Silva RerumTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Przypisy

Tytuł oryginału: Silva rerum

Opieka redakcyjna: EWELINA KOROSTYŃSKA

Korekta: KRYSTYNA ZALESKA

Opracowanie okładki na podstawie oryginału: MAREK PAWŁOWSKI

Fotografia na pierwszej stronie okładki przedstawia detal z wnętrza kościoła Świętych Piotra i Pawła w Wilnie, fot. Gediminas Trečiokas

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © by Kristina Sabaliauskaitė

© Copyright for the translation by Izabela Korybut-Daszkiewicz

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Copyright for the cover design © by Kristina Sabaliauskaitė

Wydanie drugie

Wydanie pierwsze: Kraków 2015

ISBN 978-83-08-07194-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

I

Owego upalnego lata roku Pańskiego 1659 Kazimierz i Urszula Narwojszowie pierwszy raz zobaczyli śmierć. Śmierć towarzyszyła im wprawdzie już od kilku tygodni, ale dopiero teraz te mające dziesięć wiosen bliźnięta po raz pierwszy zajrzały jej w oczy osadzone w szarej niespokojnej twarzy i można powiedzieć, że to spotkanie, trwające zaledwie kilka chwil, zaważyło na dalszych losach ich obojga.

Wszystko zaczęło się parę tygodni wcześniej, kiedy zdechł ich ukochany kot Maurycy – pręgowane, utuczone stworzenie, które było z nimi od kołyski i cierpliwie, schowawszy pazury, ze stoickim spokojem znosiło każdą ich psotę. Z wyjątkiem tej najbardziej przez dzieci lubianej: kiedy jedno go miętosiło, a drugie boleśnie ciągnęło za ogon. Przydybany znienacka Maurycy postępował zgodnie ze swą kocią naturą – zapominał o okazywanej zazwyczaj malcom pobłażliwości i potwornie się wijąc, drapał tego, kto akurat trzymał go w objęciach. Najczęściej dostawało się Kazimierzowi, Urszula bowiem posiadała niezwykłą zdolność zakradania się i z miną niewiniątka szarpania kota za ogon; kiedy indziej dzieci, ot tak, dla zabawy, przywiązywały Maurycemu do ogona jakąś grzechotkę albo mocno okręcały biednego czworonoga niczym niemowlę kawałkiem materiału. Ostatnim razem, bawiąc się, trochę przeholowały, ponieważ owinęły Maurycego w pieluszki i kiedy nikt nie widział, ostrożnie podrzuciły go do kołyski swej nowo narodzonej siostrzyczki. Mamka na widok okutanego w powijaki kota zaczęła wrzeszczeć wniebogłosy, a bliźnięta skręcały się i ryczały ze śmiechu, ale potem same darły się przeraźliwie, kiedy je chłostano, bo ten głupi figiel wyprowadził z równowagi nawet ich ojca Jana Macieja Narwojsza, człowieka o anielskiej cierpliwości.

Jednak pewnego ranka Maurycy nie odpowiedział swoim zwykłym mruczeniem na wołanie malców i nie wychynął niespodziewanie z kąta, i nie kroczył już z lekko pochylonym łbem i sterczącym ku górze ogonem. Bliźnięta, które dobre pół dnia szukały Maurycego w całym dworze, znalazły wreszcie swego pręgowanego przyjaciela za budynkiem kuchni, gdzie zawołał ich wystraszony nie na żarty Jonelis. Przykucnąwszy, cała trójka dokładnie obejrzała i podźgała patykiem skute okowami śmierci, zdrętwiałe ciało kota, który nagle całkiem zesztywniał i wyglądał zupełnie inaczej z lekko rozchylonym pyszczkiem i upiornie majaczącymi w nim ostrymi zębami. Bliźnięta nie pierwszy raz oglądały padlinę, nie wspominając o Jonelisie, słynącym z zastawiania sideł na ptaki i rozmaitych pułapek na małe zwierzątka, jednak widok zdechłego kreta czy jemiołuszki, co się rozbiła o okno, to zupełnie inna sprawa niż patrzenie na słodkiego Maurycego, który jeszcze niedawno wskakiwał na kołdrę i zwijał się w kłębek, by ogrzewać im nogi, a teraz przypominał zimny, sztywny i nieprzyjemny przedmiot, przybyły tu ze świata rzeczy martwych. Z całkowicie obcego świata wstrętnych zapachów i zimnych woskowych powierzchni, do którego należał także budzący przerażenie, uschnięty palec nieznanego męczennika z Jerozolimy, z żółtym popękanym paznokciem, spoczywający w pięknym relikwiarzu ze szkła i złota w domowej kaplicy. Mimo iż cenną relikwię otaczał nimb świętości i czci, Urszula i Kazimierz, ilekroć patrzyli na ten zżółkły, połamany paznokieć, czuli w gardle oślizgłą gulę obrzydzenia, która się przesuwała to w górę, to w dół wraz ze zjedzoną na śniadanie kaszą, szukając drogi na zewnątrz. A teraz nieoczekiwanie do świata martwych ohydztw dołączył również Maurycy. Żadne z trójki dzieciaków nie chciało wziąć Maurycego na ręce, trzeba więc było poszukać jakiejś szmaty, by zawinąć w nią kociego trupa. W końcu okręcili go w znaleziony kawałek worka i wymieniając się, zanieśli do domu owo dziwnie ciężkie i sztywne stworzenie – zmierzali prosto ku bibliotece, gdzie o tej porze dnia spodziewali się zastać Jana Macieja Narwojsza.

