Moja droga B.

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy wchodzę do fryzjera w moim ukochanym miasteczku, w którym zakładów jest chyba z osiem, po prostu zagłębie zakładów fryzjerskich, nie wiadomo dlaczego zresztą, bo nikt do nich nie chodzi, fryzjerka czyta gazetę i nawet nie drgnie, kiedy staję w drzwiach. W salonie zwykle nie ma nikogo. Pytam, speszona niechętnym przyjęciem, czy mogłabym się uczesać, a wtedy ona, odgryzając kęs bułki i nadal nie ruszając się z miejsca, z pełnymi ustami, pyta:

– A jak?

– Zwyczajnie – odpowiadam. – Chciałabym umyć głowę i ułożyć włosy przy użyciu szczotki.

Wtedy ona wskazuje ruchem głowy, żebym poszła do umywalki, powoli kończy jeść, w drodze do mnie wygląda przez okno, by zobaczyć, co się dzieje na ulicy, na której, jak to w małym miasteczku, nie dzieje się nic, i zaczyna mnie drapać i urywać mi głowę, czyli myć włosy. Po czym mnie prowadzi do lustra, najczęściej źle oświetlonego, w którym wyglądam jak maszkara; na dodatek odbija się w nim szyba, a za nią cala ulica, i oczywiście każdy przechodzący może mnie sobie, taką wstrętną, obejrzeć. Fryzjerka mówi:

– Boże, jak pani źle wygląda, chora pani czy co? – I zaczyna rozczesywać moje biedne włosy, szarpiąc je i wyrywając bez litości. Następnie słyszę uwagi w rodzaju: – Oj, lichutkie te włoski, lichutkie, byle jakie, i po co toto trzymać? Obcięła by je pani w pioruny.

Nieśmiało mówię, że są mi potrzebne do roli. Na co ona pochyla się i mówi:

– Niech pani złapie moje włosy, widzi pani, to są włosy! Od urodzenia takie mam. Mnie uczesać to sztuka, nawet koleżanki nie chcą. – I ze zdwojoną pasją zaczyna się znęcać nad moimi, głowa odskakuje mi jak piłka, a ona mówi, mówi i mówi bez chwili wytchnienia. Że ją głowa boli, że ma niedobre wyniki badań krwi, że jej zmienniczka to brudas i obibok, że ludzie to teraz zwierzęta, mówi, co myśli o aktualnym rządzie, telewizji i lekarzach. Potem pyta, kto jest mężem X, Y, Z i czy to prawda, że dziecko Z jest z tym i z tym, a R., T. i J. ona po prostu nie cierpi, jak są w telewizji, to zmienia program, M. to się tak utuczyła, że powinna się wstydzić, bo taka z niej była fajna babka. Lakieruje moją fryzurę tak, że mnie oślepia na dobre dziesięć minut, nie zauważa, że nie odezwałam się przez cały czas ani słowem, i bierze za te wszystkie usługi – co prawda, to prawda – połowę ceny warszawskiej. Ale cóż z tego, skoro po wizycie u niej muszę brać leki uspokajające i nie mam odwagi stanąć przed kamerą.

Twoja K.

* * *

Milanówek 1 października 1999

Droga B.! Mówisz coraz częściej, że jesteś sama. Co to znaczy sama? Trochę mnie to wkurza, po pierwsze, za często to mówisz, po drugie, co przez to rozumiesz, co chcesz powiedzieć, tak naprawdę? Słuchaj, B., masz trochę skomplikowany charakter, jesteś niewątpliwie interesującym człowiekiem, niespokojnym, kobietą, która ma wymagania w stosunku do życia i chce robić rzeczy interesujące, da się z Tobą pogadać, masz wielu przyjaciół. Nie jesteś sama. To prawda, nie spotkałaś mężczyzny, który by z Tobą na dłuższą metę wytrzymał, to znaczy, nie spotkałaś naprawdę miłości życia lub oczekiwałaś za każdym razem (a byty dwa), za dużo. Ale nie o tym chcę mówić, bo problem jest skomplikowany i na kolejną długą nocną rozmowę.

