Słodycz zapomnienia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ta przytakuje.

– Nigdyśmy się dokładnie nie dowiedzieli, jak się poznali. Ale tak, Rose chyba mieszkała w Hiszpanii. A kiedy to, chyba w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym usłyszeliśmy, że wrócił do Ameryki i ożenił się z dziewczyną z Francji?

– Pod koniec tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego – poprawia ją pani Sullivan. – Pamiętam dokładnie. To były moje dwudzieste urodziny.

– Och tak, oczywiście. Płakałaś nad tortem urodzinowym. – Pani Koontz mruga do Annie. – Jako pensjonarka podkochiwała się w twoim pradziadku. Ale twoja prababcia skradła jego serce.

Pani Sullivan krzywi się.

– Była od nas o dwa lata młodsza i miała taki egzotyczny francuski akcent. A chłopcy są bardzo wrażliwi na akcent.

Annie znowu z zapałem przytakuje ruchem głowy, jakby instynktownie zdawała sobie z tego sprawę. Skrywam uśmiech, udając, że ścieram jakąś szczególnie oporną plamę. Babcia nigdy nie opowiadała mi, jak poznała dziadka. Rzadko mówiła o przeszłości, więc i mnie interesuje to, o czym wiedzą te starsze panie.

– Po otrzymaniu stopnia doktora nauk Ted dostał jakąś pracę w Nowym Jorku, w szkole średniej – znów zabiera głos pani Koontz. – A potem obydwoje przenieśli się na Cape. Wtedy on zaczął pracować w szkole Sea Oats.

Mój dziadek, który miał doktorat z pedagogiki, został dyrektorem w Sea Oats School, prestiżowej szkole prywatnej w naszym mieście. Były tam wtedy klasy od przedszkola do dwunastej. Ale teraz jest to tylko szkoła średnia. Tam właśnie uczęszcza Annie, kontynuując rodzinną tradycję.

– I babcia też przyjechała? – pyta. – Gdy Mamie i pradziadek przenieśli się tutaj?

– Wprowadzili się na Cape w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym. Pamiętam dokładnie, bo w tym samym roku wyszłam za mąż – potakuje pani Koontz. – Tak, o ile pamiętam, kiedy się tu osiedlili, Josephine poszła do pierwszej klasy.

– I wtedy Mamie założyła cukiernię? – pyta Annie.

– Wydaje mi się, że kilka lat później – mówi Koontz. – Ale twoja mama będzie chyba wiedziała lepiej. – Zwraca się do mnie: – Hope, kochanie?

Udaję, że nie słyszałam całej rozmowy.

– Tak? – wołam, unosząc głowę.

– Annie właśnie się zastanawia, kiedy twoja babcia założyła cukiernię.

– W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim – mówię, zerkając na córkę, która mi się przygląda. – Jej rodzice mieli chyba cukiernię we Francji. – Nigdy nie słyszałam nic więcej o przeszłości Mamie. Nie opowiadała o swoim życiu sprzed poznania mego dziadka.

Annie ignoruje mnie i znowu zwraca się do dwóch starszych kobiet.

– Ale nie znają panie nikogo o imieniu Leona? – pyta.

– Nie – odpowiada pani Sullivan. – Może to była przyjaciółka twojej prababci jeszcze z Francji.

– Tutaj nie miała żadnych przyjaciółek – dodaje pani Koontz. – Spogląda na mnie z poczuciem winy i dodaje szybko: – Jest oczywiście bardzo miła. Ale trzymała się na uboczu. To wszystko.

Zgodnie kiwam głową, ale zastanawiam się, czy wina leży wyłącznie po stronie Mamie. Niewątpliwie jest milcząca i pełna rezerwy, ale nie wydaje mi się, by panie Koontz, Sullivan i inne kobiety z miasteczka przyjęły ją z otwartymi ramionami. Z tego powodu odczuwam głęboki smutek.

Znowu spoglądam na zegarek.

– Annie, powinnaś już wyjść, bo spóźnisz się do szkoły.

Mruży oczy; w ułamku sekundy dawna Annie znika i pojawia się ta nowa, która mnie nienawidzi.

– Nie jesteś moim szefem – mamrocze.

– Prawdę powiedziawszy, moja panno – mówi pani Koontz, rzucając mi porozumiewawcze spojrzenie – twoja matka będzie dla ciebie szefem co najmniej do chwili, gdy skończysz osiemnaście lat.

