Silva Rerum

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kazimierz tak jak wtedy, gdy oboje z siostrą dręczyli kota, teraz też był niezastąpionym druhem Urszuli, od dawna porozumiewającym się z nią bez słów, a często za pomocą tych samych myśli, które równocześnie przychodziły im obojgu do głowy. Młody Narwojsz, nawet gdy nikt go o to nie prosił, wymyślał dla całej trójki najsprytniejsze psoty i zabawy o niełatwych zasadach, składające się z berka, ciuciubabki i zapasów i mające właściwie tylko jeden cel: drażnić Jonelisa i doprowadzać go do szaleństwa rzekomo przypadkowymi dotknięciami, mignięciem jakiegoś skrawka dziewczęcego ciała, niezamierzonym kuksańcem czy zadraśnięciem, a rozkręciwszy zabawę na całego, Kazimierz – jak doświadczony rajfur – niepostrzeżenie się oddalał, by jego siostra mogła zaznawać przyjemności ze swą dobrowolną, omdlewającą z niepojętej rozkoszy ofiarą. Zdarzyło się jednak kiedyś – sam Kazimierz nawet o tym nie wiedział – że jedna z wymyślonych przez niego igraszek zawiodła tych dwoje w splątany gąszcz dwuznaczności, w którym Urszula i Jonelis pobłądzili i nie mogli już znaleźć drogi powrotnej do wcześniejszego stanu młodzieńczej niewinności. Rozpoczęta przez Kazimierza udziwniona zabawa w pościg – z zacieraniem po sobie śladów, niespodziewanym wyskakiwaniem z zarośli i szukaniem ukrytych znaków – zaprowadziła ich dość daleko od dworu, aż do lasu rozciągającego się między jeziorami Sałat i Kliokis. Zarumieniona Urszula pędziła przez ten las, unosząc skraj spódnicy, i aż piszczała z chęci bycia schwytaną przez Jonelisa, który już ją miał na wyciągnięcie dłoni, był pewien, że ją złapie, i wyobrażał sobie, że jest kotem igrającym z myszką. Kazimierz odstał w połowie drogi zaciekawiony bielejącymi w mrowisku poobgryzanymi kosteczkami jakiegoś zwierzątka i nie zauważył, kiedy siostra i przyjaciel zniknęli mu z oczu, nie widział zatem, jak Jonelis, zebrawszy się wreszcie w sobie, by wykonać ten ostatni skok, przewrócił Urszulę na wznak na zielony mech o żółtych wierzchołkach, przycisnął do ziemi jej wygięte ręce i już był gotów na cały głos obwieścić swoje zwycięstwo, gdy nagle coś zatkało mu gardło, bo znalazłszy się oto tak blisko, ledwie o kilka cali od wszystkich rozkoszy Narwojszówny – jej miodu i piwa, i malin, i śmietanki – Jonelis znów poczuł, że rozum mu się mąci, w uszach mu dzwoni, nogi i ręce sztywnieją, a w dolnej części kręgosłupa odzywa się nic dobrego niewróżący ból, przez który chłopak całkowicie zapomniał, kim jest i co robi, i poddał się jedynej czynności, na jaką w owej chwili było go stać – zamierzał właśnie pokonać kilkucalową warstwę powietrza, dzielącą go od warg Urszuli, i wyjeść, co do jednej, wszystkie jej maliny, i przedłużyć o ile tylko się da wędrówkę do nich, by rozkoszować się pięknem jej twarzy, jeszcze nigdy niewidzianej z takiej odległości i pod takim kątem, wejść w każdy por jej skóry, pieścić wzrokiem jej rzęsy i podziwiać swoje odbicie w jej zamglonych żółtych oczach... Jednak