Silva Rerum IITekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Głód nie jest wygodnym posłaniem, toteż najpierw postanowiła coś przekąsić, zaraz, natychmiast, dopóki służący wnosili jej rzeczy, i kazała podać do stołu na dole, gdzie huczał już ogień w kominku i gdzie było nagrzane, i kazała nakarmić Teofilę, a ta, biedactwo, gdy ją posadzono przy stole, na krześle ze stertą poduszek, zasnęła podczas posiłku i o mały włos nie wpadła głową do talerza, więc trzeba ją było zanieść do łóżka i Anna Katarzyna swój pierwszy wieczór w Milkontach zakończyła samotnie, zwolniła służącą, i już dojadając swoją samotną kolację, zaczęła się uważnie rozglądać po tym obcym domu, który teraz miał się stać jej schronieniem. Wszystko tu było ponure, wysłużone, dawno już nieużywane, surowe, nieprzytulne; a chociaż kobiety na jej przyjazd narwały późnych jesiennych kwiatów – georginii, astrów, kilka ciężkich, zwarzonych przymrozkiem róż z ogrodu i leśnych ziół – stara waza w niebieskie wzory była pęknięta, widać, że ją sklejano, lecz nieudolnie, i teraz z jednego boku na obrus, miejscami mocno przetarty, powoli sączyła się woda; wielki kamienny kominek z wykutym nad nim herbem Kościesza przeczyszczano i sprzątano, to widać, lecz jego okap i gzyms były zapuszczone, wysmarowane sadzą, i Anna Katarzyna zadrżała na samą myśl o tym, ile drewna pochłonie zimą ta nienasycona, słabo grzejąca kamienna paszcza; ciężkie meble, obite wytłaczaną skórą, niegdyś kosztowne, teraz były już zniszczone, wygniecione przez siedzenia obcych, dawno zmarłych ludzi, złocenia kilku konsoli straciły swój połysk, przy nogach dawno nieprzestawianych sprzętów widniały łaty nagromadzonego kurzu, lustra poczerniały ze starości i okryły się pleśnią, jedno miało nawet pęknięty róg, z koślawych osadek naściennych świeczników krzywo sterczały świece, jak powykręcane reumatycznie palce, brzeg perskiego dywanu był tak postrzępiony, że wstając, prawie o niego zawadziła, i miała wrażenie, że ten dom, przez całe lata pozbawiony prawdziwych gospodarzy, rozbrzmiewa jakimś dalekim echem westchnień zmarłych przodków i starczego kaszlu. I dolała sobie wina do kielicha, wstała i ze świecą w ręku zbliżyła się do ściany, na której wisiał rząd starych konterfektów rodziny Narwojszów, jedne z nich żałosne, inne bardziej udane; jedne namazane przez wędrownych czeladników najpewniej tylko za nocleg i posiłek, inne jak żywe; i był tu sam antenat Maciej Milkont Narwojsz z brodą szeroką jak łopata, w czerwonym żupanie, w delii i futrzanym kołpaku, i kilka pociemniałych portretów jego potomków z szablami, z podgolonymi głowami i śmiesznymi staromodnymi czubami nad czołem, i był tu Jan Maciej Narwojsz, dziadek jej męża, z siwą brodą przedzieloną ciemnym pasmem jak u borsuka, ze srebrnymi włosami opadającymi na ramiona, z dużym flandryjskim kołnierzem, zawiązanym na dwa frędzle, Obiit Ao 1667[11], i jego żona, babka Elżbieta z Siedleszczyńskich, Obiit Ao 1670, z bardzo podobnym kołnierzem, na konterfekcie jeszcze dość młoda i tak odwrócona, iż wydawało się, że patrzy na męża; dalej wisiała podobizna ich córki Urszuli z Narwojszów Birontowej, wielkiej pani z podwójnym herbem – nadęta, cała w białych koronkach, z mnóstwem ozdób, paciorków i korali, palcami dotykała broszki na piersi, spoglądała lubieżnie i trochę drwiąco, to ta, o której w Wilnie kiedyś dużo się mówiło, że ponoć miała nieposkromiony temperament i uciekła z klasztoru; dalej brat Urszuli, Kazimierz Narwojsz, ojciec Jana Izydora, posępny, z blizną na policzku, z książką w ręku, na tle kotary i widocznego w dali ogrodu, Obiit Anno 1697, nigdy nie widziała go wśród żywych, następnie jego żona, a jej świekra, Eufemia ex Rymkiewicz, 1° Voto Kalinowska, 2° Voto Wichertowa, 3° Voto Dolińska, 4° Voto Narwoyszowa, Obiit Anno Domini 1704 – ta w ciągu swojego życia zdążyła cztery razy wyjść za mąż i teraz połowę obrazu zajmowała inskrypcja, lecz, jakież to dziwne, Anna Katarzyna