Silva Rerum IIITekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Przypisy

Tytuł oryginału: Silva rerum III

Opieka redakcyjna: EWELINA KOROSTYŃSKA

Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI

Adiustacja: MARIA ROLA

Korekta: JACEK BŁACH, ANETA TKACZYK, KRYSTYNA ZALESKA

Opracowanie okładki na podstawie oryginału: MAREK PAWŁOWSKI

Fotografia na pierwszej stronie okładki przedstawia detal z wnętrza kościoła Świętych Piotra i Pawła w Wilnie, fot. Liudas Masys

Redakcja techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © by Kristina Sabaliauskaitė

© Copyright for the Polish translation by Kamil Pecela

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Copyright for the cover design© by Kristina Sabaliauskaitė

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07243-1

Przekład książki dofinansowany przez Lithuanian Culture Institute.

The translation of this book was supported by Lithuanian Culture Institute.

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

I

Żywot Piotra Antoniego Narwojsza złożony był z rzeczy, z rzeczy i ich liczby; przywykł on już niemal do tego, że przedmiotowi, nazwie czy miejscu nieodzownie towarzyszy kreska albo wielokropek, które niczym koleina albo ślady prowadzą do tego, co w nich nieuchronne – do liczby, do sensu rzeczy na ziemskim padole wyrażanego przez ilość, cyfrę albo cenę: tuziny, kopy, wartość w złocie, łokcie, pręty, kable i mile długości, kwarty, garnce i beczki objętości, uncje i pudy ciężaru, morgi i włóki powierzchni; nawet tak nieuchwytna rzecz jak czas, nawet ten miał sens jedynie policzony: przez godziny i ich kwadranse, dnie i noce, tygodnie, miesiące, lata, stulecia, daty, okresy i chwile. On sam, Piotr Antoni Narwojsz, mógł być wyrażony najściślej jedynie za pomocą cyfr: urodzony w roku Pańskim 1711, najstarszy spośród pięciu braci, ale drugi z sześciorga dzieci, jeśli liczyć ich siostrę, niech ją Bóg ma w swej opiece, i dlatego dźwigający na barkach, jak wypada najstarszemu bratu, ciężar całej rodziny, niech ich wszystkich – wybacz mu, Panie, takie słowa – weźmie czort, dziś, dziesiątego dnia czerwca 1748 roku ma trzydzieści siedem lat. Trzydziestosiedmioletni, głowa pięcioosobowej rodziny, z jedną własną żoną i trojgiem swoich dzieci: dwoma chłopcami i jedną dziewczyną, jest zatem Piotr Antoni Narwojsz z Milkont – który szkoły rozpoczął w Nieświeżu i zakończył w Wilnie u jezuitów jako piętnastolatek, a jako dwudziestodwulatek poślubił szesnastoletnią córkę grodzieńskiego pisarza grodzkiego Placydę Amelię z Ejsmonttów, poznaną najpierw poprzez liczby, poprzez dobre i odpowiednie liczby jej przewidywanego posagu, a dopiero później osobiście – stolnikiem czernihowskim od dwudziestego siódmego roku życia, od jedenastu lat zarządcą dóbr jaśnie oświeconego księcia Michała Kazimierza Radziwiłła, przez wszystkich czule zwanego Rybeńko, dumnym właścicielem siedmiu dworów i dworków, blisko czterystu dymów w trzech powiatach oraz posesji i murowanego dworu w Wilnie, w jurysdyce księcia, posiadaczem pięciu koni wierzchowych, dwóch karet, w tym jednej francuskiej, trzech parokonnych kolas i tuzina koni dyszlowych, z rocznymi przychodami wahającymi się od trzydziestu pięciu do czterdziestu pięciu, a w dobrych latach nawet do pięćdziesięciu tysięcy złotych na papierze, a nie na papierze – jeszcze więcej. Co tu mówić, na zapisanym liczbami papierze on, Piotr Antoni Narwojsz z Milkont, stolnik czernihowski, wyglądał całkiem dobrze, co tam dobrze, nawet świetnie, zadziwiająco zbytkownie, mając na uwadze to, że jego życie rozpoczęło się jako najprawdziwsza calamitas, jakiej nie życzyłby nawet wrogowi. „Jaśnie Oświeconej Książęcej Mości Pani Dobrodziejki mojej miłościwej najniższy Podnóżek Piotr Antoni z Milkont Narwojsz, stolnik czernihowski, z Wilna, die 10 Junii, Anno 1748...” – zakończył list, nasypał piasku na litery, osuszył, strząsnął, zgiął kartę nawykłym, tysiąckroć przećwiczonym ruchem, nadtopił laku z czerwonej pałki, odcisnął swój pierścień herbowy i bachnął prostokątem listu na stosik takich samych listów leżących na obrusie z czerwonawego aksamitu, obok toczonego drewnianego bałwana, na którym odpoczywała, dopóki pisał, żeby nie pociła mu się łysiejąca już powoli głowa, jego peruka wykonana zgodnie z francuską modą – mała, gładka, niebieskawoszara, uperfumowana krochmalowym pudrem ze startą lawendą, z sześcioma wałkami loków na skroniach i kosmykiem ogona w wąskim woreczku z czarnego jedwabiu. Ona, ta peruka, tak jak kamizelka w różanym kolorze wyszywana złotogłowiem i srebrnymi cekinami, tak jak niemieckiego fasonu szustokor z błękitnego aksamitu z manufaktury-farbiarni w Świerżeniu, tak jak utkane w Nieświeżu pasy perskie, jak