Silva Rerum IITekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

Przypisy

Tytuł oryginału: SILVA RERUM II

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI

Korekta: JACEK BŁACH, EWELINA KOROSTYŃSKA, ANETA TKACZYK

Opracowanie okładki na podstawie oryginału: MAREK PAWŁOWSKI

Fotografia na pierwszej stronie okładki przedstawia detal z wnętrza kościoła Świętych Piotra i Pawła w Wilnie, fot. Liudas Masys

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket


Przekład książki dofinansowany przez Lithuanian Culture Institute.

The translation of this book was supported by Lithuanian Culture Institute.


Przekład zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Copyright © by Kristina Sabaliauskaitė

© Copyright for the Polish translation by Izabela Korybut-Daszkiewicz

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2018

Copyright for the cover design © by Kristina Sabaliauskaitė

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06707-9

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I

O tym dniu Anno Domini 1707 nikt nie umiał później, co zdumiewające, powiedzieć nic pewnego – czy trwało jeszcze lato, czy zaczęła się już jesień, najprawdopodobniej była to więc ta dziwna pora roku w Wilnie, gdy dni są jeszcze upalne, lecz przejmujące chłodem noce zapowiadają rychłą jesień, liście drzew w dolinie jeszcze są zielone, ale ich zieleń już dogorywa, za chwilę wszystkie pożółkną, dojrzałe kasztany tylko czekają na to, by móc się wreszcie oderwać i spaść z trzaskiem na ziemię, a gwiazdy na nocnym niebie świecą jaśniej niż zwykle i zakochanym wydają się niesłychanie pomyślne, a wszystkim innym – złowróżbne i przerażające. Nikt później nie umiał powiedzieć, czy był to ranek, czy środek dnia, czy popołudnie, wiadomo tylko, że nie wieczór i jeszcze nie noc, i w ogóle takie to były czasy, że nikt o niczym nie umiał powiedzieć nic pewnego. Nawet kawka, która przycupnęła na najwyższym gzymsie kościoła Świętego Kazimierza, ona również nie umiałaby określić, jakie ma pióra – szare czy czarne – ani jakiej barwy jest jej okrągłe oko, bo zmieniało się nieustannie pod wpływem światła, raz było złotożółte, raz stalowoniebieskie, i teraz to oko bez żadnego celu, mrugając i zmieniając kierunek patrzenia przy każdym ruchu ptasiego łebka, przyglądało się Wilnu z wysokości kościoła Świętego Kazimierza, otoczonego rusztowaniami. Bo znów całe Wilno było zastawione rusztowaniami, ponieważ znów niedawno płonęło, płonęło dość mocno, to prawda, że tym razem nie tak straszliwie jak podczas kozackiego najazdu pięćdziesiąt dwa lata temu, tym razem pożar trwał nie siedemnaście, tylko dwa dni, ale Szwedzi nie byli o wiele lepsi od Kozaków, choć trzeba przyznać, że tam, którędy przeszli, ulice nie spływały krwią i nie mordowali wszystkich po kolei, tylko przebierając, i gwałcili jedynie co ładniejsze kobiety i panny, lekkomyślnie pałętające się po mieście, ale przynajmniej mniszek nie ruszali, a jeśli do jakiegoś świętego obrazu trafili z muszkietu, to chyba tylko przez przypadek, jak to się zdarzyło z wizerunkiem Najświętszej Panny z Ostrej Bramy, przestrzelonym kulą podczas szturmu na miasto, ale Szwedzi przynajmniej nie palili naumyślnie ołtarzy w kościołach, nie srali do chrzcielnic, nie sikali do wody święconej jak ongiś Kozacy, i jeśli Kozacy przed półwiekiem przeszli przez Wilno niczym wściekłe, żądne krwi bestie, to Szwedzi spustoszyli miasto raczej jak chmary owadów, jak szarańcza, po której przejściu wszystko zostaje przetrzebione, wyżarte, wyjałowione, dobite wojennymi kontrybucjami, i tylko gdzieniegdzie sterczą suche badyle wspomnień i wyrzutów sumienia, że oto po raz kolejny nie udało się miasta obronić. Jednak wilnianie chyba już pogodzili się z tym, że w każdej chwili grozi im najazd, toteż nabrali wprawy w uciekaniu, wywożeniu całego dobytku, w błyskawicznym ukrywaniu kościelnych skarbów i rodzinnych klejnotów, w zatajaniu swoich percept[1] przed najeźdźcami i królewskimi poborcami podatków, w sporządzaniu podwójnych inwentarzy i ksiąg rachunkowych, dlatego tym razem mimo wszystko nie zostali tak straszliwie ograbieni i w pończochach, w glinianych garnkach, w ziemi, pod