Zdarzyło się nad jeziorem Mystic

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zdarzyło się nad jeziorem Mystic
Zdarzyło się nad jeziorem Mystic
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,40  63,52 
Zdarzyło się nad jeziorem Mystic
Audio
Zdarzyło się nad jeziorem Mystic
Audiobook
Czyta Olga Bończyk
42,90  31,75 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Noc minęła jej niespokojnie. Annie budziła się parę razy z przestrachem, resztką szlochu, płynącą w ciemności wokół niej, pościelą oklejającą nogi, wilgotną i zalatującą kwaśną wonią. Przez kolejne cztery dni błądziła po tej starej farmie niczym zagubiony duch, czując się niespokojna i poobijana. Rzadko odważała się odejść dalej od telefonu.

„Pomyliłem się, Annie. Tak mi przykro. Kocham cię. Jeśli wrócisz do mnie do domu, już nigdy nie spotkam się z Suzannah”. Przez cały dzień czekała na telefon, a potem, w nocy, niespokojnie przewracała się w pościeli i znowu o tym śniła.

Wiedziała, że powinna coś zrobić, ale nie miała pojęcia co. Przez całe życie miała bliskie kontakty z ludźmi, latami tworzyła idealne tło dla Blake’a i Natalie, a teraz, samotna, czuła się zagubiona.

Spróbuj zasnąć. I o to chodzi. Znowu zakopie się pod ciepłą kołdrę i zaśnie...

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Zaraz przyjdę – wymamrotała w odpowiedzi, sięgając po poduszkę.

Drzwi otworzyły się. Na progu stał Hank. Miał na sobie flanelową koszulę w czerwono-niebieską kratę i poplamiony drelichowy kombinezon – ubranie, w którym chodził do tartaku od prawie czterdziestu lat. Trzymał tacę pełną jedzenia. Niezadowolenie wyryło się na jego twarzy, zwęziło oczy. Ostrożnie postawił tacę i przeszedł przez pokój.

– Okropnie wyglądasz.

Jak idiotka wybuchnęła płaczem. Wiedziała, że miał rację. Była chuda, brzydka i brudna – i nikt, a tym bardziej Blake, nie będzie jej chciał z powrotem. Ta myśl sprawiła, że rozbolał ją żołądek. Przytknęła rękę do ust i pobiegła do łazienki. Czuła się upokorzona, wiedząc, że ojciec słyszy, jak wymiotuje, ale nic nie mogła na to poradzić. Potem umyła zęby i na drżących nogach wróciła do pokoju.

Zmartwienie w oczach Hanka chlasnęło ją jak nóż.

– A więc to tak – rzekł, splatając palce. – Musisz iść do lekarza. Ubieraj się.

Myśl o tym, że ma wyjść, opuścić dom, napełniała ją strachem.

– Nie mogę. Ludzie będą... – Nie miała nawet pojęcia, czego się bała. Wiedziała tylko, że w tym pokoju, w łóżeczku, w którym spała jako mała dziewczynka, czuła się bezpieczna.

– Nadal mogę cię przerzucić przez ramię, dziecino. Albo się ubierasz, albo pojedziesz do miasta w tej piżamie. Ale, tak czy tak, jedziesz ze mną.

Chciała się z nim kłócić, ale wiedziała, że ojciec ma rację, a szczerze mówiąc, przyjemnie jej było, że ktoś się o nią troszczy.

– No dobrze, dobrze. – Powlokła się do łazienki i tam przebrała się w te same zmięte ubrania, w których tu przyjechała. Upięcie włosów przekraczało jej siły, toteż przejechała tylko po nich palcami i przykryła ciemnymi okularami nabiegłe krwią oczy, pod którymi zdążyły już się jej zrobić worki. – No to jedźmy.


Annie wyjrzała przez uchylone okno furgonetki ojca. Za jej głową pusta siatka na strzelbę stukotała o szkło.

Hank zręcznie prowadził wóz między wybojami na drodze, aż stanął przed przysadzistym budynkiem z cegły. Ręcznie wymalowany szyld głosił: KLINIKA MEDYCZNA W MYSTIC. DR GERALD BURTON, LEKARZ RODZINNY.

Annie uśmiechnęła się. Od lat nie myślała o starym doktorku Burtonie. Przyjął ją na świat i przeprowadził przez niemal dwadzieścia lat przeziębień, zapaleń ucha i wypadków dziecięcych. Był taką samą częścią jej dorastania jak aparat na zęby, dziewczęce bale czy pływanie na golasa w jeziorze Crescent.

