Moja droga B.

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Krystyna Janda

MOJA DROGA B.

Wydawnictwo Estymator

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66719-77-4

Copyright © Krystyna Janda

Projekt okładki: Iwona Białas

Zdjęcie na okładce wykonał: Robert Jaworski

Na zdjęciu: Krystyna Janda

Z OKŁADKI

Lubię, jak się kończy dzień.

Lubię, jak się zaczyna dzień.

Lubię jeść liście szpinaku w Sienie na Il Campo, w restauracji pod numerem 51.

Lubię spacery w Milanówku, polami, w podartej sukience, ze wszystkimi psami i dziećmi. Lubię spotkania z przyjaciółmi w barze w Kaniach co niedziela o pierwszej.

Lubię leżeć w wannie i myśleć, paląc papierosa.

Lubię spać w białych skarpetkach, nawet latem.

Lubię płakać ze wzruszenia i zachwytu.

Lubię się godzić, chociaż potem jest już trochę nudno.

Pozdrawiam,

Krystyna Janda

St. Blasien 31.12.1999

Moja droga B.! Ostatnio z powodu zupełnie zapchanej drogi donikąd, bo mój dom stoi przy drodze, której kresem są Skierniewice, czyli „nikąd”, znalazłam sobie całkowicie bezsensowny skrót, to znaczy objazd, ale za to kompletnie bezludny. Jadę godzinami do Warszawy i z Warszawy, bezkresnymi polami zawianymi śniegiem, małymi śliskimi drogami, błotami, zmagam się z deszczami, wiatrami i samotnością, a w nagrodę nie uczestniczę w chamskim, brutalnym wyścigu, kto kogo, obowiązującym na zwykłej drodze, prowadzącej do „matki karmicielki”, czyli Warszawy. Powiesz mi, że mogę jeździć pociągiem albo kolejką, tak jak Ty. Owszem, moja droga, tylko że kiedy ja wsiadam do kolejki albo pociągu, ludzie mnie zaczepiają, nie mówiąc już o tym, że chcą, żebym im coś załatwiła, bo przecież znam wszystkich. Ciekawe, jak sobie z tym radzi pan Zbigniew Bujak albo pan Aleksander Hall, których wielokrotnie widziałam wsiadających do pociągu w Milanówku; oni to dopiero muszą się nasłuchać. A Ty, moja kochana, możesz sobie jeździć, czym chcesz, od rzeźbiarek, nawet bardzo zdolnych, nikt niczego nie chce, chyba że pokażesz się kilka razy w telewizji, ale wiem, że czujesz do tego wstręt, i doskonale Cię rozumiem.

Wracając do moich baranów: wczoraj jechałam moim wietrznym, zaśnieżonym skrótem, czyli objazdem, i zobaczyłam pochylonego nad rowerem, dyszącego, samotnego starego mężczyznę. Nie zatrzymywał mnie, stał i ciężko oddychał, niczego ode mnie nie chciał, minęłam go i pojechałam dalej. Byłam spóźniona, śpieszyłam się, czekają na mnie, telewizja, radio, publiczność, pomyślałam. Nie mogę się zatrzymywać przy każdym starym człowieku i pytać, co mu jest, tłumaczyłam sobie z egzaltacją. Po chwili dopadły mnie natrętne myśli. Ten człowiek umierał! To był początek zawału! Powinnam była się zatrzymać. To bezradny staruszek, jest tu sam, w pobliżu nie ma żadnych zabudowań. Nikt mu nie pomoże. Na tle nieba, dyszący ciężko, wyglądał niesamowicie. W domu czeka na niego stara żona. Są biedni. Stał nad czarnym zardzewiałym rowerem. Ciekawe, czy ma dzieci? Może jest samotny, umrze i nikt go nawet nie będzie żałował. Powinnam wrócić. Nie chcę, boję się. Przecież mam telefon. Mogę zadzwonić. Jakie są te alarmowe numery? Pogotowie! Ale co im powiem? Że w polu, w zamieci śnieżnej, gdzieś pod Warszawą, chyba umiera człowiek? Do kogo zadzwonić? Męża nie ma w Polsce. Boże! Przecież kiedy dochodzi do jakiejkolwiek konfrontacji z życiem, ja też jestem zupełnie samotna! Zaczęłam zawracać. Może leży i jest już nieprzytomny? Moim obowiązkiem jest go ratować, zanim przyjedzie pogotowie. Uciskać serce, rytmicznie, mocno, i wtłaczać powietrze w jego stare usta. Brzydzę się, nie zrobię tego. Nie potrafię. Boję się. Boże, gdzie ja właściwie jestem? Jak, się nazywa ta miejscowość, to miejsce, w którym życie kazało mi zdawać egzamin? Pogotowie nie przyjedzie od razu. Co z nim zrobię sama? Jechałam coraz szybciej. Nie widzę go. Leży, pewnie leży. Muszę wypatrywać przewróconego czarnego roweru. Przyśpieszałam. Nie widziałam go. Byłam pewna, że to tutaj. Zatrzymałam samochód i wysiadłam. Cisza. Biało. Pusto. Wietrzno. Nikogo. Panie Boże, dziękuję Ci, że go nie ma. Że nie umarł. Odjechał. Zobaczyłam ślady kół rowerowych. Pofalowana, charakterystyczna linia. Był pijany. Jak dobrze.

