Kołysanka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

KRYMNO 1927

Pod koniec lutego Kuśmierczykom urodził się czwarty syn, Kazimierz. Wiktoria najczęściej rodziła zimą. I tak się układało, że zanim skończył się połóg, znów zachodziła w ciążę. Zimowe wieczory zwykle spędzała w chałupie przy kołowrotku. Już jesienią z włókien lnu przędła cieniutkie nici. Do pracy zasiadała wieczorem. Po prawej stronie ustawiała kołyskę i usypiała dziecko terkotem kołowrotka. Srebrna nitka snuła się nad głową synka. Wiktoria przędła i modliła się pokornie o zdrowie dla całej rodziny. Do zwijania nici zaganiała tego, kto akurat nie miał innego zajęcia. Wiek był obojętny, byle tylko potrafił obracać kłębek w dłoni. Obok toczyło się codzienne życie. Długie i mroźne zimy gromadziły wszystkich w izbie. Każdy miał swój własny kąt i swoje zajęcie. Starsze dzieci odrabiały lekcje, młodsze psociły, Ewa i Mania pod czujnym okiem Wikty cerowały i szyły. Jan reperował buty, szył nowe uprzęże, dłubał w drewnie chodaki.

Na przedwiośniu do izby wstawiało się krosna. Mistrzem w nakładaniu osnowy był Jan, lecz brała w tym udział cała rodzina. Do Wielkanocy Wiktoria tkała płótno. Później, zanim przyszły pierwsze dni lata, musiała naszyć bielizny, a także nowych, letnich ubrań dla dzieci i męża. Dzieciaki szybko rosły, donaszały ubrania po starszych, ale często po roku zostawały tylko łachmany. Wtedy Wiktoria farbowała je i darła na pasy, a później plotła z nich kolorowe chodniki. W tym domu nic się nie mogło zmarnować.

Antek i Józek chowali się sami, wystarczyło, że ktoś starszy miał na nich oko. Za to najmłodszy, Kaziu, bez przerwy chorował. Wolno przybierał na wadze i łatwo się przeziębiał. Nie można go było powierzyć opiece starszego rodzeństwa, musiał mieć w pobliżu matkę, tylko ona wiedziała, jak przynieść ulgę w niemowlęcych cierpieniach. Wiktoria brała go wszędzie ze sobą, latem kładła na miedzy i szła w pole, do pracy. Bywało, że chłopiec miał za towarzyszki skrzeczące wrony. Przy dziecku stróżował mały czarny pies, co go Lutek dostał na wiosnę w prezencie. Morus nie pozwalał podchodzić zbyt blisko ptaszyskom. Czasem malec zapłakał, a jego głos niósł się miedzą w kierunku matki. Ta wtedy prostowała plecy i patrzyła, gdzie pada cień, i według niego wyznaczała porę karmienia. Czasami trzeba było powierzyć życie najbliższych naturze i boskiej mocy. A własne cierpienia, bóle, na które często nie było lekarstwa, przeczekać i cierpliwie znosić.

***

– Walerka, a zabierz węgiel ze sobą. Ostatnio zapomniałaś – przypominała Wikta, gdy dziewczyna po obiedzie wychodziła na pociąg. – Na razie tylko jedna paczka, resztę Jaś ci przywiezie, jak będzie w sobotę na targu, a jak nie, to w niedzielę, zaraz po kościele.

– Już zapakowałam do torby. Do niedzieli wystarczy.

Węgiel był jej potrzebny do żelazka. W mieście trzeba go było kupować, więc Jan zawsze wypalał dla niej małą porcję, żeby chociaż o to nie musiała się starać.

Lecz przyszedł dzień, w którym węgiel nie był już Walerce potrzebny. Latem tego samego roku opuściła na zawsze Polesie. Był sierpień. Nie przyznała się wcześniej do swoich planów. Odwiedziła rodzinę którejś soboty, pod koniec lipca. Pomogła w praniu, ugotowała za Wiktorię obiad, poszła na spacer z Ewą, żeby przeprowadzić z nią poważną rozmowę. Dopiero gdy szła na pociąg, zebrała się na odwagę.

– Wyjeżdżam, Wikta, tym razem na dłużej.

– A kiedy to znowu zawitasz? – zapytała dziewczynę, niczego nie podejrzewając. – Lutek w każdą sobotę wystaje godzinki pod płotem i patrzy, czy do nas idziesz.

Walerka stanęła w progu i spojrzała przed siebie. Przy płocie, pod młodymi drzewami wiśni, które Jan zasadził rok wcześniej, bawił się Antek. Obok niego kucała Genia i robiła dołki w ziemi. Grzebała grubym patykiem w dziurkach, w których od czasu do czasu pojawiały się mrówki. Smutno się zrobiło Walerce. Józiu spał w cieniu w przymałej kołysce, z której wystawały mu nogi. Długi jest jak na swoje piętnaście miesięcy. Już go nie zdąży wychuchać, a Kazia nawet nie przytuli.