koronki do rękawów i koszul warte pięćdziesiąt złotych, jak kontusze, żupany, rękawice, obrusy, tabakiery, niektóre naczynia – wszystko to zostało mu przekazane przez najmiłościwszego i najjaśniejszego księcia Rybeńkę, jego ubiory, rzeczy jaśnie oświeconego księcia, założone zaledwie kilka razy albo nawet całkiem nowe, łaskawie przekazane jemu, drogiemu panu Narwojszowi, który ze swej strony, po tym jak je ponosi i doczeka, aż wyjdą z kapryśnej i nieprzewidywalnej mody, sprzeda je albo podaruje komuś dalej – piastującemu niższy urząd, na niższym stopniu w hierarchii: podstolemu, pisarzowi, cześnikowi, masztalerzowi; płowiejące i niszczejące jedwabie i aksamity, przechodzące z rąk do rąk, aż całkowicie podziurawione, całkiem znoszone, w całości pokryte łatami trafią do najniższych sług. On sam nie czuł ujmy w układnym tytule „najniższego podnóżka” swojego dobrodzieja, ponieważ gdzież by miał lepiej, gdy zeszłoroczny przychód państwowy Korony i Księstwa razem wziętych wyniósł osiem milionów florenów, a osobisty przychód jego dobrodzieja – pięć milionów? Gdzież by miał lepiej, gdy będąc stolnikiem, według rangi w księstwie znajduje się na jakimś siódmym czy ósmym stopniu od góry, a u dobrodzieja, który równa się królowi, jest ekonomem i powiernikiem, sadzanym za książęcym stołem? Nie ma zatem na co się skarżyć – on, prawa ręka jaśnie oświeconego księcia, zarządca jego dóbr, to jemu wszystko przypada w pierwszej kolejności: i peruki, których jego dobrodziej nawet nie lubi nosić, robi to tylko z obowiązku, gdy wymaga tego okoliczność, i szczodre dary za służbę, i względy, i przymknięte niekiedy oko na nieścisłości na własną korzyść, i wziątki od suplikantów, i kaprysy, i niełaska, więc on, Piotr Antoni Narwojsz, powinien raczej wystrzegać się czegoś innego – żeby ta ważność i bliskość, gdy zakłada oddaną mu przez jaśnie oświeconego księcia perukę, nie uderzyła mu do głowy, ponieważ czasami – a prawdę mówiąc, to nie czasami, ale często – zdarza się tak, że mimowolnie zaczyna czuć, jak wyjątkowo znaczący i ważny jest dla jaśnie oświeconego księcia: czy mógłby on poradzić sobie bez niego, bez swojej prawej ręki? I jego, Piotra Antoniego Narwojsza z Milkont oczy tyle widziały przez te wszystkie lata – i rozpaczy, i tajemnic, i śmiesznych facecji, i niewiarygodnych zajść, ach, gdyby tylko mógł wziąć i opisać wszystko, co wie, jak było naprawdę – tak jak teraz niemal każdy szlachetka mówi, że pisze swoje memoires, cóż oni mogą tam pisać, ważne osobistości takich parchów w swoje pobliże nawet nie dopuszczają, co tacy mogą wiedzieć, zapewne tylko konfabulacje jakieś skrobią albo panegiryki na własną cześć, nic więcej. Ale nie, on, Piotr Antoni Narwojsz z Milkont, osiągnął tyle, nie paplając i nie roznosząc plotek, ale przeciwnie – wiedząc, kiedy zmilczeć. Silentium est aureum, milczenie jest złotem, właśnie to wyryto na jego złotym zegarku, który odziedziczył po swoim ojcu Janie Izydorze, ten zaś po swoim – Kazimierzu Narwojszu, który, jak głosi wieść, był strasznie uczony, objechał zagranicę, miał dobrą głowę do kwestii prawnych, a w młodości grał w karty nie z kim innym, jak z samym jaśnie oświeconym księciem Dominikiem Mikołajem, dziadkiem stryjecznym jego obecnego dobrodzieja Radziwiłła Rybeńki. Milczenie jest złotem, i Piotrowi Antoniemu Narwojszowi wystarczyło oczywiście rozumu, żeby nie leźć jaśnie oświeconemu dobrodziejowi w oczy ze swoimi rekolekcjami o tym, że ich dziadkowie gdzieś kiedyś rżnęli w karty; albo że jego nieboszczyk ojciec, dzielny rotmistrz Jan Izydor Narwojsz, zaciekle walczył po stronie Radziwiłłów, od bitwy pod Olkienikami do wojny ze Szwedem, i był za to przez Radziwiłłów opiekuńczo skojarzony ze świętej pamięci mamusią Piotra Antoniego, Anną Katarzyną z Kotowiczów, i Piotr Antoni Narwojsz poczuł nawet dreszcz na wspomnienie swojego nieboszczyka ojca – ponurego olbrzyma o potężnej postawie, z długą, siwiejącą grzywą kręconych włosów, poranionego, z wywołującą zgrozę złotą płytką na klatce piersiowej – gdzieś kiedyś jakiś cyrulik polowy, kiedy rana zaczęła niebezpiecznie gnić, wziął i włożył tam pozłacany krzyż z kirysu, aby zakryć otwartą dziurę, i w ten sposób uratował ojca od śmierci; i czasem, gdy przez mimowolnie rozchełstaną koszulę żółty metal błyskał mętnie wśród siwiejących włosów na piersi, mały jeszcze Piotr Antoni zlękniony odwracał wzrok, a kiedy ojciec miotał nań gromy, wydawało się, że ta płytka rozbrzmiewa nawet od jego głosu. I niech Wszechmogący broni go przed grzechem złorzeczenia, a czwarte przykazanie Boże każe szanować ojca i matkę swoją, ale ósme mówi także „nie mów fałszywego świadectwa” – i język nie wykręciłby mu się tak, aby mógł powiedzieć, że kiedykolwiek kochał własnego