Wczoraj, przypadkowo, jadąc samochodem, wysłuchałam długiego wywiadu z odwiedzającym właśnie Polskę Jackiem Kaczmarskim. Poetą, bardem Solidarności, tej Solidarności sprzed lat, i wtedy moim dobrym znajomym. Od jakiegoś czasu mieszka w Australii. Pomijając to, że z przyjemnością słuchałam znów, jak ktoś mówi ładnie i spokojnie po polsku, to zorientowałam się, że Jacek, nie będąc tutaj, nie uczestnicząc w ogólnym stylu bycia, wypowiadania się i naszych problemach, nie wie, że to jedna z rozgłośni radiowych, w których po wywiadzie ze znanym człowiekiem, na przykład na temat tego, co lubi jeść, zadaje się słuchaczom głupie pytania konkursowe w rodzaju: jaka potrawa nie udaje się żonie pana X, czekamy na telefony, nagrodą będzie książka kucharska i podróż dookoła świata... mielone!!! Oczywiście, że mielone!!! Gratuluję. Otóż, nic nie wiedząc o tych radiach, na antenach których wciąż kłócą się albo udzielają wymijających odpowiedzi kolejni politycy, jak słabi uczniowie w klasie, o radiach, gdzie otwarte mikrofony dla wszystkich spowodowały, że wypowiadają się w każdej sprawie jacyś prymitywni mędrkowie, oszołomy, prowincjusze o faszystowskich poglądach, Jacek mówił po prostu jak człowiek. Jak ktoś, kto nie jest pewien, ale myśli, nie ma recepty, ale się nad nią zastanawia, a przede wszystkim nie boi się używać wielkich słów, wypowiadając się na temat obowiązków, wyborów moralnych, celów życiowych; po prostu wspaniałych, jednoznacznych, wielkich słów, których się od jakiegoś czasu wstydzimy. Ja też, jakoś w tych czasach wydają mi się pretensjonalne. Ale to nieważne. Moja miła, zastanowiła mnie w jego wypowiedzi jedna rzecz, wiążą– ca się z Twoimi problemami; Jacek odróżnił w tej rozmowie samotność od osamotnienia, które jest niewątpliwie straszne, jest tragedią. Powiedział: jestem sam w domu, na brzegu oceanu, tylko czasami bywam tam z kimś, tak się ułożyło, ale nie czuję się osamotniony. Często jestem sam i lubię to. „Co pan wtedy robi?” – „Myślę – odpowiedział – po prostu myślę”. B., jak ja lubię myśleć! Ty też, nie kłam, a poza tym nie jesteś osamotniona, masz wielu przyjaciół, znajomych, jesteś im potrzebna, stanowisz miłe towarzystwo, a jeśli chcesz tego więcej, to się o to postaraj, to nietrudne, inni też tego pragną. Konkludując: obie lubimy samotność, chwilę wyciszenia, czas dla siebie – to najbardziej twórcze momenty w życiu. Pamiętasz ten wiersz Poświatowskiej:

nie jestem sama

ze mną jest woda

która patrzy moimi oczyma

uśmiecha się moimi ustami

i nasłuchuje

tysiąca słów złotych słonecznych

uskrzydlone słowa

ptactwo pierzaste

chmury was nade mną

jak pocałunki

garniecie się do rąk do ust.

I wszystko płonie

rozsypane w słońcu

nie jestem sama

ze mną jest trawa

której każde źdźbło

powtarza kształt moich palców

* * *

Milanówek 3 października 1999

Droga B.! Wiem, że masz duszę artysty, każdy ma, i wiem, że czujesz się wyjątkowa, oryginalna, prawie każdy tak się czuje. Wiem też, że nie czujesz się stara, co lubisz podkreślić strojem, ale to nie ma nic wspólnego z zarządzeniem waszego szefa i Twoją reakcją na nie. Zachowujesz się tak, jakby to zarządzenie, nie, zalecenie, było skierowane przeciwko Tobie osobiście. Macie obowiązek wyglądać w miejscu pracy „godnie”, jak to, może nie najszczęśliwiej, określono.

Popieram. W końcu przestań marudzić, nikt nie każę Ci nosić, nudnych, jak to nazwałaś, szarych mundurków, ale przyznasz, że Twoja koleżanka, paradująca po biurze w obcisłym sweterku i legginsach (o cholera, obce słowo), czyli elastycznych rajstopach, to byt szok – dla mnie też. Wiemy, że ona czuje się fantastycznie i uważa, że ma piękne nogi, a nikt tego nie zauważa, więc łapie czas już za koniuszek ogona, ale to naprawdę przesada. Zresztą z nią to zupełnie inna sprawa, moim zdaniem, jej się któryś z waszych kolegów po prostu podoba, albo się zakochała, maluje się ostatnio też trochę przesadnie, zauważyłaś? Poświatowska napisała w jednym z wierszy: „odkąd ciebie poznałam, noszę szminkę w kieszeni”... Wracając do waszego szefa, ma rację, ja też nie złożyłabym żadnego poważnego zamówienia w waszym biurze, gdyby to ona mnie obsługiwała w tych rajstopach. A teraz Twoi koledzy: są nadzwyczajni, zdolni, to prawda, ale to przesada, żeby chodzili w pracy w T-shirtach, cholera, znowu obce słowo, w podkoszulkach, zgoda, nikt nie żąda krawatów w biurze architektonicznym, ale niechby przynajmniej koszule...

