywało sań z towarami. Zwożono ziarno do młynów, drzewo do tartaków, łatwo było prowadzić na targ zwierzęta. Szło się przez łąki sąsiadów, bo zimą, jeśli płoty nie były przeszkodą, nie obowiązywały żadne granice i bydło docierało bez strat do celu. Gdy się miało ciepły przyodziewek, siłę w nogach i nieco prowiantu, można było wędrować piechotą i dotrzeć do miejsc, do których w najbardziej suche lata nikt nie był w stanie dojechać.

Kazik miał już cztery latka, Józek pięć, Antek w styczniu obchodził szóste urodziny, a Lucjan latem skończy jedenaście. Janek był najmłodszy. Niezły przychówek, gdyby żył pierworodny Edek i obie dziewczynki, byłoby ich ośmioro. Wiktoria zdecydowała, że już wystarczy, czas najwyższy odpocząć.

KRYMNO 1933, JÓZEK

Janek skończył dwa latka, gdy na świat przyszedł jego brat Henryk. Kolejny chłopczyk. Myślała, że nie podoła, ale dość dobrze zniosła ciążę i trudy porodu. Skąd brała siły? Nie miała pojęcia. Kołyska znów powędrowała pod okno, a Wiktoria przy lampie naftowej szyła kolejne koszule i spodnie dla swoich mężczyzn. Trudno było zliczyć metry zużytej na ten cel tkaniny. W drewnianych skrzynkach piętrzyły się chłopięce zabawki, proce, drewniane miecze, pukawki, piłki i ani jednej lalki.

Tymczasem Ewa oswoiła się już z rolą gospodyni, choć mieszkanie z teściami nie było takie łatwe i proste. Normalnie młodzi musieli się dotrzeć. Teść był człowiekiem zaborczym i trudnym, nie łagodnym jak Jan i ugodowym. Ewa nie przywykła do połajanek i uwag. Żebrowski naciskał bezwzględnie na syna, żeby ten wymusił na żonie resztę należnej sumy. Tomek nie miał odwagi postawić się ojcu, nie chciał prowokować kolejnej awantury i nękał pytaniami wystraszoną Ewę. W matce nie miał oparcia. Ustępowała mężowi na każdym kroku, dogadzała, a w sprawach zasadniczych nie zabierała głosu. Zresztą miała w tym czasie własne kłopoty. Od jesieni nie czuła się dobrze, nogi jej spuchły w stawach i bolały niemiłosiernie. Ewa coraz częściej musiała zastępować świekrę w pracach domowych. Z jednej strony dzięki temu miała więcej swobody, bo Żebrowska nie patrzyła jej na ręce, z drugiej trudno było prowadzić dom bez niczyjej pomocy. Bała się nowych obowiązków, nie znała ani posiłków, do których przywykli, ani obrządku, który spadł na jej barki. Na szczęście teściowa nie była zbyt nachalna i wymagająca. Cieszyła się, że w synowej znalazła wyrękę. Mimo to Ewa nieraz biegła z płaczem do ojca i macochy, żeby się wyżalić.

 

Pod koniec kwietnia przyszła zapłakana i oświadczyła, że chyba jest w ciąży, a Tomek, naciskany bez przerwy przez ojca, nie chce już czekać na drugą ratę posagu i dopomina się o pieniądze. Któregoś dnia Jan się zdenerwował. Umówił się ze starym Żebrowskim na długą rozmowę. Kupił pół litra i poszli za stodołę, żeby zakończyć drażliwą sprawę. Męska rozmowa wystarczyła, jakoś się dogadali.

W październiku Ewa urodziła syna. Dali mu na imię Stanisław. Narodziny pierworodnego, a może tamta rozmowa obu ojców, raz na zawsze zakończyły małżeńskie problemy. Następnego roku młodym Żebrowskim urodziła się córka, Natalia.

