Żona winiarzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział pierwszy. Maj 1940

Rozdział drugi. Czerwiec 2019

Rozdział trzeci. Maj 1940

Rozdział czwarty. Czerwiec 1940

Rozdział piąty. Czerwiec 2019

Rozdział szósty. Wrzesień 1940

Rozdział siódmy. Lipiec 1941

Rozdział ósmy. Czerwiec 2019

Rozdział dziewiąty. Wrzesień 1941

Rozdział dziesiąty. Wrzesień 1941

Rozdział jedenasty. Czerwiec 2019

Rozdział dwunasty. Luty 1942

Rozdział trzynasty. Luty 1942

Rozdział czternasty. Czerwiec 2019

Rozdział piętnasty. Luty 1942

Rozdział szesnasty. Lipiec 1942

Rozdział siedemnasty. Czerwiec 2019

Rozdział osiemnasty. Sierpień 1942

Rozdział dziewiętnasty. Październik 1942

Rozdział dwudziesty. Czerwiec 2019

Rozdział dwudziesty pierwszy. Styczeń 1943

Rozdział dwudziesty drugi. Styczeń 1943

Rozdział dwudziesty trzeci. Czerwiec 2019

Rozdział dwudziesty czwarty. Styczeń 1943

Rozdział dwudziesty piąty. Marzec 1943

Rozdział dwudziesty szósty. Czerwiec 2019

Rozdział dwudziesty siódmy. Marzec 1943

Rozdział dwudziesty ósmy. Marzec 1943

Rozdział dwudziesty dziewiąty. Czerwiec 2019

Rozdział trzydziesty. Marzec 1943

Rozdział trzydziesty pierwszy. Maj 1945

Rozdział trzydziesty drugi. Maj 1945

Rozdział trzydziesty trzeci. Czerwiec 2019

Rozdział trzydziesty czwarty. Czerwiec 2019

Rozdział trzydziesty piąty. Czerwiec 2019

Epilog. Wrzesień 2019

Od autorki

Podziękowania


Tytuł oryginału

THE WINEMAKER’S WIFE

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Redakcja

Maja Strzeżek

Korekta

Jadwiga Piller

Marzenna Kłos

Copyright © 2019 by Kristin Harmel Lietz

All rights reserved

Copyright © for Polish translation by Alina Jakubowska and Elżbieta Kulicka, 2020

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Joanna Duchnowska

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9597-7

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dla Jasona i Noaha.

Nieustannie uczycie mnie,

czym naprawdę jest miłość.

To niedopuszczalne, wręcz niemożliwe, żeby z takiego ogromu śmierci, tak wielkiego poświęcenia i zniszczeń, takiego bohaterstwa, nie wyłoniła się wspanialsza i lepsza ludzkość.

Generał Charles de Gaulle,

przywódca francuskiego ruchu oporu,

o wpływie II wojny światowej.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Maj 1940

INČS

Inčs Chauveau pędziła na południowy zachód od Reims krętą drogą biegnącą ponad bujnymi winnicami Szampanii, lśniący czarny citroën wzbijał chmury kurzu, a wiatr targał zawzięcie jej kasztanowymi włosami. Był maj, winorośl budziła się do życia, jej maleńkie pączki przypominały piąstki wyciągnięte ku słońcu. Za kilka tygodni zakwitną, a we wrześniu winogrona – jasnozielone chardonnay, atramentowe pinot meunier, ciemnofioletowe pinot noir – okrągłe i pękate, będą gotowe do zbioru.

Ale czy Inčs nadal tu będzie? Ktokolwiek z nich? Przeszył ją dreszcz. Zahamowała przed zakrętem, silnik zazgrzytał w proteście, gdy skręciła w drogę prowadzącą do domu. Michel na pewno ją zruga, że jeździ zbyt szybko, zbyt brawurowo. Ale co tam, on we wszystkim jest nadmiernie ostrożny.

W czerwcu minie rok od ich ślubu i Inčs nie mogła sobie przypomnieć ani jednego dnia, by jej za coś delikatnie nie upomniał. „Po prostu uważam na ciebie, Inčs – powtarzał. – To powinność męża”. Ostatnio prawie wszystkie jego przestrogi dotyczyły Niemców, którzy czaili się po drugiej stronie niezdobytej linii Maginota, ufortyfikowanej granicy, która chroniła Francję od chaosu dręczącego resztę Europy. „Ci z nas, którzy byli na Wielkiej Wojnie, wiedzą, że trzeba traktować ich poważnie” – mówił co najmniej raz dziennie, choć miał zaledwie cztery lata, gdy toczyły się rozstrzygające bitwy.