odurzony słodyczą Jonelis niepotrzebnie zwlekał tych kilka chwil, bo Urszula – którą także zaskoczyła twarz chłopaka zupełnie inaczej wyglądająca z bliska, z dojrzewającym pryszczem na środku czoła, jego oczy zasnute jakąś dziwną mgłą, jego zapach, w którym coś ostrego mieszało się z wonią świeżo ściętej olchy – a więc Urszula, wykorzystując to, że Jonelis wydaje się oderwany nie tylko od zabawy, ale w ogóle od całej rzeczywistości, niespodziewanie uwolniła się z jego uścisku, uderzyła go czołem w obojczyk i błyskawicznie przewróciwszy chłopca na łopatki, siadła na nim okrakiem, chcąc już ogłosić swoje zwycięstwo, i dla hecy zaciskała mu ręce na szyi pewna, że Jonelis się podda. Ale jednej rzeczy się nie spodziewała – otóż Jonelis zamiast się poddać, pozwolił na to, by Urszula go dusiła, i nim zdążyła się otrząsnąć, poczuła przez cienką halkę, że coś twardego dotyka jej uda, a ciało Jonelisa, naprężone jak łuk, zmienia się nagle w galopującego rumaka, który po kilku skokach wydał z siebie dziwny, obcy jęk i wypuścił strumyk czegoś gorącego i lepkiego jak krew świeżo zarżniętego zwierzęcia. Urszuli zajęło kilka chwil, by się domyślić, że stało się chyba właśnie to, o czym opowiadał jej Kazimierz i co było częstym tematem ich skrywanych wygłupów i nieprzyzwoitych żartów. Nie rozumiejąc dlaczego i nie mogąc się powstrzymać, wybuchła nagle głośnym rechotem – takie śmieszne wydało jej się to wszystko, co się przed chwilą zdarzyło, taki żałosny był i niepodobny do siebie zdyszany Jonelis, leżący na mchu, z potarganymi włosami i wilgotnym spojrzeniem zbitego psa, i tak przyjemnie było się dowiedzieć, jak łatwo pokonać dwa razy silniejszego od siebie młodziana. Urszula śmiała się do rozpuku, potrząsając puklami włosów, jej śmiech niósł się echem przez las. Przerwał go dopiero Jonelis, który niespodziewanie chwycił ją rękoma za kibić i zrzucił z siebie ze złością. Jonelis wstał i odszedł bez słowa na ugiętych, słaniających się nogach, znikł w gęstwinie, zostawiając Urszulę samą, siedzącą na mchu, w spódnicy rozłożonej jak płatki kwiatu, z sosnowymi igłami w zmierzwionych włosach i śmiechem, co uwiązł w gardle. Kazimierz przybłąkał się dopiero po kilku minutach – pierwszy raz widział siostrę tak zakłopotaną. Zrzuciwszy wreszcie swój pancerz niezmąconej obojętności, spytał zaniepokojony, czy coś się stało, i uprzedził, że zabije Jonelisa, lecz na zapewnienia siostry, że nic złego się nie wydarzyło, pomógł jej wstać i wykazując doskonałe braterskie zrozumienie, które obywa się bez słów, nie męczył już Urszuli żadnymi pytaniami, tylko odprowadził ją do domu, ona zaś, milcząc całą drogę, zastanawiała się, czy naprawdę nic się nie stało. I kiedy już dochodzili do domu, mijali park i ogród z ziołami, przyszła jej do głowy dziwna myśl: że to nieprzyjemne uczucie, które po zabawie w berka z Jonelisem zaciążyło jej na sercu, da się porównać tylko do jednego doznania – jakby ogon, za który niegdyś ciągnęła Maurycego, niespodziewanie się oderwał i został w jej ręku.