Moja B., może moja opowieść śmieszy Cię i nudzi, wydaje Ci się nieważna i przesadzona, ale czy rozumiesz, jak ważny był ten egzamin? Jak dziękowałam Bogu, że wróciłam? Czy rozumiesz, że dzięki temu mogę dalej spokojnie żyć i być sobą? Z drugiej strony, łaskawy los nie egzaminował mnie dalej, nie kazał mi obmywać jego stóp, ale to tylko dlatego, że jestem szczęściarą i że zawsze mi się jakoś udaje, tak już w życiu mam. A wtedy, dzięki temu, że wróciłam, mogłam spokojnie, denerwując się już tylko spóźnieniem, niezmieniona, pojechać do Warszawy, spotkać się z kamerami, ludźmi, publicznością! Droga B., opisałam to zdarzenie, bo wydaje mi się ważne, a Ciebie przepraszam za pewnie nudny list, ale mnie on byt potrzebny. Całuję. Dziś sylwester, trzy dni temu papież otworzył drzwi do nowego tysiąclecia i nie musimy już chodzić dookoła, jak powiedział jeden z moich znajomych. Jutro, pierwszego dnia 2000 roku, o szóstej rano, cały świat zacznie się modlić o pokój na świecie. Boże, co będzie dalej?

Twoja K.

* * *

St. Blasien 1 stycznia 2000

Moja droga B.! Życzę Ci wszystkiego dobrego w nowym dwutysięcznym roku. Dużo szczęścia!

Leżę w łóżku w Szwarcwaldzie, czyli Czarnym Lesie, w Niemczech. Jest dziewiąta rano, sobota, pierwszy stycznia dwutysięcznego roku, pierwszy dzień nowego, ostatniego roku w tym tysiącleciu. Koło mnie leży mój mąż, w drugim pokoju moje dzieci. Od szóstej rano ludzie wszystkich wyznań na całym świecie modlą się o pokój na ziemi. Kończy się najbardziej dramatyczne, jak mówią, najokrutniejsze stulecie w dziejach ludzkości. Urodziłam się w szczęśliwym momencie, w kraju, który już nie pamięta drugiej wojny światowej, i na moich oczach totalitarny system, dławiący ten kraj, się skończył. Żyję w wolnym państwie, które, jak się wydaje, zmierza w dobrą, optymistyczną stronę. Zdobyłam powodzenie, sławę i takie pieniądze, że starcza mi spokojnie do pierwszego, a więcej właściwie nie chciałabym mieć, bo to kłopot i niewola, no, może tylko trochę więcej. Moje nazwisko widnieje w encyklopediach filmowych całego świata, ale nie to jest ważne, tylko radość z pracy. Leżę, cisza, wszyscy śpią po sylwestrowej nocy. Patrzę na mój telefon komórkowy, który mam pod ręką. Nikt nie zadzwonił z życzeniami noworocznymi. W pamięci telefonu znajduje się czterysta nazwisk ludzi, z którymi jestem w stałym kontakcie. Przed północą dostałam dwa tekstowe pozdrowienia od prawie zupełnie nieznajomych osób, szefa Nokii, uroczego pana Grzegorza Możdżyńskiego, i od państwa Bochenków z Katowic. On jest wybitnym kardiochirurgiem, który niedawno uratował życie dwóm bardzo znaczącym ludziom w moim życiu, Andrzejowi Wajdzie i Ernestowi Bryllowi, ona wspaniałą dziennikarką, kobietą, człowiekiem. Nie zadzwonił, nie odezwał się nikt więcej. Wcześniej, wieczorem, córka i jedna z przyjaciółek. Jeszcze dwa dni temu grałam w Warszawie Marlenę, oklaskiwało mnie wielu ludzi. Przychodzili do garderoby, wzruszeni. Płakałam.