– Nieważne – rzuca Annie pod nosem. Wstaje od stołu i ciężkim krokiem wchodzi do kuchni. Po chwili pojawia się z plecakiem. – Dziękuję – zwraca się do obu pań i kieruje się do wyjścia. – To znaczy dziękuję za opowieści o prababci. – Nie spojrzawszy na mnie, wychodzi.

Gdy zamykam cukiernię, wpada Gavin, aby oddać mi zapasowe klucze, które dałam mu dwa dni temu. Wciąż ma na sobie te dżinsy z dziurą na udzie, która jest większa niż wtedy, gdy widziałam ją poprzednio.

– Rura zreperowana – oznajmia, gdy nalewam mu ostatnią kawę tego popołudnia. – Zmywarka chodzi jak nowa.

– Nie wiem, jak ci dziękować.

Gavin się uśmiecha.

– Na pewno wiesz. Znasz moje słabości. Gwiezdny Placek. Cynamonowy strudel. Dawno zaparzona kawa. – Zagląda do kubka z kawą, unosi brew, ale upija łyk.

Śmieję się, chociaż jestem zakłopotana.

– Wiem, Gavinie, że powinnam ci płacić jakoś inaczej niż w formie ciast. Przepraszam.

Podnosi na mnie wzrok.

– Nie masz za co przepraszać – odpowiada. – Najwyraźniej nie doceniasz mojego uzależnienia od twoich wypieków.

Spoglądam na niego, a on się śmieje.

– Poważnie, Hope. Wszystko jest w porządku. Robisz, co możesz.

Wzdycham, wkładając resztki migdałowo-różanych ciastek do kamionkowego naczynia, które przechowam przez noc w zamrażalniku.

– Wygląda na to, że nie staram się wystarczająco – bąkam.

Tego ranka Matt przyniósł mi naręcze dokumentów, a ja nawet nie zaczęłam ich czytać, chociaż wiem, że powinnam się do tego zabrać. Boję się do nich zajrzeć.

– Brak ci wiary w siebie – zauważa Gavin. I szybko dodaje: – Często tu bywa Matt Hines. – Znowu upija łyk kawy.

Zerkam na niego sponad ciast.

– W sprawach zawodowych – mówię, chociaż właściwie nie rozumiem, skąd bierze się potrzeba, by się przed nim tłumaczyć.

– Hm – mruczy Gavin.

– Chodziliśmy ze sobą w liceum – dodaję.

Gavin dorastał na North Shore w Bostonie. Pewnego popołudnia na ganku opowiedział mi o swoim liceum w Peabody, więc domyślam się, że nie wie, co w przeszłości łączyło mnie z Mattem.

Jestem zaskoczona, gdy oznajmia:

– Wiem. Ale to było dawno temu.

Kiwam głową.

– Tak. To było dawno temu – powtarzam.

– Jak się trzyma Annie? – Gavin po raz kolejny zmienia temat rozmowy. – Jak znosi sytuację pomiędzy tobą i twoim byłym mężem?

Przypatruję mu się. Ostatnio nikt mnie o to nie pytał. Jestem zaskoczona, że tak bardzo to doceniam.

– Dobrze – odpowiadam. Milczę przez chwilę. – Prawdę mówiąc, nie wiem, czemu to powiedziałam. Wcale nie jest w porządku. Ostatnio ciągle chodzi rozgniewana, a ja nie wiem, co mogłabym zrobić. Jakbym przeczuwała, że prawdziwa Annie wciąż gdzieś tam jest, ale teraz po prostu woli mnie ranić...

Nie wiem, dlaczego mu się zwierzam, ale gdy Gavin powoli kiwa głową, na jego twarzy nie pojawia się wyraz, który mógłby świadczyć o tym, że mnie osądza, i jestem mu za to wdzięczna. Biorę się do czyszczenia lady wilgotną szmatką.

– W tym wieku trudno sobie z tym poradzić – mówi. – Byłem o kilka lat starszy od Annie, gdy moi rodzice się rozwiedli. Ona po prostu jest zdezorientowana. Wyjdzie z tego.

– Tak myślisz? – pytam niepewnym głosem.

– Ja to wiem – odpowiada Gavin. Wstaje od stołu i okrąża ladę. Kładzie dłoń na mojej ręce. Przestaję sprzątać i zaglądam mu w oczy. – Annie to świetna dziewczyna, Hope. Przekonałem się o tym minionego lata, spędzając dużo czasu w twoim domu.