podłogą albo na wygnaniu zdołali szczęśliwie przechować swoje złoto, które teraz po cichu wyciągali z kryjówek, i odbudowywali, naprawiali, łatali swoje miasto, pocieszając się resztkami dawnego przepychu. I właśnie dlatego kościół Świętego Kazimierza był teraz obstawiony rusztowaniami, podobnie jak ratusz nieopodal – zamierzano bowiem na środku dachu zamiast starej nadpalonej wieży wznieść za trzy tysiące złotych nową, zdobioną złotem, z zamocowanymi dzwonami i cymbałami, które miały sławić stolicę podczas wielkich uroczystości, ale tak w ogóle z porządkiem w Wilnie nie było za dobrze, ponieważ władze miasta chętniej zajmowały się złoceniem kopuł i krzyży na wieżach niż śmieciami czy ściekami, których na ulicach nieprzyzwoicie wręcz przybywało, a obecny wójt to był taki ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra, nie miał pomyślunku, strzeliło mu coś do głowy i wydawał rozporządzenia, nie kierując się bynajmniej zdrowym rozsądkiem, lecz własnym widzimisię – na przykład nie wiedzieć czemu od urodzenia nie znosił kotów, toteż niedawno kazał wytrzebić wałęsające się po Wilnie kocury, i teraz kawka, siedząc na gzymsie wieży kościoła Świętego Kazimierza, mogła ku swojej wielkiej radości patrzeć, jak te stworzenia, które od niepamiętnych czasów były nieodłączną częścią Wilna, rzec nawet można, jego pełnoprawnymi obywatelami, dumne, tajemnicze, pewne siebie, gibkie i umięśnione, pręgowane i pstre, dawniej szarogęszące się na ulicach i podwórzach, teraz po kryjomu, rozglądając się lękliwie, z podkulonymi ogonami, ostrożnie przemykały ulicami miasta, w którym rządził głupiec i dwóch niecnie wykorzystujących go magnatów. Oko kawki dostrzegło również, że odkąd ubyło kotów, groźnie zwiększyła się liczba szczurów i te bezczelne i głodne gryzonie nie zadowalały się już panowaniem w wilgotnych podziemiach Wilna, lecz coraz częściej wyłaziły na powierzchnię, pomykały rynsztokami, zakradały się do spiżarń, żeby tylko do spiżarń – potrafiły już nawet w domach mieszczan capnąć sprytnie jakiś kęs ze stołu, i po mieście krążyły okropne historie o rozszarpanych przez szczury kotach, pogryzionych małych dzieciach i nadjedzonych chorych, których pozostawiono w łóżku bez opieki. Gdyby tylko kawka, łypiąca okiem na wszystkie strony, mogła dłużej niż przez chwilę zatrzymać na czymś swój wzrok, niewątpliwie spostrzegłaby z łatwością pewnego szczura, utuczonego, tłustego, bo do miasta przybył wygodnie jak panisko, ukryty w wozie ze zbożem wjechał przez Ostrą Bramę i kiedy strażnik sprawdzał ładunek i papiery woźnicy, szczur wymknął się z wozu, zbiegł po orczyku na ziemię, minął końskie kopyta, podreptał rynsztokiem, potem ruszył ulicą w dół, obok klasztoru Bazylianów, później pobiegł w prawo, obok sadów i ogrodów cerkwi Świętego Ducha, i dalej w dół, minął kościół Świętego Kazimierza, z kawką siedzącą na szczycie i bezwiednie kręcącą łebkiem, i boczną ścianę klasztoru Jezuitów, znów skręcił w prawo, w kierunku Bramy Subocz i tam się zatrzymał przy zniszczonych przez Szwedów murach obronnych, spoglądając czarnymi, pozbawionymi źrenic oczami na rozpościerającą się przed nim wileńską dolinę z wieżami kościołów, pałacami i skupiskami chat, i ten szczur, nie mając pojęcia, że jest tak naprawdę ślepym narzędziem w rękach Opatrzności, jął zapamiętale drapać swój wyłysiały bok, ugryziony przez pchłę, z małym różowym zgrubieniem nabrzmiałym od rojących się wewnątrz setek tysięcy maleńkich, niewidocznych gołym okiem, bezimiennych stworzonek, również będących dziełem niebieskiego Stwórcy, które później, po wielu latach otrzymają nazwę Yersinia pestis.

 

Więc chyba to jednak właśnie tamtego dnia, a nie później, nie po dwóch latach ani nie po trzech, gdy miasto zalewały potężne fale śmierci, i nie z powietrza, jak sądzili medycy, tylko z podziemi, i nie zapowiadana uroczyście przez komety i złe proroctwa, ale zwyczajnie przez miejską bramę, ulicami, jak obcy wędrowiec, który chce tu dłużej zabawić, przyszła do Wilna zaraza – po cichu, bez bicia w dzwony na trwogę, bez trąb Apokalipsy, bez odświętnych procesji – potwierdzając starą prawdę, że największe nieszczęścia zaczynają się czasem od rzeczy najbłahszych.

