Słodycz zapomnienia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział szósty

Strudel Rose

STRUDEL

Składniki

3 jabłka Granny Smith, obrane, bez gniazd nasiennych, pokrojone w cienkie plasterki

1 jabłko Granny Smith, obrane, bez gniazd nasiennych, poszatkowane

szklanka rodzynek

½ szklanki posiekanej kandyzowanej skórki pomarańczowej (patrz przepis poniżej)

szklanka brązowego cukru

2 łyżeczki cynamonu

½ szklanki płatków migdałów

płat mrożonego ciasta francuskiego, rozmrozić

jajko

cukier cynamonowy do posypania (3 części cukru zmieszanego z 1 częścią cynamonu)

Przygotowanie

1. Wymieszać w dużej misce jabłka, rodzynki, kandyzowaną skórkę pomarańczową, brązowy cukier i cynamon. Odstawić na 30 minut.

2. Rozgrzać piekarnik do 200ºC.

3. Ułożyć na blasze cienką warstwę migdałów i wstawić do piekarnika na 7–9 minut, żeby lekko zbrązowiały. Wyjąć i odstawić na 5 minut do ostygnięcia. Wymieszać z masą jabłkową.

4. Przełożyć łyżką masę jabłkową na cedzak wyłożony szmatką i odcisnąć nadmiar wody. Ułożyć ciasto francuskie na natłuszczonej blasze. Lekko rozwałkować, nie rozrywając ciasta.

5. Rozsmarować masę jabłkową na cieście; ciasto zwinąć. Zwilżyć palce wodą, skleić wszystkie boki ciasta i mocno ścisnąć krawędzie.

6. Posmarować wierzch roztrzepanym jajkiem, zrobić 5–6 wąskich nacięć i posypać całość cynamonowym cukrem.

7. Piec 35–40 minut, aż będzie złotobrązowe.

KANDYZOWANA SKÓRKA POMARAÑCZOWA

Składniki

4 pomarańcze

8 szklanek wody

2 szklanki cukru

Przygotowanie

1. Obrać pomarańcze, starając się zdejmować całą skórkę lub najwyżej w 2 kawałkach.

2. Pokroić skórkę w wąskie paseczki.

3. Zagotować 6 szklanek wody, wrzucić skórki. Gotować 3 minuty, odsączyć i wypłukać skórki, po czym zagotować je ponownie (w ten sposób pozbywamy się goryczki).

4. Wymieszać 2 szklanki wody z 2 szklankami cukru i gotować, doprowadzając do wrzenia. Dodać skórki, zmniejszyć płomień i przykryć garnek. Gotować na małym ogniu 45 minut.

5. Wyjąć skórki z wody łyżką cedzakową i ułożyć do wyschnięcia. Przed ich użyciem do powyższego przepisu odczekać co najmniej 2 godziny. Resztę zamoczyć w ciemnej czekoladzie. W ten sposób otrzymamy pyszny deser.

Rose

Obudziwszy się tego ranka, Rose wiedziała. Zupełnie jak za dawnych czasów, gdy czuła w kościach, co się stanie, zanim się wydarzyło.

Tak było dawniej, ale ostatnio, gdy choroba Alzheimera okradła ją z mniej odległych przeżyć, było tak, jakby chronologia jej życia złożyła się na podobieństwo harmonii. Zginając i ściskając minione lata, sprawiała, że przeszłość stawała się bliższa niż teraźniejszość.

Ale tego dnia Rose pamiętała wszystko: swoją rodzinę, przyjaciół, życie, które niegdyś wiodła. Zamknęła na chwilę oczy, pragnąc na nowo zapaść się w nieświadomość, z jakiej się wydobyła. Bywały dni, gdy choroba ją przerażała, ale kiedy indziej stanowiła pociechę. Rose nie była gotowa na taki wyraźny wgląd w przeszłość. Uniosła jednak powieki i spojrzała na kalendarz na szafce nocnej. Co wieczór, przed zamknięciem oczu, skreślała w nim dzień, który minął. Utraciła wiele, ale wciąż potrafiła kontrolować bieżącą datę. Czerwony X na kalendarzu informował ją, że jest 29 września, dzień szczególny. Wiedziała, że jasność umysłu owego dnia to znak z niebios. Dlatego spędziła ranek, spisując wszystko, jak najlepiej potrafiła, w liście zaadresowanym do wnuczki. Pewnego dnia Hope przeczyta go i zrozumie. Ale jeszcze nie teraz. Relacja wciąż była niepełna. Gdy Rose tuż przed lunchem zaklejała kopertę, czuła pustkę i smutek, jakby właśnie zapieczętowała cząstkę siebie. I w jakimś sensie tak właśnie było.