***

Kilka dni po chrzcinach, gdy Stach Żebrowski stał się dzieckiem Kościoła, w piękne październikowe przedpołudnie Jan zabrał Józka do lasu. Syna pasjonowały ptaki. Ojciec obiecał mu, że się razem wybiorą na wyprawę. Chcieli wypatrzyć orła, co sobie gniazdo wielkie na starej sośnie zrobił. Zauważyli ptaka z Lutkiem tamtej wiosny, Lutek zapomniał, ale Józek pamiętał. Po roku chciał tylko spojrzeć i sprawdzić, czy w gnieździe są pisklęta. Jan mu tłumaczył, że nie ma, bo musiałaby być para orłów, a orzeł był jeden. Ale dzieciak nie dawał spokoju. Wikta włożyła Józkowi wysokie buty, żeby go gad jakiś nie ukąsił, dała kapelusz z woalką, gdyż komary cięły bezlitośnie, i natarła chłopca majerankiem, komary nie lubią mocnych zapachów. Poszli do lasu o świcie, kawał drogi, za Luć, aż do starego gaju. Niestety, orła nie było, gniazdo ktoś zrzucił na ziemię. Widocznie komuś przeszkadzał ptak na sośnie. Chłopiec był niepocieszony, wrócił do domu markotny, martwił się o ptaka, że go na pewno ktoś zastrzelił jak kaczkę. Długo mu Lutek czytał w łóżku bajki, zanim malec spokojnie zasnął.

Jan widział w Józku siebie. Wspominał swoje dzieciństwo, a potem dalsze lata. Też chodził podglądać ptaki, znał ich zwyczaje, a nawet drogi przelotu. Chodził nocami na łąki, w doliny, nasłuchiwał o świcie, bo wtedy najpiękniej śpiewały. Patrząc na śpiącego syna, pomyślał, że chyba właśnie jemu przekazał miłość do ptaków i ciekawość przyrody. Postanowił, że jak syn dorośnie, to go będzie kształcił. Mądry był dzieciak i dociekliwy, może zostanie kimś ważnym. Nie wszyscy muszą uprawiać ziemię, jak on i jego sąsiedzi.

Jednak ta nadzieja nie miała się ziścić. Po kilku tygodniach od leśnej wyprawy zaczęły się z chłopcem kłopoty. Gorączkował, dostał na skórze dziwnych niepokojących plam, głównie na plecach. Plamy najpierw nie chciały zejść, ale w końcu zniknęły i dzieciak trochę wydobrzał. Na krótko. Po kilku dniach wszystko wróciło i doszły inne symptomy. Pojechali z Wiktą do lekarza. Lekarz, jak tylko zobaczył Józka, to od razu zapytał, czy go czasami kleszcz jakiś nie ugryzł. Wiktoria potwierdziła. Przypomniała sobie, że rzeczywiście miał kleszcza pod pachą.

– Ale mały był, nawet nie zdążył się napić. Zaledwie przeciął skórę. Wyszedł, jak pociągnęłam, i nie zostawił śladu – przerażona tłumaczyła lekarzowi. Dobrze wiedziała, co to może znaczyć.

– Niestety, symptomy typowe. Bóle głowy, gorączka, omdlenia, utrata świadomości, plamy, o których mówicie. Wszystko się zgadza. – Lekarz nie miał litości, a oni musieli tego słuchać.

Józek skończył siedem lat, jesienią poszedł do szkoły. Zmarł krótko przed Bożym Narodzeniem.

ŻÓŁKIEW 1934

– Kasiu, zrób coś z tym dzieckiem! – zawołała matka. – Siedzi od rana na stopniu werandy i patrzy w niebo.

– Zosia tak zawsze, to nie wiesz? Marzycielka – skwitowała córka i wyszła do ogrodu, by zdjąć ze sznura bieliznę.

Nadciągała burza, a wykrochmalona pościel furkotała na wietrze. Cóż za pech, pomyślała Kasia. Gdzie się z tym teraz podzieję. Los haftowanych prześcieradeł był przesądzony. Gdzie jej w tej chwili martwić się dziwną Zosią.