Albo od splotu nieistotnych, głupich, niezrozumiałych okoliczności, bo oto podczas gdy szczur włóczęga zawzięcie drapał nabrzmiałą od zarodków pestylencji różową opuchliznę na swoim boku, zza węgła, przywarłszy do deski chodnika, cicho, ze skuloną głową i sterczącymi pod futrem łopatkami, z zastygłym wzrokiem, machając bezgłośnie ogonem jak wahadłem, przyglądał mu się bezimienny wileński kot, który niczym doświadczony kochanek chciał przedłużyć sobie przyjemność oczekiwania na zdobycz, nim ją wreszcie pochwyci, obliczył sobie przecież, że już ją ma w garści, ale jak to się często dzieje, gdy ktoś przedwcześnie rozkoszując się zwycięstwem, przegapia odpowiednią chwilę, tak stało się z kotem, który nawet nie poczuł, kiedy nagle jak czarna zasłona śmierci spadł na niego worek i przygniotła go ręka czyhającego stróża, spełniającego nakaz wójta, i gdy ten bezimienny kot, zdolny być może odmienić bieg wypadków i uchronić miasto przed nieszczęściem, gdy ten kot szarpał się zawiązywany w worku i miauczał jak zarzynane niemowlę, spłoszony szczur czmychnął do najbliższej dziury i zniknął gdzieś pod ziemią, w trzewiach Wilna, w jego ciemnych i wilgotnych jelitach.

Co by było, gdyby... Takie gdybanie grozi zwykle utratą rozumu, bo przecież można by tak zgadywać bez końca, co by było, gdyby tamtego szczura włóczęgę spotkał taki sam los, jaki czekał teraz innego szczura, który właśnie leżał ze spętanymi łapkami, przywiązany do deski, na stole w pokoju na pierwszym piętrze w jednym z domów przy ulicy Żydowskiej – oczywiście tylko dziwnym zbiegiem okoliczności wzrok kawki z kościoła Świętego Kazimierza prześlizgnął się teraz po Wielkiej Synagodze i zatrzymał akurat na jednym z sąsiednich budynków, gdzie w oknie pierwszego piętra ukazywały się szerokie plecy, przedwcześnie posiwiała kudłata głowa w jarmułce i ręka trzymająca nóż. Absolwent uniwersytetu w Padwie, doctor medicus i były lekarz na królewskim dworze, czcigodny Aaron Gordon miał właśnie zamiar wypatroszyć przytwierdzonego do stołu, jeszcze żywego szczura, lecz, jak na złość, w najmniej odpowiedniej chwili, jak zawsze, doleciał z dołu krzyk jego Riwki, że ma zejść na dół, zaraz, natychmiast, bo zupa wystygnie, i ona przez niego oszaleje, zwariuje, już niedługo, i to on będzie winien, że matka jego dzieci zwariowała, bo doprawdy tylko taka meszugene[2] jak ona mogła się związać z kimś takim, co siedzi w kółko zamknięty w pokoju i nie wiadomo, co tam wyprawia, Golemy robi czy co, i czcigodny Aaron Gordon westchnął, i odłożył nóż, wiedział przecież, że nie ma sensu się spierać, przywiązany, szarpiący się szczur może zaczekać, nie zdechnie tak prędko, zaczeka, aż on zje zupę, a zresztą, co tu kryć, bez dwóch zdań, kochał swoją srogą Rebekę Gordon bardziej niż anatomiczne eksperymenty, chociaż bez nich i w ogóle bez swej medycyny byłby głęboko nieszczęśliwym człowiekiem, lecz Aaron Gordon wiedział lepiej niż wszyscy inni, jak daremnym zajęciem jest zastanawianie się nad tym, co by to było, gdyby było inaczej, toteż nie zadawał sobie głupich pytań i już dreptał po schodach na dół, przy wtórze dobiegających stamtąd krzyków, których litanię znał na pamięć, zresztą nie zmieniała się ona chyba od dziesięciu lat: jaka to z niej, Riwki, meszugene, jak on jej złamał życie, gdyby nie on i gdyby nie jej pusta głowa, w której swego czasu tak jej zawrócił, mogłaby wyjść za mąż za handlarza winem i żyłaby sobie jak pani, a teraz jej mąż wiecznie się zamyka w tym swoim pokoju, a biedne dzieci, półsieroty, już prawie ojca nie widzą, i kiedy Aaron Gordon zszedł na dół do pokoju, gdzie przy stole siedziały już jego rumiane, bystrookie dzieci, wcale nieprzypominające sierot, Miszka, Zelmanek i Pinke, i jego sierdząca się Riwka, która na widok męża uśmiechnęła się i westchnęła: „no wreszcie”, Aaron Gordon też się uśmiechnął, bo mimo wszystko, mimo tych krzyków i awantur, a czasem nawet tłuczonych naczyń, jego dom był domem szczęśliwym i była w nim miłość.