Starannie wykaligrafowała adres Thoma Evansa, prawnika, który spisał jej ostatnią wolę, i poprosiła jedną z pielęgniarek, aby przykleiła znaczek i nadała list. Następnie usiadła i sporządziła listę. Chociaż drżały jej ręce, stawiała duże, staranne, drukowane litery.

Tego samego dnia, nieco później, jadąc samochodem na plażę z Hope i Annie, trzykrotnie sprawdzała kieszeń spódnicy, żeby się przekonać, czy lista wciąż się tam znajduje. Miała dla niej ogromne znaczenie. Wkrótce Hope również pozna prawdę. Nie można dłużej powstrzymywać wspomnień.

Teraz, stojąc na spiętrzonych skałach, pomiędzy wnuczką a prawnuczką, w blednącej heure bleue, spoglądała na niebo i oddychała zgodnie z rytmem oceanu, trzymając w dłoniach Gwiezdny Placek. Wrzuciła do wody pierwszy kawałek i wymówiła słowa tak cicho, że poprzez hałas rytmicznie uderzających fal nie słyszała samej siebie.

– Przepraszam, że odeszłam – wyszeptała na wiatr. – Przepraszam za decyzje, które podjęłam. – Kawałeczek ciasta upadł na falę. – Przepraszam za ludzi, których skrzywdziłam. – Wiatr unosił jej słowa w dal.

Rzucając do oceanu fragmenty ciasta, spojrzała na Hope i Annie. Obie wpatrywały się w nią z zakłopotaniem. Poczuła się winna, że je przeraża, ale już wkrótce zrozumieją. Nadszedł czas.

Uniosła wzrok w niebo i cicho przemówiła do Boga słowami, których nie wypowiadała na głos od sześćdziesięciu lat. Nie spodziewała się przebaczenia. Wiedziała, że na to nie zasługuje. Ale chciała, by Bóg wiedział, że jest jej przykro.

Nikt nie znał prawdy. Nikt oprócz Najwyższego i oczywiście Teda, który umarł przed dwudziestu laty. Ted był dobrym, miłym człowiekiem. Papa dla Josephine, grandpa dla Hope. Okazywał im miłość i ona mu będzie za to zawsze wdzięczna, ponieważ sama tego nie potrafiła. Wciąż się jednak zastanawiała, czy kochałby ją tak bardzo, gdyby znał całą prawdę. Wiedziała, że Ted się domyśla, ale gdyby mu ją wyznała, zdruzgotałaby mu duszę.

Rose westchnęła głęboko i spojrzała w oczy Hope, wnuczki, którą zawiodła. Matka Hope, Josephine, cierpiała z powodu błędów Rose. Tak jak Hope. Nawet teraz widziała to w jej oczach i w tym, jakie wiodła życie. A potem popatrzyła na Annie, która sprawiła, że powróciły wszystkie wspomnienia. Miała nadzieję, że prawnuczkę czeka lepsza przyszłość.

– Chcę, żebyś coś dla mnie zrobiła – powiedziała wreszcie, zwracając się do wnuczki.

– Czego potrzebujesz? – spytała Hope łagodnie. – Zrobię, co tylko zechcesz.

Hope nie wiedziała jeszcze, na co się godzi, ale Rose nie miała wyboru.

– Musisz pojechać do Paryża – powiedziała spokojnie.

Hope zrobiła wielkie oczy.

– Do Paryża?

– Do Paryża – powtórzyła Rose stanowczo.

Zanim Hope zdążyła o cokolwiek zapytać, Rose mówiła dalej:

– Musisz się dowiedzieć, co się stało z moją rodziną. – Sięgnęła do kieszeni i wyjęła listę nazwisk oraz starannie wypisany czek na tysiąc dolarów – sumę wystarczająco wysoką, by kupić bilet na samolot do Francji. – Muszę się dowiedzieć – cicho powtórzyła. Fale wspomnień rozbijały się o tamę, którą wzniosła; Rose broniła się przed powodzią.

– Z twoją... rodziną? – ostrożnie spytała Hope.

Rose skinęła głową. Jej wnuczka rozłożyła kartkę papieru. Szybko objęła wzrokiem siedem nazwisk.

Siedem nazwisk, pomyślała Rose. Spojrzała w górę na gwiazdy Wielkiego Wozu, które zaczęły pojawiać się na niebie.

– Muszę się dowiedzieć, co się stało – powiedziała. – I ty także, Hope.

– O co chodzi? – wtrąciła się Annie. Była przestraszona i Rose pragnęła ją pocieszyć, ale wiedziała, że najlepszą pociechą będzie prawda. Ona sama nigdy nie żyła w prawdzie. Zresztą Annie ma już dwanaście lat. Wystarczająco wiele, by się dowiedzieć. Jest o dwa lata młodsza niż Rose, w chwili gdy zaczęła się wojna.