Oczywiście Inčs, sześć lat młodszej od Michela, jeszcze nie było na świecie, gdy w 1918 roku Niemcy w końcu wycofali się znad Marny, prawie zrównując Reims z ziemią. Ale ojciec nader często opowiadał jej o wojnie – zazwyczaj popijając brandy i waląc pięścią w stół – wiedziała więc dobrze, że trzeba być czujnym.

„Nigdy nie można ufać Hunom!”. Słyszała głęboki, grzmiący głos w uszach, chociaż jej ojciec nie żył od wielu lat. „Mogą udawać przyjaciela Francji, ale tylko głupiec im uwierzy”.

Cóż, Inčs nie była głupia. A dziś to ona przyniesie tę straszną wiadomość, która wszystko zmieniała. Czuła z tego powodu przekorną satysfakcję, ale gdy pędziła do Ville-Dommange, cichy, siedemsetletni surowy kościółek Saint-Lié, górujący nad miasteczkiem, wydawał się szydzić z jej małostkowości. Nieważne, kto miał rację. Chodziło o wojnę. Śmierć. Krew młodych mężczyzn już wsiąkała w ziemię w lasach na północy. Wszystko to przewidział jej mąż.

Wjechała przez bramę, zahamowała ostro przed wielkim dwupiętrowym kamiennym château, wyskoczyła z samochodu i pobiegła do drzwi prowadzących do rozległej sieci podziemnych piwnic.

– Michel! – zawołała, zbiegając co dwa stopnie, a chłodne, wilgotne powietrze podziemi uderzyło ją w twarz jak kubeł wody. – Michel!

Jej głos odbijał się echem w zawiłym labiryncie korytarzy wydrążonych w ziemi trzy ćwierci wieku temu przez ekscentrycznego pradziadka jej męża. Leżakowało tu tysiące butelek szampana, mała fortuna bąbelków, czekających na następny etap produkcji.

– Inčs? – Zaniepokojony głos Michela dochodził gdzieś z głębi; potem usłyszała zbliżające się kroki i w końcu on sam wyłonił się zza rogu na wprost niej, a za nim Theo Laurent, chef de cave Maison Chauveau, naczelny winiarz. – Moja droga, co się stało? – spytał Michel; pospieszył ku niej, położył jej ręce na ramionach i przyglądał się w skupieniu jej twarzy. – Dobrze się czujesz, Inčs?

– Nie. – Nie zdawała sobie sprawy, jak ciężko oddycha po usłyszeniu tej wiadomości, brawurowej jeździe oraz gwałtownym zejściu do chłodnych piwnic. – Nie, Michel, wcale dobrze się nie czuję.

 

– Co się stało? – spytał, podczas gdy Theo przyglądał się jej w milczeniu, jak zwykle z beznamiętnym wyrazem twarzy.

– Zaczęło się – wykrztusiła. – Inwazja! Niemcy nadchodzą!

Ciężka cisza zawisła w wilgotnym powietrzu. Ile czasu minie, zanim spokój piwnic zakłóci dudnienie marszowych kroków na górze? Wszystko, co stworzyli, może zostać zagrożone, być może nawet zniszczone.

– Ach, tak – rzekł w końcu Michel. – Przypuszczam, że nadszedł czas, by dokończyć obracanie butelek z szampanem.

ROZDZIAŁ DRUGI
Czerwiec 2019

LIV

Lewa ręka Liv Kent była naga. Albo raczej Liv miała takie wrażenie za każdym razem, gdy spojrzała na puste miejsce po obrączce, którą nosiła przez ostatnie dwanaście lat. I chociaż zdjęła ją trzy miesiące temu, pięć tygodni po tym, jak Eric oświadczył, że odchodzi i chce jak najszybciej załatwić wszelkie formalności, brak czegoś, co, jak myślała, będzie na tym miejscu zawsze, ciągle ją zaskakiwał. Ale kiedyś sądziła, że na wiele rzeczy może liczyć.

– Dzięki, że tak spokojnie to przyjęłaś – powiedział Eric, wnosząc ostatni karton z jej rzeczami do małego mieszkania z jedną sypialnią, do którego przeprowadziła się po rozwodzie. Czuła się dziwnie, że on tu jest, wypełniając przestrzeń, której nigdy nie będzie z nią dzielić. Z jednej strony miała ochotę krzyknąć, żeby się wynosił, ale jakaś cząstka niej, ta, której najbardziej się wstydziła, chciała błagać go, by został. Ich małżeństwo rozpadło się w oszałamiającym tempie; Liv miała wrażenie, że ziemia się pod nią rozstąpiła.