pamięta ją dręczoną ciągłymi zanikami pamięci, starą, surową, otyłą, z podwójnym podbródkiem, i w stroju wdowy, a tu, na portrecie, była jeszcze młoda, z błyszczącymi oczyma, z rozchylonymi ustami i dekoltem wciętym tak głęboko, że nawet dziś pobożni ludzie by się zgorszyli, a co dopiero w tamtych czasach, ale plotkowano o niej, że była bardzo namiętną kobietą, zabawne, pomyśleć tylko, że kiedy Anna Katarzyna ją poznała, jej świekra miała już tylko jedną namiętność – do ciast, ciasteczek, konfektów i wetów, które zamawiała sobie u miejskich kupców, lecz tu została uwieczniona w rozkwicie swej urody, tylko patrzyła w przeciwną stronę niż jej mąż, a może obrazy były źle powieszone, a może celowo powieszono je tak, by zamiast na męża patrzyła na ukochanego syna, Jana Izydora Narwojsza, którego namalowano tu w całym wojskowym przepychu, z brązowymi oczami po ojcu i pełnymi wargami po matce, z namiętnym spojrzeniem, jakim obdarzał wszystkie damy, z kręconymi włosami, w kirysie z pozłacanym krzyżem i wyżłobioną na nim dewizą: Pro Fide, Rege et Lege[12], z akselbantem i galonami na rękawach, tylko jej podobizny jeszcze tu nie było, nikt jakoś nie pomyślał o tym, żeby zamówić jej konterfekt, zabrakło czasu, a może chęci, a może stało się tak dlatego, że tu nie przyjeżdżała, a może dlatego, że nie podarowała Narwojszom dziedzica. I sama nie wie, co ją naszło, pewnie przez to zmęczenie podróżą, bo oto zdjęła jedno z luster i trzymając je przed swoim obliczem, przyłożyła lustro do ściany tuż obok konterfektu Jana Izydora, po czym przechyliła głowę tak, żeby swój wzrok skierować na męża, i pomyślała: „ładna byłaby z nas para”, i nagle ją to rozdrażniło, i powiedziała sobie, że ona nie należy do tej galerii rodzinnych portretów i chyba już nigdy nie będzie należeć, ponieważ czuła się tu równie obco jak wtedy, gdy patrzyła na dworskich chłopów, jakby ulepiona z innej gliny, pochodząca z innego świata. Toteż wzięła świecę i poszła na górę, do sypialni i alkowy, w której spały, kochały się, rodziły i umierały całe pokolenia Narwojszów, do posłanego na biało łoża z puchowymi kołdrami, ogrzanego szkandelą; nie wzywała Polusi, sama rozebrała się pospiesznie i ledwie przyłożyła głowę do płóciennej poduszki, ujrzała naprzeciwko na ścianie coś, co sprawiło, że krew się w niej zagotowała: strasznie nieprzyzwoity obraz, na którym zakopcony pogański bóg chwytał za sutek nagą Wenerę, a ta przechyliwszy głowę, uśmiechała się drwiąco, i było w tym coś grzesznego, coś bezwstydnego i sprośnego, równie nieczysty był drugi obraz, choć przedstawiał świętego męczennika Sebastiana, półnagiego młodzieńca przeszytego strzałami, który jednak nie sprawiał wrażenia człowieka cierpiącego, lecz raczej rozkoszującego się swą męką, i Anna Katarzyna, nie zważając na chłód, wstała z łóżka, zdjęła ten obmierzły, bezwstydny bohomaz z Wenerą i Marsem, i odwróciwszy go, oparła o ścianę – jutro każe w tym miejscu powiesić Najświętszą Pannę w koronie z kwiatów, którą widziała na dole – i zmówiwszy pacierze, zadowolona, jakby swym cnotliwym postępkiem zasłużyła na Królestwo Niebieskie, wreszcie zasnęła. Kolejne dni upływały szybko, nie miała czasu na próżnowanie, trzeba było zrobić obchód całego gospodarstwa, wszystko obejrzeć, a kłopotów nie brakowało – wszystko było tu mocno zaniedbane, zapuszczone, znać, że pozbawione ręki gospodarza; zauważyła to od razu, choć nie miała doświadczenia w prowadzeniu dworu. A Kniukszta przekornie doradził jej, żeby się nie martwiła, nie dał jej nawet wszystkich kluczy, nie słuchał, wszystko robił po swojemu, choć skutki jego gospodarzenia były marne: konie w stajni prawie wcale nieszczotkowane, nieoporządzone, niektóre nawet źle podkute, zaniedbane i chromiejące, inne natomiast, mimo że rasowe, były zaprzęgane do pracy; kurniki brudne, komory niewietrzone, zatęchłe, ze skąpymi zapasami, księgi rachunkowe niechlujne, pełne błędów, niezgadzających się ze sobą liczb i powtarzanych