Czuję łzy napływające do oczu; jestem tym zakłopotana. Mrugam.

– Dzięki. – Milknę i odsuwam rękę.

– Gdybym mógł coś dla was zrobić... – zaczyna Gavin i zamiast dokończyć zdanie, patrzy na mnie z wielkim natężeniem. Zakłopotana odwracam wzrok; pieką mnie policzki.

– To bardzo miło z twojej strony, Gavinie – odpowiadam. – Ale jestem pewna, że masz lepsze rzeczy do roboty, niż martwienie się o starszą panią, która prowadzi cukiernię.

Gavin unosi brew.

– Nie widzę tu żadnej starszej pani.

– Miło mi, że tak uważasz – mamroczę. – Ale jesteś młody, wolny... – przerywam. – Poczekaj, jesteś wolny, prawda?

– Kiedy ostatnio sprawdzałem...

Nie zwracam uwagi na niespodziewane uczucie ulgi.

– No, właśnie. A ja mam trzydzieści sześć lat, jestem rozwiedziona, nie radzę sobie finansowo i mam córkę, która mnie nienawidzi. – Przerywam i opuszczam głowę. – Możesz robić coś lepszego, zamiast się o mnie martwić. Nie powinieneś teraz zająć się czymś... sama nie wiem, czymś, co robią młodzi, nieżonaci mężczyźni?

– Czymś, co robią młodzi, nieżonaci mężczyźni? – powtarza. – Na przykład?

– Nie wiem – odpowiadam. Czuję się głupio. Od wieków nie czuję się młoda. – Włóczyć się po nocnych klubach? – pytam niepewnie.

Gavin wybucha śmiechem.

– Tak. Przeniosłem się do Cape z powodu klubów. Właśnie wracam z imprezy.

Uśmiecham się, ale bez wesołości.

– Wiem, że jestem beznadziejna – mówię. – Ale nie powinieneś się o mnie martwić. Mam sporo kłopotów, jednak wcześniej ze wszystkim sobie radziłam. Tym razem też sobie poradzę.

– Nic ci się nie stanie, jeśli pozwolisz sobie pomóc – łagodnie stwierdza Gavin.

Spoglądam na niego surowo i otwieram usta, by odpowiedzieć, ale on mnie ubiega.

– Już ci mówiłem. Jesteś dobrą mamą. Musisz przestać w siebie wątpić.

Spuszczam wzrok.

– Po prostu wszystko psuję – mamroczę. Czuję, jak moje policzki pąsowieją i bąkam: – Nie wiem, dlaczego ci to mówię.

Słyszę, że Gavin bierze głęboki wdech, po chwili przechodzi na drugą stronę lady i bierze mnie w ramiona. Obejmuję go z gwałtownie bijącym sercem. Staram się nie zwracać uwagi na to, jak mocna jest jego klatka piersiowa. Przyciąga mnie mocniej, więc skupiam się na tym, jak miło być przytuloną. Teraz nie mam nikogo, kto by mnie w ten sposób pocieszył, a ja aż do tej chwili nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo brak mi pocieszenia.

 

– Nie psujesz wszystkiego, Hope – mamrocze Gavin z ustami przy moich włosach. – Musisz sobie odpuścić. Jesteś najtwardszą osobą, jaką znam. – Przerywa, a potem dodaje: – Wiem, że ostatnio jest ci ciężko. Ale nigdy nie wiadomo, co się zdarzy jutro albo pojutrze. Jeden dzień, jeden tydzień, jeden miesiąc może wszystko odmienić.

Spoglądam na niego i odstępuję o krok.

– Moja mama tak mawiała. Słowo w słowo to samo.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

– Nigdy o niej nie wspominasz.

– Wiem – odpowiadam półgłosem. Prawda jest taka, że myślenie o niej jest zbyt bolesne. Spędziłam dzieciństwo, mając nadzieję, że jeśli będę trochę grzeczniejsza i bardziej wylewna albo zacznę chętniej pomagać w domu, pokocha mnie odrobinę mocniej. Tymczasem z każdym rokiem zdawała się coraz bardziej oddalać. Gdy rozpoznano u mamy raka piersi i przeniosłam się do niej, by się nią opiekować, wszystko zaczęło się od nowa. Liczyłam na to, że umierając, dostrzeże, jak bardzo ją kocham, ale ona wciąż trzymała mnie na dystans. Kiedy na łożu śmierci powiedziała mi, że mnie kochała, jej słowa wydawały się nierzeczywiste. Chciałam wierzyć, że naprawdę tak czuje, ale to raczej były omamy; wydawało jej się, że mówi do któregoś ze swoich niezliczonych chłopaków. – Zawsze byłam o wiele bliżej z babcią niż z mamą.