Tymczasem głupie oko kawki zezowało już gdzie indziej, hen daleko, o kilka kwartałów dalej, dalej niż kościół Świętej Katarzyny, dalej niż klasztor Benedyktynek, tam gdzie stał dawny pałac hetmana Radziwiłła, nieodnowiony po kozackim najeździe, popadający w ruinę, i tylko część okien była w nim oszklona, a reszta zabita deskami, ale mieszkali tam ludzie, bo do pałacu wprowadziło się trochę żołnierzy służących u Radziwiłła i dołączyli do nich co poniektórzy spośród jego klienteli czy związanej z nim blisko szlachty, i właśnie tam, na drugim piętrze, w jednym z pokoi, urządzonym byle jak, tak jak się urządza jedynie tymczasowe lub wynajmowane mieszkania, z porządnymi, lecz wysłużonymi już sprzętami, przy stole długim może na piętnaście stóp, u dwóch przeciwnych jego końców siedzieli mężczyzna i kobieta i niezdarnie ze srebrnych talerzy jedli stygnącą i mało wykwintną pieczeń, mając twarze tak ponure, jak gdyby uczestniczyli we własnej stypie, co było po części prawdą, bo chociaż oboje byli w kwiecie wieku – ona miała na pewno nie więcej niż trzydzieści lat, on liczył może o pięć lat więcej – ich miłość już dawno umarła i teraz wydawało się, że niczym ubrany do trumny, zabalsamowany nieboszczyk, nijak niemogący doczekać się pogrzebu, leżała między nimi na stole, i coś wisiało w powietrzu; i to coś zdawało się mówić, że piętnaście stóp jest bodajże najmniejszą bezpieczną odległością, na jaką tych dwoje może się do siebie zbliżyć bez narażania życia i zdrowia ich samych. A przecież oboje byli piękni, postawni, zwłaszcza ów mężczyzna, Jan Izydor Narwojsz, w pięknym mundurze rotmistrza husarii, ze złotymi galonami i puklami złocistych kręconych włosów, tak bujnych, że mógł się obejść bez stosownej do jego szarży peruki, o szlachetnych rysach, wydatnych zmysłowych wargach i brązowych oczach, których ciepłe spojrzenie zdawało się pieścić wszystko, na cokolwiek padł jego wzrok – wszystko z wyjątkiem żony, a ta bynajmniej nie była odpychająca, wręcz przeciwnie, też piękna, o szarozielonych oczach, starannie uczesana, z lokami modnie wywiniętymi nad czołem, z wysokim koronkowym fontaziem[3], ubrana w codzienną, acz modnie skrojoną suknię z gołębiej kitajki[4] i wierzchnie domowe okrycie, i byłaby to naprawdę miła kobieta, gdyby nie zmarszczka rysująca się pionowo między jej brwiami i gdyby nie opadające w dół kąciki ust, które świadczyły o zadawnionej goryczy, a ta jeszcze nigdy nie przydała urody żadnej białogłowie. Mimo wszystko rozmawiali ze sobą, wszak byli dobrze wychowanymi ludźmi ze szlacheckich domów, tylko ich ciała wyrażały coś zupełnie innego niż wypowiadane słowa, zwłaszcza kiedy jedno z małżonków odpowiadało jakimś gestem na słowa drugiego: milcząca pogarda, z jaką ta piękna dama położyła na stole nóż, warta była co najmniej trzech siarczystych przekleństw woźnicy, bo sama tak właśnie zaklęła w myślach, wysłuchawszy dywagacji męża o tym, że w Wilnie jest teraz niebezpiecznie, wszystko spalone, w mieście pełno groźnych włóczęgów, a jeszcze mówią, że przyjdzie morowe powietrze, bo już wszędzie dookoła szerzy się zaraza, i w Inflantach, i w Krakowie, Bóg wie, co się może zdarzyć, a on sam musi, jego obowiązkiem jest ruszać do Birż i być tam z wojskiem, bo przecież moja droga pani wiedziała, że wychodzi za mąż za żołnierza, i rozkaz jest rozkazem, o tak, i on musi się dostosowywać do polityki jaśnie oświeconego księcia