– Słuchaj – spuściła głowę, nie mogła spojrzeć ciotce w oczy – za miesiąc wyjeżdżam do domu, do Ostrowa, chcę wrócić na swoje. Dość już się nażyłam u ciebie.

– Jak to?

– Dziewczynki już duże – mówiła spokojnie Walerka. – Będą ci niedługo wyręką, Lutek we wrześniu idzie do szkoły, za rok, dwa zacznie pomagać w polu…

– A ty? – przerwała jej Wikta. – Do Ostrowa, mój Boże, a po cóż ty tam jedziesz, dziewczyno! Do kogo, może do Adama, do Poli?

– Jadę, bo na mnie czas. Tęsknię za ludźmi z Gruszczyna, tęsknię za Krasocinem. – Oczy jej zwilgotniały. – Za widokiem naszych gór – wyznała ze smutkiem. Już dawno chciała o tym powiedzieć, ale nie miała odwagi.

Wikcie odebrało mowę. W końcu pogodziła się z faktem, że Walerka mieszka w mieście, że chce się od nich oderwać, mieć własny kąt i wytchnienie od dzieci, ale żeby całkiem ich zostawić? Jakoś nie mogła sobie tego wyobrazić. Tyle lat razem, na dobre i złe. Jakże to teraz będzie bez niej? W pośpiechu próbowała znaleźć wyjaśnienie i pierwszy na myśl przyszedł jej Maciej Kowal.

– Ech – machnęła ręką – ty znowu myślisz o Maćku, czuję, że chodzi o niego. Ale po cóż ty sobie zmarłym głowę zawracasz! Żywych dość do kochania. A wspominać możesz i tu, w Krymnie, nie trzeba jechać daleko, żeby myślami być blisko. A góry, o matko, toż one widoczne z okna, jedna na lewo, a druga na prawo, patrz. – Pokazała palcem.

Rzeczywiście na terenie kolonii były dwa wzgórza, pierwsze wznosiło się od skrzyżowania dróg na południe, a drugie na północ od drogi. Jedno z nich nazwali Warszawą. Gadali, że w pogodne dni można stamtąd zobaczyć stolicę. Ktoś tak powiedział dla żartu i już zostało, a wzgórze zyskało patriotyczny przydomek. Owszem, widok z góry był piękny, ale tylko na okoliczne wsie i lasy oraz sieć dopływów Prypeci.

Wyznanie Walerki tak zaskoczyło Wiktorię, że trudno jej było zebrać myśli.

– Chcesz nas tu wszystkich zostawić? – próbowała przekonać dziewczynę. – Ty wiesz, co się będzie działo, gdy powiemy o tym dzieciom?

– Wiem – potwierdziła dziewczyna. – Wiem i też się boję. Jesteście wszystkim, co mam na świecie.

– No i właśnie, sama widzisz, że my i ty to jedno. Chciałaś iść do miasta, poszłaś, pracujesz, wracasz do Krymna, kiedy chcesz i jak tylko możesz, już nie jesteś od nas zależna. Wyjedziesz, stracimy cię z oczu, a i ty od nas odwykniesz.

Wiktorii wydawało się niemożliwe, że Walerka naprawdę chciała ich zostawić. Co też jej się uroiło? Ktoś ją do tego namówił, czy sama tak postanowiła? Jednak po chwili wspomniała siebie, jak się kiedyś upierała na wyjazd do Prus. Ile musiała przeprowadzić rozmów z macochą i bratem. Zostawiła ich wtedy z dwójką malutkich dzieci, przyrodniego rodzeństwa, bo chciała sprawdzić, czy sobie poradzi. Walerka jest teraz niemal w tym samym wieku. Może i ona myśli podobnie. Na wszelki wypadek jednak zapytała:

– Nie obraziłaś się przecież? – Nagle pomyślała, że może była dla niej zbyt oschła, za mało wdzięczna, za bardzo wymagająca.

– Nie, skąd – zaprzeczyła dziewczyna. Stała zmieszana w otwartych drzwiach. W jej oczach zaszkliły się łzy.

– Skoro nie jest ci źle? – Wikta spojrzała na nią ze smutkiem. – Chodzi o coś innego? – Nie dała się zbyć.

– Właśnie – podchwyciła dziewczyna. – Każdy powinien mieć własne życie. Obojętnie jakie, ale własne.

– Przecież ty masz własne życie. – Wiktoria nie rozumiała.

– To wasze życie, moje się jeszcze nie zaczęło.

– A cóż ty, biedulko, będziesz tam robiła? Adam ma drugą żonę, a z nią dwójkę dzieci. Nie wiesz, czy cię tam zechcą. A jeśli nie?