Gavin kładzie dłoń na moim ramieniu.

– Przykro mi, że ją straciłaś.

A ja nie jestem pewna, czy ma na myśli matkę, czy Mamie, bo w pewnym sensie odeszły obie.

– Dzięki.

Gdy po kilku minutach wychodzi z zapakowanym strudlem, patrzę za nim, a serce mocno wali mi w piersi. Nie wiem, dlaczego we mnie wierzy, podczas gdy ja już dawno straciłam wiarę w siebie.

Teraz jednak nie mogę się nad tym zastanawiać; mam na głowie bardziej palącą sprawę: plany dotyczące kredytu. Pocieram skronie, włączam elektryczny czajnik i siadam przy jednym ze stolików, aby przeczytać dokumenty, które dał mi Matt.

Rozdział piąty

– Muszę z tobą porozmawiać.

Minęło półtora tygodnia. Stoję na progu domu Roba – na progu mojego dawnego domu. Skrzyżowałam ramiona na piersi i spoglądam na byłego męża. Dostrzegam wyłącznie zdradę i odczuwam jedynie ból. Zupełnie jakby człowiek, którego niegdyś kochałam, zniknął.

– Mogłaś zadzwonić, Hope – mówi. Nie zaprasza mnie do środka. Tkwi w drzwiach i strzeże tego, co dzieje się za nimi.

– Telefonowałam – odpowiadam ostro. – Dwa razy do domu i dwa razy do twojego biura. Nie oddzwoniłeś.

Wzrusza ramionami.

– Byłem zajęty. W końcu bym się odezwał. – Przestępuje z nogi na nogę i przez chwilę odnoszę wrażenie, że jest smutny. Nagle z jego twarzy znika wszelki wyraz. – Czego potrzebujesz?

Nabieram powietrza w płuca. Nie cierpię kłócić się z Robem; nigdy nie lubiłam. Powiedział mi kiedyś, że dobrze się stało, że to on został prawnikiem, gdy ja rzuciłam studia, aby wychowywać dziecko, bo nie umiem się wykłócać. Na sali sądowej potrzebny jest instynkt zabójcy.

– Chciałam porozmawiać o Annie – mówię.

– Konkretnie o czym? – pyta.

– Po pierwsze, musimy być zgodni co do podstawowych zasad. Ona ma dwanaście lat. Nie powinna się malować do szkoły. To jeszcze dziecko.

– Chryste, Hope, o co ci chodzi? – Śmieje się. Zapewne poczułabym się urażona, gdybym nie wiedziała, że to część strategii, którą stosuje wobec adwokatów i świadków strony przeciwnej.

– To już nastolatka. Na miłość boską, nie możesz jej wiecznie traktować, jakby wciąż była małą dziewczynką.

– Staram się – odpowiadam. Wciągam powietrze i usiłuję nie tracić opanowania. – Ale chcę wytyczyć pewne granice, a ty je kwestionujesz, i Annie niczego się w ten sposób nie uczy. Skończyło się na tym, że mnie znienawidziła.

Rob się uśmiecha i może poczułabym się potraktowana protekcjonalnie, gdyby nie to, że spędziłam niekończące się wieczory, patrząc, jak ćwiczy ten strategiczny uśmieszek przed lustrem.

– A więc o to chodzi – mówi. Ach, tak. Taktyczny argument numer dwa Roba Smitha: udawaj, że dokładnie wiesz, co dana osoba myśli, a pobijesz ją na głowę.

– Nie, Rob. – Ściskam nasadę nosa i na sekundę zamykam oczy. Odpręż się, Hope. Nie daj się w to wciągnąć. – Chodzi o to, aby nasza córka wyrosła na uczciwą młodą kobietę.

– Uczciwą młodą kobietę, która cię nie nienawidzi – poprawia mnie Rob. – Może powinnaś jej dać więcej luzu, Hope. Ja tak robię.

Spoglądam na niego ze złością.

– Wcale nie. Ty usiłujesz być równym facetem, który nie stosuje wobec córki dyscypliny.

Wzrusza ramionami.

– To twoja opinia.

– Poza tym – nie daję zbić się z tropu i ciągnę, jakbym go nie słyszała – opowiadanie jej o mnie złych rzeczy jest całkowicie niedopuszczalne.