Radziwiłła, nic na to nie poradzi, w dzisiejszych czasach nikt nie przeżyje w pojedynkę, każdy szlachcic należy do jakiejś frakcji, czy ona myśli, że ziemię dostaje się dla ładnych oczu, przecież nawet takie Hermaniszki przypadły mu za wierność i dobrą służbę, i jeśli droga pani chce, może tam jechać, bliżej niego, bliżej Birż, tylko dworek tam mały, drewniany, nie będzie jej wygodnie mieszkać, więc ją namawia, żeby posiedziała jakiś czas w Milkontach, dopóki w Wilnie się nie uspokoi, bo żeby została tu sama, gdy czasy są takie, o tym nawet mowy być nie może. I ona, usłyszawszy te słowa, odłożyła nóż tak, że brzęknął na stole jak trzy najgorsze przekleństwa, ale sama nie wypowiedziała ich głośno, tylko spytała uprzejmie, czy on nie sądzi, że lepiej byłoby dla niej, gdyby pojechała do swoich rodziców, do Grodna, na co on rzekł, iż obowiązkiem przyzwoitej żony jest być przy mężu lub przynajmniej troszczyć się o jego majątek w jego włościach, i westchnął, i to westchnienie zdawało się mówić: „no i znowu, nie do wiary, ta głupia kobieta znów mi się sprzeciwia”, a ona odpaliła, że może lepiej nie wspominać o małżeńskich obowiązkach, i wbiła w męża drwiące spojrzenie, gdyż właśnie kończyła to zdanie w myślach: „...bo obowiązkiem małżonka jest także dochowanie przyrzeczeń, złożonych przed ołtarzem”. I tak łajali się wzajemnie bez słów, w myślach, które mówiły więcej niż wypowiadane na głos zdania, niż ich uprzejma i mdła rozmowa o tym, że ona musi stanowczo jechać do Milkont, a strasznie tego nie chce, i rzeczywiście, była taka chwila, kiedy przystojny rotmistrz już sobie prawie pomyślał, że najchętniej udusiłby ją gołymi rękami i miałby spokój na całe życie, ale, rzecz jasna, zaraz tę myśl odegnał, był z niego przecież dobrze wychowany szlachcic i porządny katolik i na kobietę nigdy ręki by nie podniósł, tym bardziej na swoją prawowitą małżonkę. I dopiero ciche pukanie do drzwi przerwało ten ich niesmaczny posiłek; ciche pukanie i głośny stukot małych podkutych obcasików, bo do drzwi zapukała strzelista pokojówka o zdrowym chłopskim wyglądzie, a do pokoju wbiegła siedmioletnia może dziewczynka, radość, duma i wieczny powód rozczarowań obojga małżonków, ochrzczona imieniem Teofila, i oto malutka Teofila biegła teraz w otwarte ramiona ojca, krzycząc: „tatko, tatko, zobaczcie, co znalazłam”, i pokazywała cudeńko, które ojciec zostawił dla niej w tajemnicy jako niespodziankę, małą drewnianą szpulkę, pomalowaną w promieniste wzory i zawieszoną na jedwabnym sznurku z miedzianym kółeczkiem na końcu, i ta szpulka, gdy ją pociągnąć ręką, rozwijała i zwijała sznurek, cudownie wracając na swoje miejsce, a wzory obracały się, tworząc wspaniałe barwne wiry, i ojciec tłumaczył jej z dumą, że to bandalor[5], przywieziony aż z Francji, i że taką samą zabawką bawią się dzieci jego książęcej mości, i zagadywał czerwoną jak burak pokojówkę Polusię, mówiąc: „moja droga, czy w Milkontach doprawdy jest tak okropnie, powiedz, na miłość boską, swojej pani, że wcale nie jest tam tak źle, ty przecież chcesz tam wrócić”, i Polusia skakała nad nim, uśmiechała się, kiwała głową i mówiła „wedle rozkazu najjaśniejszego pana”, a najjaśniejsza pani, nie pokazując tego na zewnątrz, płakała w duchu gorzkimi łzami z bezsilnej złości – jak zawsze, ilekroć jej małżonek rozmawiał z nią nie bezpośrednio, tylko przez służbę, jakby jej w ogóle w tym pokoju nie było.