Wstałam. Chodzę po uśpionym domu naszych przyjaciół. Za oknami biały, nieprawdopodobnie piękny pejzaż. Patrzę na sypiący śnieg. Niemcy, pół godziny od granicy Szwajcarii, krok od granicy Francji. Pierwszy dzień roku kończącego dwudziesty wiek. Czego mogę sobie życzyć? – przychodzi mi do głowy pytanie z piosenki Marleny Dietrich, śpiewanej przeze mnie w spektaklu, który grałam niedawno... Zaznać paru chwil słodyczy, z tortu szczęścia choćby okruch zjeść, zaznać paru chwil słodyczy i n i e p r z y z w y c z a j a ć s i ę... Tak, moja droga B., nie przyzwyczajać się. Jestem szczęśliwa, jestem dzieckiem szczęścia, ale nie wolno myśleć, że tak będzie zawsze, trzeba się starać, pomagać szczęściu. Nie wierzyć w los, szczęście trzeba sobie wypracować, zasłużyć na nie, stworzyć je. Czego mogę sobie życzyć? Niczego. Żeby nie bolało, jak będę umierać, myślę z goryczą, a poza tym ważni są w tej chwili tylko inni, mam życzenia dotyczące wyłącznie innych, dzieci, świata, rodziny. Ja szczęśliwa już byłam. O cholera! Co za nastrój! Co za dzień! Poza tym co dla mnie dziś znaczy szczęście? Szczęście kiedyś znaczyło sukces, ekspansję, dynamikę, ruch, nowości, zmiany, nawet dramatyczne, i wtedy telefon dzwonił bez przerwy. Teraz szczęście to spokój, poczucie bezpieczeństwa, brak wątpliwości, harmonia, powtarzalność, mądrość i stabilizacja. Telefon milczy. Po co to wszystko piszę? Dlaczego się nad tym zastanawiam? Bo nie zadzwoniłaś. Wiem, składałaś mi życzenia przed wyjazdem do Niemiec, ale to nie to samo. Nikt nie zadzwonił. A może to moja wina? Moja. Tak, moja. Zastanawiam się nad tym i uświadamiam sobie, że nie można być z każdym, nie można być wszędzie, nie można robić wszystkiego, rozumieć wszystkiego. Coraz częściej życie to świadoma eliminacja i tak jest dobrze! Za chwilę obudzą się moi bliscy. Mąż i dwóch synów, dziesięcio– i ośmioletni, Boże! Ile jeszcze koszul do uprasowania, jajecznic do usmażenia, historii do opowiedzenia, rozmów do odbycia, choinek do ozdobienia. Jeśli zrobię choćby tylko tyle, nie zmarnuję życia. To wystarczy.

Moja droga B., zadzwonię do Ciebie, dopiero jak wrócę, chcę być z nimi sama.

Twoja K.

PS. Przed chwilą zauważyłam, że mój telefon jest wyłączony. Nie pamiętam, czy wyłączyłam i kiedy.

* * *

Milanówek 28 września 1999

Droga B.!... Każdy ma problemy! Czy wiesz, ile cierpień, nieszczęść, rozpaczy jest wszędzie dookoła Ciebie? Zastanów się, czy Twoje zwykłe problemy, bo nie są one, przepraszam Cię, specjalnie oryginalne, to kłopoty, które ma każdy, a więc czy to wszystko jest warte aż takiej depresji i poczucia wyjątkowej niesprawiedliwości losu? Czy nie przesadzasz? Spójrz na siebie i na ten świat z lotu ptaka! Do cholery! Pomyśl, przynajmniej trzy czwarte ludzi na tym święcie ma gorzej niż Ty!

 

Spotkałam dziś kobietę z zapuchniętymi, zaczerwienionymi od płaczu oczyma, sprzedawała mi owoce. Zapytałam, co się stało i czy można jej pomóc, tak to już jest, dopiero bezpośredni kontakt z czyimś nieszczęściem człowieka mobilizuje, wiesz, co mi odpowiedziała? Że dziękuje, ale ona po prostu płakała... tak sobie, że lubi płakać i akurat jej się przed chwilą zdarzyło, że nie miała klientów, no to siadła i płakała. Masz pojęcie! Myślałam, że śnię, kiedy mi to wyjaśniała z uśmiechem. Może powiedziała mi o tym, bo jestem osobą znaną, niemniej tak to wytłumaczyła. Płakała z zachwytu nad światem, oczywiście ujęła to trochę prościej. Stałam zdumiona i zachwycona. Że też ja wcześniej na to nie wpadłam! Natychmiast przyszło mi na myśl, że właściwie, jak się nad tym zastanowię, to ja też lubię płakać. Płacz jest rozładowaniem, oczyszczeniem, uspokojeniem. Oczywiście, są płacze z nieszczęścia i rozpaczy, są z samotności i smutku, są takie, które stanowią reakcję na upokorzenie i krzywdę, są płacze z bezsilności i lęku, wiadomo, to banał, ale za każdym razem płacz przynosi ulgę. Słuchaj B., to rewelacja. Płaczmy, B., pozwólmy sobie na płacz! Wiesz, mnie też kilka razy zdarzyło się płakać z zachwytu. Nie dlatego, że ktoś mi opowiedział wzruszającą historię, nie dlatego, że spotkałam się z czymś przejmująco smutnym; wtedy zresztą najczęściej chcemy ruszyć do działania, pomocy, reagować. Wielokrotnie płakałam w kinie czy czytając książkę, wszyscy płakaliśmy, i chwała tym, którzy te książki czy filmy zrobili, ale mnie zdarzyło się zapłakać abstrakcyjnie, filozoficznie, egzystencjalnie. B., płacz! Ale najpierw zachwyć się światem! Pomyśl, ilu ludzi nie jest zdolnych do łez. Zrozum, jacy są przez to nieszczęśliwi i ubodzy, często o tym nie wiedząc. B., pomyśl i płacz! Wyobraź sobie, siadasz w fotelu, zamykasz drzwi od pokoju, żeby Cię, broń Boże, nikt nie widział, bo Ci zacznie przeszkadzać, zamykasz oczy i MYŚLISZ, ZDAJESZ SOBIE SPRAWĘ, UŚWIADAMIASZ SOBIE I... ZACHWYCASZ SIĘ. Uświadamiasz sobie, jakim jesteś okruszkiem, pyłkiem, chwilą, i zachwycasz się, że jesteś, że jest świat i cud istnienia, i plączesz, kochana, po prostu plączesz. Będzie Ci bardzo przyjemnie, zaręczam. Płacz sobie, daję Ci taką szansę w prezencie.