III

Po sromotnie zakończonych namiętnych igraszkach w lesie między jeziorami Kliokis i Sałat Jonelis zaczął starannie unikać Milkont i młodych Narwojszów. Na samą myśl o dworze i obojgu przyjaciołach – dotąd nieodłącznych towarzyszach jego codzienności – ogarniała go niewypowiedziana złość, a w uszach dźwięczał mu śmiech Urszuli. Najgorsze było to, że tak naprawdę złościć powinien się wyłącznie na siebie – przede wszystkim za to, że był na tyle głupi, by uwierzyć, iż dorównuje młodym Narwojszom i jest wrośnięty w ich życie. Nienawidził siebie za swoją wiernopoddańczą miłość do kobiet z Milkont, nie tylko do bezlitosnej i słodkiej dręczycielki – Urszuli, ale także do zawsze pięknie wystrojonej, mówiącej delikatnym głosem i pachnącej suszonymi kwiatami Elżbiety, która była istnym przeciwieństwem hałaśliwej Karoliny Tarwidowej. W porównaniu z Elżbietą matka, z rozkołysanym czerwonym dekoltem upstrzonym piegami, wydawała mu się duża i krzepka, cuchnęła mlekiem i potem, trajkotała zbyt głośno i poruszała się niezgrabnie. Mało tego, Jonelis był szczenięco zakochany również w samym Janie Macieju Narwojszu – w tym człowieku, który przeczytał wszystkie księgi świata, który nieustannie przecinał drzewa i ciągle rozmyślał nad jakimiś tajemnicami; Jonelis nigdy nie widział go pijanego, wyprowadzonego z równowagi ani miotającego przekleństwa, co często zdarzało się jego ojcu Antoniemu Tarwidowi, zwłaszcza kiedy wracał do domu po dłuższym posiedzeniu u Żyda i zaczynał wszystkich ganiać, dopominając się, żeby mu zzuli buty z cholewami, bluzgał, próbował kopnąć matkę albo usługującą dziewkę, brzuch miał żałośnie ochlapany barszczem i wodził po izbie przekrwionymi oczami. Ale teraz Jonelis nienawidził wszystkich bez wyjątku Narwojszów i wszystkiego, co miało z nimi jakikolwiek związek: ich starego domu zastawionego nowymi, drogimi sprzętami – latem chłodnego, z dźwięczącą, wypolerowaną kamienną posadzką, zimą zaś ciepłego, usłanego kilimami; nienawidził ustawionych w rzędy książek o brązowych i czerwonych grzbietach tłoczonych złotymi zdobieniami, atlasu z mapami odległych krain i wielu innych niepotrzebnych rzeczy w pokoju Jana Macieja; nienawidził jego przystrzyżonego ogrodu z posadzonymi równiutko roślinami, którego nie wolno było deptać, do którego ani razu nie wpadło żadne bydlę ani nawet kura i który zachwycał niczym ołtarz w kościele pięknymi kwiatami; nienawidził malowanych w niebieskie wzory waz Elżbiety ze zmienianymi ciągle bukietami, jej dębowych szaf z suszoną lawendą powtykaną między obrusy i prześcieradła, jej półek z rzędami garnuszków, z których każdy miał przyklejoną karteczkę z odręcznym objaśnieniem swojej zawartości, aromatów jej kuchni, gdzie woń białego chleba mieszała się z zapachem podrumienionej pieczeni, grzanego wina, goździków, rozmarynu, kminku i innych przypraw, których nazw nigdy nie słyszał, przechowywanych w odpowiednich woreczkach i naczynkach; w porównaniu z tym wszystkim dom Tarwidów wydawał się taki brudny, cuchnący potem, niepraną pościelą, gotowanym mlekiem, duszoną kapustą i gotowaną rzepą, nie pomogło nawet i to, że ojciec kilka lat temu za przykładem odnawiających swą siedzibę Narwojszów wykleił drewniane ściany dworku Tarwidów modnym papierem w ręcznie malowane kwiaty i wzory, obwiesił je bronią i tureckimi kilimami nabytymi od żołnierzy, ozdobił porożem upolowanych łosi – mimo to ich dom nadal pozostał mieszkaniem pełnego nadziei hołysza, gdzie śmierdziało kapustą i gdzie nawet nowe sprzęty zdumiewająco szybko się starzały, plamiły tłuszczem i zarastały oślizgłym kożuchem beznadziei. Ale najbardziej nienawidził teraz Jonelis Kazimierza – obojętnego, niedoceniającego tego, co ma, szczwanego zdechlaka, co nawet palcem nie kiwnął, wystarczyło, że się urodził w tym pięknym świecie, który pewnego dnia prawem dziedziczenia otrzyma na własność, i czuł się w tym wyszukanym otoczeniu jak ryba w wodzie, w przeciwieństwie do Jonelisa – nieproszonego gościa. Najprzykrzejsze było to, że wszystko, za co się wziął ten szlachecki synalek, robił z łatwością, jakoś tak zwyczajnie, lekką ręką, nie napocił się, nie natrudził i wszystko mu wychodziło, wszystko się udawało, jakby poruszał się w takt muzyki, którą tylko on jeden słyszał, na wszystko spoglądał z drwiną, podczas gdy Jonelis, kiedy się czegoś uczył lub brał za coś nowego, musiał wypruwać z siebie żyły, przeskakiwać samego siebie, dziewięć razy przegrać, żeby za dziesiątym się udało. Jak tylko pomyślał o tej strasznej niesprawiedliwości, odchrząknął i splunął gorzką śliną. Najbardziej złościło go to, że niczym prawdziwy Boży szaleniec, całe dnie spędzając z młodymi Narwojszami, uwierzył, że on też może zostać kimś równie wspaniałym, dlaczego nie, ale Urszula wyraźnie pokazała mu jego miejsce: jest błaznem, z którego można się tylko śmiać, a nie kimś równym im, bo nie rżałaby wówczas z jego męskości, jak kobyła. O nie, gdyby był jej równy, sama podkasałaby dla niego swoje spódnice i uważałaby jeszcze, że bardzo jej się powiodło. I Jonelis dalej się wściekał, pękał ze złości i nienawidził wszystkich dookoła, a najbardziej – własnej małości, która teraz, odkąd ustały figle z Narwojszami, miała całe mnóstwo czasu, aby nieustannie dzielić włos na czworo.