ojca, niech jego dusza spoczywa w pokoju, za cóż go jednak można było kochać, za cóż? Za płodność ogiera, za bodaj tuzin bękartów poczętych ze wszystkimi możliwymi Antoninami, Teklami, Petronelami i Barbarami we wszystkich dworach, we wszystkich okolicach, gdzie tylko się pojawiał; za to, że teraz on, Piotr Antoni Narwojsz, spotkawszy jakiegoś hołysza, musi zgadywać, czy to czasem nie jego brat przyrodni spłodzony przez tego samego ojca? Za czterech prawowitych braci, których on jako najstarszy i cieszący się największą pomyślnością musi niemal żywić? Cóż z tego, że Jan Narwojsz jest mostowniczym inflanckim, a Aleksander Władysław podczaszym powiatu starodubowskiego, tylko nominalnie należącego do Wielkiego Księstwa, ale Ludwik na razie nie dostał żadnych urzędów, ponieważ jest próżniakiem, a wyobraża sobie wiele i chce żyć jak prawdziwy pan, choć lepiej siedziałby przy ziemi jak najmłodszy Michał; ten, nawiasem mówiąc, od urodzenia był najsłabszy i wiele chorował, całe szczęście, że z powodu swojej chorowitości nie ma chociaż wielkopańskich zapędów, przynajmniej ten jeden nie zawraca mu głowy, nie tak jak tamci, „pożycz, daj, pomóż”... To za co on, Piotr Antoni Narwojsz, miał kochać swojego ojca? Za co? Że nie utrzymał Milkont, ich niegdysiejszego dworu rodowego, przekazanego synowi tylko w opowieściach, tylko w westchnieniach nieboszczki matki i wyblakłych wspomnieniach Teofili, według której był tam nieomal prawdziwy murowany zamek na brzegu jeziora, z wieżyczkami, z cudownym, założonym przez pradziadka sadem, z komnatami i galerią portretów przodków, z trofeami myśliwskimi, książkami, bronią i ozdobami? Gdzie podziało się wszystko to, co mogło należeć do niego, do jego dzieci i wnuków, in perpetuum? Ach tak, trzeba dziękować jego świętej pamięci tatusiowi, mężnemu rotmistrzowi Janowi Izydorowi Narwojszowi, bohaterowi wojny szwedzkiej – który walczył wszędzie i ze wszystkimi, tylko nie o własną rodzinę i nie o własne ziemie; i gdzie on, do cholery, był i co robił, kiedy podminowane przez szwedzki proch Milkonty wyleciały w powietrze, wynosząc wraz z sobą do diabła niemal cały pułk rosyjski, który tam się zatrzymał? Pozostała tylko sterta gruzów i nic więcej, a ludzie z okolic, jak głosi wieść, jeszcze długo przynosili stamtąd to srebrną łyżkę, to wygięty lichtarz, jakiś kafel, guzik albo grosik, ale z pamięci po sławnych milkonckich Narwojszach do 1710 roku nie pozostało niemal nic – ani portretu, ani muszkietu, ani szabelki, ani perełki; ani guzików, ani pętelki, wyjąwszy jedynie to, co swego czasu jego nieboszczka matka wywiozła do Wilna – wszystkie kosztowności, które później przypadły tej ciemiędze Teofili, akty i świadectwa genealogiczne, główne dokumenty własności, pieczęcie, kilka wykwintnych broni, kilka cenniejszych książek dziadka, ich rodowa silva rerum... A co w tym czasie robił jego świętej pamięci tatuś – może odbudowywał dwór, może pomnażał majątek rodziny? Nie, jego tatko w tym czasie prowadził swoje wojny i o nic się nie troszczył, a może robił kolejnego bękarta albo prawowitego syna, może tworzył któregoś z jego braciszków – Jana, Aleksandra Władysława, Ludwika albo Michała, bowiem ten świętej pamięci naiwniak nie na żarty przejął się testamentem swojej zwariowanej ciotuchny – a ta była niegdyś wielką panią, która nad podziw dobrze wyszła za mąż za dziedzica Birontów, herbu Denhoff, właścicieli największych połaci ziemi i majątków wokół Wilna, bywała nawet na dworze królowej w Warszawie i była bliską powiernicą samej kanclerzyny wielkiej litewskiej, słowem, prawdziwa dama, tylko los ją spotkał tragiczny i okrutny – najpierw pochowała męża, jeszcze względnie młodego, a potem wszystkich trzech synów, w kwiecie młodości i bezdzietnych, było to zatem całkowite, doszczętne wygaśnięcie rodziny i koniec rodu, nie wspominając o niegdysiejszych największych majątkach i świetności; nic dziwnego, że po takim nieszczęściu staruszce, jak powiadają, pomieszał się rozum: wyprzedawszy niemalże wszystko, co posiadała w Wilnie, zaczęła rozdawać na prawo i lewo – na sieroty, na msze, na altarie, na wszystko, żeby tylko jak najdłużej modlono się za pamięć o Birontach; mogła się, stare rozrzutne boże cielę, nie turbować, on, Piotr Antoni Narwojsz i tak pamięta o niej od rana do wieczora: za każdym razem, gdy pomyśli o wyprzedaniu i roztrwonieniu takiego skarbu – największa kamienica, prawdziwy pałac przy karmelitach bosych!, urządzony w najwspanialszy, najwykwintniejszy sposób!, aż serce boli, gdy się go mija! – chce mu się gromko przeklinać, i gdyby nie testament tej starej wariatki, byłoby mu w życiu o wiele łatwiej. Tylko jedno jest niejasne, gdzie znalazła notariusza, który był w stanie poświadczyć taką