z roku na rok strat; i wkrótce się wyjaśniło dlaczego, powiedział jej to zawezwany następnego wieczora Jan Żołnierz. Usiadł, zapalił fajkę wprost przy stole, i patrząc jej w oczy, jakby z niej drwił, wszystko bezlitośnie wyłożył: tak, Kniukszta źle oblicza, nie jest to żadną tajemnicą, a te niby straty sam zagarnia i sprzedaje kupcom z korzyścią dla siebie, i nie ma jak go ukrócić, bo to się ciągnie już z dawien dawna, kiedy jeszcze grzał łóżko pani Eufemii. Co? Ona nic o tym nie słyszała? No tak, od kogo miała słyszeć w Wilnie, bo ten Kniukszta to dawniej był przystojny, niezły ogier, nie zawsze taki brzuchaty jak teraz, więc u starej pani, która miała słabość do mężczyzn, cieszył się szczególnymi względami, a po śmierci pana Narwojsza, wieczny mu odpoczynek, to już w ogóle prawie się tutaj wprowadził; ale państwo Narwojszowie też są winni, tyle lat zostawiać dwór na pastwę losu, oczywiście, panicza Jana Izydora winić nie można, co służba wojenna to służba, ale jaśnie pani gdzie się podziewała, jakby ten dwór wcale do niej nie należał, jakby jej nie żywił? I co pan Narwojsz sobie myślał, samą ją tutaj przysyłając, przysłałby lepiej pułk husarzy, żeby tu wszystkich rózgami dobrze wysmagali, a Kniuksztę – pierwszego; gdyby on, Jan, miał tu coś do powiedzenia, powiesiłby go na suchej gałęzi, innym dla przykładu, bo ten niechluj zapomniał, że jest chamem, prostakiem, wszystkich sobie tutaj owinął wokół palca, wszystkich tłucze na prawo i lewo, dziadów wódką rozpija, chłopki pańszczyźniane bierze jak swoją własność, wszystkie po kolei, połowa dzieci, co tu po okolicy lata, to jego, wypisz, wymaluj, bękarty, a druga połowa – po Rosjanach i Szwedach, którzy tędy przechodzili, widziałby jaśnie pan nieboszczyk, co tu się teraz wyprawia, w grobie by się przewrócił, niechże mu ziemia lekką będzie; ale co on chce pani powiedzieć – że nie ma nic gorszego niż taki pan, który jeszcze wczoraj był chłopem, więc niech ona na Kniuksztę uważa. I Jan Żołnierz, mimo nagromadzonej przez lata złości, nie potrafił jej nic doradzić, i nie mógł jej pomóc pleban z Żoran, który zajrzał kilka dni później, gdyż od razu można było się domyślić, że do odległej parafii wśród lasów przydzielono go z powodu niezbyt lotnego umysłu, i zamiast uspokoić Annę Katarzynę, jeszcze bardziej ją straszył, bo przecież nie wiadomo, co będzie, zimę w tym roku zapowiadają mroźną, zbiory były słabe, chłopi rozpuszczeni jak dziadowski bicz, wszystkiego im mało i zapanować nad nimi ciężko, nawet Boga się nie boją, odwrócili się od wiary; mówią, że Pan Bóg zły, skoro dopuszcza taką biedę, przebacz im, Panie, to bluźnierstwo, i jeszcze czczą miejscowych bożków, proszą o opiekę i urodzaj bałwany i węże, a pacierzy nie odmawiają, ale winić ich za to nie można; w Milkontach to jeszcze nic, ale tam niżej, na południe, Szwedzi tak wszystko spustoszyli, że już od kilku lat gospodarstwa nie mogą się odrodzić, pod Twerami to już jest naprawdę marnie, całe pola leżą odłogiem, żadnych stad bydła, dwory spalone, i – niech Najwyższy ma nas w swojej opiece – nigdzie w pobliżu walki się nie toczą, ale chodzą słuchy, że tu i ówdzie widziano dezerterów, niech się pani modli, żeby tutaj nie przyszli, ale może nie przyjdą, bo to na uboczu, lasy i do tego bagna. Wystraszony pleban, zgorzkniały Jan Żołnierz, rozpasany ekonom, puste spiżarnie i rozwydrzeni chłopi w ciągu dnia, a wieczorem towarzystwo zmarłych Narwojszów na portretach, spoglądających na Annę Katarzynę z wyrzutem – takie były teraz jej włości, i starała się zawsze mieć obok siebie Teofilę, Polusię albo którąś ze starszych służących, Maniutę lub Kasiulę, mimo że ledwie się z nimi dogadywała, ale i tak czuła się wtedy bezpieczniej, bo ten dom był przerażający i ciemny, zaczęli już oszczędzać świece i łuczywa na zimę, więc naprawdę kosztowało ją sporo odwagi, żeby z kagankiem w ręku przejść samotnie przez komnatę, wspiąć się po schodach na piętro, do szeregu