Hank wyłączył silnik. Stary ford zatrzeszczał, kaszlnął i zamilkł.

– Dziwnie się czuję, przywożąc cię tu z powrotem. Nagle się zląkłem, że zapomniałem o jakiejś szczepionce i nie pozwolą ci rozpocząć szkoły.

Annie się uśmiechnęła.

– Może doktor Burton da mi winogronowego lizaka, jeśli będę grzeczna.

Ojciec odwrócił się do niej.

– Zawsze byłaś grzeczna i dobra, Annalise. Pamiętaj o tym.

Na dźwięk tych słów do jej oczu znowu napłynęły łzy wraz ze wspomnieniem tego dużego domu nad morzem, gdzie mąż powiedział jej, że kocha inną kobietę. Zanim smutek opanował ją zupełnie, rozprostowała ramiona i otworzyła drzwi.

– Spotkamy się... – Rozejrzała się wokół, ciekawa, jak teraz wygląda okolica.

– W parku nad wodą. Lubiłaś tam chodzić.

– W parku nad wodą – powtórzyła, przypominając sobie wszystkie wieczory, które spędziła nad brzegiem, czołgając się po błocie w poszukiwaniu ikry i ważek. Skinąwszy głową, wysiadła z ciężarówki, zarzuciła torbę na ramię i podeszła po betonowych stopniach do frontowych drzwi kliniki.

W środku starsza pani o niebieskich włosach podniosła na nią wzrok. Na jej identyfikatorze było napisane: CZEŚĆ, MAM NA IMIĘ MADGE.

– Dzień dobry. W czym mogę pomóc?

Annie poczuła nagle, że musi dziwnie wyglądać w pomiętym ubraniu, z oklapniętymi włosami przy twarzy, zupełnie bez życia. Dzięki Bogu, że przynajmniej oczy miała skryte za przeciwsłonecznymi okularami.

– Nazywam się Annie Colwater. Chciałabym się zobaczyć z doktorem Burtonem. Zdaje się, że ojciec umówił mnie na wizytę.

– Naturalnie, kochanie. Usiądź sobie. Doktor za chwilę cię poprosi.

Gdy Annie wypełniła formularze ubezpieczeniowe, usiadła w poczekalni, przeglądając leniwie magazyn „People”. Najwyżej po kwadransie doktor Burton wyłonił się zza rogu i pojawił w poczekalni. Upływ lat widać było w fałdach skóry na szyi i wyraźnej łysinie, ale nadal był starym doktorkiem Burtonem, jedynym człowiekiem w Mystic, który z namaszczeniem wkładał krawat do pracy.

– Kogóż to ja widzę, Annie Bourne, a niech mnie!

Uśmiechnęła się do starego znajomego.

– Wiele wody upłynęło w naszej rzece.

– To, to. Chodź ze mną. – Objął ją za ramiona i zaprowadził do najbliższego gabinetu lekarskiego.

Zasiadł w cętkowanym, żółtym, plastikowym fotelu. Szkło okularów, grube niczym butelka coca-coli, powiększało jego oczy do rozmiarów talerzy. Ciekawe, jak dawno temu zaczął tracić wzrok.

– Nie wyglądasz zbyt rewelacyjnie.

Zdobyła się na uśmiech. Najwyraźniej coś jeszcze widział.

– Dlatego tu jestem. Hank powiada, że wyglądam jak straszydło, uważa, że muszę być chora.

Zarżał ze śmiechu i otworzył papierową teczkę, trzymając pióro w gotowości.

– To cały Hank. Gdy go widziałem w zeszłym tygodniu, miał migrenę, ale był przekonany, że to guz mózgu. Więc co ci dolega?

Trudno jej było zacząć.

– Ostatnio źle sypiam... mam bóle głowy... kłopoty z żołądkiem... takie rzeczy.

– Czy to możliwe, żebyś była w ciąży?

Powinna być przygotowana na to pytanie. Gdyby była, nie bolałoby tak bardzo. Ale minęły całe lata, odkąd jakikolwiek doktor zagadnął ją w tej kwestii. Jej lekarze zbyt dobrze znali odpowiedź.

– Nie ma mowy.

– Uderzenia gorąca, nieregularne miesiączki?

Wzruszyła ramionami.

– Zawsze miałam nieregularne miesiączki. W zeszłym roku nie miałam ich w ogóle przez dwa miesiące. Szczerze mówiąc, brak miesiączki mnie nie martwi. Owszem, mój ginekolog ostrzegał mnie, że niebawem mogę zacząć przechodzić menopauzę.