Katarzyna oswoiła się z faktem, że urodziła istotę, która częściej bujała w obłokach, niż stała na ziemi. Ludzie pytali: Co z tej małej wyrośnie? Coś wyrośnie, myślała z nadzieją. Dostanie swoją lekcję od życia jak każda z nas. Zresztą, może i dobrze. Przynajmniej nie skacze po drzewach i nie rozbija kolan jak Kazik i Zbyszek. Tych nigdy nie można zdyscyplinować. Nie wiadomo, co lepsze. Dobrze, że chociaż ojca się boją. Dziewczyna nie musi być bystra, uznała w końcu, wyjdzie za mąż, to zapomni o niebie. Niech się cieszy dzieciństwem, dopóki może, nim życiowy kierat pochłonie bez reszty ten jej ulotny świat, który tak ją w tej chwili zachwyca, niechaj patrzy w to niebo, ile dusza zapragnie.

– Zosiu, chodź już, zaczyna kropić – zawołała.

– Tej małej trzeba pilnować – znowu odezwała się matka, w sprawie Zosi zawsze chętna do udzielania porad. – Wczoraj pół dnia przesiedziała na łące u tych starych panien, nazrywała maków, podeptała grządki, a Kazik ze Zbyszkiem w tym czasie natrzęśli gruszek w sadzie. Będziemy mieli co słuchać, kiedy przyjdą do nas na skargę. Ze starymi pannami nie ma żartów. Zresztą ja bym też goniła, gdyby mi grządki deptali.

– Skaranie boskie z tymi dziećmi – zawtórowała jej Kasia.

Michał trzymał chłopców męską ręką, bo chciał ich dobrze wychować, ale czy da się okiełznać młode lwiątka, pełne energii i hartu? Jakimż są przeciwieństwem małej Zosi. Jej do szczęścia potrzebne tylko łąki pełne kwiatów, motyli i garść robaków.

– Zosiu, a czegoś ty znowu szukała w chmurach? – pytała córkę, gdy ta grzecznie usiadła do stołu. Oczy miała jeszcze trochę przydymione błękitem nieba i błogi uśmiech na buzi.

– A bo… – zająknęła się dziewczynka, jakby się bała zdradzić tajemnicę. – Na drzewa patrzyłam. Bo drzewa ze sobą gadały – powiedziała cicho do matki. – Kasztan z lipą, nasza lipa jest przecież chora – dodała. – Tuńcio powiedział, że trzeba będzie ją ściąć, i lipa się żaliła.

– Jak to, ojciec chce wyciąć lipę? – Katarzyna była zdziwiona.

– Chce – potwierdziła Zosia. – Słyszałam, jak mówił, że gubi gałęzie i podwórko brudzi.

– To może poproś, żeby ją oszczędził, jeśli żal ci lipy.

Dziewczynka spojrzała na matkę. Przecież wszyscy w domu wiedzieli, że tata nie słucha Zosi. Kazika, Zbyszka owszem, dużo rozmawiał z jej braćmi, nawet kiedy był zły i zmęczony, ale na nią nie zwracał uwagi.

Wychowanie córki Michał w całości powierzył żonie. Uważał, że kobiety to istoty wrażliwe, szanować je trzeba, owszem, dbać i pilnować, dlaczego nie, czasami można się ich poradzić, lecz wychowywać – to już za duży kłopot.

– Niech babcia poprosi Tuńcia – podsunęła mamie.

– Myślisz, że babci posłucha? – Katarzyna spojrzała na córkę.

– Posłucha, bo jej się boi – stwierdziła. – Jak chłopcy porysowali podwórko, to nakrzyczała na Tuńcia.

– I co?

– Nic, tylko potem zamiatał razem z Kazikiem i wspólnie sprzątali, a babcia pokazywała palcem: o tu, tu i jeszcze tam.

– Wiadomo – Katarzyna zgodziła się z córką – babcia nie lubi brudnego podwórka. O tym wie nawet tata. Poprosimy więc babcię o pomoc. A teraz, o, zobacz, znowu wyszło słońce i niebo czyste, bez chmurek. – Z ulgą podeszła do okna, prześcieradła uratowane.