niedorzeczność: cały pozostały majątek, wszystkie ziemie Birontów, wszystko miało być zapisane jej bratankowi, ojcu Piotra Antoniego, Janowi Izydorowi Narwojszowi pod warunkiem... Warunek, warunek... taki warunek mogła wymyślić tylko zwariowana stara baba: pod warunkiem, że wielmożny pan Jan Izydor Narwojsz doczeka się... pięciu synów. I ani słowa o tym, co miałoby się stać, komu by wszystko przypadło, gdyby synowie wzięli i się nie urodzili? Ni mniej, ni więcej – pięciu; i dlaczegóż, na miłość boską, ta stara mumia nie mogła zadowolić się na przykład trzema? Albo jeszcze lepiej dwoma? Jeden, młodszy, zgodnie ze starym obyczajem, poszedłby na księdza, a wszystko przypadłoby starszemu, na przykład jemu, Piotrowi Antoniemu; dlaczegóż by nie, co w tym złego? Ale pięciu... tak, jego własna żona już trzynastokrotnie była w stanie błogosławionym, ale on, Piotr Antoni Narwojsz, mógł skwapliwie spełniać męski obowiązek, ponieważ mógł sobie pozwolić na wyżywienie każdej liczby dzieci, choćby i tuzina, jednak jego ojciec... Jednakże jego ojciec, całkowicie ogołocony po zarazie, wojnie i zniszczeniu Milkont, zaczął spełniać warunek cioteczki jak najżarliwiej i, zrządzenie losu, zapewne trafiał za pierwszym pchnięciem, a jego nasienie było żywotne, przeżyli wszyscy, i w ten sposób pojawił się i on, i pozostali jego czterej braciszkowie, i tak, testament nabrał mocy, tylko ziemie i dwory Birontów, odziedziczone przez bezrozumną kobiecinę, a potem jeszcze bardziej roztrwonione i zadłużone przez jej bratanka oraz rozdzielone na pięcioro wnuków jej brata, po takiej arytmetyce zatem, summa summarum, z tych cudownych ziem i dworów niewiele im w częściach pozostało, wszystkiego tyle tylko, ile dostała najstarsza Teofila, przebiegła diablica, której przypadły wszystkie diamenty i biżuteria starej Birontowej, niezwykle piękna i wartościowa, teraz, guzik po guziku, kolczyk po kolczyku, ciągle zastawiana u Żydów; zastawiana i niewykupowana, i to, co powinno należeć prawnie do ich rodu, teraz pobłyskuje na szyi to jakiejś starościny albo wojewodziny, to na uszach, zachowaj ją Panie, jego dobrodziejki... ale czort z nimi, z tymi błyskotkami. Tylko mimo wszystko odwieczna prawda jest taka: kobiet lepiej nie dopuszczać do majątku, świadczy o tym przypadek jego ciotuchny i Teofili; te bogate spadkobierczynie to całkowita zguba; najlepsze, co mogą zrobić, to na czas umrzeć, zanim zdążą wszystko roztrwonić. To nie jego, Piotra Antoniego Narwojsza, słowa, tak powiedział sam brat jego dobrodzieja, książę Hieronim Florian Radziwiłł, gdy razem z Rybeńką dziesięć lat wcześniej odzyskali dobra neuburskie, nieomal stracone przez nieboszczkę księżną Ludwikę Karolinę; albowiem swego czasu królewicz Jakub Sobieski wydał jej się zbyt prostym konkurentem, chociaż spisano już nawet intercyzę, ale nie, jaśnie oświeconej księżniczce, wnuczce Janusza Radziwiłła, prawdziwej córce najjaśniejszego księcia Bogusława, najbogatszej sierocie Rzeczypospolitej, przyszło do głowy pomyśleć inaczej, wbrew interesom rodu, swoim własnym podbrzuszem – wzięła i nie naradzając się z nikim, w całkowitej tajemnicy wyszła za księcia neuburskiego, w którym była zakochana po uszy. Afekty, amory... Boże, niewiele brakowało, aby przez pasje tej kobieciny od ziem książąt odłączyły się całe miasta i tysiące wsi. On, Piotr Antoni Narwojsz, ekscytuje się i nie śpi po nocach z powodu kilku dworków i kilkunastu wiosek należących do ich rodziny, a tutaj całe miasta, zamki, dwory i wsie, połacie ziemi, w głowie się kręci na myśl o takich przestrzeniach. Całe szczęście, że jaśnie oświeceni książęta Radziwiłłowie potrafili wszystko odebrać – właśnie tak trzeba, teraz nie ma równych ich majątkowi, on dobrze o tym wie, nie tylko zarządza ich wileńską jurysdyką, ale pracuje także z innymi aktami własności, zna wszystkie liczby, wydatki i przychody, ale nawet nie zamierza oczywiście komukolwiek o nich opowiadać, silentium est aureum. Jakby pomyśleć, on sam jest w jakimś względzie do nich podobny, i nie tylko w tym, że zakłada otrzymaną perukę, kamizelkę albo żupan, nie, jest podobny w tym, że w rodzinie też ma swoją Ludwikę Karolinę, własną bogatą dziedziczkę, siostrę Teofilę, o dziesięć lat starszą, niegdyś piękną, gibką, zuchwałą, rozbrykaną, przeganiającą i rozstawiającą ich, młodszych braci, po kątach, a teraz... a teraz już tylko zuchwałą, nic nadto; nigdy nie wyszła za mąż, dawniej takie szły do klasztorów, cóż jednak, on, Piotr Antoni Narwojsz, wybrał mądrzej – utrzymywanie ułomności siostry wychodzi go mimo wszystko taniej niż klasztorna wyprawa, a jest jeszcze kwestia tego, czy wytrwałaby w jakimś klasztorze, tym bardziej że nigdy ani przez chwilę nie wykazywała najmniejszej inklinacji