– Kim są ci ludzie? – spytała Hope, znów spoglądając na listę.

– To moja rodzina – odparła Rose. – Twoja rodzina. – Na chwilę przymknęła powieki i poszukała tych nazwisk w sercu, które, co zdumiewające, biło przez tak wiele lat.

Albert Picard, ur. 1897

Cecile Picard, ur. 1901

Helene Picard, ur. 1924

Claude Picard, ur. 1929

Alain Picard, ur. 1931

David Picard, ur. 1934

Danielle Picard, ur. 1937

Otworzywszy oczy, stwierdziła, że Hope i Annie przypatrują jej się z uwagą.

– Twój pradziadek pojechał do Paryża w 1949 – zaczęła. Mówiła głosem pełnym napięcia, nawet po tak wielu latach, bo trudno było wypowiedzieć te słowa. Znowu opuściła powieki i wspominała. Twarz Teda po powrocie do domu. Nie był w stanie spojrzeć jej w oczy. Powoli przekazywał jej wiadomości o ludziach, których tak bardzo kochała.

– Wszyscy umarli – odezwała się Rose po chwili. Spojrzała na Hope. – Wtedy chciałam wiedzieć tylko tyle. Poprosiłam twojego dziadka, by nie mówił nic więcej. Moje serce by tego nie zniosło.

Dopiero wtedy, gdy przywiózł te wiadomości, w końcu zgodziła się wrócić z nim do miasteczka na Cape Cod, gdzie się urodził i wychował. Wcześniej zdecydowana była mieszkać w Nowym Jorku, na wszelki wypadek. Wierzyła, że spotka się z nimi w miejscu, które sobie wyznaczyli wiele lat temu. Ale teraz nie miała nikogo. Została sama.

– Ci wszyscy ludzie? – spytała Annie, przerywając milczenie, przywracając Rose do teraźniejszości. – Wszyscy, jakby, umarli? Co się stało?

Rose milczała przez chwilę.

– Świat się zawalił – powiedziała w końcu. Tylko tak potrafiła jej to wytłumaczyć; i nie minęła się z prawdą. Świat się zapadł, skręcając się i fałdując w coś, czego nie rozpoznawała.

– Nie rozumiem – wymamrotała Annie. Miała przerażoną minę.

Rose westchnęła głęboko.

– Niektórych tajemnic nie można wyjawić zbyt wcześnie – powiedziała. – Toteż, wiedząc o tym, kiedy zaczęłam tracić pamięć, na wiele lat zachowałam moich bliskich w sercu.

 

Zerknęła na Hope. Wiedziała, że wnuczka dołoży wszelkich starań, by kiedyś jak najlepiej wytłumaczyć to Annie. Ale najpierw musi zrozumieć sama. Dlatego powinna pojechać tam, gdzie się to wszystko zaczęło.

– Proszę cię, Hope, wyrusz jak najprędzej. Nie wiem, ile zostało mi czasu.

Wreszcie to uczyniła. Złożyła ofiarę. Powiedziała więcej niż w ciągu sześćdziesięciu dwóch lat, czyli od chwili, gdy Ted wrócił z wiadomością. Spojrzała na gwiazdy i znalazła tę, którą nazwała Papa, tę, którą nazwała Maman, te, które nazwała Helene, Claude, Alain, David, Danielle. Brakowało jeszcze jednej. Nie mogła jej odnaleźć, chociaż bardzo się starała. I wiedziała, zawsze wiedziała, że to z jej winy jego tam nie ma. Jakaś jej cząstka pragnęła, by wnuczka podczas pobytu w Paryżu poznała prawdę na jego temat. Była pewna, że to odkrycie odmieniłoby życie Hope.

Hope i Annie wciąż zadawały pytania, ale Rose już ich nie słyszała. Zamknęła oczy i zaczęła się modlić.

Rozdział siódmy

– Masz pojęcie, o czym ona, jakby, mówiła? – pyta Annie, gdy wsiadłyśmy do samochodu, odwiózłszy Mamie.

Gmera przy pasie bezpieczeństwa, usiłując go zapiąć. Dopiero widząc, że drżą jej dłonie, stwierdzam, że moje także dygoczą.

– To znaczy, jakby, kim są ci ludzie? – Annie w końcu zapięła pas i spogląda na mnie. Na jej gładkim czole obok nielicznych piegów, które blakły, odkąd ubywało słońca, pojawiła się zmarszczka. – Przecież panieńskie nazwisko Mamie nie brzmi Picard. Nazywała się Durand.

– Wiem – odpowiadam półgłosem.