– No, nie wiem... jesteś na to trochę za młoda...

Uśmiechnęła się.

– Dzięki.

Zamknął teczkę, położył ją sobie delikatnie na podołku, po czym znowu spojrzał na Annie.

– Czy jest w twoim życiu coś, co prowadziłoby do depresji?

Depresja.

Jakże zwięzłe określenie góry bólu! To jedno słowo kradnie słońce z duszy człowieka i zostawia go zagubionego na zimnej, szarej ziemi, samotnie szukającego czegoś, czego nawet nie potrafi nazwać.

– Może.

– Chciałabyś o tym porozmawiać?

Spojrzała na starego człowieka. Łagodne zrozumienie w jego kaprawych oczach poprowadziło ją długą, krętą drogą, na której końcu miała dwanaście lat i była pierwszą miesiączkującą dziewczynką w klasie. Hank nie wiedział, co powiedzieć, więc zapakował ją w samochód i zawiózł do doktora Burtona, by on zajął się jej obawami.

Łzy zapiekły ją w oczy i spłynęły, niepowstrzymane, po policzkach.

– Niedawno rozstaliśmy się z mężem. Niezbyt dobrze... sobie z tym radzę.

Powoli zdjął okulary, położył je na stosie papierów i zmęczonym gestem potarł mostek haczykowatego nosa.

– Przykro mi, Annie, ostatnio mam zbyt wiele takich spraw. Zdarzają się w małym, starym Mystic równie często, jak i w dużym mieście. Oczywiście jesteś przygnębiona – a depresja bezsprzecznie wyjaśnia bezsenność, brak apetytu, mdłości. Mnóstwo symptomów. Przepiszę ci valium, może zaczniemy kurację prozakiem. To cię uspokoi i powoli dojdziesz ze wszystkim do ładu.

Chciała go zapytać, czy zna kobietę, która doszła ze wszystkim do ładu... albo której mąż zmienił zdanie... ale były to pytania tak osobiste i odsłaniające całe jej cierpienie, że dała sobie z nimi spokój.

Z powrotem wsunął okulary na nos i przyjrzał się jej.

– Teraz powinnaś trząść się nad sobą jak nad małym dzieckiem, Annie. Depresji nie można lekceważyć. A jeśli częściej nie będziesz przesypiała nocy, wróć tu, żebym dał ci receptę.

– Pigułki zamiast kochanka? – Uśmiechnęła się ponuro. – Muszą nieźle działać. Może od razu wezmę garść.

Nie uśmiechnął się.

– Nie lubię słowa „garść”, a sarkazm źle brzmi w ustach młodej damy, moja panno. A jak długo masz zamiar tu zostać?

Oblała ją fala wstydu, jakby znowu miała dziesięć lat.

– Przepraszam. Muszę wracać do domu... gdzieś w połowie czerwca. – „Chyba że Blake zadzwoni”. Zadrżała wewnętrznie na tę myśl. – Do tego czasu chyba tu zostanę.

 

– Do połowy czerwca, tak. No dobrze, w takim razie chcę cię zobaczyć pierwszego czerwca, niezależnie od tego, jak się będziesz czuła. Zapiszę cię na wizytę, dobrze?

Miło jej było, że ktoś troszczy się o jej stan.

– Dobrze, na pewno lepiej się będę wtedy czuła.

Odprowadził Annie aż do drzwi kliniki. Poklepując ją po ramieniu, znowu przypomniał, by dbała o siebie, po czym obrócił się i zniknął w korytarzu.

Annie poczuła się lepiej, opuszczając klinikę i zmierzając przez miasto do parku. Rześkie wiosenne powietrze odmładzało ją, a niebo jaśniało tak promiennym błękitem, że musiała z powrotem włożyć okulary przeciwsłoneczne. Był to jeden z tych rzadkich wczesnowiosennych dni, kryjących w sobie wszystkie obietnice lata. Minęła olbrzymią statuę łosia wyciętą piłą łańcuchową, i przeszła przez park, przekopując się przez ostatnie czarne zimowe liście, które przylegały do pokrytej rosą trawy.

Znalazła Hanka na tej samej ławce co zawsze, na brzegu rzeki. Usiadła obok niego.

Wręczył jej styropianową filiżankę parującej, gorącej kawy.

– Założę się, że nie piłaś porządnej kawy od ukończenia szkoły średniej.

Objęła palcami ciepłą filiżankę.

– Naprawdę mam porządny ekspres, tato.

Sączyli kawę w milczeniu. Annie słuchała uspokajającego, znajomego dźwięku płynącej wody.