– Nie będę mieszkać z Adamem.

– No to gdzie? Nasz dom przecież sprzedany.

– Zaczepię się w Gruszczynie, u ciotki, obiecała, że pozwoli mi mieszkać w starej chałupie. Mieli ją na dniach rozbierać, ale się wstrzymali. Ciotka przez jakiś czas da mi wikt. Zaopiekuję się jej chorą matką, a potem – spojrzała na Wiktorię niepewna – potem poszukam pracy. Do Kielc pojadę albo do Włoszczowy. Coś przecie znajdę. Jak tu znalazłam bez trudu, to tam też sobie poradzę.

Wiktoria stała bez słowa. Dopiero teraz dotarło do niej, że Walerka nie żartuje, że rzeczywiście ma taki plan i chce wracać do domu.

– Mam dwa hektary po matce.

– Ale ktoś już je uprawia, a dom dzierżawi.

– To będzie musiał oddać, a dom sprzedam. – Dziewczyna trwała przy swoim.

Wiktoria aż się oparła o ścianę. Nie widziała twarzy Walerki. Światło padające z zewnątrz podświetlało całą jej postać. W aureoli słońca wydawała się prawie anielska. To światło do niej pasowało, bo miała serce anioła. Nagle Wikta zdała sobie sprawę, jak bardzo dziewczyna była jej bliska. Tyle lat razem, w radościach i smutkach, jedna wspierała drugą bez zbędnej tkliwości. Dławiło ją w gardle. Nie wiedziała, jak powie o tym mężowi. Jan się zdenerwuje. A Lutek – o tym nawet nie chciała myśleć. Ten chłopak jest związany z Walerką bardziej niż z siostrami.

– Jak mam o tym powiedzieć dzieciom?

– Nie mów im jeszcze. Przyjadę za parę dni, to sama powiem. Powiedz tylko Jasiowi. Niech wie. Ale powiedz, że nie mam o nic żalu, nie o żal mi chodzi. Przecież ja tu miałam jak u Pana Boga za piecem, szacunek i dostatek, miłości tyle, że trudno zliczyć.

Drogą przejeżdżał właśnie Olek Głowala. Jechał rozklekotaną bryczką uśmiechnięty od ucha do ucha.

– Niech będzie pochwalony! – zawołał z kozła, przerywając kobietom rozmowę. – Widzę, że panna Walerka znowu do miasta ucieka. Już nie podoba się wiejskie życie?

– Znudziło mi się! – odkrzyknęła hardo.

– To może podwieźć na pociąg? – zaproponował.

– Już Jan zaprzęga konia. Jedź z Bogiem, Olek, dworzec raczej nie jest ci po drodze.

– Dla panny Walerki jestem zawsze do usług, wystarczy słowo. – Zatrzymał konia.

 

– Od słów do czynów to u pana Aleksandra daleko – dogryzła mu Walerka.

Głowala zmarkotniał. Chyba zrozumiał docinek.

– Może i racja. – Włożył czapkę. – Z tym nie jest u mnie najlepiej – stwierdził bez urazy. – A to życzę pannie szczęśliwej podróży. W mieście żyje się godniej, więc niech się pannie szczęści – powiedział z lekkim przekąsem, cmoknął na konia i tylko kurz został po nim na drodze.

Walerka Omasta rzeczywiście postanowiła wyjechać do rodzinnej wsi w Świętokrzyskiem. Skończyła dwadzieścia pięć lat, zarobiła trochę grosza i postanowiła wrócić do domu. W zasadzie domu nie miała, Adam go wydzierżawił, a umowa jeszcze się nie skończyła. Brakowało dwóch lat. Później odzyska dom, sprzeda swoje dwa marne hektary, a pieniądze umieści w banku. W Krymnie była szczęśliwa, razem z rodziną Jana przeżywała dobre chwile. Myślała, że zostanie z nimi na zawsze. Lecz gdzieś na dnie duszy tliła się tęsknota do rodzinnej ziemi. Pewnego dnia poczuła, że musi tam wrócić. Kilka lat wcześniej, gdy rodzina Jana opuszczała rodzinny Krasocin, Waleria nie wyobrażała sobie życia bez nich wszystkich. Lecz człowiek ciągle się zmienia, przejdzie jakiś etap, aż nagle spostrzega, że na końcu drogi zionie wielka przepaść. Nie chciała do końca życia niańczyć cudzych dzieci, pracować, a jednocześnie nie mieć niczego swojego, nie chciała być piątym kołem u wozu. I nawet jeśli Kuśmierczykowie okazywali jej wdzięczność, a ich dzieci kochały ją jak siostrę, a czasem jak matkę, to i tak niczego nie zmieniło. Wiedziała, że w Krymnie nigdy się nie zakorzeni, bo to nie był jej świat i nie jej życie.

