Dom przy ulicy AmélieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

Rozdział trzydziesty siódmy

Rozdział trzydziesty ósmy

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Rozdział czterdziesty

Rozdział czterdziesty pierwszy

Rozdział czterdziesty drugi

Rozdział czterdziesty trzeci

Rozdział czterdziesty czwarty

Rozdział czterdziesty piąty

Od autorki

Podziękowania


Tytuł oryginału

THE ROOM ON RUE AMÉLIE

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Redakcja

Elżbieta Kobusińska

Korekta

Halina Kozłowska

Maja Strzeżek

Copyright © 2018 by Kristin Harmel Lietz

All rights reserved

Copyright © for Polish translation by Alina Jakubowska and Elżbieta Kulicka, Warszawa 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Joanna Duchnowska

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10 www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9394-2

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dla Holly Root, Abbie Zidle i Kristin Dwyer

Ostatnio wszystkie trzy podjęłyście ważne decyzje dotyczące kariery zawodowej i związane z tym nowe wyzwania. Jestem z was bardzo dumna – i bardzo wdzięczna za wasze profesjonalne wsparcie oraz cudowną przyjaźń. Mam szczęście, że jesteście obecne w moim życiu.

I dla tych wszystkich, którzy są dość silni, żeby stanąć w obronie własnych przekonań – w małych sprawach i tych wielkich. Uczynienie świata lepszym zaczyna się z każdym najdrobniejszym aktem osobistej odwagi. Żebyście zawsze mieli odwagę podążać za głosem serca.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

Marzec 2002

Śpi obok mnie, jej szczupła klatka piersiowa wznosi się i opada, a mnie już jej brakuje. Piasek w klepsydrze przesypuje się, nieuchronnie zmierzając do końca. Czasu nigdy dość, gdy ktoś staje się częścią nas. Mieliśmy szczęście, moja żona i ja, że przeżyliśmy wojnę, i nie ma dnia, byśmy nie myśleli o tych, których straciliśmy. Wiem, że to z mojej strony zachłanność, gdy pragnę przeżyć z nią jeszcze tydzień, miesiąc, jeszcze rok, bo przecież dano nam już tyle czasu. Ostatnie pół wieku było dla nas niespodziewanym darem – może darem, na który nie zasługiwaliśmy.

Jednak wciąż nie mogę pozwolić jej odejść. Nie potrafię sobie wyobrazić świata bez niej, ponieważ moje życie właściwie rozpoczęło się w dniu, gdy się poznaliśmy. Ale w tej chwili jestem tak samo bezsilny w chronieniu jej jak przez wszystkie tamte lata w Paryżu, chociaż zarówno wtedy, jak i teraz, łudziłem się, że mam pewne sprawy pod kontrolą.

Wstaję cichutko, żeby nie zakłócić jej wypoczynku. Gdy się obudzi, ból wróci, więc choć tęsknię za jej towarzystwem, cieszę się, że ma chwilę wytchnienia.

Powłócząc nogami, idę do kuchni, gotuję wodę w czajniku elektrycznym, zalewam torebkę herbaty Earl Grey i wychodzę na frontowy ganek. Nastał marzec, powietrze jest rześkie, tak rześkie, jak to bywa tutaj, w Antelope Valley, jakieś sto kilometrów na północ od Los Angeles. Wpatruję się w mglisty poranek. Widok pierwszych kwiatów wiosny zapiera mi dech. W nadchodzących tygodniach pola pokryją się jaskrawymi odcieniami żółci, pomarańczu i czerwieni. Moja żona prawdopodobnie już tego nie dożyje, ale przynajmniej po raz ostatni dane jej będzie zobaczyć choć to: początek kwitnienia maków na łąkach.

– Dziękuję – mówię, spoglądając do góry, tam gdzie, jak sobie wyobrażam, musi mieszkać Bóg. – Dziękuję Ci za to.

Ostatnio często rozmawiam z Bogiem, co jest o tyle dziwne, że podczas wojny spierałem się, że On nie istnieje. Jednak w latach, które nastąpiły potem, ku własnemu zaskoczeniu, powoli wracałem do wiary. Rozpoczęło się to wraz z pojawieniem się naszej córki Nadii, ponieważ niezaprzeczalnie to był cud. A gdy urodziła troje własnych zdrowych dzieci, uwierzyłem jeszcze mocniej. Później doczekaliśmy się z żoną prawnuków i nie miałem już wyboru, musiałem uznać istnienie siły wyższej.