Wyjął rogalik z papierowej torby i podał go córce. Jej żołądkiem wstrząsnęło na myśl o jedzeniu i odsunęła rogalik.

– Co powiedział lekarz? – zapytał Hank.

– Zdziwisz się... Mam depresję.

– Ciągle jesteś wściekła?

– Zeszłej nocy śniło mi się, że Blake’a zjadają piranie – więc chyba jestem zła, nie sądzisz? – Nie odpowiedział, lecz wpatrywał się w nią aż, ciszej, powiedziała: – Byłam strasznie na niego cięta, ale teraz jestem... zbyt pusta, by się złościć. – Czuła, jak jej oczy wzbierają łzami, których nie mogła powstrzymać. Upokorzona, odwróciła wzrok. – Uważa, że jestem niczym, tato. Spodziewa się, że będę żyła z alimentów i zostanę... niczym.

– A co ty myślisz?

– Myślę, że ma rację. – Mocno zacisnęła powieki. – Poradź mi coś, tato. Udziel mi jakiejś mądrej życiowej rady.

– Życie wysysa siły z człowieka.

Roześmiała się, choć wcale nie było jej do śmiechu. Właśnie tego się po nim spodziewała, a choć jej to nie pomogło, znajome słowa przyniosły pociechę.

– Dzięki, tato. Proszę cię o mądrą radę, a ty wychodzisz z jakimś sloganem.

– A jak myślisz, skąd ludzie biorą slogany? – Pogłaskał ją po ręce. – Wszystko będzie dobrze, Annie. Blake cię kocha i wróci. Ale nie możesz cały czas leżeć w łóżku. Wyjdź z domu. Zrób coś. Zajmij się czymś do czasu, aż Blake wyjmie łeb z portek.

– Albo z jej spódnicy.

– Ładna uwaga ze strony mojej córeczki. Punkt dla ciebie – powiedział z uśmiechem. – Kiedy życie daje ci cytryny, zrób cytrynadę.

Przypomniała sobie dzban cytrynady, jaką przyrządziła dla Blake’a, a potem wielką plamę, która rozlała się na papiery zawierające warunki ugody. – Nie lubię cytrynady.

Teraz miał poważną minę.

– Annie Wirginio, nie wiem, co lubisz, ale już najwyższa pora, żebyś się dowiedziała.

Miał rację, że ją ponaglał. Nie mogła już dłużej wypłakiwać oczu, czatując na telefon, którego nigdy się nie doczeka.

– Musisz podjąć jakieś ryzyko, kochanie.

– Ależ ryzykuję. Nie codziennie czyszczę zęby nitką, a czasami mieszam kwiatki i kratki. Kiedyś włożyłam białe pantofle po Święcie Pracy.

– Chodziło mi o to...

Annie roześmiała się – pierwszym prawdziwym, szczerym śmiechem, odkąd ta cała gówniana historia się zaczęła.

– Obetnę włosy.

– Co?

– Blake zawsze lubił długie fryzury.

Hank uśmiechnął się pod wąsem.

– Jednak mimo wszystko jesteś trochę zła. To dobry znak.


Salon Lurlene „Loki i Fioki” nie należał do wytwornych zakładów, które w dawnym życiu odwiedzała Annie. Był to staroświecki, małomiasteczkowy salon piękności, mieszczący się w wiktoriańskim domostwie, pomalowanym na różowo z białą obwódką. Na werandzie, biegnącej wokół frontu domu, stały trzy ocienione trzcinowe fotele bujane.

Annie zaparkowała pod mocno czerwonym szyldem, na którym widniał napis: PARKING ZAREZERWOWANY WYŁĄCZNIE DLA KLIENTÓW LURLENE. OSOBY NARUSZAJĄCE TEN ZAKAZ ZOSTANĄ OSTRZYŻONE I PODDANE TRWAŁEJ ONDULACJI. Gdy kroczyła dróżką z kamieni w kształcie serca do frontowej werandy, z jedynego głośnika dobiegł ją metaliczny dźwięk piosenki Mały jest ten światek.

Zatrzymała się, nagle przestraszona. Długie włosy miała od zawsze. Co jej przyszło do głowy – że para nożyczek pozwoli jej odzyskać młodość? Uspokój się, Annie. Zaczerpnęła powietrza, wydychając z siebie wszystko, co nie było konieczne do zrobienia następnego kroku. Zebrała wszystkie siły, by wejść wreszcie po tych schodach i obciąć sobie włosy.