– Spokojnie? – powtórzyła, rozglądając się po mieszkaniu zastawionym meblami, które przypadły jej w wyniku podziału majątku. Jej wzrok spoczął na kanapie ze sztucznie postarzanej skóry zawalającej pokój i zastanawiała się, czy Eric też myśli w tej chwili o dniu, gdy ją kupili, o tym, jak kłócili się o ten wydatek, jak później, żeby się pogodzić, padli na twarde poduchy, spoceni i splątani ze sobą. Ale może cieszył się z nowego początku bez żadnych przedmiotów, które kiedyś razem kupowali, a które byłyby zawadą w jego nowym życiu?

Znów przesunął na nią wzrok.

– Zdaję sobie sprawę, że to nie było łatwe. – Twarz mu złagodniała, przybrał maskę posępnego współczucia i Liv poczuła ukłucie irytacji, co było lepsze niż smutek, który kłębił się w niej jak burza od chwili, gdy dziś rano podpisali dokumenty rozwodowe. – Naprawdę mi przykro z powodu takiego obrotu spraw, Liv, ale pragnęliśmy w życiu czego innego.

– Hmm – Liv udało się wykrztusić niezobowiązujące mruknięcie.

– Chciałem dla ciebie jak najlepiej. Wiesz o tym, prawda? Zawsze będę się o ciebie troszczył.

– Nie tak bardzo jak o siebie – Liv nie mogła się powstrzymać. – Albo o swoją nową dziewczynę.

Eric westchnął.

– Nie bądź zła, Liv. – Odstawił kartonowe pudło na podłogę i otrzepał ręce. – Chciałbym mieć nadzieję, że pewnego dnia zostaniemy przyjaciółmi.

Liv parsknęła i w mgnieniu oka współczucie zniknęło z twarzy Erica, a na jego czole pojawiła się zmarszczka świadcząca o zdenerwowaniu. Przez krótką chwilę Liv znów zobaczyła mężczyznę, który czaił się pod starannie nałożoną maską, mężczyznę, który obwiniał ją za wszystko, co między nimi poszło źle. Liv chciała mieć dziecko, założyć rodzinę; wydawało się, że Eric podziela jej pragnienia. Ale potem, po ponad roku rozczarowań, zdiagnozowano u niej przedwczesne wygasanie czynności jajników. Trzykrotnie poddawali się procedurze in vitro, korzystając z jajeczek dawczyni, zanim Eric nagle oznajmił, że ma wszystkiego dość – dość starań o dziecko, dość frustracji Liv, dość ich małżeństwa. Oczywiście, co Liv odkryła nieco później, spotykał się już z dwudziestoczteroletnią Anemone, jedną z asystentek w administracji Bergman Restaurant Group, firmie, którą zarządzał.

– Przyjaciółmi, powiadasz? – odpowiedziała po namyśle. – No pewnie! Może we trójkę będziemy co tydzień chodzić na kolację? Doprawdy zachęcająca perspektywa.

– Liv, wiem, że jesteś zła. Ale to nie wina Anemone. My po prostu z siebie wyrośliśmy. Nie było nam pisane dalej być razem.

– A tobie było pisane związać się z weganką z pokolenia milennialsów, której hipisowscy rodzice nadali imię po jakimś gatunku meduzy.

– Anemon to polip morski – poprawił ją Eric, unikając jej wzroku. Z afektowaną bezradnością wzruszył ramionami. – Cóż, ona po prostu mnie rozumie.

– Co dokładnie rozumie? Że jesteś banalnym facetem przeżywającym typowy kryzys wieku średniego? Że pewnego dnia, gdy Anemone stanie się dla ciebie niewygodna, też ją zostawisz?

Eric westchnął. Liv na widok współczucia w jego oczach poczuła się jeszcze gorzej.

– Liv, bądźże uczciwa. Czy naprawdę jeszcze mnie kochałaś, gdy się rozstawaliśmy?

Nie odpowiedziała. Jak mogła go przekonać, że kochałaby go aż do śmierci, gdyby tylko dał jej szansę? Że tak powinno być pomiędzy ludźmi, którzy ślubowali sobie wspólne życie. Prawdę mówiąc, na koniec nieszczególnie go lubiła. Ale była gotowa nad tym popracować, podjąć próbę odnalezienia drogi do tego, co ich kiedyś łączyło. Jej rodzice nigdy nie mieli takiej szansy; ojciec zmarł, gdy Liv była małym dzieckiem, a potem jej matka szukała szczęścia w wielu związkach. Liv przysięgła sobie, że inaczej pokieruje swoim życiem. Ale może ludzie są skazani na powielanie błędów przodków?