Złe wiadomości szybko obiegły kolonię. Każdy tu znał Walerkę i każdy chciał dla niej jak najlepiej. Znali też jej historię z Maćkiem Kowalem i to, jak mocno wbiła go sobie do głowy, i to, że nigdy później żaden inny chłopak nie zdobył jej względów. Odrzucała wszystkich kawalerów, bo myśl, że ktoś mógłby ją wziąć z litości, była dla niej nie do zniesienia. Nie miała posagu, jedynie wiano, które już wcześniej przygotowali dla niej Jan i Wiktoria, a kobietę bez posagu mało który chłop uszanuje. Znała niejedną, co to najpierw mąż miłość i szczęście obiecywał, a potem kijem okładał i brak posagu wyliczał nocą na żoninych żebrach. Nie chciała takiego losu. Opowiadali jej ci, co pamiętali jej matkę, jakie miała życie z mężem, który nie okazał żonie miłości ani szacunku. Ludzie mawiali, że klątwa matki zawsze przechodzi na córkę, i tego Waleria się obawiała.

Ale Jan uważał, że nie tylko pamięć o Maćku Kowalu i posag były w tym przypadku problemem. To prawda, obiecała, że dochowa wierności ukochanemu, i przez wiele lat dotrzymała danego słowa, ale przysięga swoje, a życie toczy się dalej. Człowiek jak ptak, potrzebuje własnego gniazda, a w tym gnieździe potrzebny towarzysz. Tak i Walerka w końcu za swym gniazdem zatęskniła. A starał się o nią właśnie Olek Głowala, ich sąsiad zza miedzy. Wiedziała, bo już wszędzie o tym trąbili, i chyba nie był jej obojętny. Mieszkali tak blisko, widywali się niemal codziennie. Ona zerkała ku niemu, a on ku niej. Uczucie biegło w obie strony, przeskakując sąsiedzkie płoty. Walerka pewnie liczyła, że w końcu przyśle do niej swaty. Ale Głowala bardzo się ociągał, nie ze względu na brak posagu dziewczyny, bo był zamożnym rolnikiem. Miał na nią ochotę, była dobrym materiałem na żonę. Często do nich zachodził pogadać o interesach, czasem bez powodu, i podglądał Walerkę przy pracy, zachwalając najlepsze w kolonii pierogi. Ale widać nie był przekonany, czy się powinien żenić. Nie chciał iść w jasyr i ociągał się z decyzją. Wtedy dziewczyna poszła za pracą do miasta. Pewnie liczyła, że gdy mu zejdzie z oczu, to on się przestraszy, że już jest dla niego stracona. Tymczasem chłop jak to chłop, parę razy zabawił się w karczmie i zapomniał o pannie. A kiedy całkiem przestał o nią pytać i chwalił się po wsi nową dziewczyną, postanowiła wyjechać.

Z listów, które przychodziły z Gruszczyna, dowiadywała się nowinek i ciekawa była zmian. Skoro tutaj nie założyła rodziny, to może chociaż wróci na ojcowiznę. W Krasocinie sporo się działo. Waleria tęskniła do swoich. Tutaj, w Krymnie, nie czuła się w pełni u siebie. Początkowo, gdy każdy kolejny dzień był wyzwaniem, walką o stabilny byt i wygody, brała w tym czynny udział. Wkrótce jednak zabrakło jej swojskich klimatów. Zapach poleskiej ziemi był dla niej za ostry, przyroda zbyt bujna, a zimy nazbyt długie. Tęskniła do łagodnych wzgórz, prostych pól, do piaszczystej drogi, której trudy niejeden raz pokonywała, idąc do Gruszczyna obok wzgórza z ruinami kościoła Świętego Michała. To tam było jej miejsce, jej dom. Tutejsze kłopoty mniej ją obchodziły niż wieści z rodzinnych stron.

***

Lucjan do ostatniej chwili myślał, że go okłamują. Przecież był kochanym Luckiem Walerki. Zawsze miała dla niego cukierki, przytulała, brała na długie wycieczki, czasem nawet kupiła w prezencie żołnierzyka albo nową książeczkę. Powtarzała bez przerwy, że zawsze będą razem, że go kocha nad życie, więc dlaczego, dlaczego odjeżdża? Żałość była ogromna.