Już miała postawić nogę na pierwszym stopniu, gdy wtem drzwi gwałtownie się otworzyły i pojawiła się w nich kobieta. Musiała mieć co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu i szopę włosów, rudych jak u Lucille Bali, piętrzących się aż do framugi. Ktoś wcisnął jej posągowe ciało w jaskrawoczerwone poliuretanowe spodnie (albo pomalował ją błyszczącą farbą). Obcisły sweter z angory w biało-czarne pasy opinał piersi wielkości Alp. Olbrzymie koła, również przypominające zebrę, zwisały z jej uszu.

Kobieta poruszyła się – pełen podniecenia dreszczyk przebiegł przez jej ciało, aż do złotych rannych pantofli w stylu Barbie, okrywających stopy rozmiarów kajaka.

– Annie Colwater, prawda...? – spytała z południowym akcentem, dobitnym i ciągnącym się niczym syrop klonowy. – Czekałam na ciebie, kochanie! Twój tata powiedział, że chcesz się całkowicie odmienić – żebym tak zdrowa była, nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Odmiana w Mystic! – Stoczyła się po skrzypiących schodach z gracją donicy. – Jestem Lurlene, skarbie. Wielka ze mnie klępa, ale za to smykałkę do mody mam podwójną. Wejdź, złotko. Dobrze trafiłaś. Zajmę się tobą jak królową. – Poklepała Annie i wzięła ją pod ramię, prowadząc po schodach do jasnego, biało-różowego pokoju, gdzie wisiało kilka luster w trzcinowym obramowaniu. Pasiaste różowe zasłony przysłaniały wnętrze, różowy, robiony szydełkiem dywanik przykrywał podłogę z twardego drewna.

– Różowy to mój ulubiony kolor – rzekła z dumą Lurlene. – Dzięki dwóm odcieniom cukierkowego różu i letniego blasku staniesz się osobą niezwykłą, a zarazem poczujesz się bezpieczna. Przeczytałam to w którymś magazynie, i czyż nie napisali świętej prawdy? – Poprowadziła Annie obok dwóch innych klientek, starszych kobiet z różnokolorowymi laseczkami w siwych włosach.

Usta Lurlene nie zamykały się, gdy myła włosy Annie.

– O Bożeż ty mój, takiej czupryny nie widziałam, odkąd dostałam Barbie Disco. – Gdy Lurlene okryła ramiona Annie pelerynką w kolorze fuksji i posadziła niecodzienną klientkę wygodnie przed lustrem, zajrzała jej przez ramię. – Na pewno chcesz ściąć tak krótko? Większość żon oddałaby lewe jajo męża za takie włosy.

Annie postanowiła nie poddawać się nerwowemu trzepotaniu, które umiejscowiło się gdzieś w okolicach żołądka. Dość kompromisów.

– Zetnij je – powiedziała, a głos jej nawet nie zadrżał.

– Widać, że jesteś pewna – rzekła Lurlene, ukazując w uśmiechu wszystkie zęby. – Może tak mniej więcej do ramienia...

– Wszystko.

Umalowana szczęka Lurlene opadła.

– Całkiem? Na zero?

Annie skinęła głową.

Lurlene szybko doszła do siebie.

– Ach, skarbie, będziesz ukoronowaniem mojej kariery.

Annie starała się nie myśleć o tym, co zrobiła. Jedno spojrzenie na kredowo białą, ściągniętą twarz w lustrze, z włosami odgarniętymi z chudej twarzy, wystarczyło, by przymknęła powieki... i więcej ich nie otwierała.

Czuła, jak Lurlene ciągnie ją za włosy, potem usłyszała trzask stalowych ostrzy i szelest pukla spadającego na podłogę.

Trzask-prask, trzask-prask.

– Zdziwiłam się jak diabli, kiedy twój tata zadzwonił. Od lat słyszałam opowieści o tobie. Kathy Johnson – pamiętasz ją? Otóż razem z Kathy Johnson chodziłyśmy do szkoły fryzjerskiej. Oczywiście Kathy nigdy jej nie ukończyła – coś jej nie szło z nożyczkami – ale się zaprzyjaźniłyśmy. Opowiadała mi niezliczone historie o tobie, jeszcze z dzieciństwa. Zdaje mi się, że były z was niezłe wariatki.

Kathy Johnson.

Annie nie słyszała o niej od lat. Kathy i Annie, dwa serca złączone, klucz rzucony w morze, nic nas nie rozłączy. To napisały w swoich pamiętnikach, to obiecały sobie pod koniec roku szkolnego.