– Co takiego jej mówiłem? – pyta, unosząc ręce w kpiącym geście.

– Najwyraźniej to, że nigdy nie umiałam powiedzieć, że cię kocham. – Czuję, że moje gardło trochę się zaciska, więc biorę głęboki wdech.

Rob wpatruje się we mnie.

– Nie wygłupiaj się.

– Głupotą jest opowiadać jej takie rzeczy. Mówiłam ci przecież, że cię kocham.

– Aha, no tak. Raz na rok?

Odwracam oczy, nie chcę znowu prowadzić tej rozmowy.

– Kim ty jesteś? – pytam. – Niepewną siebie nastolatką? Chcesz, żebym ci ofiarowała naszyjnik BFF?[6]

Nie sprawia wrażenia rozbawionego.

– Po prostu nie chcę, żeby nasza nastoletnia córka obwiniała mnie za nasz rozwód.

– A więc rozwód nie ma nic wspólnego z romansem, który miałeś z dziewczyną z Macy’s[7] w Hyannis?

Rob wzrusza ramionami.

– Gdybym się czuł emocjonalnie spełniony w domu...

– Ach, więc szukałeś emocjonalnego spełnienia, sypiając z dwudziestodwulatką – mówię. Oddycham głęboko. – Wiesz, jakoś nigdy nie uznałam za stosowne, by opowiedzieć o tym Annie. To sprawa pomiędzy tobą a mną. Nie wie, że mnie zdradzałeś, ponieważ uważam, że nie powinna oglądać ojca w takim świetle.

– Czemu myślisz, że ona o tym nie wie? – pyta i przez chwilę milczę zdumiona.

– Chcesz mi powiedzieć, że wie?

– Mówię, że chcę być z nią szczery. Jestem jej tatą, Hope. To moje zadanie.

Przez chwilę przetrawiam to, co usłyszałam. Myślałam, że nie wciągając jej w takie sprawy, chronię ją i jej relacje z ojcem.

– Co jej powiedziałeś?

Wzrusza ramionami.

– Pytała mnie o rozwód. Odpowiedziałem na jej pytania.

– Zrzucając winę na mnie.

– Tłumacząc, że nie wszystko jest takie proste, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.

– To znaczy? Że ja doprowadziłam cię do zdrady?

Znów wzrusza ramionami.

– To twoje słowa, nie moje.

Zaciskam pięści.

– To sprawa pomiędzy tobą a mną, Rob. – Głos mi drży. – Nie wciągaj w to Annie.

– Po prostu staram się robić to, co dla niej najlepsze, Hope. Mam pewne obawy, że stanie się taka jak ty i twoja matka.

To, co mówi, sprawia mi fizyczny ból.

– Rob... – zaczynam. Ale brakuje mi słów.

Po chwili Rob znów wzrusza ramionami.

– Prowadziliśmy taką rozmowę tysiąc razy. Wiesz, co czuję. Ja wiem, co czujesz ty. Dlatego się rozwiedliśmy, pamiętasz?

Nie zgadzam się z nim. Chcę powiedzieć, że się rozwiedliśmy, bo on był znudzony. Bo czuł się niepewny. Miał potrzeby emocjonalne. Flirtował z głupią dwudziestodwulatką o nogach do samej szyi. Ale wiem, że w tym, co powiedział, jest ziarno prawdy. Im bardziej czułam, że się ode mnie oddala, tym bardziej zamykałam się w sobie, zamiast wyjść mu naprzeciw. Przełykam poczucie winy.

– Żadnego makijażu – mówię stanowczo. – Nie do szkoły. To niestosowne. I żadnych szczegółów dotyczących naszego rozwodu. To zbyt wiele dla dwunastolatki.

Rob otwiera usta, by odpowiedzieć, ale unoszę dłoń.

– Nie ustąpię. – Przez chwilę spoglądamy na siebie w milczeniu i zastanawiam się, czy on też myśli o tym, że nie znamy się nawzajem. Wydaje się, że całe wieki minęły od czasu, gdy przyrzekałam być zawsze jego. – Tu nie chodzi o ciebie i o mnie. Tu chodzi o Annie.

Oddalam się, nie czekając na odpowiedź.