do odsuwania się od świata doczesnego, wobec tego wybrał, niech Bóg mu wybaczy, mniejsze zło, wszak krzywego drzewa nie da się wyprostować, można tylko złamać, a temu, że Teofila od najmłodszych dni zeszła na manowce, winne są tylko pieniądze, tylko kosztowności zapisane jej przez ciotuchnę, tylko przekonanie, że zawsze, cokolwiek się wydarzy, będzie mieć pieniądze, a więc i wolność – tyle, ile może jej mieć kobieta, i z tego powodu była jak opętana, oszalała i nieposkromiona od wrażliwego wieku lat dwunastu. Wyobrażać sobie, że bogactwo jest wieczne, to kobieca pośledniość umysłowa, nic więcej. Nie, bogactwo to praca, najtrudniejsza praca – bogactwo jest żywe, jest niczym ogród, który należy pielęgnować i rozwijać, inaczej zmizernieje, zaduszą go chwasty i ogryzą łakome szkodniki; wszyscy chcą być bogaci, ale nie wszystkim jest to dane, nie wszyscy umieją i mogą dbać o majątek; zrujnować go, zniszczyć, przejeść i wypuścić drugim końcem – tak jak jego ojciec – proszę bardzo. Sześcioro dzieci, pięciu synów, utracone gniazdo rodzinne – o czym myślał, do stu diabłów, ten bohater wojny szwedzkiej? Napłodzić synów i umrzeć; umrzeć sobie pogodnie, we śnie, gdy najstarszy miał zaledwie czternaście wiosen, a wchodząca w staropanieńskie lata córka niewydana; odejść i zostawić okruchy dawnej pomyślności, które należy dzielić na pięciu, pozostawiając tylko puste bajki, którymi się nie najesz, o honorze, uczciwości i wielkości rodu? Jakiej, do diaska, wielkości? – znowu chciało mu się przeklinać, ponieważ nie ma i być nie może żadnej wielkości z serduszkiem złociutkim, ale tyłkiem golutkim; i „dzięki Ci, Boże – pomyślał – że nie jestem podobny do ojca, w niczym”. Ani w posturze, ani w wyglądzie, ani w kolorze włosów, ani w usposobieniu, ani w nawykach; rzeczywiście nie był podobny i szczycił się tym, szczycił od dzieciństwa, od tego razu, gdy dostał pieniążek, aby włożyć go do puszki ofiarnej po mszy. Piękny był pieniążek, malutka złotówka, cóż z tego, że nieco nadgryziona przez inflację, ale złota, błyszczała jak słońce, jak gloria na ołtarzu, i mały Piotr Antoni Narwojsz dokładnie wiedział, co i ile można za nią kupić u żydowskiego przekupnia, coś dla siebie i coś, co potem mógłby sprzedać swojemu przyjacielowi Hilaremu Leskiewiczowi, żeby wszystkie pieniądze do niego wróciły, i to z naddatkiem, a teraz ojciec żądał, aby uczył się ofiarowania Bogu Wszechmogącemu i Jego Kościołowi, ponieważ dawanie jest jakoby o wiele bardziej szlachetne niż branie. Wszelako lepiej byłoby dać ofiarę później, kiedy zarobiłby już na wymyślonej transakcji, jednak tym razem w kościele ojciec go szturchał i szturchał, a puszka ofiarna zbliżała się, podzwaniając, zbliżała i kiedy wreszcie nadeszła jego kolej, młody Narwojsz uprzejmie, trzymając pieniążek w ręce, poprosił księdza o resztę. O horrendum! Trzeba było widzieć, co się działo, jaki się podniósł raban, jak zawstydzano go w kościele, jak go zlano po powrocie do domu, a on przecież tylko obliczył, że po otrzymaniu reszty być może mimo wszystko dobiłby targu z Żydem, więc jaka w tym przewina, wszyscy byliby zadowoleni – i ksiądz, i Żyd, i Hilary Leskiewicz, i, oczywiście, sam dziedzic Narwojszów. Wtedy jednakże, za co należy dziękować nieboszczykowi tatusiowi, wszyscy byli nieszczęśliwi, a najbardziej sam tatuś, sam Jan Izydor Narwojsz – wiecznie rozeźlony, wiecznie rozgoryczony; nawet umierając przed czasem, potrafił wszystkim zatruć życie: pozostawił całą szóstkę jeszcze malutkich dzieci, choć po prawdzie nie należy liczyć tu Teofili, roztyłej, rozkapryszonej starej panny. Wszystko zrzucił na biedną głowę najstarszego syna, tego samego, którego uczył życia rózgą, tego samego, który poszedł na służbę do księcia i postawił znów całą rodzinę na nogi, cóż z tego, że zbierał i skupował dwory rozrzucone po całym Księstwie, ale za to dochodowe, a jemu, swojemu ojcu, Janowi Izydorowi Narwojszowi, ufundował później, po kilku latach, największy, najbardziej zbytkowny nagrobek z najbielszego marmuru w kościele parafialnym Świętych Janów: z wieńcem laurowym, przydługim napisem i dwoma aniołami dmącymi w trąby nieśmiertelnej chwały, ufundował po to, aby pokazać mimo wszystko, czyja prawda i czyja racja jest w życiu większa, czyje ostatecznie na wierzchu; co prawda ten marmurowy pomnik nie przetrwał pożaru, który spustoszył Wilno w 1737 roku, pożar był straszny, zmiótł dach kościoła, belki, sklepienia, ściana pękła, runęła i z aniołów oraz trąb została tylko sterta białych odłamków, ale Piotr Antoni Narwojsz wszystkie pożary miał za nic: kiedy raz już nauczył się stać pewnie na własnych nogach, w każdej chwili mógł podnieść się po upadku, tak jak w każdej chwili mógł zamówić nowy nagrobek dla ojca.