Macie szanować klientów, miejsce i samych siebie. Mówisz, że z kolei seledynowy garnitur architekta Waldka i krawat w nenufary odstraszyłby każdego klienta, ale, kochana, to już jest zupełnie inna kwestia, kwestia gustu pana Waldka, i masz rację, że w jakimkolwiek innym biurze, urzędzie, miejscu pracy ten gust byłby tylko jego problemem, natomiast w biurze zajmującym się urodą rzeczy, tak to nazwijmy, gust pana Waldka nie zgadza się z ogólnie akceptowanym stylem, jaki lansujecie (czy to obce słowo, czy nie? Jak myślisz?). Waldek jest za ten garnitur do zwolnienia, zgadzam się z tobą absolutnie, Ale B., kochana, zdenerwowana tym, że szef ogranicza Twoją wolność osobistą, B., moim zdaniem, Ty ubierasz się do pracy świetnie, no, może czasem zdarzy Ci się ubrać trochę za bardzo wieczorowo, artysta wszakże ma podobno prawo do wszystkiego, do najdziwniejszych zachowań i dzikich ekstrawagancji, od tego jest artystą, tylko że artyści rzadko pracują w biurze, które ma jednak charakter usługowy. Ale wszędzie zdarzają się kolorowe ptaki – i takie osoby są najczęściej tolerowane, łubiane i akceptowane przez otoczenie, nawet najbardziej konwencjonalne, ale tu chodzi o coś zupełnie innego, nie o brak szacunku dla miejsca pracy, co zarzuca wam wasz szef, i ma rację. Przestań! Ludzką słabością jest chęć podobania się za wszelką cenę i każdy realizuje to, jak umie i jak rozumie, inni są po prostu niewychowani i nie rozumieją takich rzeczy, dla jeszcze innych tylko wygoda się liczy. A jeśli chodzi o Twoją koleżankę w legginsach, to ta pewnie myśli, że szef zazdrości jej po prostu zgrabnych nóg i makijażu, co jest o tyle uzasadnione, że wasz szef jest kobietą. Całuję Cię, kochana. Nie denerwuj się, jestem z Twoim szefem myślami.

Twoja K.

* * *

Milanówek 24.listopada 1999

Droga B.! Trzy dni obserwowałam naprawdę niezwykłą kobietę, filozofkę. Leżałam uwięziona z powodu choroby w pewnym pokoju hotelowym we Wrocławiu. Z okna mogłam dokładnie obserwować mieszkanie w domu po przeciwnej stronie bardzo ruchliwej ulicy, a w tym mieszkaniu spokojne życie pewnej pani. Z mojego łóżka byłam w stanie szczegółowo śledzić wszystkie działania tej zdumiewającej kobiety i jej męża, a czyniłam to coraz bardziej zafascynowana. Cóż za zdumiewające życie!

 

Rano, kiedy się budziłam, jego już nie było, a ona siedziała w oknie. Ubrana, z włosami zakręconymi co dzień w świeże loki, siedziała w oknie i w skupieniu, nieporuszona, obserwowała świat, nie uczestnicząc w jego biegu, jak bogini.

Koło dziesiątej znikała i pojawiała się w kolejnym oknie, przebrana w fartuch do sprzątania, z chustką na lokach. Otwierała okno i solidnie, starannie, powtarzając te same ruchy, trzepała wszystko, co było w pokoju do wytrzepania. Obrus, jaśki, narzutę, dwa koce, serwetki itd. Potem trzepała swój fartuch i chustkę, a następnie dokładnie zamykała okno pokoju. Po chwili pojawiała się w oknie kuchni w celu ponownej kontemplacji świata. Około dwunastej spokojnie wkładała fartuch kuchenny i zaczynała gotować obiad. Zajmowało jej to czas do powrotu mężczyzny, przy czym w przerwach między mieszaniem w garnkach siadywała w oknie. Punktualnie o szesnastej trzydzieści wchodził do kuchni mężczyzna w płaszczu, kładł zakupy na stole i za chwilę mogłam oglądać przez okno pokoju, jak siada przy stole, a ona podaje mu obiad. Nie rozmawiali ze sobą, ona nie siadała, mówiła dopiero w kuchni, sama do siebie, kiedy odpakowywała zakupy. Nie była z nich zadowolona, ale tego jemu, podając drugie danie, nie okazywała. Po obiedzie on rozkładał gazetę, a ona sprzątała i zmywała. Jej jedzącej nie widziałam nigdy. Po przeczytaniu gazety on włączał telewizor, a ona siadała majestatycznie, rozluźniona, w oknie i obejmowała świat w posiadanie aż do późnej nocy.

Nigdy nie zauważyłam, żeby przyśpieszyła tempo swoich działań albo czymś się zdenerwowała, oprócz niezadowolenia z zakupów oczywiście. Co dzień rytuał się powtarzał i co dzień te same spokojne, pewne ręce tak samo, w takim samym rytmie robiły wszystko. Filozofka. Przez cały ten czas nie skusiło jej nic! Telewizja, spacer, książka, rozmowa, nic. Niebywałe. Ciekawe, o czym cały czas myślała, a może po prostu znajdowała się cały czas w stanie nirwany. Filozofka. Było nam razem dobrze przez te trzy dni, trzeciego zaczęłam się zastanawiać, co z praniem, to mogłoby zakłócić nasz wspólny rytm. Ale nie, co dzień było: okno, trzepanie, okno, obiad, sprzątanie i okno do oporu. Od tamtej pory często o niej myślę, uspokajam się przy tym.