Ale kawce nie starczało cierpliwości, by do końca śledzić tę scenę rodzinnego dramatu, gdyż jakiś niewidzialny, niepojęty mechanizm działający w jej głowie kazał jej kręcić łebkiem na wszystkie strony, toteż patrzyła już gdzie indziej, na ulicę Zamkową, także miejscami strawioną przez pożar i teraz odnawianą po trochu, i oto z jednej kamienicy, pięknej, murowanej, na polecenie jej właściciela, czcigodnego podczaszego Piotra Rudominy Dusiackiego, wynoszono właśnie i ładowano na wozy moc przeróżnych rupieci, wszak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, i pożar, który nieco zniszczył fasadę, zmusił gospodarza, aby gruntownie uporządkował kupiony przed kilku laty dom i pozbył się śmieci nagromadzonych w jego zakamarkach – w piwnicach, na strychu, w niszach i składzikach – bo czego tam nie zostało po poprzednich właścicielach, a zwłaszcza po ludwisarzu, takim starym wdowcu, Francuzie Delamarsie, który zmarł siedemnaście lat temu, a mieszkał tu chyba trzy dziesięciolecia, toteż rozmaitych gratów nazbierało się u niego do diabła i trochę, tym bardziej że pod koniec życia był sklerotycznym dziwakiem z przesadną skłonnością do gromadzenia wszystkiego, dręczony chorobliwym przekonaniem, że ktoś chce go zabić, przez ostatnie lata prawie nie wychodził z domu, tkwił w nim tak zaopatrzony, że w razie potrzeby wytrzymałby nawet dziesięcioletnie oblężenie. Dlatego teraz na wozach stojących w bramie lądowały najdziwniejsze przedmioty: wysłużone, połamane sprzęty, pęknięte gliniane garnki ze scukrzonymi konfiturami, które zastygły w kształty nadane im przez naczynia, toteż przypominały teraz przezroczyste bryły bursztynu z wyblakłymi plastrami cytryny, kwiatami lawendy i róż zatopionymi w środku, puste butle po winie zdobione nieznanymi herbami, zatęchłe skórzane teczki pełne zlepionych papierów, których nie dało się już odczytać, szmaty pogryzione przez myszy, wyliniałe futra zjedzone przez mole i bodajże trzy duże, choć niezbyt ciężkie worki, w których coś sucho chrzęściło i grzechotało przerażająco, jak grzechoczą kości zmarłego w starej trumnie, tak że zdjęci lękiem słudzy długo zbierali się na odwagę, by odwiązać worki i zajrzeć do środka, a gdy się wreszcie odważyli, zdumieli się mocno, znalazłszy tam tylko niezliczoną ilość pustych muszli po ślimakach. Po tym zaskakującym odkryciu dalej lądował na wozach zapleśniały dorobek cudzego umarłego życia, który miał wkrótce wyruszyć w swoją ostatnią podróż – na ogromne śmietnisko po drugiej stronie murów miejskich, za kościołem Świętego Stefana – zardzewiałe kawałki żelaza, jakieś łomy, jakieś obręcze do mierzenia nieznanych kalibrów i znowu szmaty, i zatęchłe papiery, i jeszcze pacnął na wóz jakiś płaski przedmiot, gęsto oblepiony pajęczyną, w której uwięzły zeschłe muchy, kokony chrząszczy i łatwowierne nocne motyle o spłowiałych skrzydłach. Jeden z robotników, Florian Szymkus, z czystej ciekawości zebrał końcem łomu pajęczynę i kurz i miło się zdziwił, gdy pośród stwardniałych, sztywnych wstążek z czarnego aksamitu i zmiętych w kule papierowych kwiatów ujrzał pięknie namalowany konterfekt jakiejś pani ubranej według dawnej mody, i mimo że twarz na wizerunku oszpecała czarna kropka – niedająca się zmyć i zbyt duża, więc chyba nie było to gówno muchy – obraz był piękną robotą i Florian Szymkus odłożył go na bok, podaruje go żonie, dopiero się zdziwi i ucieszy, zresztą i tak kończył już na dzisiaj pracę, bo właśnie rozległ się żałobny dźwięk dzwonu z wieży Świętego Jana, obwieszczając, że należy zrobić przejście konduktowi pogrzebowemu, pewnie chowali kogoś z uniwersytetu, bo za trumną szli prawie sami jezuici i tylko kilku przedstawicieli wileńskiej szlachty, a za księdzem, który niósł krzyż, podążał jakiś student, wysmukły młodzieniec, i śpiewał tak wysokim i delikatnym głosem, jakby to kobieta śpiewała, a idący za nim odpowiadali mu uroczyście, i Florian Szymkus, wzruszony tym nieziemskim pięknem, zdjął czapkę i przeżegnał się nabożnie.