To prawda, rodzice Katarzyny przesadnie pilnowali porządku w obejściu i w ogrodzie. Wnuki miały prawa, ale tylko takie, które nie naruszały ściśle wyznaczonych granic. Barbara i Jan Kochanowie nie lubili także hałasu, a dzieci i hałas zawsze szły w parze. Nie da się tego oddzielić, a dziadkom brakowało do nich cierpliwości. Mieli już swoje lata. Trudno się było odnaleźć w domu tętniącym życiem i ruchem. Może Barbara zgorzkniała od złych doświadczeń, których los jej nie szczędził.

Długo czekała na pierwsze dziecko. Rodziła kilka razy, ale maleństwa umierały zaraz po przyjściu na świat i nie było wiadomo dlaczego. Wydawało się, że tak ma być, Kochanowie pogodzili się z wyrokami losu. Przez siedem lat nie mieli dzieci. I nagle stał się cud. W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym trzecim roku doczekali się córki, Marii, a rok później syna. Barbara uznała, że przekleństwo zostało z niej zdjęte, poczuła się w pełni kobietą i zarzuciła pomysł przyjęcia świętych ślubów. Macierzyństwo ją uskrzydliło. Dzięki tej zmianie i radości, która nawiedziła po latach dom Kochanów, w tysiąc dziewięćset piątym spłodzili jeszcze najmłodszą, Kasię.

Byli szczęśliwą rodziną, w niepamięć poszły dawne udręki. Szykowali starszą córkę za mąż, skończyła dwadzieścia lat i znalazła sobie dobrego kandydata. Jednak zanim doszło do ślubu, zachorowała na płuca i w krótkim czasie zmarła. To był szok, bo choroba spadła znienacka i przypomniała, że przekleństwo nie przestało działać. Śmierć córki, hołubionej przez matkę, była nie do zniesienia. Żałoba trwała miesiącami. Tymczasem wybuchła pierwsza wojna światowa i zanim Kochanowie się spostrzegli, ich syn został powołany do armii.

Poszedł na front francuski i długo nie mieli o nim wiadomości. Kościoły w Żółkwi wypełniły się po brzegi matkami walczących żołnierzy. Wszystkie prosiły Boga o to samo, chociaż ich synowie często walczyli przeciwko sobie. To dla matek nie miało znaczenia, one jedynie chciały, żeby ich dzieci wróciły żywe do domów.

Syn Kochanów nie przeżył. Zginął na początku wojny. Ale wiadomość o tym szła bardzo długo do Żółkwi i Barbara zdążyła posłać do nieba długie łańcuchy modlitw.

Kasia, ich ostatnie dziecko, miała się na szczęście dobrze, lecz dorastała w domu przepełnionym łzami. Minęło jedenaście lat od tamtych wydarzeń i dzięki nowym okolicznościom radość zaczęła się odradzać. Teraz wydali ją za oficera i doczekali się wnuków. Chociaż ceną tego ślubu był ich cały majątek, nigdy nie żałowali. Katarzyna skończyła tylko siedem klas szkoły powszechnej i nie miała posagu, a wojsko stawiało twarde wymagania. W razie śmierci męża, z czym w przypadku oficera należało się liczyć, żona musiała mieć zabezpieczenie w majątku lub wykształceniu.

Żeby spełnić warunki regulaminu wojskowego, Kochanowie przepisali na córkę dorobek całego życia. Dom z ogrodem i wszystkie oszczędności, tyle, ile było trzeba, żeby ich córka, ostatnie dziecko, które los oszczędził, mogła dobrze wyjść za mąż.

– Zosiu, weź bańkę z kawą i zanieś dziadkowi. Jest u Buraków w sadzie, jabłka razem zrywają – poprosiła córkę Katarzyna. – Tylko zaraz wracaj, pomożesz mi naciągać serwety.

– Mogę zabrać ze sobą Lotkę? – zapytała Zosia, spoglądając na psa leżącego pod stołem.

– Zostaw psa, znowu przepadnie na tydzień.

Ale Zosia już była za drzwiami. Za nią wyskoczył pies, że aż dywan odfrunął, gdy zwierzak się o niego zaparł łapami.

– Szybko jej nie zobaczysz – wtrąciła się Barbara. – Pójdzie w pole, jak wczoraj, i do wieczora będzie ganiać motyle.