Służąca, która wymiatała w sieni kurze z kątów, ujrzawszy dzieci taszczące zdechłego kota, zaczęła je besztać i przepędzać, lecz ojciec usłyszał harmider i przerwał jej pokrzykiwania. „Chodźcie do mnie, głuptaski” – zaprosił serdecznie całą skonfundowaną trójkę i odłożył na chwilę pióro do kałamarza, który stał na zawalonym księgami rachunkowymi i stertami listów stole. Słuchając opowieści dzieci – wzajemnie sobie przerywających – o smutnym losie kota i okolicznościach znalezienia zwierzęcia, Jan Maciej Narwojsz gładził swą krótką posiwiałą brodę, przez której środek jak w futrze borsuka przebiegało pasmo ciemnych włosów, i znaczną część owej dziecięcej paplaniny puszczał mimo uszu, przyglądał się tylko osłodzie swoich starych lat – dwojgu brązowookim psotnikom o zaokrąglonych policzkach, pełnym życia i tryskającym zdrowiem niczym dwie soczyste wisienki na jednej kiści. Z powodu wieku wyglądały raczej na jego wnuczęta niż na dzieci i Jan Maciej myślał sobie często, że tylko późne ojcostwo nauczyło go prawdziwej jak u starców cierpliwości, z jaką znosił niekończące się pytania obojga bliźniąt, a jego dni, które były już policzone, pozwalały mu znajdować czas na wspólne przeżywanie dziecięcych odkryć, ich radości i rozczarowań.

„Ale czemu on jest teraz taki sztywny?” – nie dawała za wygraną malutka Urszula, a na twarzyczce, okolonej czepcem, strach walczył z ciekawością. Jan Maciej Narwojsz objaśnił, że Maurycego zmroził chłód śmierci, który naukowo, po łacinie nazywa się rigor mortis. Nie, Maurycy nie zamarzł na śmierć, tylko skostniał, gdyż w jego żyłach przestała płynąć krew, którą pompuje serce; w sercu są takie klapki, co raz się zamykają, a raz otwierają, popychając strumień krwi w jednym kierunku. To wielka tajemnica nauki, na której trop wpadli już mędrcy Wschodu i której domyślał się pewien Hiszpan Miguel Serveto[1], ale był z niego taki straszny heretyk, że skończył na stosie i trzeba było czekać jeszcze prawie sto lat, aż lekarz angielskiego króla William Harvey[2] po zbadaniu wszystkich żywych stworzeń napisał wielki traktat, w którym dowiódł, jak jest naprawdę. Jan Maciej Narwojsz sam pamięta, jak bawiąc w młodości w Italii, w samej Padwie słyszał uczonych mężów, spierających się o to, czy ludzkie serce rzeczywiście może jak miech kowalski tłoczyć krew i sprawiać, by krążyła, i czy na tym właśnie polega tajemnica ruchu, ciepła i życia człowieka. „To może da się tak zrobić, żeby krew Maurycego znowu zaczęła krążyć?” – spytał Jonelis. Jan Maciej musiał więc wyjaśnić, że odkrywanie praw rządzących życiem to nie to samo co ich zmienianie: „Nawet Harvey nic nie mógł poradzić, gdy na króla Anglii Jakuba przyszła pora umierać”. Zresztą kocia duszyczka Maurycego opuściła już jego ciało i nikt jej nie zawróci. Urszula zapytała, czy to, że żyjemy, zależy od bicia naszego serca, czy od tego, że w ciele mieszka dusza, a Kazimierz chciał się dowiedzieć, czy duszyczka kota Maurycego poszła do raju. Ojciec wykręcił się od odpowiedzi na pytanie Urszuli, które jemu także po wielekroć nie dawało spokoju, stwierdził jednak, że jeśli wziąć pod uwagę, jak cierpliwie znosił Maurycy owo nieustanne i bezlitosne miętoszenie, to trzeba przyznać, że był z niego prawdziwy męczennik, który w rzeczy samej zasłużył na niebo. Wówczas Jonelis spytał, czy Maurycy pójdzie do tego samego nieba, o którym mówi proboszcz, tam, gdzie trafiają po śmierci wszyscy dobrzy ludzie, czy może koty mają jakieś własne niebo, z migającymi zajączkami słonecznymi, z łysymi, dopiero co urodzonymi myszkami, z nieopierzonymi pisklętami, śmietaną, skilandisami[3] i kurzymi jajami gotowanymi na twardo; Kazimierz z kolei dopytywał się, czy nie można by tak Maurycego rozciąć, skoro już nie żyje, i zobaczyć, jak to jest wszystko wewnątrz urządzone, jak wyglądają jego żyły i serce i gdzie są te rozklekotane klapki.