Może w jakimś sensie zawsze wiedziałem, że On jest. Jakie inne bowiem byłoby wytłumaczenie tego, że ja i moja żona zdołaliśmy się odnaleźć w samym środku chaosu przed laty?

Gdy wpatruję się w pofałdowane pola, rozpościera się przed moimi oczami całe nasze życie tutaj; widzę naszą córkę wirującą w słońcu, nasze wnuki buszujące wśród kwiatów. Popijam herbatę i mrugam kilka razy, żeby wyostrzyć wzrok. Fakt, że ostatnio tak łatwo się rozklejam, wprawia mnie w zakłopotanie. Mężczyźni nie powinni płakać, szczególnie ci z mojego pokolenia. Jednak gdy w grę wchodzi miłość mojego życia, jestem bezsilny wobec zalewu emocji.

 

Dopijam herbatę i wracam do domu, żeby sprawdzić, co z nią. Powinna jeszcze spać, ale zastaję ją z szeroko otwartymi oczami, odwróconą twarzą do drzwi. Nadal jest piękna, nawet w starszym wieku, nawet gdy poddaje się rakowi, którego wykryliśmy zbyt późno.

– Dzień dobry, kochany – mówi.

– Dzień dobry, moja kochana dziewczyno. – Zmuszam się do uśmiechu.

– Czy maki już zakwitły?

Kiwam potakująco głową, a jej oczy wypełniają łzy. Wiem, że to łzy szczęścia, i podzielam jej radość.

– Na razie tylko jeden – odpowiadam. – Ale niedługo zakwitną następne.

– Jakiego jest koloru, kochanie? Jakiego koloru jest ten pierwszy?

– Czerwony. Pierwszy mak tej wiosny jest czerwony.

– Oczywiście. – Kładzie głowę na poduszce i się uśmiecha. – Oczywiście, że tak.

Znów skupia na mnie wzrok i wpatrujemy się w siebie przez dłuższy czas. Gdy patrzę jej w oczy, zacierają się minione dekady i wracam do dnia, w którym po raz pierwszy ją ujrzałem.

– Muszę cię o coś poprosić – mówi cicho.

– Słucham. – Z góry wiem, co powie.

– Chcę raz jeszcze stanąć na szczycie wzgórza. Proszę...

– Zabiorę cię tam. – Z biegiem lat straciłem siły; w zeszłym roku miałem atak serca i od tej pory nie czuję się sobą. Ale wiedziałem, że to będzie ostatnie życzenie mojej ukochanej i zrobię wszystko, by je spełnić. – Pojedziemy, gdy będziesz gotowa. Poczekajmy tylko kilka dni, aż maki w pełni rozkwitną. – Oczywiście moja prośba jest trochę samolubna; chcę dać żonie powód, żeby jeszcze poczekała, żeby została ze mną dłużej.

Uśmiecha się.

– Tak, masz rację. – Już gaśnie, jej powieki robią się ciężkie, wzrok mętnieje. – To ona powinna tu być, nie ja – szepcze po chwili. – Zawsze powinna tu być.

Oczywiście wiem, o kim mówi: o swojej najlepszej przyjaciółce, tej, która była dla niej jak siostra, a którą tak nieszczęśliwie straciliśmy przed laty.

– Bóg miał swój plan, kochanie. – Nie mogę powiedzieć tego, co naprawdę myślę: że cieszę się, że to moja żona ocalała. Samolubna, okropna myśl, tak? Prawdę mówiąc, żadna z nich nie powinna umrzeć. Los nie zawsze gra fair.

– Wkrótce znów ją zobaczę. – Jej głos słabnie, tak że ledwie słyszę, gdy dodaje: – Po tamtej stronie. Nie sądzisz, że tak będzie?

– Jeszcze nie odchodź – mówię. – Proszę. – A gdy zapada znów w sen, siadam na krześle obok łóżka i zaczynam płakać. Nie wiem, jak będę żył bez niej. Bo prawda jest taka, że od dnia, gdy ją poznałem, wszystko było dla niej. Całe moje życie. Całe moje istnienie. Nie wiem, jak zdołam się z nią pożegnać.

Rozdział drugi

Grudzień 1938

Kiedy Ruby Henderson po raz pierwszy zobaczyła Marcela Benoit, wiedziała, że jej życie się zmieni.