Katarzyna spojrzała przez okno, ale zobaczyła tylko ciemne loki, które błysnęły na moment w słońcu, i usłyszała, jak bańka z kawą uderza o stopień, a uchwyt ostrzegawczo skrzypi w zawiasach.

– Niech leci. – Machnęła ręką. – Trochę ruchu jej nie zaszkodzi. Byle kawę szczęśliwie doniosła.

– Trzeba było mnie pójść z tą kawą – powiedziała matka.

– Daj spokój, mamo, mała musi mieć jakieś obowiązki. – Katarzyna jeszcze raz spojrzała przez okno. Przypomniała sobie własne dzieciństwo. Jej nie ciągnęło w pole, wolała dziewczęce sekrety i zabawy z koleżankami.

Tymczasem kawa i Zosia frunęły za dom, przez łąkę, do sadu sąsiada, a potem dalej, pod ostatnie drzewa, bo właśnie stamtąd dochodziły męskie głosy. Obok Zosi biegła kudłata Lotka. Wśród bielonych pni widać było drabiny i kosze.

– Dziadku, dziadku, kawa od mamy! – zawołała dziewczynka.

Poznała go po butach, cała reszta utonęła w gąszczu zieleni. Trawa pod drzewem usłana była robaczywkami. Pozbierają je pewnie na susz, pomyślała Zosia. Ciemnoczerwone jabłuszka, nagryzione przez osy, napoczęte przez ptaki, z ciemnymi plamami zgnilizny, trafią do odpadów. W wiklinowych koszach kusiły dziewczynkę zdrowe owoce. Ale babcia powtarzała bez końca, żeby cudzego nie ruszać, i Zosia musiała jej przyrzec na Pana Boga, że nigdy tego nie zrobi. To było bardzo trudne, szczególnie pewnego dnia u zakonnic w ogrodzie, kiedy znalazła grządkę dorodnego groszku i napchała nim kieszenie. Musiała potem wszystek groszek oddać, a siostry przeprosić. Od tego czasu o wiele rzadziej ulegała pokusom. Jedynie agrest za płotem u sąsiada kusił Zosiną duszyczkę i jemu się nie oparła.

– Dziadku! – zawołała spod drzewa. Wspięła się na palce z obawy, że jej nie widzi.

 

Jan rzeczywiście nie widział wnuczki, rozpoznał za to jej głos i dostrzegł psiaka biegającego dokoła drabiny.

– Dziękuję, dziecko – wychylił się zza gałęzi – postaw na kamieniu i podziękuj mamie. A babci powiedz, że wrócę na kolację.

Wypatrzyła kamień, o którym mówił, duży krąg z betonu pod jedną z jabłoni. Stał tam już koszyk z jedzeniem, pewnie Burakowa przyniosła, jak zawsze, smakowite pajdy chleba ze smalcem. Zosia poczuła się głodna. Przypomniała sobie kwaśne mleko, które mama nalała jej do kubka w kwiatki. Może stało jeszcze w kredensie, jeśli Zbyszek lub Kazik nie wypili. Postawiła kankę z kawą i myśląc o mleku, ruszyła w powrotną drogę.

– Lotka, Lotka! – zawołała na psa, który nawet na nią nie spojrzał, zajęty własną zabawą. Lotka też mnie nie słucha, jak wszyscy, stwierdziła ze smutkiem, a dziadek nie zszedł nawet po kawę i nie dał mi jabłuszka.

Ale smutek Zosi trwał krótko, bo już nęcił ją żółty kwiatek, który wychylił się z trawy.

Jaki śliczny! – zachwycona kucnęła na skraju sadu, skąd roztaczał się widok na całą dolinę. Dalej jak okiem sięgnąć widać było soczyste łąki, jej dziecięco-dziewczęcy raj, kraina szczęśliwości. Z dala, gdzieś z krańca doliny doleciał delikatny dźwięk. Zosia nastawiła ucha i podniosła się z klęczek. Musiała podbiec kawałek, żeby sprawdzić, a nawet wspiąć się na palce, sięgnąć wzrokiem dalej, najdalej, jak tylko się dało.