Wracam do domu samochodem. Dzwoni telefon komórkowy. Spoglądam na ekran. To numer komórki Annie, której ma używać wyłącznie w nagłych wypadkach, chociaż jestem pewna, że Rob pozwala jej bez ograniczeń wysyłać SMS-y i telefonować do przyjaciółek. Cóż, właśnie tacy są fajni rodzice. Czuję ucisk w żołądku.

– Dlaczego nie jesteś w pracy? – pyta Annie. – Najpierw dzwoniłam do cukierni.

– Musiałam wyjść – szukam jakiegoś wyjaśnienia, które nie dotyczyłoby jej ojca – załatwić parę spraw.

– W czwartek po szesnastej? – pyta.

W cukierni był mały ruch i od trzynastej nie przyszedł ani jeden klient, dzięki czemu miałam mnóstwo czasu na rozmyślanie o Robie, Annie i wszystkich szkodach, jakie zostały wyrządzone, podczas gdy ja zapamiętale zajmowałam się wypiekami. Wiem, że Annie planowała odwiedzić po lekcjach Mamie, co oznaczało, że zastanę Roba samego.

– Był mały ruch – mówię.

– Dobra, nieważne – odpowiada Annie, a ja uświadamiam sobie, że zadzwoniła, bo czegoś ode mnie chce. Nastawiam się na to, że usłyszę jakieś absurdalne żądanie – pieniądze, bilety na koncert, wysokie szpilki, które oglądała wczoraj wieczorem w „InStyle” – ale ona odzywa się niemal nieśmiało: – Czy mogłabyś, jakby, przyjechać do Mamie?

– Wszystko z nią w porządku? – pytam gwałtownie.

– Tak – odpowiada. I dodaje ściszonym głosem: – To trochę dziwne, ale Mamie zachowuje się dzisiaj normalnie.

– Normalnie?

– Tak – szepcze Annie. – Jak przed śmiercią babci. Zachowuje się tak, jakby nie straciła pamięci.

Serce mi zamiera. Przypominam sobie, co powiedziała pielęgniarka, gdy wychodziłam po ostatniej wizycie u Mamie. „Chwilami będzie wszystko pamiętała i będzie przytomna jak pani i ja. Trzeba takie chwile wykorzystywać, bo nie wiadomo, ile się takich zdarzy”.

– Jesteś pewna?

– Całkowicie. – W jej tonie nie ma ani odrobiny złości czy sarkazmu, które ostatnio zawsze u niej słyszę.

Zastanawiam się, czy jej złość częściowo nie bierze się stąd, że prababcia jej nie pamięta. Postanawiam w duchu, że poważnie z nią porozmawiam na temat choroby Alzheimera. A to oznacza, że ja także będę się musiała zmierzyć z tym problemem.

– Wypytuje mnie o szkołę i takie tam sprawy – mówi Annie. – To dziwne, bo dokładnie wie, kim jestem, ile mam lat i tak dalej.

– Dobrze – odpowiadam, spoglądając w lusterko wsteczne, żeby sprawdzić, czy mogę zawrócić. – Już do was jadę.

– Prosi, żebyś przywiozła z cukierni jeden miniaturowy Gwiezdny Placek – dodaje Annie.

Te placki Mamie zawsze lubiła najbardziej. Nadziewane masą z makiem, migdałami, winogronami, figami, suszonymi śliwkami i cukrem cynamonowym, ozdobione kratką z kruchego ciasta ułożoną w kształt gwiazdek, są naszą specjalnością.

– Dobrze – odpowiadam. – Postaram się przyjechać jak najszybciej. – Po raz pierwszy od dłuższego czasu odczuwam nadzieję i nagle zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo tęskniłam za babcią.

– Chciałabym pójść na plażę – oznajmia Mamie, otwierając mi drzwi kilka minut później.

W pierwszej chwili jestem niepocieszona. Jest schyłek września i w powietrzu unosi się chłód. Najwyraźniej mgła znów zmąciła jej pamięć, bo to nie ma sensu, że osiemdziesięciosześcioletnia babcia nagle pragnie słonecznej kąpieli. Ale Mamie uśmiecha się i ściska mnie w ramionach.

– Przepraszam – mówi. – Gdzie moje dobre maniery? Cieszę się, że cię widzę, Hope, kochanie.

– Wiesz, kim jestem? – pytam z wahaniem.

– Ależ tak. Oczywiście – odpowiada urażona. – Nie myślisz chyba, że jestem stara i zgrzybiała?

– Eee... – Przez chwilę gram na zwłokę. – Oczywiście, że nie, Mamie.

Uśmiecha się.