B., to jest moja odpowiedź na Twoje wielkie, nieważne we wszechświecie problemy. Całuję Cię i idę sobie popłakać, bo moje dzieci znowu nie pościeliły łóżek i wydaje mi się, że ich nie wychowam tak, jak bym tego chciała. Pa. Do następnego listu.

Twoja K.

* * *

Milanówek 30 września 1999

Droga B.! Piszę do Ciebie, ponieważ znów mówisz, że nie chce Ci się już żyć, a ja przeczytałam ostatnio, gdzieś w jakiejś poczekalni, artykuł o tym, że prawie nikt nie potrafi żyć chwilą teraźniejszą. Że tylko przeszłość i przyszłość się dla nas liczy. Że nikt nie umie się cieszyć chwilą, kontemplować czy zastanowić się nad momentem, który właśnie przemija.

Łatwo powiedzieć, jeszcze łatwiej napisać. Ale jak to zrobić?! Wszyscy żyjemy w takim tempie, tak dokądś pędzimy, coś doganiamy, z czymś się ścigamy, że zauważenie chwili jest właściwie niemożliwe, a co dopiero życie nią. Na dodatek ścigamy się z szarością, doganiamy w końcu i tak codzienność, pędzimy do minimum. To nic wielkiego wymaga tyle wysiłku! Wszyscy mówią: „czas transformacji”. Będzie lepiej. Kiedyś we Francji, czekając w gigantycznym korku, powstałym z powodu przebudowy skrzyżowania dwóch autostrad, przeczytałam wielki napis adresowany do kierowców: NIE DENERWUJ SIĘ, TWOJE DZIECI BĘDĄ MIAŁY DZIĘKI NASZEJ INWESTYCJI LEPSZE ŻYCIE. I rzeczywiście przestałam się złościć. Na razie codzienność i pośpiech nas wyszarza, utrudza, odejmuje nam wrażliwość. B., a może, skoro narzekasz, że już nic nie czujesz, że żyjesz z najwyższym trudem, zatrzymaj się, popatrz na zachód słońca, trudno, niech Twoje dzieci później mają gorzej, ale wypij spokojnie poranną kawę, a dopiero potem pędź na zatracenie. Ja śpieszyłam się zawsze i zawsze lubiłam skrót, żeby potem móc poleżeć, poczytać, pozastanawiać się, czyli żyć chwilą, która trwa. W stosowaniu skrótów doszłam do niebywałych wyników, zdarzyło mi się, że w czasach, kiedy były kartki na mięso, ominęłam wykupienie mięsa i włożyłam do lodówki kartkę; zawsze uwielbiałam ludzi, którzy dużo wiedzą i są mądrzy, bo to skraca czas. Ale też zawsze miałam świadomość, że mimo iż słanie łóżka co rano wydaje się czynnością niepotrzebną, tak samo jak ładne nakrywanie do stołu, należy to robić, żeby żyć chwilą. Słuchaj, B., wczoraj moja fryzjerka powiedziała mi tak:

– Wie pani, dziś rano szłam do pracy. Spojrzałam na trawę, była taka zielona. Pomyślałam: Boże, to już jesień, Znowu rok, którego nie zauważyłam, Daria ma już trzy latka, zaraz będzie miała cztery, a ja nawet tego nie spostrzegłam. Rozpłakałam się. Chciałam wrócić do przedszkola, gdzie ją zostawiłam, przyjrzeć jej się. Czy ja jestem głupia?