W wilgotne i mroźne czwartkowe popołudnie wstąpiła do Café Claude po zachodniej stronie Central Parku, żeby się ogrzać. Do świąt Bożego Narodzenia zostały trzy dni. Nadal nie przyzwyczaiła się do lodowatych północno-wschodnich wiatrów i przeszywające zimno nasilało jej tęsknotę za domem. Nie mogła sobie pozwolić na bilet do południowej Kalifornii, aby spędzić tam przerwę semestralną, zresztą niewykluczone, że widok rodziców tylko pogłębiłby jej samotność. Prawie cztery lata temu upierała się, że wyjazd z małego, położonego na pustyni miasteczka na studia na Manhattanie to doskonały pomysł. „Poszukuję emocjonującego życia – oświadczyła z przekonaniem, jakie potrafiła z siebie wykrzesać. – Nie znajdę go na tym odludziu”.

Jednak teraz widok kobiet trzymających za ręce dzieci w grubych paltocikach, dźwięki kolęd i zapach kasztanów pieczonych na świeżym powietrzu wzmagały w niej poczucie samotności. Z szarzejącego nieba zaczęły spadać pierwsze płatki śniegu. Oderwała wzrok od okna, westchnęła i wróciła do lektury Pięknych i przeklętych Fitzgeralda. W dobrej książce zawsze znajdowała pocieszenie.

Właśnie wypiła łyk kawy, gdy drzwi się otworzyły i wpuściły do środka podmuch ostrego powietrza i mężczyznę w czarnym wełnianym płaszczu. Zdjął kapelusz i odsłonił gęstwinę ciemnych włosów oraz twarz o wspaniale wyrzeźbionych rysach, trochę przypominającą Cary’ego Granta. Ruby przypatrywała mu się z zapartym tchem. Miał w sobie coś tak tajemniczego i magnetycznego, że nie można było oderwać wzroku.

Spojrzenie mężczyzny spoczęło na niej, uśmiechnął się pięknym, leniwym uśmiechem. Lekko utykając, szedł do stolika naprzeciwko. Gdy powiesił płaszcz, ukazał się doskonale skrojony granatowy garnitur.

– Cześć – powiedział, jakby przybył tu na spotkanie z nią.

Miała wrażenie, że wychwyciła cień obcego akcentu. Mężczyzna był zaledwie cztery lub pięć lat starszy od niej.

– Cześć. – Starała się, by jej głos zabrzmiał obojętnie, jakby takie rzeczy stale jej się przytrafiały, ale chyba zdradzały ją płonące policzki.

– Marcel Benoit – przedstawił się. Sposób, w jaki na nią patrzył, sprawiał, że czuła się, jakby byli jedynymi ludźmi na świecie.

– Ruby Henderson.

– Czekasz na kogoś?

Tak, zdecydowanie miał obcy akcent, wytworny i nieco egzotyczny. Brytyjski? Nie, to nie to.

Ruby wzięła głęboki oddech i wypowiedziała najodważniejsze słowa, jakie kiedykolwiek skierowała do mężczyzny. Co tam, był okres świąteczny i nie miała nic do stracenia.

– Być może czekałam na ciebie.

Uśmiech rozlał się po jego twarzy wolno jak syrop.

– A więc mogę się przysiąść?

Ruby skinęła głową. Mężczyzna wstał, wziął płaszcz, kapelusz i usiadł naprzeciwko niej. Pachniał tytoniem z fajki, słodkim, aromatycznym zapachem. Z bliskiej odległości dostrzegła dwa małe piegi pod jego prawym okiem. Brwi miał gęste i ciemne, a nos oraz kości policzkowe wyglądały jak wyrzeźbione w marmurze.

– Przeklinałem swój pech, że los pozostawił mnie na święta samego i daleko od domu – powiedział, przyglądając się jej uważnie. – Ale teraz myślę, że może nie stało się źle.

– Skąd jesteś?

– Z Paryża.

Oczywiście! W końcu rozpoznała akcent, jak również sposób, w jaki się nosił i ubierał. Był zbyt szykowny, by pochodzić skądkolwiek indziej.

– Widzę, że czytasz Fitzgeralda – zauważył. – To wielki admirator mojego miasta.

– Och, tak jak i ja. Chociaż nigdy tam nie byłam. Zawsze tylko o tym marzyłam. Wszyscy moi ulubieni autorzy tam bawili. Hemingway, Gertrude Stein i oczywiście Fitzgerald. Ile bym dała, żebym mogła uczestniczyć w tych sobotnich salonach! – Nagle poczuła się głupio; nie chciała, by zabrzmiało to tak młodzieńczo, tak naiwnie.