 

I gdyby ktoś przyglądał się temu z góry, jak kawka, i mógł przeniknąć spojrzeniem mury klasztoru Świętego Michała Archanioła, zdumiałby się przedziwnym zbiegiem okoliczności, że oto w tej samej chwili, usłyszawszy żałobne dzwony Świętego Jana, w swojej celi, oddalonej zaledwie o kwartał od ulicy Zamkowej, przeżegnała się też pewna stara siostra bernardynka – tęga, ciężko dysząca, bo każdy ruch jej ciała, którego miała dwa razy więcej niż inni ludzie, kosztował ją ogromny wysiłek – i podniosła się z trudem, po czym, sapiąc i kołysząc się na boki, podeszła do swego brewiarza upstrzonego zapiskami na marginesach, coś w nim jakby sprawdziła, westchnęła, znów się przeżegnała, chybotliwym krokiem wróciła na swoje krzesło i zasiadła do pisania listu, zaadresowała go do kogoś w Wilnie, na ulicę Końską.

A kawka dalej się rozglądała, siedząc na gzymsie, obracała się jak żywy, obdarzony wzrokiem wiatrowskaz i teraz przykuł jej uwagę jakiś rwetes właśnie na ulicy Końskiej, nawet jej ptasi móżdżek zaciekawił się tym hałasem, bo oto do pięknych, zadbanych wrót kamienicy, zbitych przepysznie z ułożonych ukośnie dębowych desek, ozdobionych kutymi w brązie ćwiekami o wymyślnych kształtach, dobijał się głośno jakiś mężczyzna, a wygląd miał doprawdy straszny, trudno pojąć, co ktoś taki mógł robić pod drzwiami tak przyzwoitego domu, bo strój tego mężczyzny, niegdyś wytworny, teraz był zniszczony i brudny niczym łachmany włóczęgi, poły płaszcza sztywne i stwardniałe od nieczystości, obcasy modnych butów wykoślawione, a piękne koronki drogiej koszuli, zalepione skrzepami krwi i ropy, dawno zapomniały o swej niegdysiejszej bieli, i już na pierwszy rzut oka widać było, że człowiek ten od dłuższego czasu nosił w sobie zarazki śmiertelnej francuskiej choroby, tak zaniedbanej, że jego długie ciemne włosy zdążyły się przerzedzić, a te, które mu jeszcze nie wypadły, splątały się w długie sztywne kołtuny. Lecz najstraszniejsze ze wszystkiego były jego wrzody, dojrzałe, otwarte, ziejące ciemnoczerwonym mięsem, obrzeżone szarawą obumarłą skórą – miał je wszędzie: na policzkach pokrywających się już guzkami i przy skrzydełku nosa, i kilka pojawiło się w kącikach ust, i jeden na dłoni, na knykciu małego palca, na którym posępnie lśnił przygasły złoty sygnet z wyrytym łbem dzika, i owa dłoń z siłą właściwą szaleńcom waliła teraz w zamknięte na głucho wrota, mężczyzna stukał, kopał, a każdemu uderzeniu w drzwi towarzyszyły okropne złorzeczenia i najobrzydliwsze przekleństwa, z których „pieprzona kurwa”, „jebana dziwka” i „przeklęta pizda” należały do najdelikatniejszych, i wydzierał się tak, aż ochrypł, życząc takich potworności, że przechodząca obok wilnianka obiema dłońmi zakryła swemu dziecku uszy i gwałtownie przyspieszyła kroku, lecz mężczyzna wciąż krzyczał, dopóki nie skończyły mu się zapasy przekleństw, a potem zaczął szlochać i drapać paznokciami drzwi, błagając, żeby go wpuszczono, na litość boską, on nie ma gdzie się podziać, na rany Chrystusa, on chce tylko umrzeć we własnym domu, na wszystko, co jeszcze zostało dla nas drogie, proszę, ja już nikomu nie mogę zaszkodzić, widziałem bazyliszka, moje dni są policzone, na Boga, nie odmawiaj mi tej ostatniej przysługi, nawet skazańcom się jej nie odmawia, ja chcę tylko umrzeć jak chrześcijanin w swoim domu, przyjąć ostatnie namaszczenie we własnym łóżku; i rozgniewani mieszkańcy okolicznych domów zaczęli z trzaskiem zamykać okna, choć było jeszcze całkiem ciepło – tak że nie dało się powiedzieć, czy był to koniec lata, czy początek jesieni – i nagle ten nieszczęśnik znów się ożywił, jakby go ktoś nakręcił, i zauważywszy, że traci widzów, znowu wybuchnął lawą przekleństw, patrzył ku górze, w okna, i ryczał: „co, chcecie posłuchać ody pochwalnej na cześć jaśnie pani Birontowej?”, i znów posypały się złorzeczenia, jakich sam szatan mógłby się od niego nauczyć. I z ulicy nie było tego widać, ale kawka ze swych podniebnych wysokości doskonale widziała, że adresatka owej tyrady – kobieta odziana w czerń, postawna i wyprostowana, choć na oko już podeszła w latach – tak naprawdę stała zaledwie o cal od tego, który ją opluwał, przytulona do drewnianych wrót po drugiej stronie, a tuż przy niej czuwało w milczeniu czterech służących ustawionych po obu bokach bramy, i gotowi byli na rozkaz swej pani odsunąć potężne żelazne zasuwy i otworzyć wrota, lecz pani nie dała im jeszcze żadnego znaku, stała tak, przywierając ciałem do dębowych wrót, i żylastą ręką, ozdobioną kilkoma diamentowymi pierścionkami, poprzez czarny woal zasłaniający twarz przyciskała do ust chusteczkę, a woal litościwie skrywał jej starość, jej zmarszczki, niemo drżące wargi i przełykany bezgłośnie szloch, i jedyne, co widzieli służący, to ta ciemna sylwetka z lekko drgającymi ramionami, biała ręka z chusteczką i druga dłoń, zaciśnięta, wczepiona w gęste fałdy czarnej spódnicy, i owi czterej służący stali wyprężeni jak struny, ze smutnymi oczami zbitych psów, i jak psy patrzyli na swoją panią, czekając, aż łaskawie zezwoli otworzyć wrota, ale pani wciąż nie dawała im znaku i dopiero gdy ucichły przekleństwa i krzyki po drugiej stronie i gdy koślawe obcasy nierytmicznie zastukały o bruk, wreszcie się oddalając, dopiero wtedy zrozumieli, że pani już nie każe im odryglowywać wrót. Jedyne, co zrobiła, to przesunęła dłonią po dębowych deskach z jakąś dziwną delikatnością, jakby w geście pieszczoty albo pożegnania; wyprostowała się, wygładziła dłońmi spódnicę, poprawiła woal i równym krokiem przemierzyła bramę, by zniknąć w pięknie rzeźbionych, dwuskrzydłych drzwiach swego domu.