Gdy Annie była w piątej klasie, uczniowie mieli za zadanie narysować drzewo genealogiczne. Bez powodzenia usiłowała odszukać korzenie Mamie w sieci, bo we wczesnych latach czterdziestych było zbyt wielu imigrantów o nazwisku Durand. Annie dąsała się z tego powodu przez jakiś tydzień, zła na mnie, że nie przyszło mi do głowy, by wypytać o przeszłość Mamie, zanim zaczęła tracić pamięć.

– Może się pomyliła – mówi w końcu. – Miała na myśli Durand, a napisała Picard.

– Możliwe – odpowiadam powoli, ale wiem, że obydwie w to nie wierzymy. Mamie była przytomna jak przed laty. Doskonale wiedziała, co robi.

Resztę drogi pokonujemy w milczeniu. Ale przynajmniej nie jest to milczenie niezręczne. Annie nie ma do mnie żalu; myśli o Mamie.

Niebo prawie całkiem pociemniało. Wyobrażam sobie Mamie przy oknie, wypatrującą gwiazd, gdy zmierzch wreszcie ustępuje ciemnościom nocy. Tutaj, na Cape, zwłaszcza gdy letnicy gaszą światła, noce są niemal czarne. Większe ulice pozostają oświetlone, ale gdy skręcamy w Lower Road, a potem w Prince Edward Lane, słaba poświata Main Street zostaje za nami, a ostatnie wspomnienia po heure bleue znikają w ciemnej przepaści, czyli zachodniej części Cape Cod Bay.

Czuję się jak w mieście duchów, gdy skręcamy w Bradford Road. Siedem z dziesięciu budynków przy naszej ulicy to domy letniskowe, a teraz, po sezonie, stoją puste. Kieruję się na podjazd. Ten sam, na którym w lecie, będąc małą dziewczynką, łapałam nocami robaczki świętojańskie, a zimą pomagałam Mamie odgarniać śnieg, aby nasze stare combi mogło wyjechać.

Jeszcze jesteśmy w samochodzie, ale znajdujemy się zaledwie o przecznicę od plaży i dociera do mnie słony zapach, co oznacza, że nadciąga przypływ. Odczuwam nagłą chęć, by z latarką pobiec na plażę i zanurzyć stopy w spienionych falach. Ale opanowuję się, bo muszę wyprawić Annie do ojca.

Ona także jakoś nie spieszy się z wysiadaniem.

– Dlaczego Mamie tak bardzo chciała opuścić Francję? – pyta wreszcie.

– Panie Sullivan i Koontz powiedziały, że źle zniosła okropieństwa wojny. Myślę, że straciła rodziców. Mamie miała zaledwie siedemnaście lat, gdy porzuciła Paryż. A potem pewnie poznała twego dziadka i zakochała się w nim.

– W takim razie wszystko, jakby, zostawiła? – pyta Annie. – Nic dziwnego, że była smutna.

Kręcę głową.

– Nie wiem, jak było, kochanie.

Annie mruży oczy.

– Nigdy jej nie spytałaś? – Spogląda na mnie. Poznaję, że złość, która chwilowo ucichła, powraca.

– Oczywiście, że pytałam – mówię. – Gdy byłam w twoim wieku, wciąż dopytywałam się o jej przeszłość. Chciałam, żeby zabrała mnie do Francji i pokazała wszystkie znane z dzieciństwa miejsca. Wyobrażałam sobie, jak całymi dniami w berecie na głowie jeździ windą na wieżę Eiffla w towarzystwie pudla i jedząc bagietkę.

– To takie stereotypowe, mamo – zauważa moja córka, wywracając oczami. Ale jestem pewna, że gdy wysiada z samochodu, w kącikach jej warg czai się cień uśmiechu.

Także wysiadam i idę za nią przez trawnik. Wychodząc z domu, przez nieuwagę nie zapaliłam światła na ganku, więc teraz tracę Annie z oczu, tak jakby zupełnie pochłonęła ją ciemność. Przyspieszam kroku i przekręcam klucz w zamku.

W holu Annie ociąga się przez chwilę, spoglądając na mnie. Jestem pewna, że chce coś powiedzieć, ale gdy otwiera usta, nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Nagle odwraca się na pięcie i rusza do swojego pokoju, który mieści się w głębi domu.

– Będę gotowa za pięć minut! – woła przez ramię.

Ponieważ „pięć” zazwyczaj oznacza co najmniej dwadzieścia, jestem zaskoczona, gdy Annie pojawia się w kuchni po kilku minutach. Stoję przed otwartą lodówką, pragnąc, by kolacja sama się zrobiła. Jak na kogoś, kto przez cały dzień pracuje, szykując jedzenie, kiepsko zapełniam lodówkę.