 
 

Wstał od stołu, wyciągnął ręce do przodu, strzelając knykciami dla rozruszania, i podszedł do okna, okolonego stylowo wyrysowanymi na tynku rocaille’ami oraz bladoróżowymi zasłonami z adamaszku zakończonymi ślicznymi frędzlami; za nim, za jego skrzydłami ze szkła przejrzystego jak łza, na francuską modłę podzielonego przez ołowiane ramki, kołysały się wielkie, bujne lipy, obwieszone mechatymi kiściami kwiatów. One, te lipy, były sławne na przedmieściu, mieszczanie całą posesję, niemały teren rozciągnięty wzdłuż ulicy Wileńskiej, nazwali nawet Pod Lipami, a za nimi był jeszcze wynajmowany przez niego teren pod ogród i tam, w inspektach, rosły drzewa figowe i orzechy włoskie, delikatne drzewa cytrusowe i morele, a na spulchnionych grządkach pod jabłoniami, śliwkami węgierkami i czereśniami, pośród kapusty, rzepy i marchwi, posiano włoskie zioła i warzywa: karczochy, szparagi, rukolę, koper i cykorię, anyż oraz indygowiec, a nawet bulba americana, apetyczne i pożywne, podobne do brunatnych kamieni polnych bulwy, które jego kuchmistrz przygotowywał tak, że rozpływały się w ustach; wszystko to było jego, wszystko to należało do niego, podobnie jak niewielki murowany dworek z łamanym dachem krytym czerwoną dachówką, przebudowany niedawno według najnowszej mody, z akcentem na frontonie nad kolumnami wejścia – herbem Kościesza z białą rogaciną na czerwonym tle, z niebieskawym hełmem rycerskim i trzema strusimi piórami, należało do niego wraz z amfiladą pokojów, z których każdy był obity adamaszkiem innego koloru i wyposażony w meble pokryte takim samym materiałem, z wszystkimi rzeczami, drobiazgami, kilimami i sprzętami, ze służbą w cokołowym przyziemiu, z trójką jego dzieci w lewym skrzydle pałacu, śpiących już zapewne pod czujnym okiem piastunki, z jego żoną, teraz zapewne szepczącą wieczorny różaniec, wszystko to było jego własnością, jego niepodzielnym mieniem, i dzielił się on, choć oczywiście wbrew woli, jedynie zapachem kwitnących lip, roztaczających woń miodu i upojenia, lepkim i słodkim niczym pachy niewinnej dziewczyny, ten zapach czuł i biedak z bramy na ulicy Świętego Jerzego, i karmelita, wyciągający rękę po bicz pokutny w celi sąsiedniego klasztoru, i przypadkowy przechodzień, i strażnik miejski; ale mniejsza o to, niech sobie czują i niech zazdroszczą, ponieważ w ten sposób pachnie jego, Piotra Antoniego Narwojsza, zbytkowne i dobre życie, w ten sposób pachnie w końcu reszta z tego zabranego mu w dzieciństwie złotego pieniążka, tak pachnie jego prawda. Sam nie wiedział co – zapach lipowego kwiecia, stojący upał początku lata czy pełnia odczucia posiadania i władzy – ale coś spowodowało, że jego lędźwie nabrzmiały krwią; młoda wdowa Lindorf była kilka kwartałów dalej, przy kościele Świętej Katarzyny, zbyt daleko, aby tak późno składać wizytę bez zapowiedzi; nie, nie ma również ochoty na żadną ze służby, co oznacza, że pozostaje Placyda Amelia na górze.