alków, gdzie podłoga skrzypiała i pojękiwała niczym kochające się ze sobą upiory, sprzęty zaś wciąż były przykryte derkami, i gdzie powstawały czasem dziwne, lekkie przeciągi, chociaż nie otwierano już okien ani drzwi, uszczelnionych mchem na zimę, a raz usłyszała nawet czyjś drwiący śmiech, mimo że tak naprawdę nikogo tam nie było, natomiast Teofila pewnego dnia oznajmiła, iż widziała dużego, szarego, pręgowanego kota, przed którym Zefirek z piskiem chował się pod krzesło, i ona się z tym kotem bawiła, ale potem uciekł, przeskakując na wskroś ścianę, a przecież od czasów pana Kazimierza, świętej pamięci, i jego sfory psów nikt żadnego zwierzęcia do domu nie wpuszczał i te parę kotek – czarno-pstrych, białych i rudawych, trzymanych we dworze ze względu na myszy – miało swe legowiska w oficynie dla służby. I przez pierwsze tygodnie wylękniona Anna Katarzyna modliła się wieczorami w alkowie przed obrazem Najświętszej Panny, który, dziwna rzecz, początkowo wcale nie chciał tam wisieć: mocno wbite hartowane gwoździe dwa razy się gięły, a święty wizerunek spadał ze ściany, potem jednak pleban go poświęcił i obraz przestał spadać, a tamte bezeceństwa, tamte bezwstydne golizny zasłonięto i wyniesiono do jednego z niezamieszkanych pokoi. W dzień zaś Anna Katarzyna próbowała krok po kroku odzyskiwać dwór w Milkontach – kazała posprzątać pokoje, uszczelnić okna i zalepić szpary, wywietrzyć zawilgotniałą pościel, pozdejmować z mebli zszarzałe derki i uprać je, miotełkami z kogucich piór zebrać kurz z książek, wyczyścić octem sczerniałe zwierciadła, posypać niegaszonym wapnem wszystkie kąty, gdzie myszy pozostawiły swoje ślady. Popołudniami, gdy w piecu już się paliło, siadała do rachunków i ksiąg, usiłując zaprowadzić porządek w perceptach folwarków, w inwentarzach pańszczyzny, próbowała zliczyć, ile tak naprawdę głów pracuje dla dworu, i wypisać wszystkie niejasności, i ów spis szybko zajął cały arkusz papieru, ale się tam nie mieścił, więc musiała woskiem dokleić jeszcze skrawek na dole, i jeszcze jeden, i jeszcze, aż spis wydłużył się na łokieć, a wtedy kazała wezwać do siebie Kniuksztę, ten zaś, gdy tylko przyszedł, powiedział jej bez ogródek, żeby się nie wtrącała, bo to są sprawy nie na kobiecą główkę, on posyła rozliczenia bezpośrednio samemu panu i nigdy nie miał żadnych kłopotów; rozmawiał z nią bezczelnie, z udawanym szacunkiem, gapiąc się na nią nieprzyzwoicie, a kiedy się żegnał, pocałował ją w rękę, którą przytrzymał w swoich łapskach dłużej, niż wypadało, i patrząc jej prosto w oczy, miał czelność się polecić, mówiąc, że gdyby jaśnie pani się nudziła i potrzebowała męskiej... pomocy i towarzystwa, to wie, gdzie go szukać. I rzeczywiście odwiedziła Kniuksztę pewnego popołudnia, bynajmniej nie z braku towarzystwa, przeciwnie, nie była sama, lecz przyjechała konno ze swym wileńskim służącym i obydwoma Janami – Żołnierzem i Bękarcikiem, który chodził za starcem wszędzie jak cień, nawet mieszkali razem w Ankontach, w przestronnej chacie z bali, o wnętrzu obwieszonym bronią, siodłami, uprzężami i derkami, gdzie zamiast łóżek stały zasłane skórami ławy, a nad stołem wisiał nieudolnie namalowany obraz ze świętym Janem chrzczącym pochylonego Jezusa. Starzec, usłyszawszy jej prośbę, nic nie odpowiedział, tylko nader zwinnie jak na swoje lata i kalectwo dosiadł konia, chwytając zębami wodze i przytrzymując się jedyną ręką, a za nim Bękarcik, i Anna Katarzyna czuła się z nimi trochę raźniej, kiedy wspólnie przydybali ekonoma dozorującego pracę kilku parobków, którzy dźwigali worki ze zbożem – do jego, a nie dworskiego spichlerza. Niech sobie pani nic złego nie myśli, cóż to za różnica, w jego spichlerzu jest bardziej sucho, on chciał dobrze, nie wszystko zmieściło się w dworskim, ale jaśnie pani była spokojniejsza, mając pewność, że odtąd zapasy będą przechowywane tam, gdzie powinny, i tylko Jan Żołnierz ze swoją wieczną goryczą zauważył, że wraz z workami pani Narwojszowa