– W zamrażalniku jest posiłek dietetyczny – informuje mnie Annie.

Odwracam się z uśmiechem.

– Najwyższa pora na wyprawę do sklepu.

– Nie – odpowiada. – Gdyby nasza lodówka była pełna, pomyślałabym, że trafiłam do cudzej kuchni.

– Ha, ha, bardzo śmieszne – mówię z szerokim uśmiechem. Zamykam lodówkę i otwieram drzwi zamrażarki, w której są dwie tacki kostek lodu, pół torebki orzechowych babeczek, torebka zamrożonego groszku i, jak powiedziała Annie, posiłek dietetyczny

– Przecież już jadłyśmy – mówi Annie. – Pamiętasz? Homarowe bułeczki.

Zamykam zamrażarkę.

– Pamiętam – odpowiadam. Zerkam na córkę, która stoi przy kuchennym stole. Obok na krześle leży jej torba.

Annie wywraca oczami.

– Jesteś dziwna. Jesz byle co za każdym razem, gdy odwiedzam tatę?

Odchrząkuję.

– Nie – kłamię. Mamie pozbywała się napięć, pracując w cukierni. Moja matka radziła sobie z nimi, wściekając się o byle co, i zwykle wysyłała mnie do mojego pokoju, wygarnąwszy najpierw, że jestem podłą córką. A ja, najwyraźniej opychając się niezdrowym jedzeniem.

– No dobrze, kochanie – mówię. – Masz wszystko, co trzeba? – Idę ku niej, poruszając się bardzo powoli, jakbym w ten sposób mogła zatrzymać ją dłużej. Przytulam ją, co w równym stopniu zaskakuje nas obie. Ale ona także mnie ściska, dzięki czemu ból serca na chwilę mija.

– Kocham cię, dziecinko – mamroczę z ustami w jej włosach.

– Ja też cię kocham, mamo – stłumionym głosem odzywa się Annie po chwili. – A teraz pozwolisz mi odejść, zanim mnie, jakby, udusisz?

Zakłopotana wypuszczam ją z objęć.

– Nie wiem, co robić z Mamie – mówię, gdy Annie sięga po torbę i zarzuca ją sobie na ramię. – Może opowiada jakieś bzdury.

Annie staje jak wryta.

– Co ty mówisz?

Wzruszam ramionami.

– Zupełnie straciła pamięć, Annie. To okropne, ale taka jest choroba Alzheimera.

– Dzisiaj miała doskonałą pamięć – odpowiada lodowatym tonem. Widzę, że gniewnie marszczy czoło.

– Tak, ale opowiadała o ludziach, o których nigdy nie słyszałyśmy... Musisz przyznać, że to nie miało sensu.

– Mamo – stanowczo mówi Annie, patrząc na mnie płonącym wzrokiem. – Pojedziesz do Paryża, prawda?

– Oczywiście – odpowiadam ze śmiechem. – A potem do Mediolanu na zakupy. I na narty w szwajcarskie Alpy. A potem może popływam gondolą w Wenecji.

Annie mruży oczy.

– Masz jechać do Paryża.

Widzę, że traktuje sprawę bardzo poważnie.

– Kochanie – odzywam się łagodnie. – To niemożliwe. Tylko ja mogę się zająć cukiernią.

– W takim razie zamknij ją. Na kilka dni. Albo ja się nią zajmę po szkole.

– To niemożliwe. – Myślę o tym, jak mało brakuje, bym wszystko straciła.

– Ale mamo!

– Kto mi zagwarantuje, że Mamie będzie pamiętała tę rozmowę?

– Właśnie dlatego musisz pojechać! Nie widziałaś, jakie to dla niej ważne? Chce, żebyś się dowiedziała, co się stało z tymi ludźmi! Nie możesz jej sprawić zawodu!

Wzdycham. Myślałam, że Annie zdaje sobie sprawę z tego, jak często jej prababcia mówi od rzeczy.

– Annie... – zaczynam.

Ale ona przerywa.

– A jeśli to jej ostatnia szansa? A jeśli to nasza ostatnia szansa, by jej pomóc?

Wzruszam ramionami. Milczę. Nie wiem, co odpowiedzieć. Nie potrafię wytłumaczyć, że balansujemy na krawędzi przepaści.

– Nienawidzę cię – syczy Annie, a potem obraca się na pięcie i wychodzi z kuchni. Mija kilka sekund i słyszę trzask drzwi frontowych. Biorę głęboki oddech i ruszam za nią, szykując się na milczącą podróż do jej ojca.