Tego dnia, kiedy Jan z Wiktorią ostatni raz odwozili Walerkę na pociąg do Kamienia Koszyrskiego, poza psem wszyscy w domu płakali. Najgłośniej szlochała Ewa, najciszej Lutek. Uciekł, żeby go nikt nie widział, i schował się w stodole. Patrzył, jak z domu wynoszą pakunki, jak się wszyscy żegnają, i płakał rozpaczliwie. Wstydził się łez, myślał, że jest za duży, żeby przy wszystkich chlipać. Dopiero będą się z niego śmiali. Pewnie gdyby Walerka sama go nie odnalazła, ukrytego za drabiną w stodole, wyjechałaby bez pożegnania. Też miała w oczach łzy. Żyła z nimi przez wiele lat i ciężko było się rozstać. Gdyby jej dali Lutka, zabrałaby go ze sobą, ale nie dadzą, za kilka dni wysyłali chłopca do szkoły.

Po tygodniu przyszedł pierwszy list. Dojechała na miejsce szczęśliwie. Do stacji Ludynia, a tam odebrał ją Adam Ciosek i zabrał do siebie.

Dziwnie się zrobiło w domu. Kilka dni w rodzinie panowało milczenie. Każdy robił swoje w ciszy, nawet maluchy, Antek i Genia, jakoś mniej psociły. Wszystkim udzielił się milczący nastrój, nawet Mania, która na co dzień fruwała po izbie, teraz snuła się i nudziła w domu. Ewka co rusz popłakiwała w kącie, aż ją ojciec szeptem zrugał, żeby się nie mazała. Uciekała wtedy do kurnika i dalej płakała albo siadywała pod drzewem w sadzie i gładziła młode króliki, co się tej wiosny licznie porodziły, a teraz biegały pomiędzy drzewami, skubiąc soczystą trawę. Smutno było Ewie, straciła swoją Walerkę, jedyną istotę, której mogła zdradzać tajemnice i zawsze się poradzić, czy o chłopaka chodziło, czy o utarczki z macochą. Komu się teraz wypłacze? Niewiele rozumiała ze słów skruszonej Walerki, że niby tutaj nie znalazła swojej ojczyzny, że te poleskie piaski i bagna, lasy i wody to dla niej za dużo, za mocno. Powiedziała jej na koniec, że źle znosi poleską mgłę, a także tę ciszę i pustkę bezkresnych rozlewisk. Nie mogła żyć pośród ludzi, szczególnie tutejszych, wiele z dzikością mających wspólnego, z taką pierwotną wolnością, nieokiełznaniem. I przez to, że jakby żyli bez reguł, pozbawieni porządku w sobie i w otoczeniu, że się ich po prostu boi. Dla Ewy było to zbyt skomplikowane. Nie dostrzegała wielkiej różnicy pomiędzy pierwszym a drugim domem. Skończyła osiem lat, gdy przyjechała do Krymna. Podobno dom mieli tam mniejszy i podwórko wąskie, a ziemi przy domu tyle co kot napłakał, ale jej wszystko wydawało się wtedy duże.

***

Temat Walerki długo nie schodził z ust mieszkańców kolonii. Po długiej ciszy nagle wszyscy w domu zaczęli wspominać święta z Walerką i wycieczki, i jaka była kochana i pracowita. Wspominając, chcieli ją sobie przybliżyć i poczuć jej obecność, jakby nigdy z ich życia nie zniknęła. Dopiero gdy zachorowała Czarnula, ukochana krowa, przywieziona jeszcze z Krasocina, temat Walerki zszedł na drugi plan. A Czarnula nie miała siły dojść na pastwisko. Pozornie nic się nie działo i nawet mleko dawała. A jednak słabła i trzeba ją było wypasać pod domem. Lucek prowadził ją na ścieżkę, gdzie na rowie rosła gęsta trawa. Poskubała i zaraz się kładła. Jan zawołał do niej weterynarza, ale ten niczego nie stwierdził poza utratą sił i brakiem apetytu.

– Wszyscy mają swój kalendarz zapisany w niebie. Widać wasza Czarnula nie dożyje późnej starości i wcześniej pójdzie na niebiańskie pastwiska – tłumaczył lekarz zmartwionemu Lutkowi, który nie odstępował Czarnuli na krok. A Wiktorii na boku szepnął, żeby krowę zabić zawczasu, bo już nic z niej nie będzie. – Oczy ma mętne, cierpieć bydlę musi. Coś się popsuło w żołądku, nie trawi, jak trzeba, i woda z niej leci. – Rzeczywiście, krowie placki wyglądały dziwnie.

Nie pomogło podawane lekarstwo ani chłopięce modlitwy. Żal był wielki, kiedy do domu zawitał wiejski rzeźnik. Czarnula żywiła ich przez długie lata, miała smaczne, pożywne mleko, nigdy nie chorowała.

A gdy nadszedł ten dzień ostateczny, Wikta uciekła z domu.

– Nie będziemy zjadać Czarnuli – zdecydował Lutek, gdy mięso krowy leżało już oprawione w dużych glinianych garnkach.

Ewa i Mańka przytaknęły bratu. Genia, wodząc oczami, próbowała zrozumieć, o co wszystkim chodzi.