nabyła sobie wroga. Zresztą Anna Katarzyna i tak odnosiła nieodparte wrażenie, że jest zewsząd otoczona przez wrogów: na zewnątrz – rozeźlony Kniukszta, zgorzkniały Jan i patrzący na nią wilkiem ludzie, w domu – skwaszona Polusia, posępni wilnianie i obojętna tutejsza służba, jedynie Teofila latała sobie po domu beztrosko jak ptaszek, biegała po komnatach, ślizgała się na gładkiej kamiennej podłodze, stukała obcasikami na schodach, to w górę, to w dół, i w ogóle się nie bała, nawet o zmierzchu, myszkować w opuszczonych pokojach na piętrze i w pustych alkowach, szperać pod derkami przykrywającymi stare sprzęty, przetrząsać zakamarki szaf i skrzyń w poszukiwaniu najdziwniejszych, zapomnianych przedmiotów i wlokła je wszystkie niczym sroka do swojego pokoiku, w którym już pilnowała jej Polusia. Zdobione tabakierki z poszarzałego srebra z ukruszoną emalią, pęknięta fajka z pożółkłym ustnikiem z kości słoniowej – można się było domyślić, że należała do świętej pamięci dziadka; szkatułka z przyborami do szycia: tasiemkami, guzikami, naparstkami, haftkami i galonami, należąca zapewne do babci, podobnie jak stary, pożółkły, postrzępiony i niesłychanie wąski gorset z metalowymi fiszbinami wyłażącymi spod przetartej tkaniny, z dyndającymi wstążkami, który ta głuptaska przyniosła matce, przymierzając go z dumą. Inne odkrycia były dziwne i niepokojące, i Anna Katarzyna musiała naprawdę uważać na dziecko, żeby niechcący nie zrobiło sobie krzywdy, jak to się mogło zdarzyć, kiedy Teofila znalazła w szufladzie Eufemii woreczek z jakąś przezroczystą żywicą, pachnącą pogrzebem i zapewne trującą, albo kiedy z szafy w bibliotece przywlokła małą sakiewkę z przetartego aksamitu, w której znajdowały się malutka srebrna łyżeczka i przezroczysty flakonik napełniony do połowy żółtozielonkawym proszkiem, na flakoniku przyklejony był papierek z wyblakłym już odręcznym napisem: Cantharidae i rysunkiem trupiej czaszki. Te rzeczy jej zabrała i schowała u siebie, lecz jeśli chodzi o resztę zdobyczy, były straszne płacze i lamenty, jakby tę małą coś ciągnęło do owego smętnego, zużytego dziedzictwa, i Anna Katarzyna musiała ustąpić, dla świętego spokoju, i pozwalała Teofili bawić się tymi starymi drobiazgami, zeschniętymi liśćmi z ogrodu, grzechoczącymi sucho nasionami roślin i kwiatów, kasztanami i kamyczkami, które córka targała w podołku na górę, w przeciwnym razie należałoby bowiem spełnić inny jej kaprys – chciała mieć żywego źrebaka, przecież właśnie taką obietnicą nęcili ją wtedy, by się zgodziła jechać do Milkont, i tu wybawił ich chwilowo z kłopotu nieśmiały Bękarcik, który pewnego dnia przyniósł Teofili własnoręcznie wyrzeźbiony drążek z łbem konika i z nawleczonym prawdziwym końskim włosiem w miejscu grzywy, i odtąd już nie było spokoju we dworze, bo Teofila, jeśli akurat nie przytulała się do Bękarcika albo nie wypytywała, kiedyż on wreszcie przyjdzie, to galopowała po skrzypiącej podłodze, siedząc nieprzyzwoicie okrakiem na tym drążku, i jak nieustraszony husarz przepędzała posępne duchy tego domu, naprzód, naprzód, w zmierzchy coraz krótszych jesiennych dni czające się w pustych pokojach, które dla jej matki były jak więzienie, skąd nie wiedzieć kiedy zostanie wypuszczona.

 

A pewnego ranka, po jesiennych bezchmurnych chłodach, do Milkont zawitała zima – o świcie, z wielkimi płatkami gęsto sypiącego śniegu, który nie topniał na zamarzniętej grudzie, i ze świtą szesnastu zbrojnych mężczyzn, z parskaniem koni i parą buchającą z nozdrzy, z oszalałym szczekaniem kundli, zakłócającym błogi, mocny sen dworu, i jaskrawoniebieskie mundury z żółtymi skórzanymi wyłogami w pierwszej chwili wydały się Józefowi, wileńskiemu słudze, dalszym ciągiem barwnego snu, który nagle przerwało głośne oświadczenie, mącone tylko przez nielicujący z powagą chwili kaszel: Ego, Ture Tibelius Magnusson... denuntio praedio hic possesio majestatis Caroli, regis Sueciae, incultus porro animadverto[13].