W gruncie rzeczy Eric miał rację. Nie pasowali do siebie. Może od początku? Może pójście własnymi drogami to najlepsze, co mogą zrobić? Jednak ciągle miała wrażenie, że ją zawiódł, gdy najbardziej go potrzebowała.

Gdy cisza się przeciągała, Eric znów przemówił.

– Co teraz zamierzasz? Spróbujesz wrócić do firmy? Wiesz, że wystawię ci rekomendację, jeśli byłaby potrzebna.

Liv zagryzła wargę; nie cierpiała, gdy na nią patrzył tak, jakby była godna politowania. To on zasugerował, zaledwie rok temu, żeby zrezygnowała ze stanowiska wicedyrektorki działu marketingu w Bergmanie, firmie, w której się poznali piętnaście lat temu i w której pracowali ramię w ramię przez półtorej dekady; on piął się w hierarchii działu finansowego, podczas gdy ona awansowała na szczyt działu marketingu. Byli idealną parą ludzi sukcesu – do czasu.

„Jeśli chcesz po raz trzeci poddać się in vitro, może powinnaś zostać w domu i skupić się na tym – zasugerował w czerwcu ubiegłego roku. – Gdy doczekamy się dziecka, i tak weźmiesz urlop, prawda?”.

Niechętnie się zgodziła, a teraz widziała, że posłuchanie jego rady było błędem; zrobiła pierwszy krok, by sama wypchnąć się za drzwi własnego życia. W rezultacie, gdy wszystko się posypało, pozostała z niczym – bez dziecka, męża, pracy i oszczędności. Była całkowicie zagubiona.

– Zastanowię się – wymamrotała.

– Dobrze, że przynajmniej masz babcię. – Eric wykrzywił usta. – Nie wątpię, że ci pomaga, prawda?

– Jest bardzo szczodra – odpowiedziała sztywno Liv. – Na pewno zdaje sobie sprawę, że udzieliła mi złej rady.

Zanim Liv poślubiła Erica, babcia Edith – bogata, ekscentryczna matka jej ojca, która mieszkała w Paryżu – nalegała na intercyzę przedmałżeńską zapewniającą w razie rozwodu rozdzielność majątkową. W zamierzeniu miało to pozbawić Erica praw do majątku, który kiedyś będzie dziedzictwem Liv. Ale ponieważ babcia nadal żyła, a Eric zarabiał sześciocyfrową kwotę rocznie, podczas gdy Liv była bezrobotna, podpisanie tego dokumentu z dzisiejszej perspektywy wydawało się szalonym błędem. Dobrze, że babcia zaoferowała się płacić za jej mieszkanie, dopóki Liv nie ułoży sobie życia na nowo. Eric nie musiał jej tego przypominać. Liv i tak czuła się winna.

– A jednak wtedy się przy tym upierała. – Zaśmiał się cicho. – No, Liv, lecę już do biura. Ale daj mi znać, jeśli będziesz czegoś potrzebowała, dobrze? A więc, jak sądzę, do zobaczenia.

Nie czekał na jej odpowiedź. Wyszedł, nie oglądając się za siebie. Liv zamknęła za nim drzwi z poczuciem, że ostatecznie zamyka za sobą przeszłość i wkracza w niepewną przyszłość.

Godzinę później Liv zebrała się na odwagę, żeby otworzyć ostatni karton przyniesiony przez Erica. Poczuła się tak, jakby dostała cios w żołądek, gdy przecięła taśmę, rozchyliła klapy i znalazła w środku ślubny album oraz dwa pudełka po butach pełne zdjęć z ich wspólnego życia, zdjęć, które wyraźnie nic już dla niego nie znaczyły. Przejrzała leżące na wierzchu fotografie z miesiąca miodowego: ona i Eric stoją na plaży na Maui z drinkami kokosowymi w rękach i uśmiechają się do siebie promiennie – zanim wcisnęła je z powrotem do kartonu i cofnęła się przezornie, jakby sama ich bliskość mogła ją zranić.