B., piszę do Ciebie z powodu jej wyznania i Twoich narzekań, że już nie masz siły. Całuję Cię. Zauważ, ktoś o Tobie myśli, ktoś do Ciebie napisał, czytaj, to jest ta chwila, delektuj się nią. Żyj.

PS. Moja młoda znajoma opowiada mi, że jej mąż, grafik komputerowy, pracujący w biurze reklamy, kiedy robi się dużą kampanię jakiegoś produktu, w ogóle nie wraca do domu. Wcale się nie widują. Nie żyją. On przesypia się chwilę na kanapie w pracy, albo – jeśli kanapa jest zajęta przez innych młodych na dorobku – pod komputerem, na wykładzinie, jak to określa, prysznic mają na miejscu, śniadania im donoszą. Młodzi to teraz dopiero mają trudno. Brakuje im czasu, żeby się kochać, nie mówiąc o przeczytaniu wiersza. Całuję Cię –

Twoja K.

* * *

Moja droga B.! Dziś tak mi źle, że muszę do Ciebie napisać. Co to była za noc! Wiatr wiat jak oszalały, wściekał się, szalał, ryczał, gwizdał, darł się rozdzierająco. Był tak wściekły, jakby chciał rozwalić, roztrzaskać ten świat. I miał rację.

Jestem we Włoszech, na lodowcu znajdującym się na wysokości 3300 metrów. Już świt. Całą noc, zadziwiona tym tak gwałtownym wiatrem i śnieżycą, nie zmrużyłam oka. Przed chwilą mój telefon wyświetlił mi tekstową wiadomość z Polski. Dziś w nocy zmarł Jacek Janczarski... Patrzę na ekran telefonu, na to absurdalne zdanie, ciągle, jak zaczarowana, i wciąż nie mogę uwierzyć, że to prawda. Za co? Po co? Dlaczego? Jakim prawem! Z jakiej winy? Z jakiego pieprzonego powodu, do cholery? Patrzę w okna, przed chwilą jeszcze rozsadzane burzą śnieżną, siedzą cichutkie, nagle potulnie czekają, nawet nie dyszą, nie okazują, że są umęczone tą nocą, a tak się skarżyły, tak jęczały, tak narzekały i płakały całą noc. Aaaa! Gówno mnie obchodzą cholerne włoskie jakieś okna, co one wiedzą o moim polskim życiu? O Jacku? Nie żyje! Dlaczego? Protestuję! Nie zgadzam się! Ogolę się na łyso! Zjadę na oślep przez burzę i wiatr z lodowca, głową w dół, po stromych ścianach, po lodzie. Nie, położę się i nie wstanę, aż mnie do tego nie zmuszą, albo wskoczę zaraz do pustego o tej porze basenu i będę pływać tak długo, dopóki nie zasłabnę i nie zemdleję. Ta śmierć budzi we mnie absurdalną chęć samookaleczenia, destrukcji, złość, a zamiast żalu czuję tylko wściekłość i sprzeciw.

Czy go znałam? Nie, właściwie tak naprawdę to go nie znałam. Przybiegłam kiedyś do niego, bo mieszkał blisko wytwórni filmowej, i krzyknęłam:

– Pisz szybko jakieś najgłupsze słowa do piosenki, które ci przychodzą do głowy, są potrzebne za dziesięć minut w filmie, Jurek Satanowski czeka przy klawiaturze, żeby do nich coś równie beznadziejnego skomponować!

– Jak się nazywa film? – zapyta! tylko.

Przesłuchanie – odpowiedziałam.

– O co tam chodzi? – rzucił, siadając do maszyny.

– No, przesłuchują mnie – odpowiedziałam.

I już pisał...

Zgadnij, kotku, co mam w środku,

co się dzieje w duszy mej.

Przytul główkę swej malutkiej,

trochę dobrej, trochę złej...

Wiem, że kiedyś bardzo lubił słuchać, jak opowiadam, mówił, że cała jestem jedną zabawną anegdotą, i to on przed laty namówił mnie na pisanie felietonów do „Szpilek”, których był przez chwilę redaktorem naczelnym. Jemu, czerwona jak burak, ze zwiniętej, zmiętoszonej kartki, po cichu, do ucha, czytałam pierwsze swoje wypociny. Ale tak naprawdę nie znałam go. Ale był mi potrzebny, świadomość, że gdzieś tam jest, że można być takim człowiekiem jak on, stała się niezbędna do życia.

Zapytał kiedyś, jaki jest mój ulubiony wiersz. Bez wahania powiedziałam, że Pieśń miłosna J. Alfreda Prufrocka Eliota, a szczególnie fragment:

Nie! Nie jestem Księciem Hamletem, nikt mnie nie brał za niego;

Jestem członkiem orszaku, tym, który

Uroczystości dodaje powagi,

Zagra w dwóch lub trzech scenach.