 

Jan Maciej Narwojsz, trawiony iście naukową żądzą wiedzy, wcale nie słabszą niż nieznająca granic ciekawość dziesięciolatka, sam z wielką chęcią wypatroszyłby kota, ale się w porę opamiętał, widząc przerażone oczy Urszuli i zniesmaczoną pomysłem przyjaciela twarz Jonelisa z Tarwidów. Ostatecznie postanowiono zatem okazać należny szacunek zwłokom Maurycego i pochować go na skraju ogrodu z ziołami pod dużym krzakiem malin. I chociaż matka bliźniąt wspaniałomyślnie przeznaczyła na całun dla Maurycego stary obrzynek wytartego aksamitu, to jednak na uroczystości pogrzebowe zaproszono spośród dorosłych domowników tylko Jana Macieja, który miał wygłosić mowę pożegnalną. Powiedziawszy krótką, lecz poruszającą, wykoncypowaną wedle wszelkich zasad retoryki obituarię[4], w której wysławiał Maurycego jako pogromcę myszy, chwalił jego wierność i dobry charakter, Jan Maciej Narwojsz przyglądał się później dzieciom stojącym wokół niedużego dołka nad zbitą z desek skrzynką z zasuwanym wieczkiem, gdzie spoczywał owinięty w aksamit zesztywniały Maurycy. Podczas gdy dzieci wygłaszały kolejno żałobne przemówienia, zasypywały dołek i wtykały w kopczyk zerwane polne kwiaty, Jan Maciej oddawał się nie do końca chrześcijańskim rozważaniom, że może raj jest tylko wspaniałym urojeniem, mającym ukryć ohydną prawdę o tym, iż ciało – to zbudowany z mięsa, kości i płynu mechanizm, który się zużywa i psuje niczym rozklekotane koło młyńskie lub, dotknięty jakąś chorobą czy nieszczęściem, rozbija się nagle w drobny mak jak upuszczony na marmurową posadzkę drogocenny zegar. I temu oto mechanizmowi z mięsa i kości, który pojął całą swą ograniczoność i nietrwałość, konieczne są pocieszenie i wiara w nieśmiertelną duszę, w niebo i zmartwychwstanie, by miał choćby najmniejszy powód, aby budzić się co rano i robić mnóstwo nieistotnych i nic doprawdy niezmieniających rzeczy, takich jak jedzenie, kochanie się, wydawanie na świat potomstwa, siejba i żniwa, wojowanie i politykowanie, ścinanie drzew i tkanie aksamitu, pisanie uczonych traktatów, wznoszenie miast, budowanie statków i podróżowanie nimi do odległych krain... Na gwałt potrzeba mu wiary, że cała ta krzątanina rzeczywiście ma jakiś sens, który się cudownie objawi w chwili śmierci, kończącej to wszystko; i właśnie po to, żeby uzasadnić celowość owego krzątania się, sprytni ludzie wymyślili różne rytuały i zwyczaje, świadczące rzekomo o tym, że zepsucie się mechanizmu z mięsa i kości bynajmniej nie oznacza końca, lecz dopiero początek wszystkiego... Istna banialuka wydumana tylko po to, aby się człowiek zapomniał w zabawie, jak te oto dzieci urządzające pogrzeb kotu, i aby go tak bardzo nie zasmucał bezsens jego egzystencji. Jan Maciej, dotrwawszy do końca pompa funebris[5] Maurycego, wrócił potem do swoich ksiąg, otworzył trzymaną w szafie butelkę hiszpańskiego wina, napełnił nieduży kielich i ssąc zamoczone w winie twarde imbirowe ciastko, wyjął z szuflady starą sylwę[6] Narwojszów, oprawną w skórę, zdobioną złotymi tłoczeniami i sam do końca nie uświadamiając sobie dlaczego, poczuł, że pod datą Die 7 Julij 1659 Anno winien zapisać jedyne zdanie, jakie mu przyszło do głowy: Scientia dat responsa, fides dat vires ad ea perferenda[7].