III

Ture Tibelius Magnusson był tak naprawdę spokojnym, przyzwoitym człowiekiem z dobrej, starej rodziny i nie, nie czuł teraz żadnej przyjemności zdobywcy, zajmując ten dwór zagubiony pośród dzikich puszcz Samogitii, w dodatku jak na złość złapał go ten przeklęty kaszel. Ktoś inny na jego miejscu może by się zastanawiał, co tu do diabła robi, po co zapuścił się tak daleko nie tylko od swego rodzinnego domu, ale i od własnej armii, nie leżało to jednak zupełnie w spokojnej naturze Ture Tibeliusa Magnussona. Ture Tibelius Magnusson zawsze postępował stosownie: nawet urodził się lekko, prawie bezboleśnie, nie męcząc zbytnio swojej rodzicielki, i urodził się jako chłopiec – nie rozczarowując tym ojca, był posłusznym, drugim z kolei synem, z braćmi żył w zgodzie, choć w dzieciństwie parę razy może i miałby ochotę dać któremuś po uchu, ale byłoby to przecież niestosowne; później odebrał właściwe nauki i poświęcił się służbie wojskowej, bo w ich rodzie od wieków wybierali ją właśnie drudzy synowie i byłoby czymś niestosownym przerwać ten zwyczaj. W armii go lubiano, gdyż nie był okrutny dla żołnierzy – może tylko trochę – i wykonywał rozkazy dowódców bez zadawania głupich pytań, i dwa razy pomyślał, zanim się odezwał, a tak w ogóle – przeważnie milczał. Ture Tibelius Magnusson lubił obserwować i ze swoich obserwacji wysnuwał jeden nieomylny wniosek: ile by się człowiek nie szarpał, ile nie nakrzyczał, i tak stanie się to, co ma się stać, co jest sądzone. Nie rozumiał takich ludzi jak ich wódz naczelny, wielki Karol Gustaw Rehnskiöld[14], który walił pięścią w stół, wrzeszczał, miotał się, wymierzał kije, aż cały się trząsł z wściekłości i twarz mu czerwieniała, a potem wzywał lekarzy, żeby mu krew puszczali lub przystawiali pijawki dla pozbycia się żółci z ciała. Magnussonowi, jeśli miał być szczery, bardziej podobał się Najjaśniejszy Pan – dość jeszcze młody, spokojny, o chłodnym spojrzeniu, lecz wcale nie mniej władczy, również budzący strach; nie ciskał gromów, tylko ściszonym głosem albo całkiem bezgłośnie, jednym machnięciem pióra, skazywał na śmierć. Toteż kiedy żołnierska brać krzyczała oburzona, chciała się buntować i już pobrzękiwała szablami przeciwko wielkim redukcjom Jego Wysokości, Ture Tibelius siedział cicho, nie odzywał się, czekał, co będzie, i w końcu szybko się dosłużył u Najjaśniejszego Pana indelningsverket[15], i teraz miał już kilka pięknych dworów, piękną i posłuszną jasnowłosą żonę Lovisę – z którą przez ostatnie pięć lat, odkąd trwała wojna, spędził łącznie może ze czterdzieści dni – i dwoje zdrowych, daj Boże, dzieci, spłodzonych podczas tych czterdziestu dni, ale jak dotąd widział z nich tylko jedno, o drugim dowiedział się z wędrującego pół roku listu; miał w swoim dorobku jedną pieniężną nagrodę królewską za odznaczenie się w bitwie; i nieustanny kaszel, jakiego nabawił się w żmudzkich puszczach, sypiając na zimnej, bagnistej ziemi, a może przez to, że wypił gdzieś niezdrową wodę. Ture Tibelius Magnusson wytrzymałby wszystko, i ziąb, i niewygody, i wojowałby dalej, jak przystało na żołnierza armii Jego Królewskiej Mości, lecz pewnego razu, na swoje nieszczęście, postąpił niestosownie – stracił panowanie nad sobą i zrobił niewybaczalny błąd. Dlatego jeszcze i teraz zastanawiał się czasami nad tym, jak by się to wszystko potoczyło, gdyby wtedy, niemal przed rokiem, diabeł go nie podkusił, żeby podpalić spichlerz w tamtym dworze – przecież mogli jak zwykle zarżnąć paru chłopów, kilka kobiet dać żołnierzom, który tam miał ochotę, zabrać bydło, wywieźć zboże i zostawić wszystko ogołocone, aż do następnych zbiorów, aż do następnego razu, bo kto wie, może przyjdzie im jeszcze tu wrócić. Ale tak nie zrobili, sam nie wiedział dlaczego, czyż naprawdę trzeba było wszystkich zagnać do budynku, trzeba było smażyć w ogniu lamentujących, półżywych starców i małe, krzyczące dzieci, co ich wtedy opętało – przecież nawet Jego Wysokość kazał robić porządek, grabić, przejmować zapasy, pozabijać trochę cywilów, ale ich zanadto nie trzebić, bo wojna jest długa, a w przypadku zwycięstwa przydadzą się i chłopi, i dwory; choć prawdę mówiąc, dwory w tym kraju były do niczego, przeważnie drewniane, więc po zdobyciu należałoby je zburzyć i stawiać nowe. Tamtych chłopów w spichlerzu nie było mu szczególnie żal – wojna to wojna i czasem, Bóg mu świadkiem, trzeba zabijać