Z niepokojem czekali na powrót matki i ojca, niepewni, jaką decyzję podejmą rodzice.

Jan i Wiktoria wrócili dopiero wieczorem. Byli przygnębieni. Trudno im było pogodzić się ze stratą Czarnuli. Została po niej czarna jałóweczka i może kiedyś godnie zastąpi swoją matkę. Mieli jeszcze drugą krowę, więc pozornie nie było kłopotu, ale śmierć kochanego przez wszystkich zwierzęcia była mimo to dla nich wielkim ciosem. Do kolacji nikt nawet nie pisnął słówkiem.

Wieczorem matka poprosiła wszystkich do stołu. Nikomu nie chciało się jeść. Ojciec też mętnie patrzył w miskę z ziemniakami, mimo że na samym czubku kusiła góra gęstej śmietany.

– Zdecydowaliśmy razem z tatą – zwróciła się prosto do dzieci – że nie będziemy jedli Czarnuli. To jakby zjeść przyjaciela. Czarnula nie była chora – ciągnęła, choć łzy napływały jej uparcie do oczu. – Miała w żołądku garść gwoździ, dlatego nie chciała jeść – wyjaśniła zdumionym dzieciom.

Kolacja przebiegła w ciszy i smutku. Starsze dzieci nie mogły zrozumieć, kto mógł być taki okrutny i zrobić to kochanej krowie.

Po jakimś czasie życzliwy człowiek doniósł Kuśmierczykom, że pewien mieszkaniec kolonii – tu wymienił nazwisko – zacierał ręce i mówił, że krowa zdechła sprawiedliwie. Twierdził, że Kuśmierczyk był sprawcą nieszczęścia w jego rodzinie, gdyż jako prezes spółdzielni mleczarskiej kontrolował skrupulatnie dochody. Syn tego człowieka był wtedy kierownikiem i sprzedawcą w zlewni. Zrobił manko na sto złotych i nie było jak oddać rolnikom za mleko. Ponieważ syn się wymigał od spłaty, straty w mleczarni pokrył za niego ojciec. Tym sposobem Jan zrobił sobie wroga i być może sprawcę choroby Czarnuli.

Mięso z Czarnuli w większości zostało rozdane. Część wzięli sąsiedzi; niektórzy, żeby wynagrodzić Kuśmierczykom stratę, według uznania zostawiali im jakieś pieniądze. Resztę Wiktoria rozdała po uboższych domach. Sprawa z krową na długo pozostała w pamięci mieszkańców i długo się o tym mówiło. W końcu inne problemy przyćmiły wspomnienia zasłużonej krowy.

Wieczorami Jan przeglądał pisma rolnicze. Prenumerował „Plon”. Śledził nowinki o uprawie i hodowli, chętnie korzystał z porad doświadczonych rolników. Interesował się hodowlą zwierząt, szczególnie krowami rasy czarno-białej. Dawały więcej mleka o wyższej zawartości tłuszczu. Kupując rozpłodowego byka do obsługi sąsiedzkich krów, wybrał polecaną przez to pismo rasę.

Byk okazał się strzałem w dziesiątkę. Za pokrycie krowy Jan pobierał złotówkę – tyle, ile wynosiła dniówka za pracę w polu. U tych, którzy nie mieli pieniędzy, byk pracował za darmo, oni zaś odrabiali należność przy żniwach albo sianokosach. Jan marzył teraz o konnej snopowiązałce. To byłby dobry interes. W kolonii miał ją tylko Gąsiorowski. Maszyna ścinała zboże i wiązała w garście. Idący za nią robotnicy składali te garście w snopki. Jan przeczytał w „Plonie”, że w poznańskich Zakładach Hipolita Cegielskiego robią takie maszyny. Kto wie, może sobie kupi. W majątku Niepanicza były dwa takie cudeńka. Gdyby nie bezlitosne opłaty, które nowy rząd nakładał na grunty, gdyby nie wysoki procent pożyczek, to można byłoby pokusić się o kolejny kredyt. Tego jednak wolał nie robić. Nasłuchał się o tych, których położyły kredyty. Nie było żadnej litości. Ziemi, owszem, mogłeś mieć ile dusza zapragnie, ale podatki i wszelkie dodatkowe opłaty odstraszały mniej zaradnych gospodarzy.