Jadę znów do Wrocławia, poproszę o ten sam hotel i ten sam pokój. Jestem pewna, że ona jedna na tym zwariowanym świecie nie zrobi mi niespodzianki i będzie siedziała w swoim oknie, kiedy przyjadę. Czuję się z nią związana. Stała się jednym z niewielu punktów stałych w moim życiu.

Całuję Cię, kochana B., wytrzep sobie coś, na Ciebie też właściwie zawsze można liczyć, chociaż nawet pomidorową robisz za każdym razem inaczej.

Twoja K.

* * *

Milanówek 23.października 1999

Droga B., jestem w podróży od sześciu dni, a wiesz, jak to lubię. Wyjazd z Warszawy automatycznie odcina mnie od wielu obowiązków i daje alibi do nicnierobienia. To jak ciąża albo pobyt w szpitalu, jesteś usprawiedliwiona. Nie ma mnie, wyjechałam, nagrywasz na sekretarkę, wrócę tego i tego i wtedy znowu sobą służę... a na razie zima, jak mówi Piotr Machalica.

Wczoraj w Wadowicach zjadłam kremówkę papieską, jak te ciastka teraz nazywają, te, o których papież mówił podczas ostatniego pobytu w Polsce, te, które zapamiętał z dzieciństwa jako nadzwyczajne. Otóż są zupełnie zwyczajne. Ale ani tamtej cukierni z jego wspomnień już nie ma, ani tamtych kremówek. Poszukują gwałtownie w Wadowicach dawnej receptury, bo przyjezdni z całej Polski chcą tych kremówek skosztować, ale na razie są zwyczajne, o czym z wdziękiem zawiadamia sprzedawczyni, za co jesteśmy jej wdzięczni, bo kto sprawdzi, że to nie ten smak wydawał się małemu Karolowi cudowny. Smak z dzieciństwa, magdalenki u Prousta, trzydzieści dwie strony opisu ich smaku, uwielbiam to czytać. Jadę przez Polskę, kruszę kremówką w samochodzie, czytam Portrety imion Iłłakowiczówny... Sześćdziesiąta druga strona... Karol...

Spojrzał po sobie smutnie i rzeki z prawdziwym bólem:

„I po co się tak nazywać, skoro się nie jest królem?!

Imię – wielkości, wielkość żąda niewygody.

Pokonywać mocarze, ujarzmiać narody,

uganiać się za stawą, w zawody iść o władzę

– nie moja to rzecz zgoła, onej nie poradzę!

Nie tędy moja droga, nie takiej chcę zapłaty...

Gdy można wdziać ubranie, po co »obłóczyć szaty« ?

Gdy w życiu melon noszę i buty zakurzone,

po co mam dźwigać w godle miecz, berło i koronę?... „

No, ale ona nie wiedziała, kiedy to pisała, że, jak ja to mówię, papież zostanie Polakiem.

W Legnicy niespodzianka, piękny teatr, nawet zapach piękny, teatralny, kurzowy. Kocham takie teatry.

Dziś niespodziewanie na stacji benzynowej pod Ostrowem Wielkopolskim, na półce, za 3,50 perfumy „Być może”... Rozczuliłam się. Zapach „Być może”, który czułam w dzieciństwie od mojej babci i mamy, zanim go zmieniły na preferowany przez ciotkę „Soir de Paris”. Dziadek też używał kobiecych perfum „Carmen”, nie wiem, gdzie je kupował, ale mdlały od tego zapachu babcia, mama, ciocia i wszyscy ludzie w kościele, a pomieszany z silnym zapachem naftaliny sprawiał, że nawet na pasterce robiło się luźno koło nas.

„Być może”. Drżącymi rękoma, w pośpiechu, odkręciłam małą buteleczkę i natychmiast fala znajomego ciepła, czułości i wzruszenia ścisnęła mi gardło. Jak dobrze, jak bezpiecznie, a przy tym ta nazwa... „Być może”... Ileż to obiecywało w dzieciństwie, jak uruchamiało wyobraźnię, tyle miało w sobie nadziei, optymizmu, tyle metafizyki i niedosłowności.

Jadę sobie przez jesienną Polskę, czytam wiersz Gałczyńskiego:

Tyle zgiełku. Tyle miast i bram.

Farby moje czas jak liście przemieni.

Ołtarz mój – samotny jak ja sam

– o jesieni moja, jesieni!

Pieniądze? Jak ćmy się rozlecą.

Sława! Nieraz płakał, kto ją miał.

Przyjaźń? Szukaj jej ze świecą

nocą, na wietrze, wśród skał.