Ku swemu nieszczęściu zaledwie dwa tygodnie później Jan Maciej musiał nie tylko znowu otworzyć rodzinną sylwę, ale także – przeżyć prawdziwą próbę wiary. „Anna Magdalena z Narwojszów, córka Jana Macieja Narwojsza z Milkont i Elżbiety z Siedleszczyńskich, z racji wątłego zdrowia swego in privatum w domu ochrzczona, obiit die 22 Julij 1659 Anno, Aetatis suae mens 2 die 6” – zapisał łamaną łaciną, a niżej po polsku dodał:

Tak li moja Magdalenka, jeszcze żyć na świecie

Nie umiawszy, musiała w ranym umrzeć lecie?

I nie napatrzawszy się jasności słonecznej,

Poszła nieboga widzieć krajów nocy wiecznej!

A bodaj ani była świata oglądała,

Co bowiem więcej, jeno ród a śmierć poznała.

A miasto pociech, które winna z czasem była

Rodzicom swym, w ciężkim je smutku zostawiła.

Tak naprawdę Jan Maciej aż dwa razy w tym wpisie skłamał. Pierwszy raz – kiedy samowolnie, bez drżenia ręki zmienił imię córki w trenie Kochanowskiego, który go tak poruszył; drugi zaś raz – gdy nie zmienił słów poety o ciężkim smutku, w jakim pogrążyli się rodzice. To, co w rodzicielskim domu zostawiło po sobie niemowlę, które tak nagle zgasło, nie przypominało smutku, lecz raczej rozszalały, pełen bezbożnej wściekłości obłęd. Rano, niespodziewanie, ni stąd, ni zowąd maleństwo jęło gorączkować, a potem wprost nikło w oczach z godziny na godzinę. Zdawało się, że niewidzialna ręka Mojry rwie nić żywota dziewczynki, jakby pruła rządek po rządku ledwie zaczętą robótkę, i wysysa z maleńkiej twarzyczki wszystkie kolory. Gdy po południu dziecko dostało drgawek, postanowiono ochrzcić je natychmiast bez kapelana. Jan Maciej przyniósł święconej wody z kaplicy i własnoręcznie polał główkę umierającej córki, nadając jej imiona Anna, na cześć swojej matki, i Magdalena – na cześć świętej patronki z dwudziestego drugiego lipca. I kiedy łzy ściskały mu gardło, przez głowę przemknęła głupia myśl, że może to kara za pychę, która go podkusiła, żeby przez prawie trzy miesiące nie chrzcić dziecka tylko dlatego, by uroczystość można było wyprawić na Matki Boskiej Zielnej, w samym Wilnie i z wielką pompą, a na ojca chrzestnego poprosić jego wysokość księcia Radziwiłła. A teraz oto chrzczono dziewczynkę w gronie rozpaczającej rodziny, ojcem chrzestnym został zaś on sam, udzieliwszy w pośpiechu – tak jak umiał – pierwszego i ostatniego sakramentu.

A kiedy krótkie, trwające zaledwie kilka godzin życie Anny Magdaleny w chrześcijańskiej wspólnocie dobiegło końca i dziewczynka odeszła do swojego Stwórcy, który tak bardzo jej poskąpił ziemskiego czasu, członkom rodziny straszniejsza od śmierci wydała się furia Elżbiety. Matka, szalejąc z rozpaczy, wygrażała pięścią niebiosom i złorzeczyła samemu Bogu; po czym niespodziewanie milkła zdławiona nieznośnym bólem i niby w obłędzie zaczynała się kołysać. Co pewien czas się uspokajała, ale ten spokój groźniejszy był od przekleństw i szału – budził obawę, że matka wraz ze stratą niemowlęcia może stracić rozum.