Annie zawsze pragnęła utrzymać tę więź, zachować kontakt z przyjaciółką, ale jakoś jej się to nie udawało. Jak wiele dziecięcych przyjaźni i ta rozwiała się z czasem. Przez parę lat przysyłały sobie kartki z życzeniami na Boże Narodzenie, a potem także to się urwało. Annie od lat nie miała żadnych wiadomości od Kathy. Ich stosunki zaczęły się rwać przed końcem szkoły średniej, gdy Kathy oświadczył się Nick.

Nick.

Annie nadal pamięta dzień, w którym go pierwszy raz ujrzała. Przedostatni rok nauki angielskiego. Wszedł bardzo pewny siebie, błękitne oczy rzucały wyzwanie wszystkim w klasie. Miał na sobie postrzępione levisy i sprany biały podkoszulek, z kieszeni kurtki wystawała paczka papierosów. Nie widziała jeszcze chłopaka o tak potarganych, długich, czarnych włosach, który całą swoją postawą ostrzegał: „Tylko mi nie podskakuj!”. Annie natychmiast się w nim zakochała, podobnie jak reszta dziewcząt w klasie, w tym jej przyjaciółka, Kathy.

Ale wybrał Kathy i wtedy właśnie Annie poznała gorycz złamanego serca.

Uśmiechnęła się do tego wspomnienia, jakże odległego i wyblakłego. Może pójdzie ich odwiedzić, spróbuje odnowić dawne więzi – jakże miło byłoby mieć tu przyjaciół. Mogliby chociaż pośmiać się ze starych czasów.

– A jak idzie Nickowi i Kathy?

Nożyczki nagle przestały ciąć.

– Nie słyszałaś?

– O czym?

Lurlene pochyliła się, otoczona chmurą różanych perfum.

– Kathy zmarła przed ośmioma miesiącami.

Annie otworzyła oczy. Blada twarz o kredowym odcieniu i przystrzyżonych włosach wpatrywała się w nią z owalnego lustra. Znowu zacisnęła powieki. Gdy wrócił jej głos, brzmiał cienko i cicho.

– Co...

– Pomagałam, jak mogłam, siedziałam przy dziecku, ale ta jego mała, Isabella, cóż... zaczęła mieć trochę nie po kolei w głowie. Wczoraj wyrzucili ją ze szkoły. Masz pojęcie? Wyrzucić sześciolatkę ze szkoły? To się w głowie nie mieści. A oni wszyscy wiedzą o jej mamie. Mogliby się nad nią zlitować. Nick szuka dla niej niani, ale żadna mu nie odpowiada.

– Jak to się stało? – Głos Annie przeszedł w szept.

– Po prostu wezwali ją do gabinetu dyrektora i powiedzieli: „Dziecko, już nie jesteś uczennicą tej szkoły”. – Lurlene syknęła z dezaprobatą. – Ta mała już drugi raz została odrzucona. To nie w porządku. Ale tak naprawdę potrzebuje ojca. Królik byłby lepszym rodzicem niż on teraz – a one przecież zjadają swoje małe. Chciałabym więcej dla nich zrobić, ale Buddy – to znaczy mój mąż – powiada, że wychował swoje dzieciaki, wszystkich pięcioro, ze swą byłą żoną Earthą – znasz ją? Mieszka koło Forks. W każdym razie Buddy nie chce przechodzić przez to drugi raz, znaczy nie chodzi o małżeństwo z Earthą, ale wychowywanie dzieci. A ja nigdy nie miałam dzieci, więc co mogę o nich wiedzieć? Chętnie ją szykownie obetnę i zrobię jej trwałą, a nawet pomaluję paznokietki, ale na niczym więcej właściwie się nie znam. Mogłabym jej przypilnować po szkole – zresztą bardzo mi tutaj pomaga – ale prawdę mówiąc, ona mnie przeraża, z tymi jej problemami i w ogóle.

Wszystko to spadło na Annie tak nagle. Właściwie jeszcze nie całkiem do niej dotarło. Kathy.

Jak to możliwe, że Kathy nie żyje? Jeszcze wczoraj były przyjaciółkami, bawiły się razem w czasie przerwy na dziedzińcu w szkole podstawowej, chichocząc z chłopców z gimnazjum i umawiając się na randki z chłopcami z liceum. Były przyjaciółkami, tak jak mogą być nimi tylko dziewczęta – nosiły nawzajem swoje ubrania, nocowały u siebie i dzieliły się każdym, nawet najmniejszym sekretem. Przysięgły, że na zawsze zostaną przyjaciółkami.