Jadę, wącham zapach z otwartej malej buteleczki, zwykły, nieskomplikowany, patrzę sobie na tę Polskę niedzielną, jesienną, deszczową, na ludzi pod parasolami idących do kościoła, na drzewa, drogi wiodące do lasów, i zmieniam słowa „być może” na „wszystko być może”. Za dwa dni wracam do Warszawy, moja B., i wtedy do Ciebie wpadnę. Wiesz, przestanę zmieniać perfumy, zostanę na zawsze przy jednych, tych moich ukochanych, a niemodnych – żeby ułatwić dzieciom wspomnienia.

Całuję Cię nostalgicznie

Twoja K.

* * *

Milanówek 15 listopada 1999

Droga B.! Jechałam wczoraj z moim mężem samochodem. On prowadził. Śpieszyliśmy się bardzo. Wiózł mnie na pociąg do Krakowa. Byliśmy trochę spóźnieni, zdenerwowani. Przed nami jechał od jakiegoś czasu samochód-zakała, jego manewry były zdumiewające, decyzje nieprzewidywalne. Po jakimś czasie okazało się, że ten samochód prowadzi kobieta, i wtedy się zaczęło:

– No, baba! Oczywiście, że to baba, wiedziałem! Zobacz, zobacz tylko, jak ona jedzie. No nie, to jest nie do wytrzymania. Ciekawe, o czym ona myśli? A, zjedźże, babo, na prawy pas, po co jedziesz lewym, aha, pewnie za siedem skrzyżowań będzie skręcała w lewo i już teraz się przygotowuje! Co to za babsko bezmyślne, powinni jej odebrać prawo jazdy!

Rzeczywiście, miał rację, ona, ta pani, nagle też zaczęła się śpieszyć i postanowiła wyprzedzić wszystkich na drodze, ale zabierała się do tego co najmniej dziwnie; kiedy już była pierwsza, a przed nią przestrzeń, zrezygnowała, i zaczęła zdumiewająco powoli jechać lewym pasem. Na dodatek po jakimś czasie zapragnęła nagle skręcić w prawo, aż całkowicie zablokowała wszystkich, stając w poprzek w korku. Wszyscy w nim utknęliśmy. Wysiadłam z samochodu. Podeszłam do niej, zapukałam w szybę.

– Słucham, o co chodzi? – zapytała uśmiechnięta.

– Moja droga, nie może pani tak jeździć. Musi się pani skupić. Mężczyźni patrzą. Oni mogą sobie pozwolić na słabość, my nie. Niech się pani zmobilizuje i postara. Trzymam za panią kciuki. Pozdrawiam.

Nic nie rozumiała. Odeszłam, zostawiając ją w osłupieniu. Korek zaczął się rozładowywać, zdążyłam w ostatnim momencie. Mąż patrzył na mnie usatysfakcjonowany.

– Powiedziałaś jej?!

– Tak.

Kiedy ruszaliśmy z mężem lewym pasem, ona spokojnie, konsekwentnie czekała na możliwość skrętu w prawo. Brawo, pomyślałam, co za konsekwencja. I wtedy zauważyłam, że kobieta uśmiecha się do mnie i macha mi zza szyby.

No i jak Ci się to podoba, moja B.? Musimy sobie pomagać, mobilizować się nawzajem. Podawać sobie rękę. Takie czasy.

Na dworcu mąż wsadził mnie do pociągu. W przedziale kilku panów zerwało się, by mi pomóc z walizką.

– Nie! Nie! – krzyknęłam. – Ona jest ciężka!

A potem zastanowiłam się, czy przypadkiem nie zwariowałam. Przecież oni są silniejsi. Już mi się całkiem wszystko pokręciło.

Całuję Cię. Twoja K., czasem kobieta

PS. Wiesz, trudno mi to dopisać do tego listu, ale dziś rano wpakowało się w tył mojego samochodu swoim wozem jakieś obrzydliwe, bezmyślne babsko. Kiedy ją zapytałam, jak to się stało, czy mnie nie widziała, uśmiechnęła się przepraszająco i powiedziała:

– Nie wiem.

* * *

16.02.2000

Moja droga B.! Zdarzyło się to w pociągu pośpiesznym relacji Poznań–Katowice, w niedzielę, cztery dni temu. Siedziałam w prawie całkowicie wypełnionym przedziale, czytając gazetę. Do przedziału tuż przed odjazdem pociągu wszedł niewidomy z plecakiem i zapytał mnie, czy może usiąść naprzeciwko mnie. Zdziwiona odpowiedziałam, że tak, że oczywiście, podnosząc się, żeby mu pomóc. Wtedy on precyzyjnie odłożył białą laskę na wąziutki kaloryfer, znajdujący się obok niego, położył plecak na półce, zdjął okulary i wyszedł, mówiąc, że przeprasza, ale idzie na chwilę do restauracyjnego. Wrócił z tekturką wielkości pudełka po butach, usiadł wygodnie, wyjął długopis i zaczął powoli pisać: SZANOWNI PAŃSTWO – tu postawił wykrzyknik – JESTEM BEZDOMNYM INWALIDĄ... Podniósł głowę.