Doradzi księciu, jest do usług,

Skwapliwie spełnia polecenia,

Jest polityczny, przezorny, dbały o każdy szczegół,

Pełen wzniosłych maksym, ale trochę tępy,

Czasem, zaiste, prawie śmieszny.

Prawie, czasem, Błazen.

Starzeję się... starzeję...

Niedługo mankiety u spodni podwinę.

Może sobie rozdział zrobię z tyłu głowy?

Czy ośmielę się zjeść brzoskwinię?

Będę przechadzał się wzdłuż morza w spodniach z białej flaneli.

Słyszałem śpiewy topielic.

Nie sądzę, aby kiedyś miały śpiewać do mnie.

(przekład Władysław Dulęba)

Jacek słuchał, potem, po chwili ciszy, w której ja wstydziłam się, że nagle recytuję jakiś wiersz, a nigdy tego nie robię, to mnie żenuje, wiersze są jak wyznania miłosne, czyta się je i słucha ich w samotności, bo tak jest lepiej, powiedział: „To jest o mnie”.

Nie znałaś go, moja B., żałuj, kiedy zna się ludzi takich jak on, to wciąż ma się nadzieję i wiarę. A tak jej mało.

Dobrze, że napisałam ten list. Teraz mi lepiej. Idę wziąć burzę za mordę, a, swoją drogą, nie dziwię jej się, każdy czasem chciałby roztrzaskać ten świat i porządek rzeczy, na jaki jesteśmy skazani. Ale co może taka włoska, nawet lodowcowa, burza?

Twoja K.

PS. A Ty, Jacku, pisz tam sobie dalej, tak jak chcesz, o małym człowieczku, którego zawsze lubiłeś najbardziej, za to, że ma wady i śmieszności, lubiłeś człowieka zwykłego, codziennego, z błędami. Mam nadzieję, że anioły też nie są doskonałe i dostarczą Ci, tak jak my, materiału do anegdot. Całuję Cię.

* * *

St. Blasien 3.01.2000

Moja droga B! Czy wiesz, że ta mata, miła pani, przyszła cesarzowa Japonii, poroniła? Biedactwo! A już ostatnio uśmiechała się szerzej, chodziła pewniej i patrzyła ludziom w oczy, wydawała się wreszcie nie tak zalękniona. Od jakiegoś czasu wszystkie kretyńskie gazety i telewizje krzyczały, że jest w ciąży, stało się, udało się, a ona i mąż uśmiechali się, skromnie spuszczali głowy. Sekundowałam im w tej ciąży jak nikt i nagle, wczoraj, klęska, tragedia, koniec. Co ona teraz musi biedna przeżywać, jak jej musi być źle! Chciałabym móc do niej zadzwonić. Biedactwo!

Najpierw pokazywali jego w sztuczkowych spodniach i żakiecie, następcę tronu, który nie może znaleźć żony. Potem ją, miłą, w dżinsach, uśmiechniętą, absolwentkę dwóch uniwersytetów angielskich, wybrankę, nadzieję na potomka i szczęście rodziny cesarskiej. Później świat długo widywał ich razem, uśmiechniętych, jego w sztuczkowych spodniach, ją w kimonie, i wszyscy zastanawiali się, czy jest dobrą żoną, czy nie zanadto zeuropeizowaną i wykształconą, oraz nad tym, jak ona się właściwie czuje w tym kimonie. Od kilku lat obojgu sztucznie uśmiechniętym, jemu w sztuczkowych spodniach, a jej zalęknionej, towarzyszył wiecznie komentarz: „Ciągle nie!... Jeszcze nie!... Oto ta, co nie może!... Kobieta, która nie może mieć dzieci!!!” Czytał to i oglądał ją cały świat, a ona była coraz smutniejsza, z coraz bardziej wykrzywionymi na siłę w uśmiechu ustami. Niedawno radość, nagłe szczęście, wczoraj poronienie.

Wzięłam do ręki książkę Medycyna chińska, zaczęłam szukać: poronienie, dlaczego? Jak mu zapobiec? O co tu chodzi? Gdzie lekarstwo? Okazało się, że to dusza, że to z jej czi nie jest dobrze. Od początku to wiedziałam. Chińska medycyna, czytałam, nie oddziela ciała od duszy. Jedno jest od drugiego zależne. Cała medycyna zachodnia, która jest ofiarą Kartezjusza, lub jeśli kto woli, wszystko mu zawdzięcza, oddziela absolutnie ciało od duszy i leczy tylko ciało, albo tylko duszę, a tę w znikomym stopniu, bo nie umie (komentarz mój)... W medycynie chińskiej funkcje ciała i umysłu są nierozerwalne i stanowią wyraz czi. Czi to jądro, motor życia. To życie. Wszystko – działanie zmysłów, myślenie, odczuwanie, trawienie, zdolność do ruchu i rozmnażanie – to czi. Jest podstawą, tajemnicą i cudem. Pytam więc, co się dzieje z czi przyszłej cesarzowej? Coś jest nie tak, od początku to czułam, widziałam to na zdjęciach.