 

Chyba jedyną szczęśliwą osobą, zadowoloną z dziwnego ochłodzenia stosunków między chłopakami, był Antoni Tarwid, któremu nigdy się nie podobało, że jego potomek ciągle biega do Milkont. „Co ty tam wyprawiasz z tym państwem, jeszcze mi jakichś fanaberii do domu naznosisz” – gniewał się za każdym razem, gdy Jonelis przynosił z dworu niczym zarazki próżne zwyczaje Narwojszów: wieczorne mycie się przed snem, szorowanie zębów solą, pucowanie butów szmatką zwilżoną tłuszczem, zapuszczanie długich kudłów i skracanie siermięgi, żeby bardziej przypominała niemiecką, albo kiedy – nie daj Boże – wyciągał jakąś cenną książkę pożyczoną od młodego Narwojsza i przez cały wieczór siedział z nosem wetkniętym w jej stronice, na darmo wypalając łuczywo. W domu Tarwidów uważano książki za oczywiste zło, ponieważ ich czytanie było marnotrawieniem czasu – czasu, który Jonelis mógł wykorzystać na drobne prace gospodarskie. Kiedy ojciec rozpoczynał swoją litanię codziennych utyskiwań, Jonelis, nie kłócąc się, robił to, o co go proszono, a potem znów wsadzał nos w książkę, gdzie wrzało życie o wiele ciekawsze niż w rodzinnym domu; Aleksander Wielki walczył tam z Persami i palił pogańskie świątynie, król Midas wszystko, czego dotknął, zamieniał w złoto, a piękne królewny zachodziły w ciążę, gdy pogłaskały łabędzia albo kiedy przez okno zamkowej wieży wpadał złoty deszcz[13]. Pewnego razu, kiedy Jonelis odgrodził się od zrzędzącego ojca zasłoną obojętności, której nawet armaty by nie przestrzeliły, i czytał o przyjaźni Kastora i Polluksa tak podobnej – jak mu się zdawało – do jego przyjaźni z Kazimierzem, ojciec wyrwał mu książkę z rąk, chrząknął i splunął na otwarte strony, po czym ją zatrzasnął i krzyknął: „Może teraz mnie wreszcie posłuchasz!”. Wówczas Jonelis, rozjuszony takim świętokradztwem, chciał się zamachnąć i uderzyć ojca, który zhańbił książkę Narwojszów, i za tę bezczelność chłopak został tak mocno wysmagany batem, że przez cały tydzień miał sinoczerwone pręgi na bokach i plecach. Ale teraz, kiedy Antoni Tarwid wylewał kubły pomyj na Narwojszów, wytykając im całkowite zepsucie: „zobacz, wszystkie sprzęty zamówili sobie u kupców, kto je będzie oglądał, jeszcze w takich niespokojnych czasach, tylko maruderzy się tym nacieszą, jak znów wojna wybuchnie”; wieczne zadzieranie nosa: „a kiedyś, jak przejeżdżał obok i przyniesiono kwartę wódki, żeby z nim wypić jak z panem bratem, to gadzina odmówił, bo, wyobraź sobie, on gorzałki nie pije”; dziwne fanaberie: „kolację jadają za stołem, z wielką pompą, z widelcami i miednicami do mycia rąk, niedługo przyjdzie im do głowy, żeby jeść dupą”; tak więc teraz, kiedy ojciec kpił ze wszystkiego, co jeszcze niedawno wprawiało Jonelisa w wielki zachwyt i było szczytem jego marzeń, on też zaczął uważać, że są to nic niewarte wymysły zepsutej szlachty, dla których, o zgrozo, był dawniej gotów wyrzec się nawet własnych rodziców. Milczące przymierze między ojcem a zawiedzionym synem zostało umocnione w najlepszy zdaniem Antoniego Tarwida sposób – ich pierwszym wspólnym męskim wypadem do karczmy w Worniach. Tam, w wieczornym mieście, nad którym sterczała niczym srogi palec grożącego Boga nadpalona wieża katedry, kiedy szli do zajazdu Mykolasa Pukisa, stukając o bruk nieczyszczonymi butami, Jonelis wspomniał jeszcze Kazimierza, jak wrócił kiedyś ze szkoły parafialnej w Worniach