– Łąki będą kosić! – krzyknęła do Lotki, która wypadła zdyszana spod krzaków. – Wszystkie kwiaty wytną, zetną koniczynę i wykę, i łubin! – Niemal wrosła w ziemię z rozpaczy.

W oddali słychać było, jak kosiarze ostrzyli kosy. Wiatr niósł nad ziemią regularne uderzenia osełek o stalowe ostrza, napięta kosa śpiewała, a echo przenosiło muzykę aż do granic miasta, na ulicę Białą w Żółkwi.

Uwertura na ostrzonych kosach nie pierwszy raz zachwyciła dziewczynkę. Z jednej strony rozpacz utraty, z drugiej poczucie wspólnoty i przynależności do małego wielkiego świata, który ją otaczał. Miała wrażenie, że słyszy grozę nadchodzącej śmierci, rozpacz owadów. Roje pszczół, wielkich trzmieli, much, komarów, unoszące się nad łąkami, połączyły się we wspólnym śpiewie jak oddziały sprzymierzonych wojsk. Usłyszała szmer niepokoju wśród kwiatów, które żyły zbyt krótko, żeby zrozumieć.

– Lotka, zostań! – zawołała do psa, który czmychnął w wysokie trawy i tyle go było widać.

Jego też porwały jęki kos, lament kwiatów, powiew wiatru, który unosił w górę zapach pierwszych traw ściętych przez kosiarzy.

– Mamo! – krzyknęła dziewczynka porażona witalnością natury i pobiegła w przeciwną stronę. Już nie łąka, lecz ramiona matki miały być wybawieniem.

Zasnęła przed kolacją, zanim wszyscy wrócili do domu. Pożegnała trudny dzień głębokim westchnieniem, myśląc z przerażeniem, co jutro zobaczy na łące.

Tymczasem Katarzyna z mężem omawiali miniony dzień. Najpierw ona zdawała sprawozdanie z postępów dzieci, rozmów z sąsiadką, sprzeczek, a nawet kłótni. Co robił ojciec, jak się czuła matka, wszystko, co dotyczyło domu. Potem on opowiadał o swoim pułku, o kolegach i przełożonych, a także o polityce. Chciał, żeby żona znała sytuację w kraju i wiedziała choć trochę, co się dzieje na świecie. Z rozmów z sąsiadkami niewiele wynikało, wszak to tylko ploteczki.

Michał wolałby, żeby jego żona ograniczała niewygodne kontakty, unikała krzykliwych kumoszek, by trzymała z rodziną, zamiast naprawiać świat, stojąc pod czyimś płotem. Jednak nie był typem despoty, dostrzegał różnice pomiędzy tym, jak codzienność odbierali mężczyźni, a jak kobiety. Skoro oni, dumni, mogli prawić bez końca o armii, wojnach i śmiertelnych maszynach, to one miały prawo omawiać świat i rzeczywistość, w której żyły. Żony oficerów musiały zachować określone pozory i klasę, poza tym jednak były po prostu istotami ziemskimi z przypisaną im rolą. Szanował ów podział i z wielkim wyczuciem starał się nie ingerować w kobiecą filozofię. Dlatego nie prychał z pogardą, gdy żona zawierzała mu pewne sekrety.

– Po śniadaniu wpadła na chwilę Stefa Wilczyńska z Karolem – zdawała mężowi relację.

– Tak? – zapytał przeciągle. – Co tam u Stefci, zdrowsza niż ostatnio? – Przypomniał sobie, że poprzednio narzekała na serce.

– Schudła, doktor zalecił dietę, powiedział, że dla starszej osoby tusza to zabójstwo.

– Ostatnio mówiłem to samo, ale wolała nie słyszeć. Zawsze była przy tuszy, mówisz, że schudła?

– Twierdzi, że tak, może trochę, minęło zaledwie kilka tygodni, od kiedy stosuje dietę. Potem przyszła mama, zaprosiła Wilczyńskich na obiad, ale odmówili. Zostali tylko na herbacie, spieszyli się do krawca. Zaprosiłam ich na obiad w niedzielę, zaraz po kościele.