– To pierwsza klasa, pani Krystyno? – zapytał. – Ooo, to za wysokie progi na moje nogi – skonstatował – ale trudno, idę na bezczelnego, najwyżej zaliczę Tarnowskie Góry, też miasto – i pisał dalej: ...KALEKĄ Z 75% UTRATĄ WZROKU...

Zadzwonił mój telefon. Bezdomny inwalida zerwał się na równe nogi. Kiedy zorientował się, że to tylko telefon, wyznał wszystkim w przedziale:

– Widzieliście!? Niedługo będę się bał własnego cienia. Wódka! Trudno, co poradzę? Lubię ten płyn!... – po czym zainteresował się moim telefonem, zapytał, czy może go obejrzeć, bo znajoma studentka radzi mu, żeby sobie kupił taki na kartę, ale on nie jest do tego przekonany. Wprawnie ponaciskał, pooglądał, dopasował do dłoni aparat i zapytał, ile płacę za abonament miesięczny, a usłyszawszy sumę, westchnął i powiedział: – Zobaczy się.

Miałam nieodpartą ochotę zapytać, co studiuje owa znajoma, ale powstrzymałam się, zamiast tego wyjęłam czarny flamaster i podałam mu. Był zachwycony.

– O, teraz to będzie super widać – cieszył się i zaczął poprawiać już napisane słowa: SZANOWNI PAŃSTWO! JESTEM BEZDOMNYM INWALIDĄ Z 75% UTRATĄ WZROKU... a potem dopisał: PROSZĘ ŁASKAWIE O WSPOMOŻENIE i DZIĘKUJĘ SERDECZNIE PAŃSTWU. – Pójdziemy, pół godziny pracy – (uśmiechnął się i zrobił do mnie oko) – i zobaczymy, co z tego wyniknie. Na obiad z zimnym piwem chyba wystarczy, dwadzieścia, trzydzieści złotych powinno być, no, może nie dziś, bo dziś niedziela, a nie powszedni dzień, zobaczy się, lubię piwo z lodem. – DZIĘKUJĘ PAŃSTWU SERDECZNIE podkreślił, następnie, po zastanowieniu, podkreślił także SZANOWNI PAŃSTWO. Wstał, uczesał się, patrząc w lusterko, poprosił mnie, żebym mu popilnowała plecaka, i sięgnął po laskę. – Nagrzałaś mi się, malutka – powiedział do niej i wyszedł.

Wrócił po dziesięciu minutach z konduktorem, który chciał dopilnować, żeby niewidomy wysiadł na następnej stacji.

– Wysiądę, wysiądę – uspokajał zdenerwowanego młodego człowieka. – Niech pan idzie, niech pan się nie boi, wszędzie są ludzie.

Konduktor wyszedł.

– On to jest w porządku gość – skomentował bezdomny – tam jest taka druga, taka małpa, baba, ale i tak już ją Bóg pokarał, bo zezowata i ma krzywe nogi. – Wszystko to mówił, ubierając się, poprosił jeszcze, żebym zmięła róg jego kurtki i sprawdziła, z jak dobrego jest materiału. Zapinając ją, stwierdził, że ma zepsuty zamek błyskawiczny przy rozporku. Zmartwił się, a potem roześmiał i oświadczył nam: – A co tam, pójdę do Praktycznej Pani, dam dwadzieścia złotych i poproszę, żeby mi któraś przyszyła, tylko żeby uważała i nie ukłuła mnie w strzałeczkę – śmiał się już na całego.

 

Wziął plecak, laskę, włożył okulary, pociąg zatrzymał się właśnie na jakiejś stacji, i bezdomny, nie śpiesząc się, wyszedł z przedziału. Kiedy pociąg ruszał, ciągle słyszałam radosny śmiech dobiegający z peronu. Inwalida miał rację, wszędzie są ludzie.

Moja B., całuję Cię mocno, i nie mów mi więcej, że nie chce Ci się żyć, bo bluźnisz.