– Bez obaw. Nie jestem głupia. Wiem, że czasami nie dopisuje mi pamięć. – Przerywa. – Przywiozłaś mi Gwiezdny Placuszek? – Spogląda na firmową torebkę, którą trzymam w ręce. Potwierdzam ruchem głowy i podaję jej paczuszkę.

– Oczywiście – odpowiadam powoli.

– Dzisiaj wszystko doskonale pamiętam, Hope. Właśnie odbyłyśmy z Annie przemiłą pogawędkę.

Zerkam na Annie, która przysiadła na brzegu kanapy i sprawia wrażenie zdenerwowanej. Przytakuje ruchem głowy.

– Ale chciałabyś pójść na plażę? – pytam z wahaniem, zwracając się do Mamie. – Jest trochę za chłodno, żeby pływać.

 

– Nie mam zamiaru pływać, rzecz jasna – odpowiada Mamie. – Chcę popatrzeć na zachód słońca.

Spoglądam na zegarek.

– Słońce zajdzie za niecałe dwie godziny.

– Więc będziemy miały mnóstwo czasu, żeby tam dotrzeć – odpowiada.

Po upływie pół godziny zmierzamy ku plaży w Paines Creek. W czasach licealnych właśnie stamtąd najchętniej oglądałam zachód słońca. To spokojna plaża na zachodniej krawędzi Brewster, i jeśli się ostrożnie idzie po skałach sterczących przy ujściu strumienia do zatoki Cape Cod, doskonale widać, jak słońce wędruje po niebie, by zniknąć za linią horyzontu.

Po drodze przystajemy za radą Annie, aby w maleńkiej francuskiej restauracji u Joe Dockside’a, która istnieje na Cape dłużej niż nasza cukiernia, kupić kanapki z homarem oraz frytki. Latem ludzie przyjeżdżają tu z daleka i czekają w kolejce trzy kwadranse na tę specjalność zakładu. Ale na szczęście poza sezonem, w czwartek po siedemnastej jesteśmy tu jedynymi klientkami. Annie i ja słuchamy z niedowierzaniem, jak Mamie, która zamawia zapiekany ser – nigdy nie lubiła homarów – całkiem przytomnie opowiada nam o tym, jak po raz pierwszy ona i dziadek zabrali tutaj moją mamę, gdy była małą dziewczynką. Josephine zapytała wtedy, dlaczego homary są takie głupie, by przypływać do Joe’ego, skoro wiedzą, że zostaną tu przerobione na kanapki.

Docieramy na plażę akurat w chwili, gdy niebo zaczyna płonąć. Słońce wisi nisko nad horyzontem ponad zatoką i strzępiaste obłoki obiecują malowniczy zachód. Trzymając się pod ręce, powoli idziemy plażą w dół. Annie na lewo od Mamie, a ja po jej prawej stronie. Pod pachą niosę jej składany fotel na kółkach.

– Dobrze się czujesz, Mamie? – troskliwie pyta Annie, gdy jesteśmy w połowie drogi. – Jeśli chcesz, możemy na chwilę przystanąć i odpocząć.

Z bijącym sercem zerkam na córkę. Patrzy na prababcię z taką troską i miłością... Nagle pojmuję, że cokolwiek dzieje się z nią ostatnio, to tylko jakiś etap. Teraz widzę prawdziwą Annie, którą znam i kocham. A to oznacza, że nie popsułam wszystkiego. Moja córka w głębi serca nadal jest tą samą uczciwą osobą, jaką zawsze była, nawet jeśli chwilowo mnie nienawidzi.

– Nic mi nie jest, kochanie – odpowiada Mamie. – Chcę być na skałach, zanim zajdzie słońce.

– Dlaczego? – po chwili cicho pyta Annie.

Staruszka długo milczy. Zaczynam podejrzewać, że nie usłyszała pytania. Ale w końcu odpowiada:

– Chcę zapamiętać ten dzień, ten zachód słońca, czas spędzony z wami. Wiem, że już nie będę miała wielu takich dni.

Córka zerka na mnie z obawą.

– Na pewno będziesz miała, Mamie.

Babcia ściska moją rękę, a ja czule się do niej uśmiecham. Wiem, co mi chce powiedzieć, i serce krwawi mi na myśl, że jest tego świadoma.

– Dziękuję ci za twoją wiarę – zwraca się do Annie. – Ale czasami Bóg miewa inne plany.