więcej, a ten kraj, choć urodzajny, wart był niewiele: wioski – zaniedbane, podupadłe, ludzie – niechlujni, brzydcy, dzicy, niektórzy niewiele lepsi od zwierząt, ich panowie – swarliwi, próżni, zaślepieni, przedkładający głupią pychę nad sprawy państwa, prędzej czy później i tak by ich ktoś najechał. A wojsko, z tego co Ture Tibelius widział, mieli zabawne, bo u nich każdy pan sam zwoływał żołnierzy, a jeśli nawet ci stawiali się do pułku, to pułki ze sobą nie współdziałały, tylko się kłóciły, bo ich tępi dowódcy byli ze sobą poróżnieni przez jakieś bzdury. Pomyśleć tylko – tuż przed wybuchem walk, kiedy wróg stał u litewskich granic, ci urządzili sobie istną wojnę domową, bo jeden z ich hetmanów z trzema swoimi braćmi zajęli najwyższe urzędy w księstwie, pozostałych to rozsierdziło, więc się zebrali i obwieścili, że się oddzielają od państwa i uznają Sasa za swojego króla, i starli się jedni z drugimi w krwawej bitwie. I to kiedy? Gdy wojna powszechna już wisiała w powietrzu, bo i Sasi, i Prusacy, i Rosjanie, i Duńczycy, i Księstwo Hanoweru – wszyscy już pobrzękiwali szabelką, więc lada chwila ten ropień musiał pęknąć i chlusnąć krwią, a oni, Litwini, zamiast się do tego przygotować, nawzajem się tłukli; ale co się dziwić takiemu zepsuciu, czego oczekiwać, jeśli oni nawet o mundury dla swoich żołnierzy nie potrafili się zatroszczyć, w najlepszym razie mieli je tylko oficerowie, zresztą i oni w większości nosili żupany jak Turcy, długie poły i rękawy tylko im przeszkadzały, i na koniu, z szablą w ręku jeszcze mogli walczyć, ale piechocie z bronią palną było już o wiele trudniej. Takiej głupoty, tak niestosownego postępowania Ture Tibelius nie mógł wprost pojąć; o nie, nie żałował ich ani trochę, sami są sobie winni, dlatego niekiedy, gdy przechodził ze swym oddziałem przez straszliwie nędzne wsie, gdzie chłopi pańszczyźniani w łachmanach, w zakopconych półziemiankach, cuchnęli jak bydło, a szaraczkowa lub nawet zwykła szlachta żyła nie lepiej niż prosty szwedzki lud, wtedy troszeczkę ich wyrzynał; i co tu kryć, on i jego żołnierze czuli, że robią dobrą robotę, oczyszczając ten kraj, tak żeby słabi zniknęli, a reszta od biedy przeżyła, choć czasami, kiedy widzieli, że splądrowana wieś i tak wymrze z głodu, po prostu przyspieszali sprawę – wystarczyło przystawić płonącą pochodnię do jakiejś strzechy. Wszystko to Ture Tibelius Magnusson rozumiał, takie były odwieczne prawa wojny, nie rozumiał tylko jednego, jak mógł wtedy, w tamtej wiosce, ten jeden jedyny raz stracić panowanie nad sobą, zapomnieć o zdrowym rozsądku i dać upust jakiejś potwornej złości na tych półdzikich ludzi, to było niepotrzebne, mogliby tam przecież wrócić za rok, już po zebraniu plonów, zresztą tamtejsi ludzie nie wyglądali na zupełnych nędzarzy, i oni, Szwedzi, postąpili wtedy niezbyt stosownie – podpalili ich dla głupiej zabawy, dla pustej przyjemności, jakby ich jakieś licho podkusiło, a kiedy Ture Tibelius oprzytomniał, było już za późno, płomienie, zdusiwszy ostatnie krzyki, z hukiem strzelały w niebo i tylko dziwnie i śmiesznie zwijały się w nich czarne, zwęglające się ciała, jak wrzucony do ognia papier. Było nie było, ale potem Bóg – a może tutejsze pogańskie bożki – odpłacił im za to, bo nagle wyrósł jak spod ziemi oddział Żmudzinów i niemal w pień ich wyciął, z setki żołnierzy zostało osiemnastu i tę garstkę Żmudzini ścigali tak długo, aż pobłądziła w puszczy, a potem jeszcze on i jego żołnierze napili się w lesie trującej wody, co to od niej wszyscy o mało zmysłów nie postradali i zwidywały im się jakieś dziwne duchy, których teraz woli sobie nawet nie przypominać, a później tak im kiszki poskręcało, że ledwo przeżyli. Ale gorsze od duchów i przywidzeń było to, że po tamtej potyczce ich przetrzebiony oddział tak się oddalił od głównej armii, iż sądząc z bezlitosnych i twardych rządów Jego Królewskiej Mości, już dawno musieli zostać uznani za dezerterów. A zatem nie pozostało im nic innego, i tak by ich rozstrzelano, dlatego tak właśnie zrobili – stali się dezerterami, bo Ture Tibelius Magnusson miał pod sobą siedemnastu umundurowanych mężczyzn, jeszcze nie do końca obdartych, i mógł z łatwością napadać na niewielkie dwory, których mieszkańcy przecież nie odróżniali, czy to jest część armii, czy dezerterzy, dla miejscowych byli po prostu siejącymi strach szwedzkimi żołnierzami i tyle.