Rozległo się mocne pukanie do drzwi. Liv podniosła wzrok. Nie spodziewała się nikogo, a zresztą podała swój nowy adres tylko garstce ludzi. W trakcie małżeństwa z Erikiem jej jedynymi przyjaciółmi byli współpracownicy z Bergmana, a gdy w zeszłym roku przestała pracować, nikt z nich nie podtrzymał z nią kontaktu, co wzmogło jej poczucie, że oto sama wykluczyła się ze swojego życia. Czyżby Eric wrócił, żeby pozbyć się jeszcze jednego pudła wspomnień? Zastanawiała się, czy w ogóle otworzyć, ponieważ nie miała ochoty znów go oglądać. Pukanie rozległo się ponownie, jeszcze głośniejsze, bardziej natarczywe.

Podniosła się i spojrzała przez wizjer; musiała kilkakrotnie zamrugać, żeby w końcu do niej dotarło, kogo widzi. W słabo oświetlonym holu stała jej niezwykle żwawa dziewięćdziesięciodziewięcioletnia babcia – z białymi włosami upiętymi w staranny kok, w doskonale dopasowanym szarym żakiecie Chanel i nienagannie skrojonych czarnych spodniach.

– Babcia Edith? – spytała Liv z niedowierzaniem, otwierając drzwi.

Starsza kobieta zacisnęła usta i ściągnęła starannie pomalowane brwi.

– Doprawdy, Olivio, a więc to tak się ubierasz, gdy mnie nie ma, żeby cię przypilnować? – Przytyk złagodzony miękkim francuskim akcentem zabrzmiał prawie uprzejmie. – Czy nie uczyłam cię czegoś innego?

– Nie spodziewałam się ciebie... – Liv zerknęła na swoje podarte dżinsy i znoszony T-shirt, w które przebrała się po wyjściu Erica, idealne ciuchy do rozczulania się nad sobą. – A powinnam się ciebie spodziewać?

– Ale tu jestem, prawda?

– Co robisz w Nowym Jorku? – Liv rozmawiała z babcią zaledwie trzy dni temu, gdy Edith zadzwoniła, by spytać, kiedy zapadnie wyrok w sprawie rozwodu. Nie było wówczas mowy o podróży transatlantyckiej z Paryża. A przecież w tym wieku nie rusza się w taką podróż ot tak, z godziny na godzinę. Należałoby chociaż wspomnieć o przylocie do Nowego Jorku.

– Przyjechałam po ciebie, oczywiście. Nie zamierzasz mnie zaprosić? Marzę o martini. I nie chcę słyszeć, że nie masz dżinu. Musiałabym natychmiast się ciebie wyrzec.

– Oczywiście, że mam dżin. – Liv nie posiadała się ze zdumienia. Odsunęła się na bok, żeby wpuścić babcię. Przemknęło jej przez myśl, że nigdy nie ściskają się na powitanie, jak robią to na ogół ludzie.

– D’accord. A masz pod ręką trochę oliwek nadziewanych pleśniowym serem? – spytała przez ramię starsza pani, gdy Liv, zamknąwszy drzwi, podążała za nią. Liv zauważyła, że jej babcia nie ma ze sobą nic oprócz nieśmiertelnej torebki Kelly.

– Gdzie twój bagaż, babciu?

Edith zignorowała pytanie.

– W ostateczności mogą być oliwki nadziewane czosnkiem.

– Hmm, chyba mam tylko zwyczajne.

Edith chrząknęła głośno, ale wydawało się, że akceptuje ten wybór; usiadła na kanapie w salonie.

Liv w milczeniu przygotowała drinka; miała w tym niejaką wprawę, bo robiła to, odkąd skończyła dziewięć lat. Solidna dawka dżinu, kapka wytrawnego wermutu, kilka kropli oliwy, wstrząśnięte z lodem, a potem przecedzone.

– Powinnaś najpierw schłodzić szklankę, Olivio – pouczyła Edith z wyrzutem, gdy Liv podała jej drinka. – Ty się nie napijesz?

– Jest druga po południu. Nadal usiłuję rozgryźć, co tu robisz.

Starsza kobieta pokręciła głową.

– Naprawdę musisz być taka zasadnicza? – Upiła spory łyk. – No, dobrze. Jeśli musisz wiedzieć, jestem tu dlatego, że dziś wreszcie pozbyłaś się oficjalnie tego drania, tego bezużytecznego salaud. Przykro mi to mówić, ale...

– A więc przyjechałaś, żeby napawać się swoim triumfem.

Edith wypiła kolejny łyk martini, a Liv przelotnie zauważyła, że ręka babci drży.

– W żadnym razie – powiedziała. – Przyjechałam, żeby pomóc ci się spakować.

– Spakować?

Edith westchnęła z emfazą, wstała i wskazała ręką sypialnię.