Jan miał głowę pełną pomysłów i mnóstwo wątpliwości. Wiedział, że dzisiaj nie będzie mógł zasnąć. Żonie nawet słowa nie pisnął. Była ostrożna i bała się zmian. Niech lepiej śpi w spokoju, wystarczy, że on znowu będzie markował. Posłała łóżko i przysunęła do niego kołyskę. Kazik, nakarmiony, zasnął spokojnie. Czas był najwyższy na spoczynek. Ale w łóżku, zamiast spać, zaczęli na nowo omawiać rozstanie z Walerką. Dziewczynki już spały. Ewa jeszcze długo szeptała coś z Lutkiem. Czytała mu wierszyki z książeczki Marysi – „Idzie niebo ciemną nocą, ma w fartuszku milion gwiazd. Gwiazdy świecą i migocą, aż wyjrzały ptaszki z gniazd…”. Znał te strofy na pamięć, ale lubił, kiedy starsza siostra poświęcała mu czas, więc słuchał z radością. Zasnął przy wierszu o niegrzecznej biedronce.

 

– Trudno będzie się przyzwyczaić – powiedział Jan do żony. I jemu dziwnie było na myśl, że Walerka już ich nie odwiedzi. – Tyle lat razem. Jakby mi dziecka zabrakło. Ostatnio rzadziej bywała, ale jak trzeba, to się ją w mieście odwiedziło. Teraz kto wie, czy jeszcze się kiedyś spotkamy.

– Trzeba będzie, to się do niej pojedzie. – Wiktoria próbowała pocieszać męża. – Zabierzesz ze sobą Lutka albo Ewę, Krasocin nie jest przecież na końcu świata. Dzieci podrosną, to z nimi zostanę, a ty pojedziesz, jesienią, po zbiorach.

– Mogłabyś i ty odwiedzić rodzinę.

– Niby jak? – zdziwiła się Wikta. – A z tym drobiazgiem to kto zostanie? – Pokazała na łóżko pod oknem, na którym spały dzieci.

– Może tyle nam wystarczy, może już więcej nie będzie, Kazika odchowasz… – odrzekł w zamyśleniu Jan. Wiktoria spojrzała na niego znacząco.

– Tak, tak, już to widzę. Za bardzo się do mnie kleisz – stwierdziła karcąco. – Może znów jestem w ciąży, coś mi się zdaje, jakbym była.

– E, nie przesadzaj. Dużo ostatnio pracuję, dopiero były żniwa, gdzie mi tam w głowie amory.

Musiało minąć sporo czasu, zanim się wszyscy przyzwyczaili do pustego miejsca przy stole. Jeszcze kilka razy Lucjan warował z Morusem przy bramie, patrząc, czy zza zakrętu nie ujrzy kraciastej spódnicy i czerwonej torby, w której Walerka zawsze wiozła dla niego słodycze. Już z daleka widział jej promienny uśmiech i dłoń w jasnej rękawiczce, machającą na powitanie. Czasem nawet miał zwidy, gdy za drzewem błyskało coś jasnego, jakby nowa chustka, którą dostała od Ewy na ostatnie urodziny, albo kwiecista bluzka. A to były tylko fruwające na sznurku koszule albo obłok między gałęziami. Chłopiec wracał wtedy smutny do domu i szukał starszej siostry, bo tylko ona mogła mu wynagrodzić stratę.

Kończył się sierpień. Rodzice wychodzili o świcie do pracy, zabierając ze sobą Kazia. Marysia pomagała w polu, a w domu Ewa zajmowała się dziećmi. Sama nie dałaby rady, czasami pomagał jej Lutek. Skończył już siedem lat i wydawał się dość rozsądny. Musiała mieć kogoś pod ręką. Antek zrobił się psotny, bił się bez przerwy z Józkiem, który dopiero co stanął na nogi. Kotłowali się o byle głupstwo, jak to chłopcy. Bywały dni, że tych dwóch roznosiła energia. Wtedy Ewa brała ich za dom, nad kałużę i razem wypasali gęsi. Tam mogli biegać do woli i wypalać energię. Lutek z Genią pilnowali w tym czasie domu. W sadzie buszowały króliki. Lęgło się ich sporo każdej wiosny. Za dnia biegały wolno po całym sadzie. Zdarzało się, że uciekały w pole. Nikt ich nie trzymał w zagrodzie. Biegały luzem, czasem łasiły się do dzieci, a na noc same wracały do domu. Bywało jednak, że któryś wpadł w szpony jastrzębia, innego czasami zadusiły psy albo lis. Nikt się tym specjalnie nie martwił, nikt ich wieczorem nie rachował. Jedynie Mańka rozpaczała, gdy jakiś jej ulubieniec zaginął gdzieś w wielkim świecie albo trafił do garnka Wiktorii.