Następnego ranka po nieprzespanej nocy jestem w cukierni sama. Wsuwam do piekarnika ogromną blachę ciasteczek z cukrem i w tej samej chwili rozlega się stukanie w szklane szybki drzwi frontowych. Odkładam na bufet rękawice, otrzepuję z mąki fartuch i spoglądam na zegarek: jest piąta trzydzieści pięć. Dwadzieścia pięć minut do otwarcia. Wychodzę z kuchni przez wahadłowe ażurowe drzwi i widzę Matta, który osłania oczy dłońmi i przyciska twarz do szyby, próbując zajrzeć do środka. Zauważa mnie i szybko się cofa, a potem macha mi od niechcenia, jakby przed chwilą nie rozpłaszczał nosa o moje okno.

– Jeszcze zamknięte, Matt – mówię, przekręcając trzy zamki i uchylając drzwi. – To znaczy możesz wejść i poczekać, ale kawa jeszcze niegotowa i...

– Nie, nie. Nie przyszedłem na kawę – odpowiada. Milknie, a potem dodaje: – Ale jeśli niedługo będzie, poproszę kubek.

Znowu spoglądam na zegarek.

– Dobrze. – Na zmielenie ziaren, wsypanie ich do ekspresu i wciśnięcie guzika potrzeba nie więcej niż dwie minuty. Śpieszę się, przebiegając myślą, co jeszcze mam zrobić, zanim otworzę cukiernię. Matt wchodzi do środka i zamyka za sobą drzwi.

– Chciałem cię spytać, co zamierzasz, Hope – mówi, podczas gdy ekspres do kawy bulgocze i wypluwa pierwsze syczące krople do dzbanka.

Przez chwilę zastanawiam się, skąd wie, co powiedziała Mamie, ale potem zdaję sobie sprawę z tego, że chodzi mu o cukiernię i o bank, który jest gotów wszcząć postępowanie, by mi ją odebrać.

– Nie wiem, Matt – odpowiadam, nie odwracając się w jego stronę. Udaję, że jestem bardzo zajęta przygotowywaniem kawy. – Nie miałam kiedy się zastanowić. – Innymi słowy uchylam się przed odpowiedzią. To moja taktyka w przypadkach, gdy sprawy toczą się źle. Chowam głowę w piasek i czekam, aż burza minie. Czasami ta metoda działa. Przeważnie... Tyle że potem mam oczy pełne piasku.

– Hope... – zaczyna Matt.

Wzdycham i kręcę głową.

– Posłuchaj, jeśli przyszedłeś, żeby mnie przekonać, bym sprzedała cukiernię tym twoim inwestorom... Już ci mówiłam, że nie wiem, co robić. Nie jestem gotowa do...

– Tracisz czas – przerywa mi stanowczym tonem. – Musimy porozmawiać.

W końcu się odwracam. Matt stoi przy ladzie.

– Dobrze – mówię. Mam zaciśnięte gardło.

Matt milczy i strzepuje nieistniejący pyłek z klapy. Odchrząkuje. W powietrzu unosi się woń kawy. Jestem zdenerwowana, więc zaczynam mu ją nalewać, choć jeszcze nie jest gotowa. Dodaję śmietankę i cukier. Matt bierze kubek z moich dłoni i dziękuje skinieniem głowy.

– Chcę przekonać inwestorów, aby przyjęli cię na wspólnika – odzywa się wreszcie. – O ile zechcą przejąć cukiernię, czego jeszcze nie wiemy. Musieliby tutaj przyjść, popatrzeć, jak działasz, przejrzeć twoje księgi.

– Na wspólnika? – pytam. Staram się nie okazać, jak bardzo czuję się zraniona propozycją, że mogłabym mieć udział we własnym przedsiębiorstwie. – Czy to oznacza, że otrzymałabym pieniądze na spłacenie kredytu?

– Tak i nie – odpowiada Matt.

– Bo ja nie mam złamanego centa.

– Wiem.

Patrzę na niego i czekam, aż powie coś więcej.

– A jeśli pożyczyłabyś ode mnie?

Wytrzeszczam na niego oczy.

– Co takiego?

– Byłoby to czysto biznesowe posunięcie – dodaje szybko. – Mam w banku kredyt, Hope. Moglibyśmy pójść razem i powiedzieć, dajmy na to, siedemdziesiąt pięć do dwudziestu pięciu. Siedemdziesiąt pięć procent udziałów dla ciebie. Dwadzieścia pięć dla mnie. I będziesz mnie spłacać w comiesięcznych ratach. Ile będziesz mogła. W ten sposób zachowasz część cukierni...

 

– Nie mogę – mówię bez zastanowienia. Niewidzialne więzy zobowiązania zadusiłyby mnie. A pomysł, że Matt miałby udział w moim biznesie, wydaje mi się jeszcze gorszy niż alternatywa, że większa część mojej własności znajdzie się w rękach obcych ludzi. – To bardzo miła propozycja, Matt, ale nie mogę.