Jednak on chyba tego nie zauważył.

– No tak, przy ulicy de Fleurus. Dobrze znam to miejsce. Mój ojciec był mecenasem Matisse’a.

– Henriego Matisse’a? Tego malarza?

– Tak. Znali się jeszcze sprzed Wielkiej Wojny. Kilka razy zabrał mojego ojca do salonu madame Stein.

– Twój ojciec jest artystą?

– Był tylko marszandem, niestety. Umarł kilka lat temu.

– Bardzo mi przykro.

Zapadła ciężka cisza. Ruby odetchnęła z ulgą, gdy ciszę przerwała kelnerka, pytając Marcela, co sobie życzy. Zamówił czarną kawę i spytał Ruby, czy zechciałaby zjeść z nim na spółkę szarlotkę. Kelnerka odeszła, a Ruby zachodziła w głowę, jak to się stało, że tak szybko osiągnęli taki stopień zażyłości, żeby dzielić się deserem. Zresztą nie miała nic przeciwko temu.

– Co porabiasz w Nowym Jorku? – spytała.

Przyglądał się jej uważnie przez chwilę.

– Myślałem, że przybyłem tu w interesach. Ale teraz dochodzę do wniosku, że jestem tu z całkiem innej przyczyny.

– Czyli jakiej?

Pochylił się do przodu i raz jeszcze utkwił w niej wzrok.

– Być może przyjechałem tu po to, żeby spotkać kobietę moich marzeń.

*

Pobrali się w czerwcu tego samego roku w jej parafialnym kościele w Kalifornii, tuż po tym, jak Ruby ukończyła studia. W lipcu mieszkała już w Paryżu. Marcel jej nie uprzedził, że z odziedziczonego po rodzicach przestronnego apartamentu przy ulicy Amélie widać czubek wieży Eiffla i że w tej samej kamienicy znajduje się niewielka galeria sztuki La Ballerine, której wąskie wystawy zapełniają coraz to inne piękne obrazy przedstawiające sceny baletowe oraz rzeźby wykonane przez paryskich artystów. Nie wspomniał także o niedowidzącej i całkiem głuchej pani Lefèvre, która pełniła tu, choć z wątpliwym pożytkiem, funkcję dozorczyni, ani że w niedzielne poranki słychać kościelne dzwony, których echo odbijające się wśród ulic tworzy koncert wspaniałych dźwięków. A to były drobiazgi, które ożywiały jej nowy świat.

Rodzice nie chcieli, by wyjeżdżała, ale Ruby już podjęła decyzję. Kochała Marcela i chciała przeżyć z nim życie. To życie miało się toczyć w Paryżu, przynajmniej na razie, i chociaż okropnie tęskniła za rodzicami, była gotowa na przygodę, która poszerzyłaby horyzonty małego świata, jaki znała.

– Nie o rozmiar twojego świata się martwię – powiedział z poszarzałą twarzą jej ojciec, gdy mu to wyznała kilka dni przed ślubem. – Europa jest beczką prochu, moja droga. Byłem tam podczas Wielkiej Wojny. Ten kontynent ma krótki lont i tylko patrzeć, jak ktoś go podpali. Wydaje się, że Hitler już trzyma zapałkę.

Ruby pokręciła głową. W końcu czytywała „New York Timesa” i znała politykę europejską.

– Nie, tato. Niemcy zostały zaspokojone. Teraz, gdy dostały Sudety...

– To dla nich za mało – przerwał jej ojciec.

Uważała, że jest zbyt podejrzliwy.

– Nie martw się, tato. Wkrótce przyjadę do was w odwiedziny.

Patrzył na nią dłuższy czas, później skinął głową.

– Jak Bóg da.

Niebawem Ruby przekonała się, że miała rację, prowadziła bowiem wesołe życie w mieście, o którym zawsze marzyła. Ona i Marcel popijali szampana w najwytworniejszych kawiarniach, uczestniczyli w najelegantszych przyjęciach, nosili najmodniejsze ubrania. Praca jej męża jako marszanda sztuki w firmie, którą stworzył jego ojciec, przynosiła dochody, dzięki którym mogli obracać się w elitarnych kręgach Paryża. Wprawdzie Ruby nie wykorzystywała swojego wykształcenia, ale była przekonana, że robi coś lepszego: smakuje życie. Kiedy pewnego dnia zostanie nauczycielką, będzie lepsza z powodu tego bagażu doświadczeń. A może została stworzona do robienia czegoś innego, czegoś nadzwyczajnego, właśnie tutaj, we Francji? Przyszłość stała przed nią otworem.