– Może po mszy pójdziemy na spacer, na Wały Królewskie? Mówią, że będzie festyn i niedzielny bazar.

– Albo do kina.

W pięknym ogrodzie, w jego południowej części, mieścił się klub sportowy Sokół, z salą kinową, w której kilka razy w tygodniu wyświetlano filmy. W sali głównej Sokoła często wystawiano przedstawienia teatralne polskich i żydowskich zespołów.

– Cokolwiek, byle nie siedzieć w domu. A obiad zjemy na mieście, razem z Wilczyńskimi, może Zosia Tryszczyło dołączy.

Jako oficer chodził z żoną do kościoła garnizonowego i spotykał tam niemal wszystkich kolegów z jednostki. Jak on przychodzili z całymi rodzinami. Nie wypadało odejść bez przywitania. W końcu jednak robił się z tego prawdziwy jarmark, nie tylko rozmowy, ale głównie prezentacje nowych parasolek, kapeluszy i bucików tudzież mniej lub bardziej wyrośniętych pociech. Potem zapraszano się na herbatę i ciasto.

Kasia rozkwitała wtedy jak róża. Czasami widział zazdrosne spojrzenia kolegów. Nie wszystkie oficerskie żony mogły się pochwalić urodą. Często o małżeństwie w wojsku przesądzał majątek lub wykształcenie panny, uroda stała na dalszym planie. Żeby otrzymać jedno i drugie, trzeba było mieć szczęście. Michał był skromnym człowiekiem, ale cieszył się, idąc z Kasią główną nawą kościoła, że taka prosta i dostojna, że ma z nią przystojnych synów, i ogólnie czuł się szczęśliwy.

– Nie wiem. – Zmarszczyła brwi. – Mama będzie zawiedziona, wiesz, jak ona lubi gości, w końcu to córka jej kuzynki, a tak ich niewiele osób z rodziny zostało.

– No cóż, rozpierzchli się ludziska po świecie.

– Ale żeby tak bez śladu, żeby nie dać znaku rodzinie?

– Kasiu, stamtąd nie ma powrotu, ani listów, ani odwiedzin.

– Może nie wszyscy trafili na Sybir. Od kiedy wyjechali z Żółkwi, nie dali znaku życia.

– Widać nie mogli albo nie czuli potrzeby. Ludzie są różni.

– Matki mi żal, ciągle wspomina braci, nie wie, gdzie są, jak żyją.

– Skoro jej ojciec przepił i przegrał w karty cały majątek, to może i synowie poszli w jego ślady. – Nie chciał dokuczyć żonie, po prostu wyraził swoje zdanie.

– Matki mi żal – powtórzyła cicho.

Barbara Kochan, z domu Dobruś, miała dwanaścioro rodzeństwa. Jej rodzice posiadali spory majątek, ale wszystko przepadło przez ojca hulakę. Matka, żeby cokolwiek ocalić, kupiła kawał gruntu, który miał być wianem dla Basi. Kiedy jednak przyszła bieda, podzielono tę ziemię na trzynaście równych kawałków. Na przedmieściach Żółkwi powstała ulica Biała, zamieszkana przez samych Dobrusiów. Ale rodzeństwo sprzedało działki, jedni za długi, inni dla gotówki, i wszyscy rozjechali się w różne strony. Tyle ich siostra widziała. Teraz zostały jej tylko domysły i tęsknota za nieobecnymi.

Katarzyna zamilkła, pochłonęła ją stara historia. Michał szybko rozłożył gazetę, chciał jeszcze przed kolacją przeczytać wiadomości. Ale zanim ją przejrzy, czego nigdy sobie nie odmawiał, najpierw musiał sprawdzić, czy Kazik i Zbyszek przeczytali zadane książki. Były wprawdzie wakacje i dzieci niechętnie zaglądały do lektur, jednak w tym domu czytanie należało do codziennych obowiązków. Książki miały tu własne prawa i oprócz półek na etażerce leżały przy każdym łóżku, a czasem i w kuchni na stole, między talerzami. Michał czytał bez przerwy i starał się wpoić ten zwyczaj rodzinie.