– No, pospiesz się! Już jesteśmy spóźnione.

– Na co spóźnione?

 

– Na nasz lot.

Liv wpatrywała się w starszą kobietę jak zamurowana.

– Dość rozczulania się nad sobą, Olivio. Samolot odlatuje za cztery i pół godziny, a wiesz, jakie są procedury bezpieczeństwa na JFK.

– Babciu, o czym ty, na Boga, mówisz?

– Postaraj się nadążać, moja droga. – Edith przewróciła oczami i wysączyła resztę drinka. – Jedziemy do Paryża, rzecz jasna.

ROZDZIAŁ TRZECI
Maj 1940

INČS

Piwnice pod posiadłością Chauveau były ciemne, wilgotne i chłodne. Tunele o kamiennych łukowatych ścianach, wydrążone w miękkiej kredzie i wapieniu, trzymały wilgoć tak samo jak wtedy, gdy pradziadek Michela budował je przed siedemdziesięcioma laty, i dzięki temu doskonale nadawały się do przechowywania butelek z szampanem, zanim ten wspaniały trunek dojrzeje.

Michel opowiedział Inčs historię rodzinnej posiadłości, gdy zaczęli się spotykać półtora roku temu. Przodkowie jego ojca byli vignerons z dziada pradziada, uprawiali winorośl od szesnastego wieku, ale dopiero na początku wieku dziewiętnastego rodzina Michela zaczęła produkować własne wino. W pobliskim Reims i Épernay, i nawet w gminie A˙, potężni producenci szampana dorobili się fortun, podczas gdy plantatorzy w małych wioskach nadal żyli jak chłopi. Gdy w 1839 roku prapradziadek Michela ożenił się z córką magnata tekstylnego, nareszcie miał pieniądze na zakup sprzętu i zaopatrzenia.

Interes rozwijał się powoli i niemal załamał się, gdy ekscentryczny pradziadek Michela popadł w obsesję budowy sieci piwnic pod posiadłością, aby rywalizować z wydrążonymi w kredzie crayčres wielkich domów z Reims. Podziemne korytarze, których budowę rozpoczął w 1870 roku, były tak kręte i skomplikowane, że Inčs w pierwszych dniach swego pobytu w Maison Chauveau zgubiła się w piwnicach na długie godziny, doświadczając koszmarnej traumy. Michel odnalazł ją dopiero po zapadnięciu zmroku.

– Tunele mają wiele kilometrów i są bardzo pogmatwane – tłumaczył łkającej żonie, gdy wyprowadzał ją na wieczorne świeże powietrze. – Nie martw się, kochanie. Nauczysz się po nich poruszać.

Oczywiście Michel znał na pamięć każdy centymetr labiryntu, jako chłopiec bawił się tu w chowanego, wyżłobił w ścianie swoje imię obok imion przodków, ukrywał się tu podczas Wielkiej Wojny, gdy bomby szatkowały ziemię na powierzchni. Ale nawet po roku od tej koszmarnej przygody Inčs nie mogła się przyzwyczaić do panujących w piwnicach ciszy i mroku, do widoku butelek, w których dojrzewał trunek, tłoczących się w niszach jak ponure małe trumienki. Nie przyzwyczaiła się do nieustającego chłodu, jakby pory roku na ziemi nie istniały, ani do wiatru, który czasami wył przy głównym wejściu – dźwięku przywodzącego na myśl złe duchy i wilki z bajek.

To miała być bajka – pomyślała z ukłuciem żalu, przystając, żeby rozmasować bolące ramię.

Gdy poznała Michela w listopadzie 1938 roku, wydawali się doskonałą parą; on był urzeczony jej młodością i optymizmem, a ona równie poruszona jego rzetelnością, mądrością oraz zafascynowana jego pracą przy tworzeniu szampana, powszechnie znanego w całej Francji. Wszystko wydawało się magiczne. Kto by pomyślał, że zaledwie siedemnaście miesięcy później, ubrana w robocze buty, będzie przesuwała dwudziestokilowe skrzynki wina w stronę sekretnej piwnicy, którą podczas Wielkiej Wojny skonstruowali rodzice Michela, aby ukryć najbardziej wartościowe przedmioty.