i razem wkuwali brzmiące niczym zaklęcia łacińskie wyjątki: caro, arbor... inter quos, merces, quies, seges, dos... Ale łapa ojca ciężko opadła mu na ramię i popchnęła do drzwi karczmy. Odór potu, dymu i mokrych, cuchnących psem ubrań przestał być wkrótce dokuczliwy, zagłuszyły go coraz bardziej pijane i coraz weselsze karczemne rozmowy, i przyjemne ciepło grzanego piwa, które rozchodziło się po całym ciele, a napłynąwszy do serca, zaczęło stamtąd wypychać zalegające jak ciężki głaz wspomnienie Urszuli, Narwojszów, ich książek, luster, zapachu suszonej lawendy i zamorskich przypraw. Chwilę później obaj Tarwidowie, rechocząc, z lubością napełniali swoje głodne, wypłukane przez piwo żołądki tłustą grochową kaszą ze skwarkami i z rozkoszą dłubali palcami w pieczonym świńskim udźcu. Jonelis, jakby go czart opętał, zaczął dla zabawy rzucać kośćmi w biedaków, którzy siedzieli przy sąsiednim stole i zawiązywali sobie na rękawach opaski wydane niedawno przez biskupa Paca[14] – w myśl nowego prawa ich posiadacze, mieszkańcy Worni rzeczywiście cierpiący biedę, mieli w dni świąteczne za darmo dostawać od karczmarzy po talerzu zupy. „A to dziady, wiedzą, jak wleźć do karczmy” – śmiał się starszy Tarwid z żartów podpitego Jonelisa i domagał się od karczmarza wódki dla siebie i swojego syna, który wreszcie dorósł i stał się prawdziwym mężczyzną. Wódka dla prawdziwych mężczyzn, przyniesiona w cynowych półkwartowych dzbanach, podziałała na Jonelisa bynajmniej nie po męsku – najpierw rżał bez przerwy z dowcipów i świntuszenia ojca, a potem, zagapiwszy się na drgający w dzbanku płyn, znów przypomniał sobie Urszulę, rozrzewnił się z miłości, nienawiści oraz własnej bezsilności i zaczął beczeć wielkimi jak groch łzami prawdziwego pijaka. Antoni Tarwid oniemiał, gdy zobaczył, że jego syn jest takim gnojkiem, ale później, w przypływie pijackiej dobroci, zaczął go poklepywać po plecach, wypytywać, co się stało, próbował nawet żartować. Jonelis spojrzał na ojca przez falującą zasłonę wódki i dojrzał w jego zmęczonej, obrzękłej twarzy swoje własne rysy, zobaczył, że jest krwią z krwi i kością z kości tego dużego, opasłego, trochę odpychającego, lecz silnego i swojskiego mężczyzny o grubej szyi, i pomyślał wtedy, że ojciec to jedyny na świecie człowiek, któremu może opowiedzieć o dławiącym go bólu. Pochlipywał i się krztusił, język mu się plątał, mylił słowa i sylaby, ale jakoś wydukał swą smutną historię, zakończoną obraźliwym śmiechem Urszuli; historię, która teraz, opowiedziana na głos, brzmiała zupełnie głupio. Antoni Tarwid nie od razu zrozumiał, co Jonelis chciał mu powiedzieć, a gdy w końcu to pojął, sam nie wiedział, co go bardziej oszołomiło: czy to, że jego syn zakochał się w Urszuli Narwojszównie, czy to, że ona go wyśmiała – Narwojszówna wyśmiała Tarwida – czy wreszcie to, że syn zalewa się łzami z powodu takiej bzdury. „Żadna baba nie jest warta, żeby chłop przez nią beczał” – rozzłościł się i postanowił raz na zawsze wytłumaczyć Jonelisowi to, czego sam był pewien: że wszystkie baby to głupie kurwy, parę lat i zużywają się nie do poznania, jedyny z nich pożytek, że umieją gotować barszcz, pomagają ściągać buty z cholewami i mogą cię podrapać w plecy, gdzie sam nie dosięgasz. Powtórzywszy jednogłośnie wyznawaną przez swych kompanów od kieliszka prawdę, że baba to najlepszy przyjaciel człowieka po psie