 

Jedna z moich przyjaciółek, lekarka, powtarzała mi zawsze: głowa, najważniejsza jest głowa, i opowiadała historię o trzech braciach chorych na gruźlicę, z których dwóch przeżyło, a jeden zmarł. „A dlaczego zmarł?” – pytała zawsze moja znajoma. A dlatego, że jednocześnie przeżywał zawód miłosny! Proste. Duszy od ciała nie da się oddzielić! Biedna, smutna, nieszczęśliwa cesarzowa.

Moja B., dlaczego do Ciebie o tym piszę? Bo, po pierwsze, od razu Ty mi przyszłaś do głowy, po drugie, kiedyś Twoje wyznania dotyczące macierzyństwa wprawiły mnie w osłupienie, po trzecie, nie masz dzieci i pewnie już mieć nie będziesz, a to wszystko razem to Twoja osobista sprawa i Twój własny wybór, w odróżnieniu od małej nieszczęsnej cesarzowej. I na tym polega niesprawiedliwość, że jej potomstwo zupełnie nie jest jej osobistą sprawą. To właśnie wpędza mnie w taką depresję. Rozkrzyżowują ją ciągle nagą przed światem i krzyczą: „N i e m o ż e! To ta, co n i e m o ż e... Wy możecie, jesteście lepsi, albo, jeśli też nie możecie, nie jesteście gorsi. Ohyda. Pewnie zobaczę ją znów, gdzieś, niedługo, obok swojego męża, niezdradzającego żadnych uczuć, jak na Japończyka i przyszłego cesarza przystało. Zobaczę, jak kiwają śmiesznie i nieśmiało małymi rączkami, pozdrawiając i przepraszając lud Japonii. Nie wiem, czego pani życzyć, pani cesarzowo. Życzę wszystkiego, wszystkiego dobrego, albo tego, żeby pani może lepiej już nie była tą cesarzową? Mam koleżankę, kochaną B., ona nie chce mieć dziecka, nigdy nie chciała, i wie pani... ona może sobie na to pozwolić, a gdyby pani wiedziała w dodatku, jakie są jej argumenty w tej sprawie!? Twierdzi, że nie jest przygotowana, że nigdy do tego nie dorosła, że ma takie problemy ze sobą samą, iż nie może wziąć odpowiedzialności także i za dziecko. Czy pani sobie wyobraża coś takiego? To wszystko głowa! Ona też ma coś z głową, tylko w całkiem odwrotną stronę niż pani! To tyle. Pozdrawiam.

A teraz pozdrawiam i Ciebie, moja B., mam nadzieję, że mimo wszystko jesteś szczęśliwa. A zresztą radźcie sobie same, moje dzieci kaszlą i mam nadzieję, że to zwykle kartezjuszowskie przeziębienie, a nie rezultat jakichś kłopotów duchowych.

Całuję, Twoja K.,

matka trojga dzieci, będących rezultatem świadomego wyboru i – jak u cesarzowej – ogromnych starań, tyle tylko, że zakończonych powodzeniem. Ale świat o tych zmaganiach nie wiedział.

* * *

Milanówek 30 września 1999

Droga B., to nie jest list dla mężczyzn i mam nadzieję, że żaden go nie przeczyta. Jestem aktorką, w grudniu kończę czterdzieści siedem lat, moje twarz i ciało to mój warsztat pracy, powinnam o siebie dbać, żeby dobrze wyglądać. I powinnam mieć świadomość, że jak się starzeję, to robię publiczności przykrość, bo to ludziom uświadamia, że i oni się starzeją, i nie będą chcieli mnie oglądać, żeby sobie nie przypominać niepotrzebnych rzeczy.

Wszystko to wiem. Ale cóż, mogę tylko powiedzieć, że się staram. Od czasu do czasu, jak mi się przypomni. Ale żyję za szybko, śpię za mało, pracuję za dużo, nie mogę zrezygnować z wielu „postarzających” przyjemności, bo nie mam silnego charakteru i właściwie robię wszystko, żeby wyglądać jak najgorzej. Z drugiej strony, moja droga B., nie mogę się oprzeć myśli, że jaki się kto urodził, to taki jest i nic na to nie poradzi, choćby nie wiem jak się starał. Jeden ma krótkie nogi i nie da się ich przedłużyć, druga ma brzydką cerę i rzadkie włosy już od dzieciństwa, a trzecia jest fantastyczna od stóp do głów, mimo że w tym kierunku nic nie robi.