Dla Elżbiety Narwojszowej było to nie pierwsze, lecz ostatnie utracone dziecko. Gdyby los obchodził się z Narwojszami bardziej łaskawie, bliźnięta miałyby jeszcze brata albo siostrę, jednak Elżbieta, spadając z konia, utraciła tę istotkę tak wcześnie, jeszcze w zalążku, że nawet nie była wtedy świadoma odmienności swojego stanu. Później, kiedy bliźnięta były już na świecie, miał się im urodzić braciszek, ale się nie narodził przez przeklętych Moskali. Jan Maciej zrobił wszystko, aby ochronić żonę przed szalejącą wokół rzezią, jednego tylko nie zdołał uczynić – ochronić jej oczu, by nie oglądały rosyjskich okrucieństw. Kiedy przed czterema laty Narwojszowie, odziawszy się pośpiesznie w nędzne ubrania i schwyciwszy skromny dobytek z wynajmowanego w mieście domu, uciekali z płonącego, pustoszonego przez Kozaków Wilna, Jan Maciej znakomicie potrafił ominąć te ulice, na których szalały pijane wraże hordy. Uciekinierzy, jadąc zaprzęgniętym w szkapę wozem, trzymali się z dala od trawionych ogniem kwartałów i ulic zalanych strugami krwi; tylko cudem nikt ich nie zauważył, gdy przemykali obok grabionego pałacu Radziwiłłów, gdzie w pijanym obłędzie zataczali się Kozacy. Kiedy ich dowódcy opróżnili ostatnie zapasy wina z Radziwiłłowskich piwnic, spragnieni żołdacy nie pogardzili spirytusem z wielkich stojących w sieni słojów, w których niegdyś jego książęca mość Janusz Radziwiłł przechowywał kolekcję odpychających dziwów przyrody: dwugłowe cielę, embrion z ogonem, uschniętą głowę karła z Indii Zachodnich, ozdobioną sterczącymi piórami, salamandry, bliźnięta syjamskie i syrenę wyglądającą jak prawdziwa, choć najpewniej zrobił ją jakiś przebiegły zamorski oszust, który zszył ogolony tors małpy z ogonem pstrąga. Kozaków nie odstraszyły te pływające w spirytusie wybryki natury – upiorne rzadkie okazy walały się po pałacowym dziedzińcu pośród odłamków szkła, roztopionych woskowych figur hiszpańskich świętych, udekorowanych papierowymi kwiatami, i skrawków obrazów olejnych, deptane przez Kozaków, mokły w kałużach krwi i moczu.

Uciekająca z miasta wąskimi zaułkami rodzina nie mogła uniknąć jednej rzeczy – drogi, która wiodła ogarniętą pożarem ulicą obok kościoła Świętego Michała Archanioła do Bramy Bernardyńskiej, tamtędy bowiem Narwojszowie mieli zamiar opuścić miasto. Nie widzieli ohydnie sprofanowanego ołtarza, gdzie powoli spopielał się obraz Najświętszej Panny, ani szczątków książąt Sapiehów – wywleczonych ze stojących w krypcie trumien – którym to Kozacy, nie mogąc zdjąć ze skostniałych palców pierścieni wysadzanych drogimi kamieniami, po prostu odrąbali dłonie. Ujrzeli jednak inny, świeższy widok. Kozacy zgwałcili kilka sióstr bernardynek, które zostały w klasztorze, po czym rozpruli im brzuchy i ciała zhańbionych mniszek przygwoździli szablami do drzew na kościelnym dziedzińcu. Elżbieta, gdy tylko zobaczyła zbryzgany krwią mur klasztoru, wtuliła głowy sześcioletnich bliźniąt w swoje kolana, by zaoszczędzić im tych okropności, sama jednak nie zdążyła odwrócić wzroku. Ponad klasztornym ogrodzeniem ujrzała wbitą na pal, zgodnie z rozkazem samego Zołotarenki[8], swoją ciotkę, wielebną ksienię Dorotę z Siedleszczyńskich – zhańbioną, w rozdartym habicie, z wykręconymi nogami, obciętym nosem i odrąbanymi palcami u rąk. Wystarczyła chwila, aby ten obraz pozostał w głowie Elżbiety na zawsze.

Nocą, ominąwszy szerokim łukiem płonące i też pustoszone przez kozactwo Troki, rodzina Narwojszów stanęła na nocleg w ograbionej przydrożnej karczmie – U Samuela. Zapasy wódki Moskwicini już wypili, a karczmarza, którego imię wspominał malowany w czerwone raki szyld, porąbali na kawałki, toteż w opustoszałej karczmie, gdzie nie można było już niczego wypić ani nikogo zabić, Narwojszowie nie musieli się obawiać szybkiego powrotu Kozaków. Podczas gdy Jan Maciej i jego służący Marcin na zmianę czuwali, Elżbieta ukryta z dziećmi za żłobem w pustej stajni usiłowała wydrzeć dla siebie kilka godzin snu i zapomnienia. Nad ranem przyśniło jej się, że znowu jest małą dziewczynką, a ciotka Dorota Siedleszczyńska sprawdza, czy dobrze nauczyła się czytać zadany rozdzialik z katechizmu. Sen był prawdziwszy niż jawa – Elżbieta czuła nawet gładką skórę katechizmowej okładki w swoich dłoniach i ulotny aromat czystości, jakim tchnął wykrochmalony welon; słyszała, jak delikatnie pobrzękuje o kant stołu krzyż wiszący na piersi ksieni, jak za oknem szumi ogromna lipa i ćwierkają wróble walczące o miejsce na kulistym zwieńczeniu kolumny w kościelnym krużganku. We śnie jednak ciotka Dorota nie była zadowolona z czytania Elżuni, kazała jej cofnąć się o stronę i zacząć od początku. Elżbieta w żaden sposób nie mogła przewrócić kartek książki, które wydawały się czymś zlepione. Wtem zauważyła, że książka jest lepka od krwi, a ta krew kapie z ręki ksieni, a ściśle: z pozbawionego palców kikuta, który ciotka pieszczotliwie położyła na rączce siostrzenicy, i Elżbieta, jak to tylko we snach bywa, mimo iż wiedziała, że lepiej tego nie robić, nie oparła się pokusie, aby spojrzeć w twarz cioci, i zobaczyła ją z bliska taką, jaką widziała tamtego dnia – z obciętym nosem i oderwaną górną wargą obnażającą dziąsła. Elżbieta Narwojszowa obudziła się z krzykiem cała we krwi, gdyż jej ciało pod wpływem wstrząsającego snu pozbyło się dziecka płci męskiej, które od pięciu miesięcy nosiła w swym łonie.