Zboże leżało już w stodole, len moczył się i suszył na trawie w pobliżu strumienia, w stępie sączył się olej do glinianych garnków, makuchy, przysmak zwierząt, dochodziły w oborze. Ze wszystkim trzeba się było solidnie uwijać. Nie zanosiło się wprawdzie na deszcz ani na chłody, ale kto chciał zabezpieczyć wszystkie zbiory, musiał być czujny do końca. Pomagała w tym dobra organizacja i odpowiednia ilość rąk do pracy. Nadszedł też czas na zrywanie i suszenie owoców. Uczestniczyła w tym cała rodzina; kto tylko mógł, brał nóż do ręki, obierał i kroił. Zimą nie było lepszych łakoci niż suszone gruszki, podwędzone na ogniu śliwki czy cienkie plasterki jabłka. Dom wypełniał się zapachami, aż się od nich kręciło w głowie.

Trzeciego września Lutek poszedł do szkoły. Z niecierpliwości ledwo doczekał rana. Trzy dni wcześniej miał już zapakowaną torbę z książkami i przybory do pisania. Rano bolał go brzuch, nie mógł zjeść śniadania. Siostry próbowały go uspokoić, że już przecież trochę umie czytać i dobrze liczy na palcach. Pewnie będzie najmądrzejszy w klasie. To mu jednak nie dodało odwagi. Antek zazdrościł bratu. Płakał wieczorem, bo Lutek nie chciał go zabrać ze sobą. Pierwszego dnia posłali Lutka z Ewą.

– Tato, może zabiorę też Antka – zwróciła się do ojca. – Jak sobie trochę popatrzy, to się uspokoi. Zostanie w domu, to znowu nabije Józka.

– Bierz go – zgodził się Jan. – Jeszcze tylko zapytaj matki.

– Antek jest za mały – zaprotestowała Wiktoria. Skończyła karmić Kazika, który płakał od rana, coś mu zaszkodziło. Sprawdzała, czy malec nie ma gorączki, kilka razy dotykała jego czoła, ale było chłodne. Dziecko jednak ciągle marudziło. – Antek zostanie w domu, to prawie dwa kilometry. Rozpłacze się, stanie w połowie drogi i będziesz miała kłopot. Weź lepiej Genię. Ona lubi chodzić i nigdy się nie męczy.

– Twarda z niej baba, podobna do Mańki – zachwalał dziewczynkę Jan. Wiedział, że żona lubi, gdy chwali jej ukochaną córeczkę. Czuł bardzo silną więź między matką a Genią. Był nawet trochę zazdrosny, że starszych córek nigdy tak nie kochała, chociaż są prawie jej, bo przecież rodzonej matki żadna nie pamiętała. Taka jest widać ludzka natura, pierwsza się liczy krew z krwi i nic na to nie poradzisz. Już po ciepłych spojrzeniach widział, w którą stronę zwraca się serce Wiktorii. Co spojrzała, to lekki uśmiech błąkał się na jej ustach, a czasami niemy podziw. Nawet gdy córka była niegrzeczna, matka i tak wybaczała, nie była tak twarda jak wobec Ewy i Mańki. Bo przecież sprawiedliwość i dobra wola uczuć nie zastąpią. Do tego potrzebna więź, niewidoczna gołym okiem, za to silna jak lina okrętowa.

***

Brak Walerki najbardziej dawał się we znaki w strategicznym dla rodziny okresie. Pod koniec września Jan z Trojanowskim i Nowackim postanowili pogłębić rowy odwadniające. Były za płytkie, wiosną nie dawały rady odprowadzać wody z uprawianych pól. Starsze dzieci pomagały przenosić ziemię z rowów na znajdujące się na polach zagłębienia. Jan poprosił o pomoc Ewę i Wiktoria musiała powierzyć Mańce opiekę nad dziećmi. Uprzedzała męża, że to nie jest praca dla delikatnej Ewy. Chciała chronić dziewczynę, lecz ta z ochotą przystała na propozycję ojca.

Poza Ewą pracowali tam synowie okolicznych sąsiadów, którzy pomagali nakładać ziemię, adorując przy tym co ładniejsze dziewczęta. Kręcił się między nimi Tomek Żebrowski. Nie był ich sąsiadem, wpadał tylko czasem na pogaduszki. Teraz z werwą rzucał się do pomocy, a najczęściej łapał za taczkę panny Ewy. Praca nabrała tempa. W kilka dni wyrównali teren, który wcześniej przysparzał gospodarzom kłopotów. Teraz ziemia w tym miejscu szybciej obeschnie i da się równiutko zaorać.

Po skończonych pracach zapalono wzdłuż miedzy ogniska. Kobiety przyniosły chleb, kwaśne mleko zaprawione tłustą śmietaną i ziemniaki. Obok, na kamieniach, stał gliniany garnek smalcu i pokrojona w plasterki cebula. Było już chłodno, ale rozgrzani pracą długo rozmawiali przy ogniskach, zajadając gorące ziemniaki i świeży chleb ze smalcem. Niektórzy wyciągali zza pazuchy samogon i zapijali udane przedsięwzięcie. Trojanowski oficjalnie podziękował wszystkim pomocnikom.