Odwrócił się od okna, za którym już ciemniało, podszedł do stołu, na którym stał pięcioramienny kandelabr, i zdmuchnął świece; już niemal w drzwiach obrócił się na wszelki wypadek i dobrze zrobił – koniec knota żarzącej się świecy dymił na obrusie, jeszcze trochę i wypaliłby dziurę w aksamicie, tylko pożaru mu brakowało; splunąwszy na palce, ostrożnie ścisnął żarzący się kawałeczek i zgasiwszy go, strzepnął sadze przez okno, w słodką ciszę letniego wieczoru, potem okno przymknął i przez łańcuch niewielkich, ale całkiem wytwornie urządzonych pokojów ruszył w stronę sypialni po swojsko skrzypiącym parkiecie, w drodze z różowego gabinetu mijając zieloną bibliotekę, żółty pokój gościnny, czerwoną komnatę z freskami na ścianach, jadalnię wybitą chińskim papierem, pokój wypoczynkowy z meblami z trzcinowej plecionki, harfą jego żony i ścianami obitymi kwiecistą bawełną, w stronę modrej sypialni, wygaszając gasidłem świece na pobrzękujących sopelkami z czystego kryształu kandelabrach i żyrandolach – był tak zamożny, że stać go było na palenie świec nawet w pustych pomieszczeniach, nie lubił chodzić po ciemku, wolał sam je gasić, gdy kładł się ostatni. Żył tak wystawnie, że mógł sobie pozwolić na rzucenie na podłogę w sypialni rozwiązanego pasa albo wykwintnej haftowanej kamizelki – nie dbał o nie, mógł nawet po nich deptać; był tak bogaty, że codziennie do snu ubierał świeżo wypraną koszulę z brabanckimi koronkami i sypiał jedynie w najbielszej pościeli. W niej, pod porządnie ułożonymi fałdami czepka, leżała już Placyda Amelia Narwojszowa, pokorna żona i dobra gospodyni domowa, wciąż jeszcze wyglądająca nie najgorzej nawet po trojgu dzieciach wychowanych, sześciorgu pochowanych w dzieciństwie i czworgu niedonoszonych; kiedy na jakąś okoliczność oporządzała się, stroiła, pudrowała, przypinała kilka sztucznych pukli i trzymała usta zamknięte, żeby nie było widać zębów, nijakich już po tylu ciążach, poszarzałych i przerzedzonych, choć przecież nigdy nie miała w zwyczaju chodzić z szerokim uśmiechem, prezentowała się więc całkiem nieźle, nie przynosiła mu wstydu jako jego własność; co najważniejsze, nie sprzeciwiała mu się, znała swoje kobiece obowiązki i posłusznie je wypełniała.