i koniu, zaczął Jonelisowi wmawiać, że na babach zależy tylko nienadającym się do niczego mięczakom, którym te włażą na głowę, trzymają ich pod pantoflem, zamieniają im życie w piekło ciągłych poniżeń. A wszystko przez to, że mężczyzna zamiast ruszać głową, rusza czym innym, chociaż ta przyjemność to przecież nic wielkiego – ot, kilka chwil pomiętosisz spocone ciało i czujesz, jakbyś wypuścił z siebie parę do ciepłej dziury śmierdzącej rybą. „Chodź, to ci pokażę” – wyciągnął chwiejącego się Jonelisa zza stołu, chwyciwszy go za kark, i przekonany o swej wychowawczej misji, dumny, że nie tylko Narwojsz, ale on też może Jonelisa czegoś nauczyć, wywlókł go z karczmy w przeraźliwie zimny jesienny wieczór.

Niedługo trwało i Jonelis upewnił się, że naprawdę wszystko wygląda tak, jak opowiadał ojciec – jak przez mgłę przypomniał sobie dwa wałki tłuszczu na ciepłym, spoconym tułowiu, odchylone na boki piersi z rozmiękłymi sutkami wielkości talara, ramiona cuchnące kozim mlekiem i rybą, które go unosiły, przewracały i huśtały we wszystkie strony, kleiste niczym bagno lub grząska rozpadlina, odpychały go te ramiona i przyciągały zarazem, aż cały się rozlał w tym lepkim cieple, nie było to jednak ani trochę podobne do tamtej bolesnej i słodkiej rozkoszy, jaką poczuł z Urszulą, wtedy wydawało mu się, że umiera ze szczęścia, no a teraz – jak mówił ojciec – było to tylko spuszczenie pary, jakby ktoś wyjął czop z pełnej beczki. Obudził się dopiero, gdy ojciec zaczął stukać do drzwi i wołać, czy wszystko w porządku, bo on tu na dworze za chwilę zamarznie. Jonelis, pośpiesznie wkładając pludry i próbując trafić stopami w wysokie buty, mógł wreszcie w świetle łojowej świecy obejrzeć swą pierwszą w życiu kobietę – dawniej znaną w całych Worniach piękność, uwiedzioną niegdyś i porzuconą przez nieznanego księdza, oskarżoną o zabicie własnego bękarta, byłą utrzymankę holenderskiego kupca, z piętnem złodziejki na ramieniu, byłą markietankę Szwedów, dawną Elenę Butkównę, a teraz Elenutę z Podsterwia, najsłynniejszą w okolicy, bo chyba jedyną dziwkę, która w swej zagrodzie nad jeziorem Sterw obsługiwała spragnionych miłości miejscowych i podróżnych, a w chwilach wolnych od tego zajęcia sprzedawała nalewki niszczące owoce grzechu. Twarz kobiety, szeroka i okrągła jak księżyc, o regularnych, choć zniekształconych opuchlizną rysach, z kącikami ust opadającymi, nawet gdy się uśmiechała; duchota panująca w izbie, gdzie on również pozostawił gorący ślad swojego ciała; ból rozsadzający skacowaną głowę; potężne rozczarowanie i przeczucie, że w całym jego przyszłym życiu będzie obecny ten duszny zapach – oto, co Jonelis zapamiętał z chwili, w której stał się mężczyzną. Kazawszy synowi czekać na zewnątrz, Tarwid starszy skorzystał ze zniżki ustalonej z Elenutą: ojciec za pół ceny, ponieważ dla syna to jest pierwszy raz; nie wiedział nawet, że w przeciwieństwie do innych podstarzałych sprzedawczyń miłości o wielkim sercu, które pragną w jesieni życia wskrzesić żar dawnych namiętności przy pomocy niedoświadczonych chłopców, Elena Butkówna pochodząca z pobożnej włościańskiej rodziny, niegdyś piękna jak anioł, anielskim głosem śpiewająca w kościelnym chórze, tak naprawdę mściła się na każdym niewinnym młodziku, który wpadał w jej objęcia. Okropność i brzydota tego pierwszego razu w jej stęchłych objęciach, znamię brudu i