Nie poświęciły jednak dość czasu i energii, by podtrzymać kontakt, gdy ich drogi się rozeszły... a teraz Kathy nie żyje. Annie nie chciała zapominać przyjaciółki, ale ich znajomość się urwała. Poszła na Uniwersytet Stanforda, spotkała Blake’a i zamieniła przeszłość na przyszłość.

 

– Nick się rozsypuje, zwyczajnie i po prostu – powiedziała Lurlene, strzelając wielką bańką gumy do żucia. – Kupili z Kathy stary dom Beauregarda nad jeziorem Mystic...

Dom Beauregarda. Annie ujrzała jego obraz, owinięty w cieniutką bibułkę słodko-gorzkich wspomnień.

– Znam go. Ale nadal nie powiedziałaś mi, w jaki sposób Kath...

Włączyła się nagle suszarka, zagłuszając dalszy ciąg pytania Annie. Wydawało się jej, że Lurlene nadal coś mówi, ale nie zdołała rozróżnić słów. Potem, po kilku minutach, suszarka się wyłączyła. Lurlene z głośnym kliknięciem odłożyła nożyczki na blat z płytek ceramicznych.

– Bożeż ty mój, ale pięknie wyglądasz! – Lurlene ścisnęła ją za ramię. – Otwórz oczy, złotko, i sama zobacz.

Annie usłuchała, po czym ujrzała w lustrze obcą osobę. Jej brązowe włosy były tak krótkie, że nie ostał się ani jeden loczek. Fryzura na rekruta wydobyła bladość jej ściągniętej skóry, a zapadnięte zielone oczy wydawały się zbyt duże wobec jej drobnych rysów. Usta bez uśmiechu i śladu szminki tworzyły bezbarwną, białą krechę. Wyglądała jak modelka Kate Moss koło pięćdziesiątki, po gwałtownym zetknięciu z kosiarką.

– O mój Boże...

Lurlene skinęła głową w lustrze, uśmiechając się jak pies tkwiący w tylnym oknie samochodu.

– Wyglądasz jak ta młoda dziewczyna, która złapała Warrena Beatty’ego. Wiesz, o kogo mi chodzi – tę z Amerykańskiego prezydenta.

– Annette Bening – podpowiedziała jedna z kobiet, siedzących po przeciwnej stronie sali.

Lurlene sięgnęła po automatyczny aparat fotograficzny.

– Zrobię ci zdjęcie i wyślę je do magazynu „Nowoczesne Fryzury”. Jak nic wygram wycieczkę do Reno. – Przykucnęła przed Annie. – Uśmiechnij się.

Zanim Annie zdążyła pomyśleć, Lurlene pstryknęła fotkę i wyprostowała się, żując szkarłatny koniuszek akrylowego paznokcia.

– Założę się, że nawet sto kobiet na świecie nie doceni tego ostrzyżenia, złotko, ale ty na sto procent.

Annie chciała tylko wydostać się z tego zakładu, nie wybuchając płaczem.

Wszystko wróci do normy, odrosną – mówiła sobie, ale mogła myśleć tylko o Blake’u, co na to powie, kiedy – jeżeli – do niej wróci. Drżącą ręką sięgnęła po torebkę. – Ile ci jestem winna?

– Nic, złotko. Wszyscy mamy złe dni.

Annie odwróciła się do Lurlene. W mocno umalowanych oczach dojrzała prawdziwe, szczere zrozumienie.

Gdyby Annie nie było tak niedobrze, pewnie zdobyłaby się na uśmiech.

– Dzięki, Lurlene. Może kiedyś będę mogła ci się odwdzięczyć.

Lurlene uśmiechnęła się, ukazując wszystkie zęby, aż na jej makijażu pojawiły się rysy.

– To jest Mystic, kochanie. Jeśli siedzisz tu dość długo, przysługi same się proszą. – Pochyliła się i podniosła stojące w rogu duże zielone pudło po sprzęcie rybackim. Z trzaskiem uderzyło w ceramiczny blat, aż odskoczyła pokrywka. Wewnątrz było dość środków do makijażu, by zmienić Robina Williamsa w Courtney Love. Lurlene uśmiechnęła się. – Gotowa jesteś na całkowitą przemianę?

Annie z trudem chwyciła oddech. Mogła to sobie wyobrazić – swą twarz bardziej kolorową niż paleta Benjamina Moore’a.

– Nnie, dziękuję. Strasznie się spieszę. – Skoczyła na nogi i tyłem odsuwała się od fotela.

– Ale, ale... spod mojej ręki wyszłabyś jak wykapana...