Do dźwięku, do choć najsłabszego ludzkiego dźwięku tęsknił Piotr Antoni Narwojsz, może jeszcze do ruchu – aby jęczała, miotała się, odrzuciła głowę do tyłu, wygięła ręce lub nawet wbiła mu paznokcie w plecy, jak rozwścieczona kotka, albo przynajmniej głośno i ciężko dyszała, jak wdowa Lindorf, ale nic z tego, Placyda Amelia była zbyt dobrze wychowana, bogobojna i pochodziła z dobrej rodziny, dostał ją niepokalaną, jak należy, dlatego nie można było wymagać, aby wiła się jak opętana albo robiła jakieś sztuczki niczym baletnica, ale jej postać spokojnie rozciągnięta w długiej koszuli i głowa ułożona licem na poduszce były teraz dla niego niczym drwina albo zniewaga, świadcząca o tym, że to należące do niego zgodnie z Boskim i ziemskim prawem ciało może być tak obce, nieznane i niezawisłe, niezależnie jak głęboko się w nie wdzierać; ściągnął jej z głowy obszyty koronkami nocny czepek, zanurzył palce w szmatki przytrzymujące starannie zakręcone włosy, próbując je rozplątać i uwolnić, i udało mu się, jęknęła, wprawdzie z bólu wywołanego szarpaniem włosów, cóż jednak za różnica, nawet ten słaby dźwięk go rozognił, jednocząc uderzenia jego serca i ciała, drewniane wezgłowie łóżka z dwoma rzeźbionymi kupidynami i wymalowanymi girlandami czerwonawych róż uderzało, cicho poskrzypując, o ścianę wybitą modrym adamaszkiem, a pod draperiami baldachimu z tej samej materii majtały się z szelestem węzełki frędzli. Gdy w chwili największego uniesienia zabrakło tchu i wylał się pot, Piotr Antoni Narwojsz pomyślał, że to niechybnie pewny znak, że było dobrze; wysunąwszy się z Placydy Amelii, wstał, ze stojącej na stoliczku szklanej butelki nalał wody do kielicha i podszedł do okna: wciąż jeszcze było gorąco, wciąż jeszcze czuć było duszny zapach lip, a w ich koronach cicho kwilił nocny ptaszek, kilka kwartałów dalej zaszczekał pies, odpowiadając na piosenkę pijanego przechodnia; po pewnym czasie zegar na wieży zaczął wybijać nowy kwadrans, jego małżeńska przyjemność nie trwała nawet kwadransa, cóż jednak za różnica, za to teraz jest spokojnie – w ciele, w domu i w mieście; i w ogóle, dzięki Bogu, obecne czasy i rządy jego królewskiej mości Augusta III były spokojne. Jeśli z początku trochę powojowano o prawo do sukcesji tronu, to najczęściej bez wielkich strat i najwięcej, dzięki Bogu, poza ziemiami Litwy, od pewnego czasu natomiast armie nie tratują już ziemi, król Sas siedzi sobie spokojnie w Dreźnie i rzadko udaje się do Warszawy, a do Wilna w ogóle nie dociera, i jeśli komuś zachciewa się wojować, to najczęściej dla własnej przyjemności, aby nie wyjść z wprawy i nie stracić żołnierskich nawyków, tak jak brat jego dobrodzieja, jaśnie oświecony chorąży Hieronim Florian, utrzymujący dla rozrywki sześć tysięcy żołnierzy i drewnianą twierdzę przy Białej, zbudowaną dla zabawy, żeby mieć co atakować. Nie, czasy, dzięki Bogu, były teraz dobre, syte, urodzajne, życie niezłe, żeby tylko te upały się nie przeciągnęły i nie zaszkodziły zasiewom, nie ma nawet co porównywać z poprzednią władzą, z czasami ojców, głodem, zarazą i wojnami, a on żyje tu, jak przystało wielkiemu panu – uginający się stół, naczynia z fajansu i porcelany, srebrne widelce, dom wymalowany w girlandy i ornamenty, obrazy, zasłony i obicia z adamaszku we wszystkich niemal pokojach, tureckie przyprawy i smakołyki, koszule z najcieńszego batystu i lniane piernaty... Skończył pić ze szklanki i zaspokoiwszy pragnienie, położył się znowu w łóżku, gdzie Placyda Amelia, zakończywszy wiązanie włosów w szmatki, ułożyła się już na swojej połowie, przy samym brzegu, ponieważ on lubił spać szeroko, bez ograniczeń, często nawet na ukos pościeli, poza tym miał ostre, twarde łokcie oraz zwyczaj częstego przewracania się z boku na bok i ona, wiedząc o tym, zostawiała mu więcej miejsca. Wdowa Lindorf zapewne nie byłaby tak skłonna do oddawania mu pola, tak mu się zdawało, chociaż nigdy u niej nie nocował, bardziej mu się podobały jego własny wystawny dom i drogie, cienkie prześcieradła, miała jednak inne zalety, trzeba będzie znowu ją odwiedzić przy najbliższej okazji. Mimo wszystko Piotr Antoni Narwojsz długo nie mógł zasnąć, rozważając, co chciałby nazajutrz na obiad – mieli przyjść ojcowie karmelici układać się w sprawie spornych granic posesji oraz złotnik Michał Mamonowicz na rozmowę o przywilejach i wyjątkach dla Żydów ze Śnipiszek – każe podać więcej wódki do jedzenia, żeby byli przystępniejsi, oszołomi ich pańską gościnnością, żeby byli bardziej ustępliwi. I jeszcze coś smakowitszego dla niego, ale nijak nie mógł wymyślić, czego chce – mógł zażądać czegokolwiek, dlatego wybór był trudny, pomyśli jutro, jutro też będzie dzień, dzień jak co dzień, spokojny i bogaty dzień, teraz najważniejsze to zasnąć, odpoczywać i nie pozwolić, aby spokój zrujnował mu natrętny nawyk liczenia czegokolwiek, gdy budził się przed świtem; tak jak inni ludzie ustawiali w szereg pędzone owce, żeby zasnąć z nudów, on, przeciwnie, czasem budził się w środku nocy, kiedy we śnie pojawiały się słupki, numery i cyfry, nie dawały mu one spokoju, i jego rozbudzona świadomość niczym nakręcana maszynka zaczynała dodawać, odejmować i obliczać procenty. W takich chwilach nawet w największych sumach odczuwał niewyjaśniony niedobór, jakby wszystko mogło być jeszcze lepsze, obfitsze i bogatsze, jego własne udane i godne pozazdroszczenia życie nagle zaczynało wydawać mu się wybrakowane, choć nijak nie byłby w stanie powiedzieć, czego dokładnie mu brakuje, jednak przeczucie, że gdzieś zionie niewidzialna wyrwa, przez którą niczym ziarno z dziurawego wora niezauważalnie, ale nieubłaganie sypie się i marnotrawi pozostały czas jego życia, w godzinach porannego brzasku bywało wyjątkowo nieprzyjemnie. Nie pomagały nawet przegląd pomyślnych liczb jego własnego życia ani ich korzystna suma; czuł się podobnie, jak przed chwilą będąc w swojej żonie – w jego własności, tak głęboko, jak tylko można, całkowicie narzucając swoją wolę, ale mimo to zadziwiająco niedostatecznie, zadziwiająco nie dość; w takich chwilach z jego obliczeń wynikało, że jedyna liczba, wyrażająca jego życie, to jednostka: w godzinach przed świtem czuł się niewytłumaczalnie i nieprzyjemnie jeden.