smrodu, które odtąd zawsze będzie się pojawiać na wszystkich, nawet najbielszych prześcieradłach – oto jej zemsta na całym męskim gatunku, na wszystkich tych żwawych kawalerach, z których wcześniej czy później wyrosną kolejni fałszywcy tacy jak ci księżulkowie, co ją uwiedli, a potem faryzejsko potępiali z ambony, jak ci kupcy, którzy odebrali jej młodość i wygnali na ulicę, jak kochankowie, którzy ją bili i okradali, jak ci Szwedzi, co ją gwałcili całą zgrają, jak przesiąknięci smrodem, rzężący i podszczypujący ją chłopi i jak sołtys Tarwid, który myślał, że zaoszczędził parę marnych groszy na swoim synu. „Cała przyjemność po mojej stronie, panie” – uśmiechała się Elenuta do Antoniego Tarwida i rzeczywiście żadne skarby świata nie zastąpiłyby jej przyjemności rozprawiczenia jasnowłosego, niebieskookiego, anielsko pięknego Jonelisa, którego na całe życie niczym francuską chorobą zaraziła obrzydzeniem do miłości cielesnej, i przez te kilka chwil mogła się czuć jak ci wszyscy uwodziciele, rozpustnicy, prześladowcy i niegodziwcy, co złamali jej życie.

Czekając w zimnym brzasku, aż ojciec skorzysta ze swojej zniżki, co czynił dość hałaśliwie, Jonelis kilka razy zwymiotował za rogiem drewnianej chaty, jednak ból pierwszego w życiu kaca, który rozsadzał mu głowę, nie minął nawet, gdy słońce było już dosyć wysoko, a oni z trudem dotarli do Tarwidów. W domu, z twarzą poszarzałą od niepokoju, jak zwykle w takich okolicznościach, wyczekiwała ich matka, na którą Jonelis patrzył teraz zupełnie innymi oczami, a raczej nie bardzo mógł na nią patrzeć, bo do skacowanej głowy przychodziły mu najobrzydliwsze, najbardziej bezbożne myśli o tym, czy ukryte pod spódnicami i wciśnięte w poplamioną kamizelkę ciało matki jest takim samym falującym i lepkim źródłem grzesznej nieczystości jak tamto ciało, którego dopiero co zaznał w oparach wódki nad jeziorem Sterw. Pierwszy raz w życiu odkrył przyczyny rozdrażnienia ojca i wydawało mu się, że już rozumie, dlaczego ten tak się wścieka, wierzga nogami, żąda, żeby mu zzuć buty – wszak człowiek, którego dręczą potworny ból głowy, pragnienie i pijacki wstręt do samego siebie, nie może zachowywać się inaczej. „Grunt, żebyś dzieciaka nie zmajstrował, a jak zmajstrujesz, to się spieraj, że nie twój” – dźwięczały mu w uszach słowa ojca, którymi Antoni Tarwid w nagłym poczuciu obowiązku podzielił się z synem, gdy wracali do domu, a było to gdzieś koło Wirżuwian, jeszcze przed lasem. Syn nawet się nie domyślił, że wywołało te słowa dawne wspomnienie, które wychynęło z zakurzonych zakamarków sumienia ojca, a dotyczyło pewnej obłąkanej chłopki z tej samej wsi, Józefy czy Agaty, jej imienia Antoni Tarwid już nie pamiętał, która mu nieopatrznie zagroziła, że rozpowie o jego nieślubnym dziecku, przypomniała mu się też poduszka przy kołysce, schwycona w przypływie szału, i dobiegający spod tej poduszki – nawet teraz, po tylu latach – cichy trzask, jakby ktoś łamał zdrewniałą łodygę jakiejś rośliny. Ojcowska rada nasunęła Jonelisowi pytanie, czy on też został kiedyś „zmajstrowany” podczas takiego właśnie lepkiego miętoszenia się i czy każde poczęcie jest dla mężczyzny przestępstwem, którego za wszelką cenę trzeba się wyprzeć. Zastanawiał się także, czy bliźnięta Jana Macieja – Kazimierz i słodka Urszula – zostały przez niego właśnie „zmajstrowane”, i doszedł do wniosku, że nie, bo u