Twoja K., przebywająca obecnie na Śląsku

* * *

Sieradz 14.11.99

Moja droga B., no, Ty to masz znajomych! Opiszę Ci, jak cudownie bawiłyśmy się z Twoją koleżanką w Nowym Jorku. Oczywiście zajęła się nami, to znaczy mną i Joasią Żółkowską, ale co to był za wieczór! Właściwie zdecydowałyśmy się do niej zadzwonić tylko po to, żeby Ci sprawić przyjemność, no i myślałyśmy, że powie nam, jak mamy dotrzeć do wymarzonych przez nas miejsc i sklepów. Nie miała, niestety, czasu, to rozumiem, bo ja nigdy go nie mam, zaproponowała natomiast spotkanie we trzy, wieczorem. Zaprosiła nas do restauracji. Trudno, wołałabym iść do teatru, nie co dzień jestem w Nowym Jorku i każdy wieczór jest tu na wagę złota, ale nie umiałam odmówić, poza tym kazałaś mi przekazać list i prezenty. W rezultacie ucieszyłyśmy się z Joasią, bo wyznaczyła spotkanie w Greenwich Village, a każdy pretekst, żeby tam pojechać, jest dobry. Przyjechałyśmy do restauracji taksówką, zmarznięte jak cholera, bo nie pozwoliłaś mi wziąć do Ameryki futra, że niby nie wypada, a sztuczne futra mam gdzieś, dotarłam więc w charakterze mrożonki z kością, Joasi natomiast było zimno, bo wystroiła się w świeżo zakupiony płaszczyk, cieniutki, za to cudny. Twoja znajoma czekała na nas w swojej ulubionej restauracji, która okazała się wegetariańska. Od razu zapragnęłam zjeść befsztyk i nic innego nie mogło mnie zadowolić. Twoja znajoma, urocza, ekologiczna czterdziestolatka, siwa i nieumalowana, jak mi się na pierwszy rzut oka wydawało, zakonnica w cywilu, okazała się, czego mi wcześniej nie powiedziałaś, psychologiem terapeutą. Joasia od razu zaczęła zasięgać porady w jakiejś osobistej sprawie i tak się zdenerwowała, referując problem, że obie zapragnęłyśmy się napić. Otóż ulubiona restauracja Twojej koleżanki absolutnie nie przewidywała takiego wypadku, okazała się także lokalem bezalkoholowym. Ponieważ moje towarzyszki siedziały zagłębione w niewytłumaczalnym, postanowiłam pobiec po wino do sklepu naprzeciwko, gdyż kotlet schabowy z soi, choć wyglądał rewelacyjnie, nie dawał się zjeść. Nie mogłam znaleźć płaszcza, pomyślałam, że pewnie oddano go tymczasem do dezynfekcji, postanowiłam więc wyskoczyć tak, jak stoję. Sklep naprzeciwko okazał się sklepem bez wina, wobec czego ja, nieuleczalna optymistka, pobiegłam trochę dalej, może za róg, do innego sklepu, wciąż bez płaszcza. Trwało to dość długo, ohydny kotlet stygł, ludzie patrzyli na mnie jak na idiotkę, ale wino wreszcie zdobyłam. Wracałam biegiem, przemarznięta, przemyśliwując, jak nalewać wino z torebki, żeby nikt tego nie zauważył, kiedy na ulicy przed ulubioną restauracją Twojej uroczej znajomej zastałam Joasię, w żakieciku, ponieważ jej nowy płaszczyk też chyba oddali do czyszczenia. Zdenerwowana, zmarznięta, na granicy łez, paliła w pośpiechu papierosa. Okazało się, że rozmowa z Twoją znajomą tak ją załamała, iż mu– siała zapalić, a restauracja jest dla niepalących i każdego, kto w niej zapali, rozstrzeliwują i każą mu płacić za utratę zdrowia wszystkich, którzy tam jedzą, a siedziały w lokalu tłumy. Swoją drogą, zdumiewająca wydaje się popularność tego miejsca. Na moje pytanie, co dalej, Joasia odpowiedziała, że jeśli jej sprawy mają się tak potoczyć, jak przewiduje to Twoja znajoma, to ona właśnie postanowiła popełnić samobójstwo i zamarznąć na śmierć. Wróciłyśmy. Twoja znajoma tymczasem coś zjadła i oświadczyła nam, że jest późno i ona musi iść spać, bo czego, jak czego, ale godzin snu przestrzega z absolutną konsekwencją. Chciałam zapytać, czy od tego się tak siwieje, ale dałam spokój i przypomniałam tylko, że ma do zabrania prezenty od Ciebie, to znaczy poduszkę z koziej wełny, miód i perły, co rozmagnesowują powietrze... czy coś w tym rodzaju. Odeszła, ekologicznie nie całując się na pożegnanie. Ty to masz znajomych!

My z Joasią wróciłyśmy do naszego hotelu, zeżarłyśmy po dwa befsztyki, obaliłyśmy wino, wypaliłyśmy po paczce papierosów i poszłyśmy spać o świcie, pogodzone ze światem, głównie Joasia. Ja rano myślałam, że trzeba będzie do mnie wzywać pogotowie, i postanowiłam żyć od tego momentu zdrowo i ekologicznie, a w każdym razie spróbować.

B., musisz mi opowiedzieć o tej znajomej, coraz bardziej mnie ona interesuje, myślę, że w niedalekiej przyszłości zostanie moim wzorcem.

Całuje Cię K.