 

Ale teraz Ture Tibelius Magnusson nie chciał przecież podpalać, niszczyć ani plądrować, oni tylko szukali miejsca, gdzie mogliby spokojnie przetrwać zimę, dlatego kiedy ich zwiadowca przypadkiem zauważył na przeciwległym brzegu jeziora mały murowany dworek, nieobecny na żadnej z posiadanych przez nich map tej dzikiej krainy, gdzie zaznaczone były tylko duże miasta, jakieś większe wsie parafialne i – niezbyt dokładnie – rzeki, lasy i jeziora, już zaczęli się cieszyć, bo mury to dobra rzecz i jezioro jako naturalna osłona też, więc przyczajeni obserwowali wszystko przez kilka dni, ale życie w owym ustronnym dworku wydawało się jakby zamarłe, przeważnie tylko służba i chłopi snuli się tam leniwie, zajęci codziennymi pracami, żadnych uzbrojonych mężczyzn ani wojska widać nie było, tylko kilka szczekających, niewyobrażalnie brzydkich kundli biegało po podwórzu. Dla Ture Tibeliusa Magnussona to miejsce było jak znalazł – zapomniany przez Boga i kartografów, niestrzeżony zakątek wśród puszcz, nad jeziorem – i dlatego on i jego ludzie stali teraz o brzasku na jego progu, i Ture Tibelius, kaszląc, postanowił zachować się stosownie, czyli oznajmić, że prawem zdobywcy przejmuje niniejszy dwór jako własność Jego Wysokości króla Szwecji Karola XII aż do dalszego obwieszczenia, i dlatego mocno się skonfundował, gdy zaspany służący, wydawszy okrzyk zdumienia, zatrzasnął mu drzwi przed nosem, zazgrzytał zasuwami i dokądś pognał, chyba na górę, jak można było zgadywać z odgłosu jego kroków.

Ture Tibelius nie rzucił się do wyważania drzwi, ponieważ wiedział z doświadczenia, że czasem wystarczy poczekać, a czekając – spokojnie pomyśleć. Nie potrzebował domu z wyłamanymi drzwiami w taki mróz, a ich naprawa musiałaby przecież potrwać, zwłaszcza gdyby wzięli się do niej wrodzy, wszystko odwlekający chłopi. Nikt nie mógł ich zajść od tyłu o tak wczesnej porze, a wziąć budynek szturmem albo podpalić zawsze przecież zdążą. Postanowił więc poczekać kilka chwil, odwrócił się i ruchem ręki uspokoił swoich żołnierzy – wycieńczonych, w wymiętych czapkach, w podartych pończochach od letniego uniformu, w wybłoconych onucach i postrzępionych niebieskich mundurach, których wyłogi z żółtej skóry i akselbanty pociemniały już od plam zostawionych przez błoto i wytłuszczone palce; byli głodni, złaknieni ciepła, gorącej strawy i miękkiego posłania – wystarczyłby im nawet snop słomy przykryty derką. Nie, oni tu nie przyszli zabijać, przyszli sobie pomieszkać, przynajmniej do wiosny, jeśli Bóg pozwoli, dlatego należało działać łagodnie, spokojnie, a potem, kiedy już dojdą do siebie i nabiorą sił, bo przez to błądzenie po lasach i tak już dwóch z nich się rozchorowało i zmarło, a więc kiedy nabiorą sił, będzie można przy pierwszej sposobności nawiązać łączność z resztą oddziałów. A teraz był skłonny wstrzymać się jeszcze trochę i zobaczyć, co będzie, zwłaszcza że wewnątrz słyszał już jakieś głosy i krzątaninę, i chyba szczęk otwieranych zasuw, dał więc znak swoim żołnierzom, żeby muszkiety z bagnetami skierowali prosto na drzwi, i obliczał sobie cicho w myślach, jakiego oporu może się spodziewać, odciągając jednocześnie kurek swojej broni.