Narwojszów wszystko odbywa się inaczej, lepiej, piękniej, godniej, a on jest istotą z innego świata i nigdy nie będzie mu dane przekroczyć dzielącego ich niewidzialnego progu, i tenże wywód, jak przywiązany do szyi ciężki kamień, znów wciągnął Jonelisa do Tarwidowego bagna zalatującego duszoną kapustą. Kiedy się przyglądał, jak ojciec opiera swój nowy, ale brudny i już rozdeptany but na brzuchu matki, żeby mu go zzuła, i jak ją beszta za odwiniętą onucę, zrozumiał, że pewnego dnia zamiast ojca będzie tu stał on sam, a zamiast matki usługiwać mu będzie bynajmniej nie Urszula, ale jakaś niekochana, przypadkowa kobieta obiema rękami ściskająca opryskaną moczem cholewę, gdyż on, Jonas Tarwid, jest tylko ogniwem w łańcuchu pokoleń swojego marnego stanu i niczego nie może tu zmienić. I gorycz, która przez ostatnie miesiące jak zimny, ciężki kamień przygniatała mu serce, zaczęła go nagle palić, zamieniając się w prawdziwą nienawiść do niedawnych przyjaciół – Kazimierza i Urszuli.

 

Zniknięcie z Milkont Jonelisa Tarwida doprowadziło do rozpaczy bliźnięta, które nagle poczuły się strasznie samotne, były przecież – gdyby przyjrzeć się ich myślom – raczej jedną istotą o dwóch ciałach niż dwojgiem odrębnych ludzi. Dumna Urszula prędzej ugryzłaby się w język, aniżeli przyznała, jak bardzo brakuje jej przyjaciela, którego męskość potraktowała tak głupio i niechcący tak go zraniła, Kazimierz zaś bez żadnych oporów kilkakrotnie pokonywał odległość, dzielącą Milkonty od zagrody Tarwidów. Kilka razy zastał Jonelisa zajętego jakąś robotą i dlatego nieskorego do rozmowy, a ostatnim razem przyszedł akurat w porze rodzinnego obiadu i starszy Tarwid zaprosił go do stołu, „jeśli tylko towarzystwo paniczowi odpowiada”, po tych słowach nie można więc było odmówić zjedzenia kawałka szarej gotowanej wieprzowiny i miski duszonej kapusty z krupami, należało też wypić pół kwarty wódki, skoro gospodarz usilnie prosił, by nie wzgardzić napitkiem. Uszanowawszy gościnność rodziny swego przyjaciela, Kazimierz zmusił się do pogryzienia kilku tłustych kawałków pośledniego mięsa bez smaku i do przełknięcia paru łyżek kapuśniaku ze skwarkami, co było możliwe tylko dzięki popijaniu wódką. Ale jeszcze bardziej oślizgła niż jedzenie była mowa, którą Antoni Tarwid czuł się zobowiązany wygłosić, goszcząc przy stole syna miejscowego pana. Mówił o mądrym gospodarzeniu Tarwidów, głupocie parobków, polityce Sejmu i sprawach wojennych, a pomiędzy tymi tematami obłudnie, ale z jakąż naiwnością, wtrącał natarczywe pytania do Kazimierza o takie czy inne zamiary jego ojca, jednak beztroski Kazimierz nigdy nie miał zwyczaju odpowiadać na pytania, które mu się nie podobały, toteż z chytrym uśmieszkiem doradzał Antoniemu Tarwidowi, żeby sam o to ojca zapytał. „Jasne, że panicz nam nic nie powie, my dla panicza za prości” – złościł się Tarwid starszy i zmieniwszy temat rozmowy, zaczął w podnieceniu tak walić pięścią w stół, że aż trzęsły się resztki gotowanej wieprzowiny na talerzu. Z Jonelisem tym razem również nie udało się szczerze pogadać, bo gdy wstał od stołu, nie był zbyt rozmowny, a zaczerwienione oczy zdradzały, że nieźle sobie łyknął. Poszarpane urywki milczenia i zacinających się słów, zmienione ruchy przyjaciela i rozpościerająca się między nimi dwoma przygnębiająca pustka ostatecznie przekonały Kazimierza, że ich przyjaźń się skończyła.