* * *

St. Blasien 04.01.2000

Moja droga B.! Teraz nagle chcesz mieć psa! Nigdy psa nie miałaś, bo kłopot, bo często wyjeżdżasz, bo Twoje skomplikowane życie... Nawet Cię rozumiałam, i nagle telefon – muszę mieć psa, natychmiast, to postanowione! Dobrze, może do tego dorosłaś, może potrzebujesz kogoś, kto Cię wytrzyma na co dzień, bo wszyscy już pouciekali, to prawda, a pies, i tu masz rację, zniesie wszystko bez słowa, choćby dlatego, że nie umie mówić. Pisząc „zniesie wszystko”, mam na myśli Twój charakter. Ale kończę złośliwości, rzeczywiście pies jest dobry na wszystko, pies uspokaja, zmusza do spacerów, daje poczucie przynależności, to znaczy, należysz do psa, a nie pies do Ciebie, bo wiedząc, jak rozumiesz demokrację, jestem pewna, że pies wejdzie Ci na głowę i uzależnisz się od niego zupełnie. Ale dobrze Ci tak.

A teraz historia o pewnym tyranie, reżyserze, którego bali się wszyscy. O człowieku sukcesu, dla którego zawód był najważniejszy, tak jak dla Ciebie. O kimś, kogo wszyscy opuścili, sam to mówił, a prawda była taka, że żadna kobieta z nim nie wytrzymywała, on natomiast po kolejnych próbach ułożenia sobie z kimś życia ostatecznie wrócił do mamy i kupił sobie psa. Pies miał na imię Pufi. Idiotyczne imię nawet dla psa, ale to ma najmniejsze znaczenie, wobec faktu, że Pufi niepostrzeżenie stał się jedyną miłością tego człowieka.

Robiłam z tym reżyserem, czyli z panem psa, kilka filmów, byłam chyba zresztą jedyną aktorką, która się tyrana nie bała, i obserwowałam jego rosnącą zależność od psa z dużym zainteresowaniem. Na przykład nie zaczynaliśmy zdjęć, jak zwykle w każdej produkcji, bardzo wcześnie, ponieważ nasz reżyser witał każdy dzień rytualnym długim spacerem z psem i bez tego nie wyobrażał sobie życia. Kiedy odwiedzaliśmy naszego szefa w domu po zdjęciach, byliśmy zmuszeni, zanim nastąpiła rozmowa o tym, co robimy, to znaczy o filmie i o tym, jak powinniśmy go kręcić dalej, obserwować, jak pies bawi się ze swoim panem, albo podziwiać, jaki pies jest inteligentny, jak przynosi te, a nie inne przedmioty, itd. Przy czym reżyser przekonywał nas, że Pufi rozumie wszystko, jeszcze chwila i sam zacznie mówić. Trwało to godzinami. Wszyscy się z tym godzili, producent też, bo to był bardzo dobry reżyser i robił naprawdę wybitne filmy.

Po jakimś czasie, chyba podczas kręcenia drugiego z naszych filmów, zaczęły się odwiedziny psa na planie. Początkowo co kilka dni, ale z czasem Pufi wizytowa! plan codziennie. Zapytałam wtedy naszego reżysera, czy Pufi ogląda projekcje nakręconych materiałów i czy nas ocenia. Reżyser, nie mrugnąwszy okiem, wyznał, że Pufi jest wielkim znawcą kina, oglądają filmy razem, i kiedy Pufi się nudzi, to za każdym razem ma rację, ale nie muszę się przejmować, bo on bardzo lubi, jak ja gram. Żeby nakręcić kolejny, trzeci film, do którego, tego jestem pewna, zaangażował mnie pies, musieliśmy wybrać się na kilka miesięcy do Ameryki. Długo trwały narady, czy Pufi pojedzie z nami, ale w rezultacie reżyser zdecydował, że dla psa podróż i pobyt w obcym miejscu będą zbyt męczące, w dodatku musiałby odbyć kwarantannę, słowem, Pufi został z mamą reżysera. W Ameryce zakochała się w reżyserze jedna z aktorek, mówię „zakochała”, bo reżyser, moim zdaniem, już nie byt zdolny do miłości, ale ona twierdziła, że jest cudownie, mieszkali razem w kolejnych apartamentach hotelowych aż do dnia zakończenia zdjęć i pamiętnej nocy, kiedy owa aktorka przyszła do mnie zapłakana, władowała mi się do łóżka i, łkając, wyznała, że reżyser odleciał pierwszym samolotem, na nikogo się nie oglądając, a już najmniej na nią, bo bardzo tęsknił za psem. Przez cały ich niedługi związek co rano reżyser, zanim zaczął tworzyć, dzwonił do Europy i bawił się przez telefon z psem. Mówił psu miłe słówka, mama reżysera rzucała zabawki, Pufi przynosi! je do telefonu, mama przykładała słuchawkę do ucha psa i reżyser go chwalił i prawił mu komplementy, a nieszczęsna aktorka musiała tego słuchać. Odjeżdżając, reżyser zostawił jej wszystkie rachunki telefoniczne do uregulowania, ale nie to jest najgorsze, płakała, tylko wielkie uczucie, którym ona do niego zapałała, między innymi dlatego, że tak kocha swojego psa. Aktorka wyła całą noc, twierdząc, że bez reżysera żyć nie może i że mu wszystko wybacza, jest tylko trochę zazdrosna o psa.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?