Annie sprawia wrażenie zranionej tymi słowami. Odwraca wzrok i w milczeniu patrzy w dal. Wiem, że w końcu zaczyna do niej docierać prawda.

Wreszcie dochodzimy do skał. Rozstawiam fotel i pomagam Mamie usiąść.

– Siądźcie przy mnie, dziewczyny – prosi. Annie i ja szybko siadamy na skałach po obu jej stronach. W milczeniu spoglądamy na horyzont, gdzie słońce topi się w zatoce i znika, malując niebo na kolor pomarańczowy, potem różowy, purpurowy i indygo.

– Tam jest – cicho mówi Mamie i pokazuje punkt ponad horyzontem, gdzie w blednącej poświacie słabo migoce gwiazda. – Gwiazda Wieczorna.

Nagle przypominam sobie bajki, które opowiadała mi o księciu i księżniczce na dalekim lądzie. Książę musiał odejść, by walczyć ze złymi rycerzami, ale obiecał księżniczce, że pewnego dnia wróci i ją odnajdzie, bo ich miłość nigdy nie umrze.

Jestem więc zaskoczona, gdy Annie szepcze:

– Będę cię kochał, dopóki gwiazdy świecą na niebie. Tak zawsze zapewniał książę w twoich bajkach.

Mamie spogląda na nią załzawionymi oczami.

– To prawda – mówi.

Sięga do kieszeni płaszcza i wyjmuje Gwiezdny Placek, który na jej prośbę przywiozłam z cukierni. Jest teraz wygnieciony i kratka w kształcie gwiazdy się kruszy. Annie i ja wymieniamy spojrzenia.

– Zabrałaś go ze sobą? – pytam. Moje serce zamiera; myślałam, że Mamie jest całkiem przytomna.

– Tak, kochanie – odpowiada i w gasnącym świetle przez chwilę przygląda się placuszkowi. Już mam zaproponować, żebyśmy ruszyły w drogę powrotną, zanim zrobi się zbyt ciemno, gdy oznajmia: – To moja matka nauczyła mnie robić te placki.

– Nie wiedziałam – mówię.

– Moi rodzice mieli cukiernię. Tuż nad Sekwaną, rzeką, która przepływa przez Paryż. Pracowałam tam, będąc dziewczynką, tak jak teraz ty, Annie. I tak jak ty, Hope, gdy byłaś mała.

– Nigdy przedtem nie opowiadałaś nam o swoich rodzicach – mówię.

– Jest mnóstwo spraw, o których nigdy wam nie opowiadałam. Wydawało mi się, że w ten sposób chronię was i siebie. Ale coraz bardziej tracę pamięć i obawiam się, że jeśli nie powiem o nich teraz, odejdą na zawsze, i za szkodę, jaką poczyniłam, nie da się zadośćuczynić. Nadszedł czas, abyście poznały prawdę.

– O czym ty mówisz, Mamie? – pyta Annie i w jej głosie słyszę niepokój. Spogląda na mnie i wiem, że myśli to samo co ja. Umysł Mamie znów się pogrąża we mgle.

Mamie zaczyna kruszyć Gwiezdny Placek i wrzuca kawałki do oceanu. Szepcze coś pod nosem, tak cicho, że zagłusza ją huk fal rozbijających się o skały poniżej.

– Co robisz? – pytam jak najłagodniej, starając się, by w moim tonie nie pobrzmiewało zaniepokojenie.

– Ciii, dziecko – odpowiada. I nadal wrzuca kawałeczki ciasta do wody.

– Co mówisz, Mamie? – odzywa się Annie. – To nie jest francuski, prawda?

– Nie, kochanie – spokojnie odpowiada babcia. Annie i ja wymieniamy zdziwione spojrzenia, podczas gdy Mamie wrzuca do wody ostatni kawałek placka.

Wyciąga do nas ręce.

– A Ty, o Boże – mówi po angielsku – wrzucisz wszystkie ich grzechy do morza.

– Co powiedziałaś, Mamie? – powtarza Annie. – Czy to z Biblii?

– To modlitwa – odpowiada z uśmiechem.

Przez chwilę spogląda na Gwiazdę Wieczorną, podczas gdy Annie i ja patrzymy na siebie w milczeniu.

– Hope – mówi w końcu. – Chcę, żebyś coś dla mnie zrobiła.

6 Naszyjnik BFF (Best Friends For Ever) – naszyjnik z napisem „Najlepsi przyjaciele na zawsze”.

7 Sklep z modną odzieżą damską.