Słudzy przez wiele lat zadawali sobie później pytanie, co by się stało i jak by się to wszystko skończyło, gdyby jednak pani Birontowa poleciła im otworzyć drzwi, i kiedy o tym rozmawiali wieczorami najpierw w tym, a potem w innych domach, przy pracy, czyszcząc ołowiane i srebrne naczynia, krojąc rzepę i cebulę, cerując pończochy i skubiąc kapłony, nie przestawali zgadywać, jak mogłoby się to wszystko potoczyć, i zawsze, kiedy się nad tym zastanawiali, żegnali się znakiem krzyża i życzyli sobie nawzajem spokoju ducha.

Co by to było, gdyby ślepym zrządzeniem losu wszystko potoczyło się inaczej – to pytanie zadawało sobie w owym roku wielu, jakby się ze sobą umówili, i ten, któremu od jednej przypadkowej iskry spłonął dom, i tamten, którego ojca zabiła spadająca z rusztowania cegła, i ten, co w ferworze gry postawił cały majątek na złą kartę, i tamten, któremu w trakcie pojedynku zaciął się pistolet i nie wystrzelił, i żebracy, i królowie, i przede wszystkim uczeni profesorowie na uniwersytetach, którzy nijak nie mogli ustalić, czy to, co się na świecie dzieje, naprawdę odbywa się zgodnie z doskonałym, przewidzianym zawczasu Bożym planem, czy jest to tylko ciąg głupich przypadkowych zdarzeń; profesorowie zaczęli nawet powątpiewać, czy w ogóle istnieje coś takiego jak Boska Opatrzność, bo może cała rzeczywistość i wszystko, co żyje, jest samoistną boską substancją, a jedyny cel polega na tym, żeby być w niej i w jej różnorakich odmianach, zgodnie z przypisanym każdemu z góry przeznaczeniem. W uczonych dysputach nieustannie pytali siebie nawzajem, czy człowiek istotnie ma wolną wolę, czy jego wolność sprowadza się jedynie do tego, by rozumiał swoje przeznaczenie w Bożym planie i chętnie, bez sprzeciwu w nim uczestniczył. I gdyby ta kawka z kościoła Świętego Kazimierza potrafiła trochę dłużej zatrzymać na czymś swój rozbiegany wzrok, i gdyby zamiast ptasiego móżdżka miała umysł mędrca, zauważyłaby pewnie, jakie dziwne związki przyczynowe, niewidzialne łańcuchy przypadkowych zdarzeń, nici prowadzące do nieoczekiwanych następstw rozsnuwały się po całym Wilnie, na które teraz patrzyła z wysoka, ale te nici sięgały jeszcze dalej, wybiegały poza granice miasta, w inną przestrzeń i czas, płynący nieprzerwanym strumieniem, rozgałęziały się w przeszłość i przyszłość, i jak się to wszystko łączyło i splatało w niezwykle złożony schemat, mający zaświadczyć o tym, że gdzieś po tamtej stronie króluje najwyższe dobro, a może... najwyższe zło?