 

Tamto zdarzenie sprawiło, że trzeba było wielu mszy zamawianych za spokój duszy, mnóstwa filiżanek wywaru z ziół i chmielu wypijanych co wieczór, niezliczonych nocnych przytuleń Jana Macieja i tysiąckrotnych głaskań po włosach, żeby Elżbiecie przestał się wreszcie śnić utopiony we krwi klasztor Bernardynek i jego nieszczęsna ksieni; trzeba było wielu spokojnych przebudzeń o poranku, w codzienności, która stopniowo powracała do zwykłego stanu, aby męty doznanego przerażenia zaczęły z wolna osiadać na dnie pamięci, aby pieczeń na świątecznym stole przestała wreszcie cuchnąć przypalonym trupem, a wszystkie kleiste substancje, z jakimi miewa się na co dzień do czynienia, nie przypominały już lepkiej krzepnącej krwi ze złego snu. Nawet śmiertelnie przerażone łono Elżbiety, niemal przez rok stawiające opór comiesięcznym nakazom natury, w końcu zaczęło się powoli goić i ostatecznie, po kolejnych dwóch wczesnych poronieniach, wydało na świat jeszcze jednego potomka Narwojszów – oczekiwaną z wielką radością Annę Magdalenę, która właśnie teraz we flandryjskich koronkach i przeznaczonej do chrztu szatce leżała w maleńkiej trumnie, na ołtarzu, w domowej kaplicy, a grawerowana srebrna tabliczka w nogach trumienki żałośnie opowiadała krótką historię jej życia, zawartą w trzech linijkach.

Elżbieta, która całe dnie przesiadywała w kaplicy okryta czarnym woalem, ściskając w ręku mokrą od łez chusteczkę, tak naprawdę opłakiwała nie tylko to maleńkie, czwarte już grzebane przez nich niemowlę, ale także swoje macierzyństwo, z którym żegnała się bezpowrotnie, i swoją wiarę w to, że Bóg jest sprawiedliwy, miłosierny, że wszystko widzi i skrupulatnie odmierza każdemu tyle, na ile zasłużył. Elżbieta nie mogła uwierzyć, że zhańbienie nieszczęsnej, bogobojnej Doroty, co nawet muchy w życiu nie skrzywdziła, jej cierpienie i okrutna śmierć mogły być częścią Bożego planu. A inne mniszki, te młode i te starsze? Czy one również musiały umrzeć w męczarniach? A bezbożni Kozacy, którzy je zabili, czy działali za przyzwoleniem Boga, zgodnie z jego zamysłem, czy byli narzędziem w Jego ręku? Czy po śmierci za to odpowiedzą i zostaną ukarani w piekle? Ale w jaki sposób i za co Bóg miałby ich karać, skoro sam uczynił z nich ślepe narzędzia, by wykonać swój niepojęty, sobie tylko wiadomy plan? Dlaczego ją, Elżbietę, spotykają same nieszczęścia, choć w swoim życiu świadomie i ze złej woli nie złamała ani jednego z dziesięciorga Bożych przykazań, a za każdą niewłaściwą myśl, jaka jej przyszła do głowy, zawsze szczerze żałowała? I dlaczego musiało niespodziewanie umrzeć wyglądające zdrowo i tak bardzo wyczekiwane dzieciątko, które nawet myślami nie zdążyło zgrzeszyć, przeciwnie – całej rodzinie przynosiło tylko szczerą radość pozwalającą wreszcie zapomnieć przeżyte potworności? I Elżbieta, wycieńczona rojem brzęczących w głowie myśli, znów zalewała się łzami, bo tylko te płynące z oczu strumienie, choć odbierały jej wszystkie siły, potrafiły rozwiać chmarę wątpliwości.