Była to pomysłowa skrytka. Gdy Michel pokazał ją Inčs tuż po tym, jak we wrześniu Francja wypowiedziała wojnę Hitlerowi, po prostu szczęka jej opadła; nigdy by się nie domyśliła, że za nieprzeniknioną ścianą czai się ogromna przestrzeń. Tajemne drzwi otwierały się na zawiasach zamaskowanych pomiędzy kamieniami, a zamknięte wyglądały jak część starego muru zbudowanego dziesiątki lat temu z kamienia i kredy. Strzegła ich specjalnie zamówiona figura Madonny, umieszczona tak, by wyglądała na przytwierdzoną na stałe, chociaż posąg Dziewicy bez trudu można było ruszyć z miejsca. Inčs przekonała się o tym osobiście, ponieważ tego ranka musiała sama ją przesunąć, by uzyskać dostęp do kryjówki, do której powoli znosili butelki przeznaczone do dalszego leżakowania.

Gdy stała tu teraz sama, czując ból w ramionach i plecach, przebiegł po jej ciele złowrogi dreszcz. W pewną burzliwą styczniową noc, gdy leżeli w łóżku, a na dworze wiatr smagał winnice, Michel przepowiadał okropny rok dla Szampanii – złe zbiory, klęskę dla całego regionu. Inčs pomyślała, że jest zbytnim pesymistą, ale teraz, gdy Niemcy przekroczyli granicę, zastanawiała się, czy jak zwykle nie miał racji. Chociaż szanowała jego intelekt, czasami jego nieomylność ją przytłaczała. Nie potrafiła mu się przeciwstawić i odważyć się na wyrażenie własnych opinii.

– Inčs? Jesteś tu? – Głos niósł się z góry, ze szczytu kamiennych schodów wiodących do głównego wejścia do piwnic, znajdującego się za masywnymi drewnianymi drzwiami na tyłach château, rezydencji, w której mieszkali. Inčs na chwilę przymknęła oczy. Była to Céline, żona Theo Laurenta, chef de cave Michela. – Michel powiedział, że przyda ci się pomoc!

– Tak, jestem tu! – zawołała, starając się, by jej głos zabrzmiał przyjacielsko. Podrapała się po lewym ramieniu; był to dziecinny nawyk, od którego matka próbowała ją odzwyczaić. Pouczała, że to nie przystoi damie, jaskrawoczerwone ślady po zadrapaniach są nieestetyczne i dziecinne. Jednak natręctwo powracało, gdy Inčs była na granicy nerwowego załamania. – Właśnie wracam do piwniczki z ostatnią partią rocznika dwadzieścia osiem.

– C’est bon. Już do ciebie idę.

Usłyszała ciężkie kroki na schodach; Céline zdjęła swoje stylowe pantofelki wiele miesięcy temu, gdy w departamencie Marne zabrakło mężczyzn do pracy, i teraz prawie codziennie nosiła robocze buty. Była silniejsza od żony Michela, bardziej pewna siebie; Inčs czuła się przy niej jak niedoświadczona dziewczynka, chociaż była zaledwie o rok młodsza.

Inčs usiłowała zabrać się energicznie do pracy, ale nie miała takiej wprawy jak Céline i za nią nie nadążała – dosłownie pozostawała w tyle. Inčs nie miała zdolności degustacyjnych, chociaż próbowała je w sobie wyrobić, ani umiejętności butelkowania zblendowanego wina; żadnego wyczucia do przekręcania leżakujących butelek, co należało robić sprawnie. Podejrzewała, że inni uważają ją za leniwą, ale tak naprawdę była niezdecydowana i niepewna; a ilekroć stłukła butelkę, jej zaufanie do siebie malało. Czuła, że do niczego się nie nadaje.

Co za ironia, że jeszcze nie tak dawno Michel chciał, żeby właśnie taka była. Gdy oświadczał się jej półtora roku temu, zapewnił, że się nią zaopiekuje, że nie chce, by choć kiwnęła palcem.

– Ale ja chętnie pomogę – próbowała protestować.

– Moją powinnością jest się tobą opiekować – stwierdził, szorstką dłonią delikatnie ujmując jej podbródek i patrząc jej w oczy. – Nie musisz pracować.

– Ale...

– Proszę, moja droga – przerwał. – Mój ojciec nigdy nie poprosił matki, żeby pomagała przy produkcji szampana i ja też nie zamierzam tego robić. Teraz będziesz panią domu.

Ale gdy we wrześniu wypowiedziano wojnę i mobilizacja zabrała im pracowników, Michel zmienił zdanie; mamrocząc przeprosiny, prosił ją o wykonywanie drobnych zadań. Inčs przy każdej okazji zapewniała, że wszystko w porządku i naprawdę chce pomagać, ale gdy jesień przeszła w zimę i brak rąk do pracy dawał im się coraz dotkliwiej we znaki, zlecał jej coraz to nowe obowiązki. Uwijała się, by zrobić wszystko, o co prosił, ale nowe wyzwania nastręczały jej trudności i w miarę upływu miesięcy czuła, że rozczarowanie Michela się pogłębia.