– Ja tylko podsuwam ci ją pod rozwagę, Hope – wyjaśnia pospiesznie. – To dla mnie prosta sprawa. Mam pieniądze. Szukam czegoś, w co mógłbym je zainwestować, a twoja cukiernia znajduje się w naszym mieście. Wiem, że wkrótce sobie poradzisz i... – Jego głos zamiera. Matt spogląda na mnie z nadzieją.

– Twoja oferta wiele dla mnie znaczy – odpowiadam łagodnie. – Ale wiem, co robisz.

– Co? – pyta.

– To jałmużna – mówię. Biorę głęboki oddech. – Żal ci mnie. I ja to doceniam, Matt, naprawdę. Tylko że nie potrzebuję twojej litości.

– Ale... – zaczyna, lecz znowu nie kończy.

– Posłuchaj, pójdę na dno lub sobie poradzę o własnych siłach, okej? – Milknę na chwilę i z trudem przełykam ślinę, starając się uwierzyć, że postępuję słusznie. – I może pójdę na dno. Może wszystko stracę. Może inwestorzy uznają, że moja cukiernia nie jest warta ich starań. – Wzdycham. – Ale jeśli tak się stanie, to znaczy, że tak miało być.

Matt pochmurnieje. Przez chwilę bębni palcami po kontuarze.

– Wiesz co, Hope? Zmieniłaś się – mówi wreszcie.

– To znaczy?

– Jesteś inna niż dawniej. W liceum nie pozwalałaś, by cokolwiek cię zniszczyło. Nie poddawałaś się. Zawsze oddawałaś ciosy. To właśnie lubiłem w tobie najbardziej.

Milczę. Wciąż czuję ściskanie w gardle.

– A teraz jesteś gotowa się poddać – dodaje po chwili. Unika mojego wzroku. – Po prostu... po prostu myślałem, że zareagujesz inaczej. Postępujesz tak, jakbyś pozwalała, by życie decydowało za ciebie.

Zaciskam wargi. Wiem, że nie powinnam martwić się tym, co pomyśli o mnie Matt, ale jego słowa mnie ranią. I to bardzo, choć przecież nie stara się być celowo okrutny. Ma rację; jestem inna niż dawniej. Patrzy na mnie przez dłuższą chwilę i kiwa głową.

– Myślę, że twoja matka byłaby zawiedziona.

Te słowa także zadają mi ból, i wiem, że tym razem po to właśnie zostały wypowiedziane. Ale Matt bardzo się myli. Moja matka, w przeciwieństwie do babci, nigdy nie przejmowała się cukiernią. Traktowała ją jak ciężar. Prawdopodobnie ucieszyłaby się, gdyby interes upadł za jej życia, bo mogłaby umyć od wszystkiego ręce.

– Możliwe – mówię.

Matt wyjmuje portfel i wyciąga z niego dwa banknoty jednodolarowe. Kładzie je na kontuarze.

Wzdycham.

– Nie bądź głuptasem. Kawa jest na koszt firmy.

Kręci głową.

– Nie potrzebuję twojej jałmużny, Hope. – Uśmiecha się. – Miłego dnia. – Zabiera kubek z kawą i szybko wychodzi. Jego sylwetka znika w ciemności. Wstrząsa mną dreszcz.

Przychodzi Annie. Prawie się do mnie nie odzywa. Pyta tylko, czy udało mi się zarezerwować lot do Paryża.

O jedenastej cukiernia jest pusta. Wyglądam na Main Street. Korony drzew zmieniają barwę. Wieje wietrzyk od morza i co chwila dąb traci trochę czerwonego listowia, a klon gubi liście pomarańczowe, które sfruwają niczym pełne wdzięku ptaki.

O wpół do dwunastej wciąż nie ma klientów, a w piekarniku mam blachę z Gwiezdnymi Plackami. Nie pozostaje mi nic innego, jak włączyć stary laptop, który trzymam pod ladą. „Pożyczyłam” urządzenie Wi-Fi z mieszczącego się obok sklepu Jessiki Gregory. Waham się. Czego właściwie szukam? Przygryzam wargę i w wyszukiwarce Google wypisuję pierwsze nazwisko z listy Mamie. Albert Picard. We Francji znajduje się lotnisko o takiej nazwie, nie sadzę jednak, by miało cokolwiek wspólnego ze spisem babci. Na wszelki wypadek czytam o nim w Wikipedii. Ale widzę, że chodzi o prowincjonalne lotnisko Albert, które mieści się w Pikardii, na północy Francji. Ślepa uliczka.