Jan Maciej tymczasem, dwojąc się i trojąc, załatwiał sprawy pogrzebu córeczki, jej grobu i mszy żałobnej, ciągle przy tym zaglądał do kaplicy, żeby popatrzeć na pogrążoną w żalu i usiłującą wydobyć się z grzęzawiska rozpaczy żonę. Raz kołysał ją w ramionach jak dziecko, innym razem delikatnie, ale z powagą ganił za to, że się poddaje zgryzocie; czasami wspólnie z nią wygrażał niebiosom, a czasem odwrotnie – zachęcał Elżbietę, by nie traciła wiary, i przekonywał, że nic złego się nie stanie, dopóki są razem, i przypominał jej o bliźniętach, którym jest potrzebna.

Bliźnięta przyprowadzono do kaplicy zaledwie na kwadrans. Podniesione na rękach, szybko pożegnały się ze zmarłą siostrzyczką, która wydała im się teraz podobna do małej woskowej lalki, tylko z dziwnie obcą i postarzałą twarzą, co od razu nasunęło im skojarzenie z Maurycym, wyglądającym po śmierci równie obco i złowieszczo. Przytuliwszy się do czuwającej przy trumnie Elżbiety, oboje niespodziewanie i głośno się rozbeczeli, nie tyle z żalu po siostrzyczce, ile ze strachu, jaki wzbudził w nich widok okrytej czernią i wycieńczonej zgryzotą matki, w której twarzy bezbłędnie rozpoznali żywioł śmierci, pomału zwyciężający naturalną wolę życia. Ostatecznie postanowiono nie prowadzać ich więcej do kaplicy i przekazać pod opiekę służącej, żeby nie przeszkadzali w przygotowaniach do pogrzebu.

Ta ostatnia nie wymyśliła nic lepszego niż zapchanie jedzeniem niezamykających się buź Urszuli i Kazimierza, którzy nieustannie zadawali jej głupie pytania; posadziła więc dzieci w kuchni i zagadując je na wszelkie sposoby, niemal gwałtem nakarmiła gołąbkami własnej roboty, następnie postanowiła je wcześniej uśpić, by sama mogła bez przeszkód zająć się tysiącem prac związanych z pogrzebem. Przekarmione bliźnięta, z brzuszkami nadętymi jak u gołębi, miały ciężką i długą noc – dręczyły je koszmary wywołane niestrawnością, w których oni oboje lub, co gorsza, ich rodzice już nie żyli, a później zdawało się im, że pod łóżkiem chowa się ich umarła siostrzyczka, tylko czekająca na to, by swoimi malutkimi ptasimi rączkami, groźnymi jak wyszczerzone po śmierci zęby Maurycego, złapać ich za nogi i wciągnąć w wieczną ciemność. Rano bliźnięta obudziły się spocone z przerażenia i Jan Maciej długo musiał je głaskać, uspokajać i przekonywać, że już więcej, przynajmniej w najbliższym czasie, nikt nie zamierza umierać. Kazimierz i Urszula wyprosili sobie od ojca pozwolenie, by tego ranka zamiast śniadania mogli iść się pobawić na wielki dworski dziedziniec. Dzieci, umyte i ubrane w najładniejsze ubrania, przez jakiś czas wałęsały się po podwórku, obserwując domowników zajętych smutnymi przygotowaniami i korzystając z tej wyjątkowej pobłażliwości, jaką dorośli zwykle okazują małym dzieciom podczas pogrzebu. Nikt ich nie zwymyślał za nieustanne plątanie się pod nogami, nie dał bury za rzucanie nożem w pnie rosnących na dziedzińcu drzew, za co w zwykłych okolicznościach niechybnie dostałyby lanie. Wkrótce – pozbawione codziennych zajęć, takich jak obowiązkowy pacierz, lekcje pisania czy lżejsze prace, w których na polecenie rodziców, żeby nie zbijać bąków, pomagały domowej służbie – bliźnięta wyczerpały już wszystkie pomysły na zabawę. Znudzone, z muchami w nosie trafiły w okolice stajni, gdzie spotkały Jonelisa, który również nie mając nic do roboty, siedział na drabinie i spluwał na ziemię, gdzie zdążył już stworzyć ze swojej śliny dość równy łuk. Dzieci wdrapały się, przycupnęły obok i pomagały mu spluwać – wiadomo przecież, że nie ma nic bardziej zaraźliwego aniżeli zły przykład, zwłaszcza Urszuli spodobało się to zajęcie, gdyż jako dziewczynce bardziej nie wypadało jej tego robić.