Paryż zdecydowanie nie przypominał miasta w obliczu wojny, przed którą ostrzegał ją ojciec, ale z upływem miesięcy narastało poczucie, że Niemcy tylko grają na zwłokę. Ruby zaczęła się niepokoić. Czyżby słowa ojca nie były dalekie od prawdy?

– Wszystko w porządku – uspokajał ją stanowczo Marcel za każdym razem, gdy usiłowała podjąć temat. – Nie powinnaś tak bardzo się tym przejmować.

Nie chciał dyskutować z nią o sytuacji politycznej, co ją martwiło. Przecież zawsze wiedział, że ona interesuje się polityką światową. Zapewnił ją nawet kiedyś, że to jedna z rzeczy, które w niej kocha. A teraz wydawało się, że woli zabierać ją na wspaniałe przyjęcia i bale, gdzie miała wypełniać swą rolę, błyszcząc cicho u jego boku. Chociaż czerpała przyjemność z nieustannych zabaw, zaczynała mieć wrażenie, że oboje tylko tak udają. Niekiedy odczuwało się, że całe miasto robi to samo.

– Marcelu, myślę, że wojna nadciąga, czy chcemy to przyznać, czy nie – powiedziała pewnej późnej sierpniowej nocy, gdy wracali z balu w rezydencji Hôtel Salé położonej na prawym brzegu Sekwany. Wystawne przyjęcie wydała jakaś amerykańska dziedziczka; Ruby czuła się ośmielona po spędzeniu wieczoru z Amerykanami, którzy interesowali się jej opinią. – Dłużej nie możemy chować głowy w piasek.

– Nigdy nie naraziłbym cię na niebezpieczeństwo, kochanie. – Marcel unikał jej wzroku.

– Ale czy to cię nie niepokoi? Wojna wszystko zmieni. A jeśli Hitler zechce Paryża jak piórka do kapelusza?

Ich samochód zatrzymał się przy ulicy de Grenelle, skąd widziała cień wieży Eiffla.

– Byłoby to doprawdy urocze piórko – mruknął Marcel, spoglądając przez moment na wieżę, wyłaniającą się jak duch na oświetlonym poświatą księżyca niebie. – Ale nie pozwolimy, żeby tak się stało, moja droga.

– Kto nie pozwoli? Wydaje mi się, że francuski rząd nic nie robi, tylko na wszystko się zgadza, a armia nie jest gotowa do wojny.

 

Samochód skręcił w ulicę Amélie i się zatrzymał. Marcel wysiadł i otworzył żonie drzwi.

– Nie powinnaś zbyt wiele czytać o sprawach, na których się nie znasz. Nie ufasz mi?

Zacisnęła usta. Chciała powiedzieć mu, że się na tym zna i jest mądrzejsza, niż on myśli. Kiedy przestał liczyć się z jej zdaniem? Ale było zbyt późno na poważną rozmowę, w głowie jej się kręciło od szampana i nagle poczuła się strasznie wyczerpana.

– Oczywiście, że ci ufam – powiedziała, gdy Marcel otworzył okazałe czerwone drzwi do ich kamienicy i ruszył po schodach na pierwsze piętro. – To Hitlerowi nie ufam.

– Na szczęście nie jesteś jego żoną – skwitował Marcel, otwierając drzwi do mieszkania.

*

Nie minął miesiąc, gdy pierwszego września nadeszła wiadomość, że wojska Hitlera zaatakowały Polskę i że francuska armia została zmobilizowana. Dwa dni później okazało się, że Francja i jej brytyjscy sojusznicy są w stanie oficjalnej wojny z Niemcami. I chociaż w Paryżu toczyło się życie, teatry i kawiarnie pękały w szwach od ludzi desperacko pragnących ucieczki od napierającej rzeczywistości, dłużej nie można już było zaprzeczać, że ciemność czai się u bram.

„Linia Maginota się utrzyma” – powtarzali paryżanie z błyskiem desperacji w oczach. Ruby chciała wierzyć, że ufortyfikowane granice są bezpieczne. Cóż, przyjechała tu z klapkami na oczach. Teraz nie miała wyboru. Musi stawić czoło przyszłości, bez względu na to, czy jej się ona podoba, czy nie.