Szukam innych wyników. Jest jakiś Frank Albert Picard, amerykański prawnik, urodzony w Michigan, który zmarł na początku lat sześćdziesiątych zeszłego wieku. Mamie nie może chodzić o niego, gdyż ten człowiek nie ma żadnych powiązań z Paryżem. Dodaję słowo Paryż. Pojawia się kilku innych Albertów Picard, lecz żaden nie sytuuje się w czasach, gdy Mamie mieszkała we Francji.

Przygryzam dolną wargę i zawężam obszar poszukiwań. Wpisuję „Paryż w White Pages” i po kilku kliknięciach trafiam na stronę Pages Blanches, gdzie pytają mnie o nom i prénom. Z lekcji francuskiego w liceum pamiętam, że chodzi o nazwisko i imię, więc wpisuję Picard i Albert. Tam, gdzie mam wybrać Où, wybieram Paryż.

Pojawia się wykaz i moje serce bije mocniej. Czyżby to naprawdę było takie proste? Zapisuję numer, a następnie kasuję Albert i wprowadzam drugie imię z listy Mamie: Cecile. W Paryżu jest ich siedem, wśród nich cztery osoby zamieszczone tu jako C. Picard. Notuję ich telefony i ponawiam poszukiwania dla pozostałych imion: Helene, Claude, Alain, David i Danielle.

Kończę, zebrawszy trzydzieści pięć numerów. Wracam do Google, by sprawdzić, jak dzwoni się ze Stanów do Francji. Potem odczytuję to, co zanotowałam na temat pierwszego Picarda, i sięgam po telefon.

Waham się przez chwilę. Nie mam pojęcia, ile kosztują połączenia międzynarodowe, ponieważ nigdy z nich nie korzystałam. Ale jestem pewna, że muszą być bardzo drogie. Przypominam sobie o czeku na tysiąc dolarów, który wypisała dla mnie Mamie, i postanawiam pokryć nim rachunki za rozmowy z Francją, a resztę pieniędzy zwrócić na jej konto. Rozmowy telefoniczne będą o wiele tańsze od biletu lotniczego.

Zerkam na drzwi. Wciąż nie ma klientów. Ulica jest wyludniona, nadciąga burza, wiatr się wzmaga. Spoglądam na piekarnik. Na czasomierzu zostało trzydzieści sześć minut. Wdycham przesiąknięte cynamonem powietrze.

Wybieram pierwszy numer. Słychać dalekie kliknięcie, a potem kilka sygnałów. Ktoś podnosi słuchawkę.

– Allô? – odzywa się kobiecy głos. – Nagle uświadamiam sobie, że znam po francusku tylko podstawowe zwroty.

– Hm, halo – mówię nerwowo po angielsku. – Szukam krewnych Alberta Picarda.

Cisza.

Desperacko poszukuję właściwych słów w języku francuskim.

– Eee..., je chercher Albert Picard – próbuję, wiedząc, że nie mówię całkiem poprawnie. Mam jednak nadzieję, że przekazuję istotę rzeczy.

– Nie ma tu żadnego Alberta Picarda – odpowiada kobieta po angielsku, z silnym akcentem francuskim.

Moje serce zamiera.

– Och, przepraszam. Myślałam, że...

– Nie ma tu żadnego Alberta Picarda, bo to bezwartościowy łajdak – spokojnie oznajmia moja rozmówczyni. – Nie potrafi utrzymać łap z dala od innych kobiet. Skończyłam z nim.

– Och, przepraszam... – Milknę, bo nie bardzo wiem, co mogłabym powiedzieć.

– Nie jest pani jedną z nich, prawda? – pyta podejrzliwym tonem.

– Nie, nie – mówię pospiesznie. – Szukam kogoś, kogo dawno temu znała moja babcia albo może z kim była spokrewniona. Wyjechała z Paryża na początku lat czterdziestych dwudziestego wieku.

Kobieta wybucha śmiechem.

– Ten Albert ma zaledwie trzydzieści dwa lata. A jego ojciec ma na imię Jean-Marc. Więc nie tego Alberta Picarda pani szuka.

– Przepraszam – powtarzam. Spoglądam na listę. – A czy zna pani może Cecile Picard? Albo Helene Picard? Lub Claude Picard? Albo... – milknę. – Rose Durand? Rose McKenna?

– Nie – odpowiada kobieta.

– Szkoda – mówię zawiedziona. – Dziękuję, że poświęciła mi pani czas. I mam nadzieję, że sprawy z Albertem jednak się ułożą.

Kobieta prycha.

– A ja mam nadzieję, że go przejedzie taksówka.

Słychać kliknięcie. Zaskoczona jeszcze przez moment trzymam słuchawkę przy uchu. Kręcę głową, potem wybieram następny numer.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?