B., w Milanówku mieszka najpiękniejszy alkoholik świata. Kiedyś stałam za nim w kolejce w sklepie. Nigdy nie widziałam piękniejszego kształtu dłoni, ładniej sklepionego czoła, bardziej wyrafinowanej linii nosa. Oczu. Nieprawdopodobna harmonia, klasa, sublimacja. Jestem pewna, że zrobił i robi wszystko, co można, żeby zniszczyć swoją urodę, i równie pewna, że nigdy mu się to nie uda. Bo tak ma. A inni tak nie mają. Ja na przykład tak nie mam, a za to nie piję prawie w ogóle, ale na urodę nie ma to, niestety, wielkiego wpływu. B., wiem, że moim obywatelskim obowiązkiem jest o siebie dbać, że kino moralnego niepokoju, którego byłam gwiazdą, się skończyło, a razem z nim zapotrzebowanie na aktorki brzydkie, nieefektowne i zaniedbane, że weszliśmy w czasy kapitalizmu i komercji, a tym samym tylko piękne i wypoczęte mają rację bytu. Wiem, ale... brak mi czasu! B., posłuchaj, wymyśliłam cały system, „jak dbać o siebie nie tracąc czasu”, przyznaję jednak, że wyniki są mizerne.

A zatem:

1) Odpoczywam w wannie z maseczką na twarzy. Jakąkolwiek. Wchodzę do wanny i buch! Maseczka. Któregoś dnia przeczytałam na pudełku, że można ją stosować co dwa tygodnie. Nieważne!

2) Idę do kosmetyczki jedynie wtedy, gdy muszę coś przemyśleć, nad czymś się zastanowić. Nie zauważam, co ona ze mną robi, ale wychodzę od niej z rozwiązanym problemem, koncepcją roli, strategią działania.

3) Kupuję sobie coś nowego tylko wówczas, jeśli moja droga wiedzie obok sklepu. Biorę od razu dwie sztuki, żeby zaoszczędzić trochę czasu w przyszłości, a ponieważ od lat podobają mi się takie same rzeczy, nie sądzę, by za rogiem czekała na mnie sukienka mojego życia.

4) Ubieram się w dwa kolory, w związku z tym wszystko do wszystkiego pasuje i nie tracę czasu na zastanawianie się, w co się ubrać.

5) Kupuję wszystko za małe, w rozmiarze 36, jak przed dwudziestu laty. Dzięki temu muszę być taka sama „na grubość”, jak to określają moje dzieci.

6) Myję twarz szczotką, żeby było szybko i dokładnie.

7) Farbuję włosy tylko wtedy, kiedy muszę zrobić porządek w szafie lub przeczytać scenariusz lub sztukę.

8) Kiedy robię mizerię, smaruję twarz skórkami z ogórka, tak jak to robiła moja babcia.

9) Kiedy muszę się uczyć czegoś na pamięć czy powtórzyć rolę, idę na manikiur albo pedikiur. Zdarzyło mi się też „zagrać” moje monodramy w solarium.

10) Kiedy rodzę dzieci w późnym wieku, podobno odnawiam się biologicznie.

Jak widać, robię, co mogę. Ale przede wszystkim, i Ty, B., wiesz o tym najlepiej, kocham się śmiać. Całuję Cię, moja droga, stara B.

Twoja K.

* * *

Milanówek 2 października 1999

Droga moja B.! Coś Ci opowiem. Jak wiesz, często chodzę do fryzjera. To jeden z moich obowiązków zawodowych. Nienawidzę tego, tak jak nienawidzę czasu spędzanego u manikiurzystki i kosmetyczki. Trudno, staram się ograniczać do minimum czas temu poświęcany, zawsze się wtedy czegoś uczę albo czytam. Niestety często zdarza mi się jakieś niespodziewane wyjście, nieprzewidziany wcześniej wywiad przed kamerą czy szybka sesja zdjęciowa do czegoś tam i muszę odwiedzić fryzjera natychmiast. Dojazd do Warszawy zajmuje mi godzinę, korzystam więc często z licznych zakładów fryzjerskich w moim ulubionym miasteczku, w którym mieszkam. Otóż kiedy przyjeżdżam do salonu fryzjerskiego w Warszawie, nawet nie umówiwszy się wcześniej, witają mnie tam zawsze z uśmiechem, przepraszają, że muszę trochę poczekać, proponują kawę, gazetę, mówią, że ładnie wyglądam, choćbym wyglądała okropnie, że schudłam, że dobrze mi z tym, itede. Fryzjerka myje mi delikatnie głowę, wmasowuje odżywkę, informując, jakich produktów używa, doradza, jakie brać witaminy dla poprawienia kondycji włosów, komplementując mnie jednocześnie, że mam je w świetnym stanie, pyta, gdzie byłam na wakacjach, jak zdrowie moje, męża, dzieci, jest uśmiechnięta, miła, itd., itd.