W pewnej chwili, prawdopodobnie gdy gromadzili w ustach ślinę do kolejnego splunięcia, zaczęli rozmawiać o śmierci i o tym, co człowiek czuje, kiedy przestaje żyć. Kazimierz twierdził, że ostatniej nocy usiłował leżeć bez ruchu, nie zwracać uwagi na dobiegające dźwięki, nie czuć siennika, który miał pod plecami, nie oddychać i o niczym w ogóle nie myśleć, próbował tylko wyobrazić sobie czarną i bezkresną ciemność, jaka musi wypełniać przestrzeń pod powiekami zmarłych. Ale w końcu się poddał, bo naprawdę obleciał go strach, zresztą nie dało się udawać martwego i jednocześnie coś sobie wyobrażać, gdyż samo myślenie jest już z natury rzeczy działaniem. Urszula się spierała, bo przecież kapelan mówił, że zmarli tak naprawdę zasypiają i budzą się w dzień Sądu Ostatecznego, gdy mają stanąć przed Bogiem, więc chociaż nie żyją, mogą śnić. „A pamiętasz, jak dziadek wrócił z Sejmu i powiedział, że król nieboszczyk chyba w grobie się przewraca?” – tonem nieznoszącym sprzeciwu uzasadniała swoją tezę, że zmarli nie tylko śpią i mają sny, ale w dodatku wiercą się podczas spania. Żadne z dzieci nie mogło sobie później przypomnieć, kto pierwszy wpadł na pomysł, żeby odkopać Maurycego i sprawdzić, czy nie leży on przypadkiem w swojej mogiłce odwrócony na drugi bok. Pamiętały za to doskonale, że kot został pochowany z łapkami skierowanymi w lewo, więc gdyby teraz leżał odwrotnie, byłby to niezbity dowód na przewracanie się w grobie oraz istnienie życia pozagrobowego. Dzieci, rozkopawszy usypany w rogu ziołowego ogrodu kopczyk, w którym bezładnie tkwiły zeschłe kwiaty sprzed kilku tygodni, sześcioma niecierpliwymi dłońmi odgarnęły ziemię oblepiającą wieko skrzynki i ostrożnie je podniósłszy, zobaczyły aksamit, który wyglądał teraz jak mokra szmata do podłogi. I wreszcie Kazimierz, ująwszy dwoma palcami koniuszek tkaniny, odsłonił pośmiertny całun Maurycego.

Łapy wprawdzie nadal skierowane były w lewo, ale kot oddychał. Jego boki podnosiły się i kołysały, a sierść była wilgotna, jak gdyby zwierzę przemokło lub mocno się spociło. Wtem, nim dzieci zdążyły się otrząsnąć po tym zaskakującym odkryciu, wydęty bok Maurycego pękł, jakby przecięty brzytwą, i wypłynął zeń strumień spienionego śluzu, białych mrowiących się czerwi, szarych wijących się larw, żółtego tłustego robactwa i różowych splątanych dżdżownic; wydawało się, że ten strumień wystąpi za chwilę z brzegów kociej trumienki i jak wezbrana rzeka zaleje rozkopaną ziemię, grządkę i dziecięce buty. Każde z dzieci, przez pewien czas osłupiałych ze zdumienia i wstrętu, przyjęło na swój sposób ten nagły wybuch gejzeru śmierci i unicestwienia. Kazimierz stał nieruchomo jak kołek, Urszula, nie zdążywszy się nawet pochylić, zwymiotowała wczorajsze gołąbki, a Jonelis jak opętany zaczął grzebać nogami w ziemi, próbując całe to ohydztwo znowu zakopać, zasypać ziemią, wepchnąć z powrotem w jej trzewia, do grobu albo do piekła – tam, gdzie jego miejsce. Kazimierz, kiedy się ocknął, poczuł, że ujrzany przed chwilą widok upoważnia go do tego, aby po męsku zakląć, więc głośno powiedział „gówno”. A cicho pomyślał sobie, że kiedy ojciec opowiadał im o krążeniu krwi i klapkach, które się zamykają i otwierają, on właśnie tak podejrzewał: że nie ma żadnego kociego raju, a po śmierci wszystko gnije w cholerę i jest zżerane przez robaki. Jonelis postanowił, że nie będzie pod względem męskości ustępował Kazimierzowi, a nawet go prześcignie, toteż jeszcze głośniej powiedział: „A to ci, kurwa, kocur”, i w duchu poczuł się dumny, że jako jedyny z całej trójki nie dał się zbić z pantałyku, od razu zaczął działać i szybko zakopał to całe paskudztwo z piekła rodem. Urszula nie znała innych przekleństw i było jej potwornie wstyd, że zwymiotowała. Doszła do wniosku, że aby pozbyć się wstydliwego wspomnienia i uniknąć smutnego losu po śmierci – przeistoczenia się w zgniłą, zjadaną przez robaki i czerwie padlinę – może wybrać tylko jedną jedyną drogę. Urszula Narwojszówna z Milkont postanowiła zostać świętą.