Zdobyła się na uśmiech, gdy Céline wychynęła zza węgła. Nawet w spłowiałych spodniach i zabłoconych butach była piękna, co irytowało Inčs, chociaż wiedziała, że to irracjonalne. Po chwili przyjrzała się baczniej drugiej kobiecie. Nawet w przyćmionym świetle widać było, że oczy ma obwiedzione czerwoną obwódką.

– Dobrze się czujesz? – spytała.

Céline szybko pochyliła głowę, ukrywając twarz pod kurtyną długich, brązowych włosów.

– Tak, świetnie.

– Ale płakałaś?

Inčs zdawała sobie sprawę, że jest nietaktowna. Jednak po co Céline udaje, że jest normalnie, przecież na ich oczach świat się rozpada. Przez rok, odkąd Inčs poślubiła Michela, kobiety nie zdołały się zaprzyjaźnić, chociaż Inčs się starała. Céline była cicha i poważna, stąpała po ziemi twardo i z posępną miną, podczas gdy Inčs robiła, co w jej mocy, żeby patrzeć na świat z jaśniejszej strony. Miesiąc po swoim przybyciu do Maison Chauveau podsłuchała, jak Céline szepcze do Theo, że drażni ją ciągły optymizm Inčs, bo jest tak bardzo naiwny. Od tamtej pory Inčs rozumiała zniecierpliwione spojrzenia, które czasami Céline rzucała w jej stronę.

Céline wciągnęła drżący oddech.

– Tak, płakałam. Martwię się o swoją rodzinę.

– Aha. – Inčs się zmieszała. – Ale... chyba u nich wszystko w porządku? Jestem pewna, że Niemcy nie robią krzywdy cywilom.

Céline wydała z siebie dziwny dźwięk, ni to śmiech, ni szloch.

– Inčs, nie pamiętasz, że moja rodzina to Żydzi?

– Tak, oczywiście – odparła, ale po prawdzie niewiele o tym myślała. W ciągu ostatnich kilku miesięcy, gdy docierały do nich wiadomości o obławach w Niemczech, kilkakrotnie w rozmowach napomykano o losie Żydów. Ojciec Céline i jego rodzina byli Żydami, ale jej matka, która zmarła dwa lata temu, była katoliczką. Inčs wiedziała, że Céline nie została wychowana na szczególnie religijną. – Nie musisz się martwić. W końcu to jest Francja.

Céline długo milczała i Inčs straciła już nadzieję, że doczeka się jakiejkolwiek odpowiedzi.

– Naprawdę myślisz, że to będzie miało znaczenie, gdy Niemcy przejmą tu nad wszystkim kontrolę? – powiedziała wreszcie.

Inčs zagryzła wargę. Dlaczego Céline patrzy na każdą sytuację, jakby to był koniec świata?

– Nie słychać, by cokolwiek tu przytrafiało się Żydom – odparła z przekonaniem. – Zobaczysz, będzie dobrze.

– Pewnie.

Céline odwróciła się bez dalszych słów. Inčs patrzyła, jak się pochyla, podnosi z podłogi skrzynkę z rocznikiem 1928 i z trudem oddala się korytarzem w stronę ukrytej piwnicy.

Inčs też chwyciła skrzynkę i pospieszyła za nią, choć jej plecy protestowały, a słabe bicepsy paliły.

– Pochodzisz z okolic Dijon, prawda?

– Tak, trochę bardziej na południe, z Nuits-Saint-Georges.

– A więc twój ojciec i dziadkowie są o wiele dalej od Niemców niż my, prawda? – Inčs wiedziała, że Dijon znajduje się jakieś trzysta kilometrów na południe od Szampanii. – Zapewne już ewakuują się na południe? – zapytała Inčs, pamiętając, jak Michel mówił, że setki tysięcy uchodźców blokują drogi, uciekając przed zbliżającymi się Niemcami.

– Nie. – Céline nie patrzyła, gdy Inčs stawiała skrzynkę na kamiennej podłodze ukrytej piwnicy. – Mój ojciec zarządza winnicą, a prawie wszystkich pracowników wysłano na front. Czuł, że nie może wyjechać. Jest bardzo lojalny wobec właściciela, który zawsze w stosunku do niego był w porządku. Moi dziadkowie postanowili zostać razem z nim.

Inne książki tego autora