Annie wymamrotała pospieszne podziękowania i pobiegła do drzwi. Uciekła do wynajętego mustanga i zapuściła silnik, wytaczając się z podjazdu pośród chmury dymu. Ujechała prawie półtora kilometra, nim poczuła kłujące igiełki łez.

Dopiero niespełna kwadrans później, mijając róg boiska golfowego Celna Piłeczka, z ręką zaciśniętą na kierownicy, aż zbielały jej kłykcie, i z twarzą zalaną łzami, przypomniała sobie pytanie, które pozostało bez odpowiedzi.

Co się przytrafiło Kathy?


Annie objechała Mystic, krążyła po rozmiękłych od deszczu koleinach na bocznych drogach, wjeżdżała na puste wzgórza, z których już skoszono zboże, aż łzy na jej policzkach zmniejszyły się do cienkich srebrzystych strużek. Wiedziała, że na widok ojca powinna przybrać radosny wyraz twarzy. Wreszcie, gdy odzyskała już nieco panowanie nad sobą, wróciła do domu.

Hank siedział w jednym ze starych, maślanożółtych foteli koło kominka. Na podołku trzymał otwarty zbiór krzyżówek. Gdy Annie weszła, uniósł wzrok. Uśmiech z jego twarzy opadł szybciej niż ciasto, gdy zatrzaskuje się drzwiczki piecyka.

– A niech mnie – wyrzekł z wolna.

Annie musiała się roześmiać.

– Zostałam zaangażowana do drugiej części G.I. Jane.

Śmiech Hanka stawał się coraz szybszy i głośniejszy.

– Wyglądasz... dobrze, kochanie.

– Dobrze? Chciałam się odmłodzić, ale nie cofać aż do wieku dziecięcego.

Hank podniósł się na nogi i rozwarł ramiona. Magazyn, trzepocząc kartkami, spadł na podłogę.

– Chodź, kochanie.

Annie podeszła doń i dała się uściskać. Gdy ojciec się cofnął, z kieszeni kurtki wyjął mały cukierek w papierku. Irys. Zawsze był przekonany, że te cukierki pomogą Annie przetrwać złe chwile. Dał jej irysa, gdy umarła matka. „Proszę, kochanie, zjedz iryska”. Wiele lat później, kiedy tylko czuła zapach iryska, rozglądała się, szukając Hanka.

Z uśmiechem wzięła cukierek, rozwinęła go i włożyła sobie do ust. Okręcił się jej wokół języka, smakując słodyczą i wspomnieniami.

Dotknął jej policzka.

– Prawdziwe piękno kryje się wewnątrz.

– Tak się pocieszają kobiety, tato. Uwierz mi, że mężczyzn to nie przekonuje.

Hank uśmiechnął się krzywo.

– Mnie przekonuje, a jak patrzyłem na siebie ostatnio, jestem mężczyzną. I uważam, że masz fantastyczną fryzurę. Tylko trzeba się trochę przyzwyczaić.

– W każdym razie czuję się odnowiona, a o to mi przecież chodziło.

– Oczywiście, że tak. – Poklepał ją po ramieniu. – A może byśmy zagrali w scrabble?

Annie wpatrywała się w siedem gładkich drewnianych kwadratów, usiłując znaleźć słowo, od którego można by zacząć grę.

– Ale, tato, nie opowiedziałeś mi o Kathy Johnson.

Nie podniósł wzroku.

– Naprawdę? Wydawało mi się, że pisałem ci o tym. A może mówiłem ci, kiedy przyjechałem do was na Boże Narodzenie?

– Nie.

Wzruszył ramionami, a ona wiedziała, że ojciec nie podniesie wzroku.

– No tak. Ale teraz, zdaje się, już wiesz. Lurlene trzepie językiem na całe Mystic. Przykro mi, że dowiedziałaś się o tym w ten sposób.

Annie zorientowała się, że Hank czuje się nieswojo. Pociągał kołnierzyk, choć nie zapiął go nawet na szyi, i wpatrywał się w litery, jakby były oryginalnymi Dziesięcioma Przykazaniami. Nie był typem człowieka, który lubiłby rozprawiać o śmierci. Niczyjej. A z pewnością nie o przedwczesnej śmierci kobiety, którą znał od dziecka.

Annie nie poruszała już więcej tego tematu. Zmuszając się do uśmiechu, wyciągnęła cztery litery i rozpoczęła grę. Wszystko, co chciałaby wiedzieć o śmierci Kathy czy o jej życiu, będzie musiała poznać z innego źródła.